Wpisy oznaczone tagiem libiąż

Porucznik Antoni Tomera z Libiąża

W dniu 15 marca 2011 r. w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu uroczystego wręczenia czternastu orderów bohaterom niosącym pomoc więźniom KL Auschwitz w imieniu prezydenta Bronisława Komorowskiego dokonał wojewoda małopolski Stanisław Kracik. Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski jako najwyższe odznaczenie otrzymał Antoni Tomera z Libiąża, mający dzisiaj 94 lata. Przed opuszczeniem budynku dyrekcji Muzeum Auschwitz-Birkenau wspominał:

Na początku stycznia 1940 r. złożyłem przysięgę konspiracyjną, wstępując do Związku Walki Zbrojnej. Równocześnie podjąłem pracę zawodową, pracując przy budowie dróg, m.in. w Szczakowej i Ciężkowicach. W konspiracji moim zadaniem było zdobywanie broni dla naszej organizacji oraz lekarstw dla więźniów obozu oświęcimskiego. Recepty na lekarstwa wypisywali dwaj lekarze: Gołąb (imienia nie pamiętam) i Mieczysław Ziemiański. Leki dostarczaliśmy Władysławowi Saternusowi, który pracował na terenie KL Auschwitz jako robotnik cywilny. Później został on stracony. Był to bardzo porządny człowiek. Lekarstwa dostarczaliśmy także do Bud, gdzie była specjalnie przygotowana na nie skrytka. W pamięci szczególnie zapadł mi dzień 28 grudnia 1942 r. Wieczorem w tym dniu przyszedł do mnie Andrzej Harat z Libiążą i powiedział, że nazajutrz mam się zgłosić do niego z bronią, lecz bez żadnych dokumentów, ponieważ mamy odebrać uciekinierów z KL Auschwitz i zabezpieczyć im schronienie.

Antoni Tomera z Libiąża, mający dzisiaj 94 lata (w mundurze, obok prawnuk Kuba).

Antoni Tomera z Libiąża, mający dzisiaj 94 lata (w mundurze, obok prawnuk Kuba).

Więźniami, którzy uciekli z obozu w dniu 29 grudnia 1942 r. byli: Niemiec Otto Küsel (nr 2) oraz Polacy – Jan Komski (nr 564), w obozie przebywał jako Baraś, a także Bolesław Kuczbara (nr 4308) i Mieczysław Januszewski (nr 711). Ucieczka ta została zorganizowana przy pomocy Heleny Stupki z Oświęcimia i współudziale nauczycielki Janiny Kajtoch z pobliskich Babic.

Za zapewnienie bezpieczeństwa uciekinierom i znalezienie im schronienia odpowiedzialni byli żołnierze Armii Krajowej z Libiąża. Jednym z nich był Antoni Tomera, w konspiracji pełniący funkcję dowódcy drużyny ZWZ/AK (placówka Libiąż), posługujący się pseudonimem „Zegar”, który na temat tej ucieczki i swoich wojennych przeżyć kilkanaście lat temu złożył obszerną relację, przechowywaną obecnie w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Adam Cyra
Oświęcim, 17 marca 2011 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Antoni Tomera wspominał…

Antoni Tomera, ur. 4 stycznia 1917 r. w Libiążu i tam zamieszkały, dzisiaj liczący 93 lata, były więzień Gross-Rosen, Buchenwaldu, Dora-Nordhausen i Leitmeritz na spotkaniu z młodzieżą w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Libiążu w dniu 3 lutego 2010 r., z udziałem Adama Cyry z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Stefanii Kozioł z Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, wspominał m.in. swój udział w wojnie we wrześniu 1939 r., a potem w konspiracji AK oraz niesieniu pomocy więźniom i uciekinierom z KL Auschwitz. Opowiadał także o swoim aresztowaniu w Libiążu w 1944 r. i pobycie w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych.

Antoni Tomera

Antoni Tomera


Dzieciństwo i młodość

Szkołę powszechną ukończyłem w Libiążu w 1931 r. Ze względu na trudne warunki materialne nie miałem możliwości kontynuowania nauki. Dorywczo pracowałem w majątku księcia Sapiehy w Bobrku. Jako małoletni napisałem prośbę, aby mnie przyjęto do wojska. Prośbę zawiozłem do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Wadowicach i w 1936 r. zostałem powołany do czynnej służby w Przemyślu, gdzie ukończyłem szkołę podoficerską. Skierowano mnie do kompanii honorowej w Warszawie, lecz wkrótce zostałem przeniesiony z powrotem do Przemyśla, gdzie dowodziłem obsługą ciężkiego karabinu maszynowego. W 1937 r. w stopniu plutonowego ukończyłem zasadniczą służbę wojskową. Myślałem o służbie zawodowej, lecz zrezygnowałem z tego pomysłu. Po powrocie do domu, chcąc załatwić formalności meldunkowe, zgłosiłem się do gminy w Libiążu, gdzie spotkałem wójta gminy Andrzeja Harata, który zaprosił mnie do biura, proponując pracę dozorcy przy budowie drogi. Wyraziłem zgodę i wykonywałem powyższą pracę w obrębie gminy Libiąż do 1938 r. Później zostałem przeniesiony służbowo do Powiatowego Zarządu Dróg, gdzie pracowałem na terenie Szczakowa-Ciężkowice. Chciałem zaznaczyć, że z Andrzejem Haratem znałem się wcześniej, ponieważ pracowałem przy budowie jego domu w 1935 r.

Wybuch drugiej wojny światowej

W drugiej połowie sierpnia 1939 r. zostałem powiadomiony o mobilizacji. Zgodnie z otrzymanym wezwaniem przyjechałem wieczorem tegoż dnia do koszar 73. pułku piechoty w Oświęcimiu, gdzie stacjonował jego 3 batalion. Po umundurowaniu i uzbrojeniu nas, rano nastąpił wyjazd w rejon Rybnika. Nastroje były różne. Nie wszyscy wierzyli w wybuch wojny. Przydzielono mnie do obrony przeciwlotniczej. Obsługiwałem jako dowódca ciężki karabin maszynowy. Rano 1 września 1939 r., kiedy się już rozpoczęła wojna, zobaczyliśmy lecące samoloty. Jeden z naszych dowódców powiedział, że są to polskie samoloty bombowe „Łosie”, które bombardowały Berlin i teraz wracają na swoje lotnisko do Krakowa. Faktycznie były to samoloty niemieckie. Rozpoczęły się walki ciężkie, podczas których wkrótce zostaliśmy zmuszeni do odwrotu. Wycofywaliśmy się w kierunku Pszczyny i Oświęcimia, a potem na Kraków i Tarnów. Za Tarnowem schwytano rzekomego szpiega, którego później konwojowałem wraz z kolegą do dowództwa, gdzie jeden z oficerów w stopniu majora dał mi rozkaz wyprowadzenia go i rozstrzelania. Nie zdecydowałem się na wykonanie rozkazu. Rzekomy szpieg pokazał mi dokument, z którego wynikało, że był zatrudniony w Fabryce Kafli w Strumieniu koło Bielska. Znał także mojego kolegę Jana Cholewę z Libiąża, który również pracował w tej fabryce. Nie będąc przekonany, że rzeczywiście mam przed sobą szpiega, rozkazu nie wykonałem i wypuściłem go na wolność. Zaczęliśmy się wycofywać w kierunku na Chełm Lubelski, a następnie Krasnystaw, Biłgoraj i Kowel, w okolicach którego próbowaliśmy się bronić, lecz wkrótce dostaliśmy się do niewoli sowieckiej. Wcześniej z samolotów sowieckich obrzucono nas ulotkami, w których zachęcano nas, abyśmy nie słuchali rozkazów naszych oficerów, bowiem zostaliśmy przez nich zdradzeni. Zostaliśmy zmuszeni do złożenia broni.

Niewola sowiecka

Nie, był to tylko epizod w moim wojennym życiorysie. Pamiętam, że jeńców polskich sowieci częściowo wywieźli pociągami, częściowo samochodami. Mnie przewieziono do Kijowa, gdzie znajdowało się kilka tysięcy jeńców polskich. Spotkałem tam dwóch znajomych policjantów z Libiąża: Maksymowicza i Piotrowskiego, po których ślad później zaginął. Jeden z nich bardzo obawiał się Niemców. Mnie natomiast żołnierz pochodzący z Wilna, dobrze mówiący po rosyjsku, przekonywał, że jest odwrotnie, przede wszystkim należy się obawiać sowietów. Zaczął namawiać mnie do ucieczki, która była jeszcze możliwa, ponieważ bardzo słabo nas pilnowano. Zdecydowałem się na nią wraz z nim i jeszcze z jednym kolegą z Wilna. Podczas postoju koło Kijowa ukryliśmy się w pociągu. Przypadkowo przechodzący kolejarz sowiecki poinformował nas, że pojedzie on w kierunku Polski. Pociąg ten załadowany był drewnem. Później wyskoczyliśmy z niego w czasie jazdy. Żywiliśmy się jabłkami i marchwią. Byliśmy ubrani w mundury polskie i z tego powodu szliśmy tylko nocą i wczesnym rankiem, obawiając się Ukraińców, a jedynym kierunkowskazem dla nas w tej wędrówce na zachód było słońce i gwiazdy.

Powrót z niewoli do Libiąża

Przedzieraliśmy się lasami na zachód. Po drodze spotkaliśmy kobiety pracujące przy wykopkach ziemniaków. Mówiły po polsku i na nasze zapytanie poinformowały nas, że przekroczyliśmy dotychczasową granicę polsko-sowiecką. Otrzymaliśmy od nich żywność. W kierunku zachodnim szły oddziały wojska sowieckiego. Dołączyliśmy do maszerującej kompanii i szliśmy pieszo za żołnierzami sowieckimi, którzy zupełnie nie reagowali na nasz widok. Dotarliśmy w okolice Złoczowa i Białego Kamienia. Znałem te okolice, ponieważ na tym terenie mieliśmy przed wojną ćwiczenia wojskowe. Ze wspomnianym oddziałem sowieckim dotarliśmy do Lwowa, gdzie dwaj koledzy z Wilna pożegnali mnie i udali się do swojego rodzinnego miasta. Przed pożegnaniem obiecaliśmy sobie, że będziemy ze sobą korespondować, ale nigdy już nie udało mi się nawiązać z nimi kontaktu. We Lwowie zauważyłem ludzi stojących w kolejce przed piekarnią. Zająłem również miejsce w tej kolejce. Przede mną stała studentka z Poznania, która nie miała za co kupić chleba. Ponieważ miałem pieniądze, kupiłem chleb dla siebie, jak również dałem jej pieniądze, żeby kupiła bochenek chleba dla siebie. Nawiązaliśmy kontakt i wspólnie udaliśmy się ze Lwowa w kierunku nowo utworzonej granicy niemiecko-sowieckiej. Należało przejść graniczny most na Sanie w okolicach Jarosławia. Miejscowi mieszkańcy ostrzegli mnie, że nie mogę przejść mostu, ponieważ posterunek niemiecki zatrzymuje na nim żołnierzy polskich, którzy później wywożeni są do obozów jenieckich. Umówiłem się z towarzyszącą mi studentką, że ona przejdzie most, natomiast ja potajemnie przepłynę San i spotkamy się na skrzyżowaniu dróg po drugiej stronie rzeki. Było to już w październiku 1939 r. Woda w Sanie była zimna, ale szczęśliwie przepłynąłem rzekę. W podobny sposób zamierzało się także przeprawić kilku innych żołnierzy polskich. Kiedy wychodziłem z nadbrzeżnych krzaków zostałem zatrzymany przez trzyosobowy patrol niemiecki, leżący przy ciężkim karabinie maszynowym, skierowanym w moim kierunku. Nie było już możliwości spotkania się ze wspomnianą studentką w umówionym miejscu. Na moje szczęście napotkani Niemcy zachowali się wyjątkowo przyzwoicie. Podzielili się ze mną jedzeniem i poczęstowali mnie herbatą, a jeden z nich mówiący trochę po polsku, wskazał mi kierunek, gdzie znajduje się szkoła, a następnie pokazał mi ją przez lornetkę. Miałem dojść do tej szkoły. Tam miano mi wydać przepustkę, umożliwiającą powrót do domu. Zauważyłem, że obok szkoły było już wielu żołnierzy polskich. Nie zamierzałem się jednak do nikogo zgłaszać i udałem się, mijając szkołę, prosto na dworzec kolejowy w Jarosławiu. Wejścia na dworzec pilnowało dwóch żołnierzy niemieckich, którzy zażądali ode mnie przepustki. Takie przepustki posiadali tylko żołnierze polscy pochodzący ze Śląska, których zwalniano do domów. Udałem, że nie mogę znaleźć przepustki, która mi się gdzieś „zawieruszyła”. Obok stał kolejarz polski, który w pewnym momencie popchnął mnie do przodu. Żołnierze niemieccy zajęci kontrolowaniem innych nie zwracali już na mnie uwagi i w ten sposób wszedłem na teren dworca w Jarosławiu. W pociągu pełno było Ślązaków, którzy już nie mieli orłów polskich na czapkach i wielu z nich śpiewało niemieckie piosenki. Ze swojej czapki nie zerwałem orła, lecz schowałem ją do kieszeni. Wsiadłem do tego pociągu, który wprawdzie wkrótce odjechał z Jarosławia, lecz po przejechaniu kilku kilometrów nie mógł dalej jechać z powodu uszkodzenia torów. Opuściłem wagon, a przypadkowo napotkany mężczyzna poinformował mnie, że żołnierze niemieccy jadący samochodami w kierunku Krakowa będą zabierać pasażerów tego pociągu. Rzeczywiście drogą jechały niemieckie samochody ciężarowe. Wsiadłem do jednego z nich i dojechałem do Krakowa. W tym czasie po mieście zaczęły już jeździć tramwaje. Nie zauważony przez posterunek niemiecki, wskoczyłem do nadjeżdżającego tramwaju. Przejechałem kilkanaście przystanków i wysiadłem, lecz wkrótce zatrzymał mnie kolejno napotkany patrol niemiecki. Wykorzystując nieuwagę żołnierzy niemieckich uciekłem. Przypadkowo na ulicy spotkałem kilka kobiet, które pochodziły z Trzebini. Powiadomiły mnie one, że za chwilę podjedzie samochodem Niemiec, z którym umówiły się, że zawiezie je do Trzebini. Samochodem tym podjechałem tylko do Zabierzowa, ponieważ niemiecki kierowca obawiał się kontroli i nie zgodził się, abym dalej z nim jechał, ciągle ubrany w mundur żołnierza polskiego. W tym czasie z dworca w Zabierzowie odjeżdżał pociąg z żołnierzami polskimi do obozu jenieckiego w Niemczech, o czym nie wiedziałem. Wsiadłem do jednego z wagonów i dojechałem do Trzebini, gdzie wyskoczyłem z tego pociągu, chcąc uniknąć niewoli. Przypadkowo spotkałem żołnierza, który również uciekł z tego pociągu. Pochodził on z Czechowic i razem pieszo udaliśmy się do Chrzanowa, gdzie w jednym z domów poprosiliśmy o nocleg. W następnym dniu ciągle idąc pieszo dotarłem wreszcie do Libiąża.

Początek działalności konspiracyjnej w Libiążu

Na początku stycznia 1940 r. złożyłem przysięgę konspiracyjną, wstępując do Związku Walki Zbrojnej, do czego nakłonił mnie wspominany już Andrzej Harat. Równocześnie podjąłem pracę zawodową, pracując przy budowie dróg, m.in. w Szczakowej i Ciężkowicach. W konspiracji moim zadaniem było zdobywanie broni dla naszej organizacji oraz lekarstw dla więźniów obozu oświęcimskiego. Recepty na lekarstwa wypisywali dwaj lekarze: Gołąb (imienia nie pamiętam) i Mieczysław Ziemiański. Leki dostarczaliśmy Władysławowi Saternusowi, który pracował na terenie KL Auschwitz jako robotnik cywilny. Później został on stracony. Był to bardzo porządny człowiek. Lekarstwa dostarczaliśmy także do Bud, gdzie była specjalnie przygotowana na nie skrytka.

W konspiracji pełniłem funkcję dowódcy drużyny ZWZ/AK placówki Libiąż. Posługiwałem się pseudonimem „Zegar”. Moim przełożonym był Andrzej Harat, który w październiku 1942 r. powiadomił mnie, że przygotowuje ucieczkę czterech więźniów obozu oświęcimskiego.

Pomoc czterem uciekinierom z KL Auschwitz

Będę uczestniczył w odbiorze tych uciekinierów. Pod koniec listopada 1942 r. Harat powiadomił mnie, abym w dniu następnym przyjechał rano do niego na rowerze. Wraz ze Stanisławem Poznajskim mieliśmy przewieźć ubrania cywilne do Broszkowic, w które po ucieczce mieli się przebrać wspomniani czterej więźniowie. Ubrania ukryliśmy w dobrze zachowanych piwnicach zburzonego podczas okupacji budynku pożydowskiego, w którym kiedyś jego właściciele prowadzili restaurację. Ponownie spotkałem się z Haratem w połowie grudnia tegoż roku. Odnośnie planowanej ucieczki więźniów powiedział mi, że należy jeszcze poczekać, a ubrania trzeba przenieść w inne miejsce, ponieważ mogą zapleśnieć. Na drugi dzień pojechałem z Poznajskim do Broszkowic. Około osiemdziesiąt metrów od głównej drogi w wysiedlonej przez hitlerowców wiosce była stodoła, a w niej pełno siana, gdzie schowaliśmy ubrania, przenosząc je z poprzedniego miejsca ukrycia. Nadszedł dzień 28 grudnia 1942 r. Wieczorem w tym dniu przyszedł do mnie Harat i powiedział, że nazajutrz mam się zgłosić do niego z bronią, lecz bez żadnych dokumentów, ponieważ mamy odebrać uciekinierów i zabezpieczyć im schronienie. Na drugi dzień o umówionej godzinie zgłosiłem się w mieszkaniu Harata, gdzie również przybyli wezwani przez niego: Stanisław Norys (oficer KOP-u, służył na Wołyniu, zginął później w jednym z obozów koncentracyjnych na terenie Niemieć), Stanisław Poznajski (pracował jako dozorca drogowy), Tomasz Szopa (był urzędnikiem gminnym) oraz bracia Jan i Tadeusz Wójcikowie (pracowali wówczas jako ślusarze w „Fabloku” w Chrzanowie). Andrzej Harat zapoznał nas z planem akcji. Zgodnie z jego poleceniem miałem iść jako pierwszy wraz z Norysem i Poznajskim, natomiast Szopa i Wójcikowie, idąc lasem mieli stanowić obstawę. Przed dojściem do Wisły był krótki odpoczynek. Harat jeszcze raz zapytał każdego z nas po kolei, czy zostawiliśmy dokumenty w domu, po czym zapoznał mnie z hasłem. Bez przeszkód doszliśmy do Bobrku, zatrzymując się obok mostu na Wiśle. Ubezpieczający zatrzymali się przed mostem, przez który przeszli Norys i Poznajski. Obydwaj skryli się za mostem w zagajniku w celu ubezpieczenia drugiej strony mostu. Harat wraz ze mną po przejściu mostu udał się prosto do Broszkowic. Doszliśmy drogą do zagrody, gdzie była stodoła, a w niej ubrania ukryte dla więźniów. Harat polecił mi iść jeszcze kawałek drogą w stronę obozu, a sam poszedł do zagrody sprawdzić, czy przypadkiem na jej terenie nie ma Niemców. Idąc zgodnie z poleceniem Harata wspomnianą drogą , zobaczyłem wóz konny, który ciągnęła para koni. Na wozie były szafy i siedział esesman wraz z trzema więźniami. Pomyślałem, że to mogą być uciekinierzy. Kiedy wóz zbliżył się do mnie, zatrzymałem się i zacząłem się uderzać wikliną po nodze. Więzień, który był woźnicą wychylił się i zapytał: „Dokąd dziadku?”. Wiedziałem, że było to umówione hasło i zaraz podałem odzew: „Na spacer”. Zawróciłem i powiedziałem, żeby jechali za mną. Gdy wjechaliśmy do zagrody, Harat już czekał na nas, otwierając drzwi stodoły i informując, że w pobliżu są esesmani nadzorujący grupę pracujących więźniów. Grzeją się oni za domem przy ognisku i zapewne nas widzieli, ale najprawdopodobniej są przekonani, że to inni więźniowie przyjechali po siano. Kiedyśmy wszyscy byli w stodole, Harat polecił, abym wydał uciekinierom ukryte w sianie ubrania, prosząc ich, aby się szybko w nie przebrali. Sam zaś obserwował esesmanów mówiąc, że gdyby podchodzili w naszym kierunku, damy sobie bez trudu z nimi radę, ponieważ jest ich tylko trzech. Kiedy Harat obserwował okolicę, jeden z więźniów podał mi dużą, grubą księgę. Odebrałem ją i w pierwszej chwili nie wiedziałem, gdzie ją schować. Przypadkowo dostrzegłem na podwórzu nowo budowaną studnię. Była ona wykopana na głębokość około dwóch metrów i nie było w niej jeszcze wody. Odruchowo wrzuciłem wspomnianą księgę do tej studni. Sądziłem, że jest to zwykła książka do czytania, którą przy jakiejś okazji stąd wydobędę. W tym czasie coraz bardziej obawiałem się, czy nasza akcja się powiedzie. Wreszcie uciekinierzy przebrali się w przygotowane dla nich ubrania. Harat polecił im, aby szli pierwsi w kierunku mostu, gdzie mieli ich odebrać Norys i Poznajski. Po przejściu mostu oczekiwali z kolei na nich w lesie bracia Wójcikowie i Tomasz Szopa. Wszyscy wymienieni koledzy mieli za zadanie doprowadzić szczęśliwie uciekinierów do domu Harata, z którym ja w tym czasie spokojnie szedłem drogą do jego domu, gdzie przybyliśmy jako pierwsi. Dwadzieścia minut później dotarli do nas Norys i Poznajski oraz dwaj więźniowie, a za chwilę bracia Wójcikowie i Tomasz Szopa z dwoma następnymi więźniami. Żona Harata przygotowała dla nas posiłek i poczęstowała nas herbatą. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Nagle została włączona syrena obozowa. Do naszych uszu dotarł jej przeraźliwy dźwięk. Ogarnął nas strach. W dodatku usłyszeliśmy turkot nadjeżdżającego motocykla. Harat popatrzył przez okno i zobaczył, że zatrzymał się on na skrzyżowaniu dróg przed jego domem. Na motocyklu i w przyczepie siedziało trzech esesmanów. Rozmawiali ze sobą. Harat powiedział, abyśmy podeszli do okna, a żonie polecił, aby z dziećmi poszła do sąsiadki. Zapytał: „Co robimy? Bronimy się?” Strach i napięcie ogromne. Byliśmy przekonani, że zaraz przybędą większe siły i nas zaatakują. Uciekinierzy przebywali w sąsiednim pokoju i zupełnie nie orientowali się w grozie sytuacji. Minęło dwadzieścia minut od przyjazdu esesmanów. Nagle włączyli oni silnik motoru i odjechali. Odetchnęliśmy z ulgą i rozeszliśmy się do domów.

Wieczorem znowu odwiedziłem Harata. Wcześniej zdążyłem jednak pójść do miejscowego fotografa Jana Korpala i poprosiłem go, aby pewnym ludziom przebywającym u Harata wykonał zdjęcia, które będą wykorzystane do sfałszowanych dokumentów. Bardzo chętnie się zgodził i sfotografował ich. Kiedy przyszedłem do domu Harata, zaczęliśmy rozmawiać z ukrywającymi się u niego więźniami i zastanawiać się wspólnie, co robić dalej. Nagle jeden z uciekinierów zapytał, co się stało z przekazaną mi książką raportową. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że wrzuciłem ją do studni. Zmartwiło go to bardzo i wyjaśnił mi, że to nie była książka do czytania, lecz księga stanów dziennych w obozie, a także częściowe plany krematoriów, których zdobycie kosztowało więźniów bardzo dużo wysiłku. Postanowiłem wspomniane materiały – za aprobatą Harata – ponownie odzyskać.

Najważniejsi jednak w tej chwili byli uciekinierzy, których należało ukryć w libiąskim kościele, co zostało już przez Harata ustalone z księdzem proboszczem Franciszkiem Flasinskim. Zabraliśmy koce i udaliśmy się z uciekinierami w kierunku kościoła, przed którego wejściem zatrzymałem się z nimi, a Harat poszedł na plebanię po księdza. Za chwilę przyszedł z księdzem proboszczem, który otworzył drzwi kościoła, jakkolwiek na jego twarzy widoczne było przerażenie. Zbiegli więźniowie zostali ukryci na wieży kościelnej, tam gdzie były umieszczone dzwony. Jedzenie dostarczał im wspomniany ksiądz lub czasami Harat. Po trzech tygodniach otrzymaliśmy polecenie, aby zbiegów odprowadzić do granicy pomiędzy Rzeszą i Generalnym Gubernatorstwem w okolicach Regulic. Nim to nastąpiło, podjąłem wysiłki, aby odzyskać materiały wrzucone do studni, bowiem ciągle nie mogłem się uspokoić, że tak zawaliłem sprawę. Postanowiłem w ich odzyskanie zaangażować człowieka, który nie był związany z konspiracją. Zamierzałem z nim razem jechać do Broszkowic. Rozumowałem, że w razie wpadki ja nie zdradzę przyczyny naszej wyprawy, a on nic nie powie, ponieważ nic nie wie. Mój wybór padł na Piotra Opitka, który przebywał w domu na zwolnieniu lekarskim i nie chodził do pracy. Zapytałem go, czy nie pojechałby ze mną do Oświęcimia, ponieważ chcę tam kupić trochę cukru. Ponieważ Piotr się zgodził, na drugi dzień rano o godz. ósmej pojechaliśmy na rowerach do Oświęcimia. Ubrany byłem w płaszcz gumowy, aby z daleka wyglądem przypominać gestapowca. Zabrałem również z sobą pistolet. W czasie jazdy rozmyślałem, co będzie, jeżeli esesmani znaleźli porzuconą książkę w studni i urządzili zasadzkę. Ryzyko było duże. Zdecydowany byłem na wszystko. Żywi nie mogliśmy wpaść w ręce Niemców, ponieważ nasze rodziny czekałaby wówczas również śmierć. W sytuacji dla nas beznadziejnej zamierzałem najpierw „walnąć” przynajmniej jednego z esesmanów, następnie Opitka, a potem zastrzelić także siebie. Przy sobie miałem sfałszowane dokumenty. Tak rozmyślając wreszcie dojechaliśmy do miejsca, gdzie trzeba było skręcić w lewo, aby dojechać do owej zagrody. Kiedy zatrzymaliśmy się, powiedziałem do Piotra Opitka, że muszę iść za potrzebą, prosząc go, aby przypilnował mój rower. W rzeczywistości poszedłem prosto do owej zagrody i zaglądnąłem do studni. Książka leżała na dnie, wody w studni nie było. Popatrzyłem jeszcze wokół, czy nie ma nikogo obcego i szybko wskoczyłem do studni. Podniosłem leżącą na jej dnie książkę i wsadziłem ją za pas, a pistolet do kieszeni. Ze studni nie mogłem jednak samodzielnie wyjść, ponieważ kręgi betonowe były zbyt obślizgłe. W dodatku napięcie nerwowe osłabiło mnie do reszty.

Opitek zaniepokojony moją nieobecnością zaczął mnie szukać. Usłyszałem jego ciche nawoływanie, na które odpowiedziałem ze studni. Podszedł do niej i ze zdziwieniem zapytał: „Co ty tam robisz?” Odpowiedziałem, że zobaczyłem jakąś szmatę na dnie i myślałem, że to coś wartościowego. Podał mi rękę i pomógł wyjść ze studni. Otrząsnąłem z ubrania nieczystości i zaczęliśmy iść w kierunku pozostawionych rowerów. Nagle zobaczyłem od strony obozu jadących na rowerach dwóch esesmanów. Pomyślałem, że to koniec z nami. Z jednej strony Wisła, z drugiej Soła, nie ma gdzie uciekać. Zgodnie z wcześniejszym zamiarem pomyślałem o użyciu broni. W kieszeni miałem odbezpieczony pistolet. Postanowiłem, że zacznę strzelać, kiedy nadjeżdżający esesmani zsiądą z rowerów. Jeszcze dzieli nas od nich zaledwie pięć metrów, lecz oni ciągle jadą dalej. Ogarnia mnie niesamowite napięcie nerwowe. Nagle chwytam za czapkę i zdejmując ją kłaniam się im. Popatrzyli na nas i jeden z nich kiwnął głową. Wolno przejechali obok nas. Mając pistolet gotowy do strzału pomyślałem, czyżby nas chcieli zaatakować od tyłu, lecz atak nie nastąpił. Szybko wsiedliśmy na rowery. Powiedziałem Piotrowi, że wracamy do Libiąża. Nic z tego nie mógł zrozumieć, przecież mieliśmy jechać do Oświęcimia po zakup cukru. Prośbę moją jednak wykonał i szczęśliwie wróciliśmy do Libiąża. W domu nie mogłem się długo uspokoić i równocześnie zrozumieć, co to wszystko mogło znaczyć. Przecież przebywaliśmy na terenie przyobozowym, na który wstęp był wzbroniony, o czym informowały umieszczone w różnych miejscach tablice. Spotkali nas esesmani i nawet nie zatrzymali do wyjaśnienia.

Wieczorem zabrałem cenne materiały i udałem się do Harata, któremu początkowo nic nie powiedziałem o ich posiadaniu. On sam jednak zaczął rozmowę na ten temat, zastanawiając się, jak odzyskać ten cenny dowód o zbrodniach hitlerowskich, o których świat się musi dowiedzieć. Wysłuchałem tego wywodu i niespodziewanie wyciągnąłem książkę mówiąc: „Niech Pan sprawdzi, czy to ta sama?”. Harat z radości aż podskoczył do góry. Zaczęliśmy przeglądać odzyskaną książkę, a w niej wykazy stanów dziennych więźniów z wyszczególnieniem zmarłych w danym dniu. Wśród tych ostatnich – zapamiętałem – był wymieniony Paweł Sokoliński z Libiąża, który zginął w KL Auschwitz. Nie wiem, gdzie Harat przekazał te materiały.

W dniu 20 stycznia 1943 r. Harat powiedział mi, żebym następnego dnia o godz. 17-tej przyjechał rowerem do niego. Naszym zadaniem będzie przeprowadzenie wspominanych już uciekinierów z KL Auschwitz przez granicę Generalnego Gubernatorstwa w okolicach Regulic. Harat miał przejechać wcześniej granicę pociągiem i oczekiwać na zbiegów po jej drugiej stronie, natomiast myśmy mieli dotrzeć do granicy na rowerach. Nazajutrz o umówionej godzinie zgłosiłem się do domu Harata, gdzie była już jego córka Władysława. Byli tam także: Stanisław Norys, Stanisław Poznajski, Józef Pawela oraz bracia Jan i Stanisław Wójcikowie, którzy wraz ze mną mieli konwojować uciekinierów. Oczekiwał również Tomasz Szopa, który zamówił furmankę, aby nad granicą odebrać od nas rowery i przywieźć je na niej z powrotem do Libiąża. Z trasą przejazdu zapoznała nas córka Harata, Władysława. Ja miałem jechać pierwszy, a za mną co sto metrów jeden zbieg w otoczeniu dwóch konwojentów z naszej placówki AK. Wszyscy na rowerach. Jeżeli zauważyłbym na drodze Niemców, miałem dać kolegom jadącym z tyłu znak o niebezpieczeństwie czerwonym światłem latarki ręcznej. Po dojechaniu w strefę nadgraniczną wszyscy mieliśmy ukryć się w zagajniku. Moim zadaniem teraz było odnalezienie żołnierza niemieckiego, pełniącego w tym miejscu służbę na granicy, który współpracował z AK i miał oczekiwać na nas koło dwóch drzew zrośniętych dołem ze sobą. Miałem mu podać hasło, a po usłyszeniu odzewu mignąć światłem po zagajniku. Wtedy uciekinierzy mieli szybko podejść do nas. Wspomniany żołnierz niemiecki miał ich przeprowadzić przez granicę, natomiast ja miałem wrócić do Libiąża. Po drugiej stronie granicy oczekiwał już na nich Harat wraz z Janem Kosowskim, kierownikiem szkoły z Krzeszowic.

Kiedyśmy wyjechali z Libiąża, była już szarówka. Jechaliśmy przez Żarki i Babice. Droga była wolna. Nigdzie nie było Niemców. Zgodnie z planem zatrzymaliśmy się we wspomnianym zagajniku nad granicą. Poszedłem szukać strażnika. Przy zrośniętych drzewach nie było nikogo. Obawiałem się chodzić wzdłuż granicy, aby nie natknąć się na innych Niemców. Zaświeciłem latarką na zegarek. Było czterdzieści minut po godzinie osiemnastej. Do zmiany strażników granicznych pozostało mi tylko dwadzieścia minut. Jak uciekinierów nie przeprowadzimy w tym czasie, to szansy później na to już nie będzie, gdyż nastąpi zmiana posterunków granicznych. Szukam umówionego strażnika dalej. Zdaje mi się, że upłynęło sporo czasu. Patrzę na zegarek. W rzeczywistości tylko dziesięć minut. Pozostało jeszcze dziesięć minut, ale zacząłem tracić już nadzieję. Nagle zauważyłem biegnącego żołnierza niemieckiego. W pierwszej chwili przygotowałem się do strzału, ale strażnik pyta: „Co jest?” Podaję hasło, odzew jest prawidłowy. Migam latarką w stronę zbiegów i nawet zagwizdałem. Podbiegli szybko do nas, pożegnali się ze mną i udali się za żołnierzem niemieckim, który jeszcze zdążył ich przeprowadzić przez granicę. Po drugiej stronie przejął ich Harat z Kosowskim. Tomasz Szopa zajął się odwiezieniem furmanką rowerów, na których jechali uciekinierzy. Myśmy natomiast na swoich rowerach wszyscy szczęśliwie wrócili do Libiąża.

Aresztowanie

Zostałem aresztowany w Libiążu w styczniu 1944 r. W tym czasie już ukrywałem się wiedząc, że policjanci niemieccy z miejscowego posterunku, który mieścił się na terenie zajmowanym przez kopalnię, domyślają się mojej działalności konspiracyjnej. Jeden z nich, Dąbrowski, pochodzący ze Śląska i dobrze mówiący po polsku, namawiał mnie wcześniej, aby wtedy, kiedy on sam będzie na posterunku, członkowie naszej organizacji opanowali go i zabrali broń zmagazynowaną w jego budynku. On sam zamierzał udać się – przy naszej pomocy – do partyzantki. W tej sprawie skontaktowałem się nawet z Haratem. Nie dowierzaliśmy mu jednak, a szkoda, ponieważ miał rzeczywiście taki zamiar i proponowana przez niego akcja udałaby się. Ostrzegał on także moją rodzinę, że miejscowi policjanci chcą mnie aresztować. Nie ustrzegł mnie jednak od nieszczęścia. Przypadkowo zostałem zatrzymany na drodze, kiedy niemieccy policjanci udawali się do domu mojego teścia, aby mnie schwytać.

Pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych

Wkrótce umieszczono mnie w więzieniu w Mysłowicach, w którym przebywałem do sierpnia 1944 r. Stąd wywieziono mnie do KL Gross-Rosen, gdzie otrzymałem numer 58683. W styczniu 1945 r. transportem kolejowym przewieziono nas do KL Buchenwald.

Pamiętam, że kiedy wyprowadzano nas pieszo z Gross-Rosen, aby dojść do stacji w Rogoźnicy, gdzie odbywał się załadunek do wagonów, zaraz za bramą obozu esesman zastrzelił jednego z więźniów. Po drodze, kiedyśmy byli wiezieni do Buchenwaldu, wyskoczyłem z wagonu wraz z więźniem o imieniu Lutek, który pochodził z Białegostoku. Miało to miejsce w pobliżu wsi Nelba-Korbla, położonej blisko miasta Halle an der Saale. Po kilkudniowym ukrywaniu się i różnych perypetiach zostaliśmy ujęci i ostatecznie przez gestapo w tym mieście przekazani władzom obozowym w Buchenwaldzie. Byłem więziony w Dora-Nordhausen, a potem w obozie Leitmeritz. Kiedy w czasie ewakuacji tego obozu załadowano nas do pociągu i wieziono w nieznanym kierunku, wyskoczyłem z wagonu wraz z więźniem, który miał na imię Marian i pochodził z Łodzi. Chciałem nadmienić, że początkowo zamierzał ze mną uciekać z jadącego pociągu Józef Starostka z Chrzanowa, ale w decydującym momencie zaczął płakać i nie odważył się wyskoczyć. Więzień ten po wojnie nie wrócił do Chrzanowa, o czym powiadomiła mnie jego żona. Po udanej ucieczce zatrzymali nas w lesie partyzanci czescy, gdzie w ich oddziale wraz ze wspomnianym kolegą uciekinierem doczekałem wolności w maju 1945 r.

Relację spisał: Adam Cyra
Libiąż, 3 lutego 2010 r.

, , , ,

1 komentarz

Zapomniany bohater z Libiąża

Podczas okupacji hitlerowskiej w Libiążu, obok istniejącej do dzisiaj kopani „Janina”, powstał we wrześniu 1943 r. podobóz KL Auschwitz, noszący nazwę „Janinagrube”.

Jednym z więźniów tego podobozu był austriacki Żyd, Adolf Volk, który po wojnie, 22 listopada 1945 r., złożył kilkustronicowe oświadczenie w wiedeńskiej kancelarii adwokata dr. Marcina Hőberle na temat uratowania mu życia przez mieszkańca Libiąża o nazwisku Piotr Dulowski.

Adolf Volk urodził się 21 grudnia 1923 r. i pochodził z Wiednia. Tam aresztowany został przez gestapo 3 maja 1942 r. Przez ponad jedenaście miesięcy przebywał w wiedeńskim areszcie śledczym, gdzie skazano go na rok karnego więzienia za „zhańbienie rasy”. Po kilku tygodniach pobytu w policyjnym więzieniu w Wiedniu został 24 czerwca 1943 r. przywieziony transportem zbiorowym do KL Auschwitz i oznaczony numerem obozowym 124652.

Podobóz Janinagrube. Drewniany barak, w którym mieściła się wartownia obozu.

Podobóz Janinagrube. Drewniany barak, w którym mieściła się wartownia obozu.

W połowie listopada tegoż roku przydzielono go do komanda zewnętrznego w kopalni „Janina” w Libiążu, gdzie po jakimś czasie udało mu się nawiązać łączność z miejscowym robotnikiem cywilnym Janem Bocharkiem, a następnie za pośrednictwem Piotra Dulowskiego, rzeźnika z Libiąża, porozumieć się korespondencyjnie ze swoją matką Anną Volk w Wiedniu, która już po miesiącu przyjechała do Libiąża i powtarzała te odwiedziny co dwa tygodnie. Podczas swojego pobytu mieszkała stale u rodziny Dulowskich.

Przy jej pomocy Piotrowi Dulowskiemu udało się przekupić SS-Rottenführera Maxa Illiga, szefa kuchni dla esesmanów w podobozie „Janinagrube”, który spowodował przeniesienie jej syna i zatrudnienie go jako pomocnika kucharza we wspomnianej kuchni SS. W ten sposób Adolf Volk uwolniony został od morderczej pracy, ponad siły, wykonywanej w libiąskiej kopalni przez więźniów podobozu „Janinagrube”, która z pewnością w krótkim czasie spowodowałaby jego śmierć.

Jako pomocnik kucharza Adolf Volk, dwa lub trzy razy w tygodniu, kupował mięso u Piotra Dulowskiego w Libiążu dla obozowej kuchni SS. Przy nabywaniu towaru rodzina Dulowskich przekazywała Adolfowi Volkowi duże ilości żywności w celu potajemnego jej rozdzielenia wśród więźniów.

Dzięki tym podarkom w naturze – zeznał w swoim powojennym oświadczeniu Adolf Volk – uratowało się przed śmiercią głodową wielu więźniów obozu koncentracyjnego. Poza tym przy sposobności zakupu towaru miałem możność rozmawiać ze swoją matką, która zawsze wykorzystywała tę sposobność i zatrzymywała się właśnie w tym czasie u rodziny Dulowskich, i dzięki jej słowom pełnym pociechy odzyskiwałem hart ducha i moc wewnętrzną.

Oświadczenie Adolfa Volka, przetłumaczone 6 grudnia 1945 r. z języka niemieckiego na język polski przez tłumacza przysięgłego z Krakowa, dr. Kazimierza Bulasa, dopiero niedawno zostało przekazane pracownikom Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu i stanowi ono cenny dokument, świadczący o jeszcze jednym, dotychczas nieznanym przypadku, uratowaniu życia Żydowi przez Polaków.

Adam Cyra
Oświęcim, 23 kwietnia 2009 r.

, , , , , , , , ,

Brak komentarzy