Wpisy oznaczone tagiem galiński

„Przeżyliśmy Auschwitz …”

W dniu 22 stycznia 2015 roku  w Auli Amfiteatralnej im. ks. Józefa Tischnera w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego miało miejsce spotkanie z prof. dr. inż. Zbigniewem Kączkowskim – byłym więźniem hitlerowskich obozów koncentracyjnych: Auschwitz, Buchenwald, Mittelbau-Dora i Ravensbrück, który dzisiaj ma dziewięćdziesiąt trzy lata.

Było ono pierwszym z cyklu „Przeżyliśmy Auschwitz…” i  zostało zainicjowane przez Sekcję Historii Najnowszej Koła Naukowego Historyków Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego w roku akademickim 2014/2015.

Zobacz:

Prof. Zbigniew Kączkowski,  więzień KL Auschwitz,  opowiada …

Zbigniew Kączkowski urodził się 10 kwietnia 1921 roku w Krakowie. W latach 1931 – 1939 ukończył gimnazjum i liceum matematyczno – fizyczne Towarzystwa Szkoły Średniej w Gdyni. Jesienią 1939 roku został wysiedlony wraz z rodzicami z tego miasta do Generalnego Gubernatorstwa. Początkowo mieszkał koło Kutna, a od wiosny 1940 roku w Warszawie, gdzie zajmował się pracą w samopomocy społecznej, prowadzonej w ramach Rady Głównej Opiekuńczej. Równocześnie działał konspiracyjnie, pełniąc funkcję drużynowego w  Szarych Szeregach.

W 1941 roku musiał opuścić Warszawę, zmieniając nazwisko na Kaczanowski, ponieważ był poszukiwany przez gestapo. Zamieszkał w majątku Marynki koło Warki. Tam wstąpił do ZWZ/AK oraz prowadził tajne nauczanie. Aresztowano go w kwietniu 1943 roku wraz z matką dr n. med. Zofią Kączkowską i obydwoje umieszczeni zostali w więzieniu w Radomiu, skąd w czerwcu 1943 roku przewieziono ich do KL Auschwitz. Zbigniew Kączkowski otrzymał numer obozowy 125727, natomiast jego matkę oznaczono numerem 46442. Zginęła w KL Auschwitz II-Birkenau 13 stycznia 1944 roku.

Podczas spotkania prof. dr inż. Zbigniew Kączkowski najbardziej zaciekawił słuchaczy swoją dramatyczną opowieścią o ucieczce z KL Auschwitz latem 1944 r. W tym czasie pracował jako pielęgniarz w szpitalu więźniarskim w bloku nr 21 na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu. Ze swoich planów ucieczki zwierzył się zaufanym współwięźniom.

O jego zamiarach poinformowany został także Józef Cyrankiewicz, nr obozowy 62933, który również zamierzał tą drogą wydostać się z obozu, lecz w ostatniej chwili zrezygnował z ucieczki, wyznaczając na swoje miejsce skoczka spadochronowego – cichociemnego rtm. Jerzego Sokołowskiego, oznaczonego numerem obozowym 156692. Sposób przeprowadzenia ucieczki opracował Józef Cyrankiewicz i Stanisław Kłodzinski, nr obozowy 20019. Obydwaj byli aktywnymi działaczami obozowej konspiracji.

W dniu 27 lipca 1944 roku Zbigniew Kączkowski wraz z kilkoma innymi więźniami, ciągnąc wóz, tzw. rollwagę, przekroczył bramę z napisem „Arbeit macht frei”. Miał za zadanie przywieźć z apteki obozowej lekarstwa do bloku szpitalnego nr 21, w którym pracował. Pod pretekstem „zorganizowania” wędlin w obozowej rzeźni, oddalił się od kolegów. Zgodnie z planem ukrył się na strychu drewnianego baraku, w którym mieściła się jadalnia dla esesmanów.

Mjr Jerzy Sokołowski

Rtm. Jerzy Sokołowski

Nazajutrz w kryjówce pojawił się Jerzy Sokołowski, który z powodu nieszczęśliwego upadku w ciemnościach uszkodził podłogę na strychu tego baraku. Z tego powodu jeszcze tej nocy byli zmuszeni rozpocząć ucieczkę, chociaż wiedzieli, że intensywne poszukiwania uciekinierów przez esesmanów są prowadzone przez trzy doby. Z różnymi perypetiami udało się im nazajutrz przed południem dotrzeć do podoświęcimskiej miejscowości Grojec, gdzie w ręce ćwiczących w pobliżu żołnierzy niemieckiej artylerii przeciwlotniczej wydał ich napotkany siedmioletni chłopiec o nazwisku Bogdan Mikołajczyk, zbierający jeżyny wraz ze swoim wujem. Obaj byli nasiedlonymi przez Niemców volksdeutschami z Pomorza. Chłopiec ten za swój czyn otrzymał w nagrodę garść cukierków.

Zaraz po ujęciu Zbigniew Kączkowski i Jerzy Sokołowski przez dziesięć dni byli więzieni w bunkrze bloku nr 11 z innym schwytanym uciekinierem z KL Auschwitz. Był nim dwudziestoletni Edek Galiński, nr obozowy 531, pochodzący z Jarosławia, który w przebraniu esesmana i z bronią uciekł z obozu w Brzezince 24 czerwca 1944 roku wraz z belgijską Żydówką, pochodzącą z Polski – Malą Zimetbaum, nr obozowy 19880, więzioną w tym czasie również po ujęciu w jednym z bunkrów bloku nr 11. Niestety po kilkunastu dniach zostali schwytani i 22 sierpnia 1944 roku straceni w KL Auschwitz II-Birkenau.

Edward Galiński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Edward Galiński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zbigniew Kączkowski zapamiętał, że Edek Galiński często przy szparze w drzwiach celi, w której byli więzieni, gwizdał jakąś melodię, a Mala mu ją odgwizdywała. W ten sposób, przekazywali sobie wzajemnie wiadomość, że jeszcze żyją. Po wojnie złożył na ten temat relację były więzień Bolesław Staroń, stwierdzając, że tą melodią była znana przedwojenna włoska piosenka Claudio Villa „Serenata messicana”.

Po wojnie Zbigniew Kączkowski poświęcił się pracy naukowej. Nigdy nie był członkiem PZPR ani nie wykorzystał dla własnych korzyści swojej obozowej znajomości z Józefem Cyrankiewiczem, późniejszym długoletnim powojennym komunistycznym premierem w PRL.

Organizatorami spotkania z prof. Zbigniewem Kączkowskim byli: mgr Piotr Świątczak – doktorant na Wydziale Historycznym UJ i starszy przewodnik-edukator w Muzeum Auschwitz-Birkenau  oraz Justyna Gałuszka – prezes zarządu Koła Naukowego Historyków Studentów UJ.

Warto nadmienić, że w Instytucie Historii UJ nigdy wcześniej nie organizowano spotkań z byłymi więźniami KL Auschwitz,  podczas których dzieliliby się oni swoimi wspomnieniami obozowymi ze studentami historii. Toteż spotkanie z prof. Zbigniewem Kączkowskim było wydarzeniem wyjątkowym, chociażby z uwagi na fakt, iż wzięło w nim udział kilkaset osób i to nie tylko studentów historii, bowiem w Auli byli obecni również studenci z innych wydziałów UJ, a nawet innych uczelni Krakowa.

Drugie spotkanie z cyklu „Przeżyliśmy Auschwitz…” zostało zaplanowane na 12 marca 2015 roku. Gościem Instytutu Historii UJ będzie Kazimierz Albin – były więzień KL Auschwitz z pierwszego transportu Polaków, przywiezionych z więzienia w Tarnowie (nr 118), uciekinier z tego obozu i późniejszy żołnierz Armii Krajowej.

To niezwykłe spotkanie zostanie połączone z promocją dwóch książek  Kazimierza Albina, zatytułowanych  „List gończy. Historia mojej ucieczki z Oświęcimia i działalności w konspiracji”, Warszawa 1996 oraz „Postscriptum. Losy powojenne i powrót do Auschwitz”, Oświęcim 2013.

Po spotkaniu będzie możliwość zakupienia tych pozycji i zdobycia autografu Autora, który ma  dziewięćdziesiąt dwa lata.

Kup: List gończy

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 11 lutego 2015 r.

Brak komentarzy

Miłość w cieniu zagłady

Wydany przed kilkoma dniami komiks „Miłość w cieniu zagłady”, przedstawia historię obozowej miłości Edka Galińskiego i Mali Zimetbaum, którzy podjęli 65 lat temu ucieczkę z KL Auschwitz w dniu 24 czerwca 1944 r.

Edward Galiński urodził się 5 października 1923 r. w Tuligłowach koło Jarosławia. W dniu 14 czerwca 1940 r. został przywieziony pierwszym transportem więźniów politycznych z Tarnowa do KL Auschwitz. Po jakimś czasie udało mu się dostać do „lepszego” komanda i zaczął pracować w obozowej ślusarni. Jej szefem był esesman Edward Lubusch, Niemiec rodem z Bielska, niewiele starszy od Edka Galińskiego, wyróżniający się tym, że nie znęcał się nad więźniami, a wręcz im pomagał.

Komiks pt. "Miłość w cieniu zagłady"

Komiks pt. "Miłość w cieniu zagłady"

Mala Zimetbaum była Żydówką. Urodziła się w Brzesku 26 stycznia 1918 r. Wraz z całą rodziną wyemigrowała w 1928 r. do Antwepii. Biegle posługiwała się: flamandzkim, francuskim, niemieckim, angielskim, polskim i trochę rosyjskim.

Aresztowana została w połowie września 1942 r. podczas łapanki Żydów na Dworcu Centralnym w Antwerpii i przywieziona później do KL Auschwitz. Dzięki ujmującej powierzchowności oraz znajomości kilku języków obcych została zatrudniona w obozie kobiecym jako tłumaczka i goniec. Funkcja ta wiązała się z przywilejem poruszania się po terenie obozowym.

Edward Galiński pracował w ślusarni na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu. Pod koniec 1943 r. zaczął się starać, co wkrótce doszło do skutku, o przeniesienie do komanda instalatorów w Brzezince. Miał bowiem nadzieję, że stąd uda mu się łatwiej zorganizować ucieczkę wraz z przebywającym w tym obozie jego przyjacielem z Jarosławia, Wiesławem Kielarem, więźniem oznaczonym numerem 290. Plany ucieczki zostały opracowane i w następnym roku zaczęły nabierać coraz bardziej realnych kształtów.

W połowie lutego 1944 r. Edward Galiński porozumiał się ze wspomnianym już esesmanem Edwardem Lubuschem, który nielegalnie przekazał mu mundur esesmański i pistolet z kilkoma nabojami. Datę ucieczki wyznaczono na czerwiec tegoż roku. Edward Galiński, przebrany w dostarczony mundur jako lepiej znający język niemiecki miał jako rzekomy esesman konwojować Wiesława Kielara do pracy.

Edward Galiński i Mala Zimetbaum poznali się na przełomie 1943 i 1944 r. „Kocham i jestem kochana” – wyznała Mala jednej ze współwięźniarek. Edek zwierzył się z kolei ze swych uczuć Wiesławowi Kielarowi, który po tym wyznaniu zrezygnował z udziału w planowanej ucieczce. Jego miejsce zajęła Mala. 24 czerwca 1944 r. ubrała się w przygotowany wcześniej kombinezon roboczy. Edek włożył otrzymany od Lubuscha esesmański mundur i przypiął do pasa kaburę, w której był pistolet z nabojami. W ten sposób przekroczyli linię obozowych posterunków, legitymując się skradzionym przez Malę i podrobionym blankietem przepustki dla SS.

Za namową Mali poszli w kierunku Słowacji. Tam zamierzali ukryć się u jej krewnych, lecz 6 lipca 1944 r. natknęli się w Beskidzie Żywieckim na niemiecki patrol. Rozpoznanych uciekinierów skierowano ponownie do KL Auschwitz. O ich ujęciu komendantura obozowa powiadomiła władze zwierzchnie telegramem z 27 lipca 1944 r.

Obozowe gestapo chciało wymusić zeznania, skąd Edek wziął mundur SS i pistolet, lecz ani on, ani Mala nie zdradzili nikogo. W grypsach, wysyłanych do Wiesława Kielara, prosili, żeby uspokoił Lubuscha i więźniów wtajemniczonych w ich ucieczkę, by niczego się nie obawiali.

W drugiej połowie sierpnia 1944 r. w obozie męskim w Brzezince dla Edka Galińskiego postawiono szubienicę, a nieopodal, w obozie kobiecym, drugą – dla Mali. Zginęli w tragicznych okolicznościach.

Wiesław Kielar tak zapamiętał to wydarzenie:

Edek śmiało wszedł na podium, po czym do razu stanął na taborecie ustawionym pod szubienicą. Pętla dotykała jego głowy. Rozległa się komenda: „Achtung” – i po chwili w zupełnej ciszy wysunął się jeden z esesmanów (…). Z kartki trzymanej w ręce zaczął czytać wyrok w języku niemieckim. W tym momencie Edek, stojąc na taborecie, poszukał głową otworu pętli i odbiwszy się odeń mocno nogami, zawisł. (…) Esesmani nie pozwolili jednak na taką demonstrację. Podnieśli krzyk, a lagerkapo w porę się zorientował. Złapał Edka w pół, postawił na taborecie, rozluźnił pętlę. Niemiec skończył czytanie wyroku w języku niemieckim i zaczął czytać w języku polskim. Czytał szybko i niewyraźnie. Spieszył się. Edek odczekał, aż skończy. W momencie zupełnej ciszy krzyknął nagle zdławionym głosem: „Niech żyje Polsk…”. Ale nie dokończył. Lagerkapo nagle poderwał taboret, pętla tym razem zacisnęła się mocno. (…) ”Czapki zdjąć!!!” – rozległa się niespodziewanie polska komenda (…). Cały obóz oddawał hołd zmarłemu.

Przebieg egzekucji Mali tak wspomina Sara Goldberg, której Mala w obozie uratowała życie:

22 sierpnia 1944 r. zwołano więźniarki obozu kobiecego w Brzezince na plac apelowy, gdzie miała się odbyć egzekucja Mali Zimetbaum. Mala trzymała się dzielnie do końca. Podczas odczytywania wyroku podcięła sobie żyły żyletką, którą wcześniej schowała we włosach i skrwawionymi rękami spoliczkowała esesmana. Zawołała do więźniarek: niedługo będziecie wolne, trzymajcie się. Umierającą wrzucono na wózek, który dwie więźniarki obwoziły po placu apelowym, abyśmy dobrze widziały co się stanie, gdy któraś z nas będzie chciała pójść w ślady Mali.

Przedstawione w komiksie wydarzenia w miarę możności wiernie oddają realia historyczne, szczegóły topograficzne obozu Auschwitz-Birkenau, przebieg wypadków, jak również sylwetki uczestników i bohaterów tych zdarzeń. Okoliczności towarzyszące historii „miłości w cieniu zagłady” znajdują potwierdzenia w licznych wspomnieniach i relacjach świadków.

Adam Cyra
Oświęcim, 2 czerwca 2009 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Bolesław Staroń wspomina …

Bolesław Staroń, ur. 9 maja 1919 r. w Adlershof-Berlin, zamieszkały w Warszawie, emerytowany starszy radca Departamentu Postępu Technicznego i Nadzoru Budowlanego w Komitecie Budownictwa Urbanistyki i Architektury w Warszawie, były więzień KL Auschwitz (nr 127829) i Leitmeritz (nr 30512), złożył relację dotyczącą Jego pobytu w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych. Z inż. Bolesławem Staroniem, który niedawno ukończył dziewięćdziesiąt lat, rozmawiał Adam Cyra, starszy kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Bolesław Staroń wspomina:

Bolesław Staroń wspomina:

Moim współtowarzyszem niedoli w bunkrze bloku nr 11 latem 1944 r. był dwudziestoletni Edek Galiński (nr 531), pochodzący z Jarosławia, który w przebraniu esesmana i z bronią uciekł z obozu w Brzezince wraz z belgijską Żydówką, pochodzącą z Polski – Malą Zimetbaum. Niestety po kilku dniach zostali schwytani. Edek opowiadał mi, że stało się to już w pobliżu granicy ze Słowacją. Mala chciała w jednej z miejscowości – jeszcze po polskiej stronie – kupić coś do jedzenia, oferując jako zapłatę złoto, które wynieśli z obozu. Zwróciła tym na siebie uwagę kogoś, kto doniósł o jej pobycie Niemcom. Aresztowano ją, kiedy wracała ze sklepu do znajdującego się w pobliżu Edka. Przyrzekli sobie, że nigdy się nie rozstaną i wzajemnie nie opuszczą. Edek nie uciekał i wykonał polecenie żandarma niemieckiego: „Mützen ab!”, zdejmując czapkę i pokazując ogoloną głowę, czym zdradził, że jest więźniem, który zbiegł z obozu. Zostali przywiezieni na powrót do obozu oświęcimskiego.

Mala Zimetbaum

Przebywając w jednej celi z Edkiem, nigdy od niego nie dowiedziałem się, że Mala też była więziona w bloku nr 11. Zastanawiało mnie jednak zachowanie Edka, który zawsze po wieczornym apelu, odbywającym się podobnie jak apel poranny w celi, stawał przy skośnym otworze okiennym i pięknie śpiewał włoską piosenkę „Serenata in Messico”. Podobno skomponował, czy też przed wojną napisał do niej słowa Claudio Villa, o czym dowiedziałem się dopiero niedawno. Do dzisiaj potrafię zanucić i zagrać jej melodię, nie pamiętając już słów, które Edek śpiewał podczas wielu więziennych nocy w Bloku Śmierci. W ciszy nocnej jego śpiew lub czasami tylko gwizd mocnym echem wracał do bunkra. Nie domyślałem się wtedy, że w ten sposób daje o sobie Mali znak życia, a także kolegom współwięźniom, których miał tak wielu w obozie. Edek był przystojny, wysoki i dobrze zbudowany. Nic więc dziwnego, że podobał się tej dziewczynie.

Nikolaus Engel

Nikolaus Engel

W celi, w podziemiach bloku nr 11, gdzie przebywałem tylko z Edkiem, umieszczono około 20 lipca 1944 r. jeszcze trzeciego więźnia. Okazał się nim Żyd słowacki o nazwisku Nikolaus Engel, który uciekł z bloku nr 11, wydostając się poza obóz, lecz wkrótce schwytano go i z powrotem osadzono w bunkrze. Był to młody i silnie zbudowany mężczyzna, oficer armii czechosłowackiej. Edek dobrze rozumiał Engla, mówiącego po słowacku lub czesku, ja trochę mniej. Mówił o nim, że przywieziono go do bloku nr 11 z jakiejś kopalni (prawdopodobnie Jawiszowice). Nie wtajemniczał mnie jednak w bliższe okoliczności aresztowania Engla.

Edek Galiński

Edek Galiński

Pewnego dnia w lecie 1944 r. usłyszeliśmy odgłosy zbijania szubienicy na placu obozowym. Nerwy mieliśmy napięte do granic wytrzymałości, lecz nie wiedzieliśmy, kto będzie skazańcem. Zdążyliśmy jednak, na wszelki wypadek, wzajemnie pożegnać się. Z naszej celi zabrano Nikolausa Engla, natomiast ja z Edkiem Galińskim nadal w niej pozostałem. Po krótkim odstępie czasu od jego wyprowadzenia obydwaj usłyszeliśmy bardzo donośny okrzyk więźniów stojących na placu apelowym w obozie macierzystym w Oświęcimiu i zmuszonych obserwować przebieg egzekucji, co było dotychczas niespotykane w obozie: „aaa…!”

Myślałem, że wśród więźniów wybuchł bunt, bo na apelu zgromadzono ich co naj-mniej kilka tysięcy i powiedziałem do Edka Galińskiego, który wraz ze mną był więziony w bunkrze bloku nr 11, że chyba bramę wyważają i uciekają z obozu, a o nas mogą zapomnieć. Nagle jednak zapanowała cisza, przerwana po niedługim czasie krokami kilku osób idących w kierunku celi, w której przebywaliśmy zupełnie zdezorientowani, co to wszystko ma znaczy.

Zaświeciło się światło i drzwi celi otwarto. Ku naszemu zdumieniu do jej wnętrza wprowadzono Engla z krwawym i sinym obrzękiem na szyi. Była to pręga – jak nam powiedział – po sznurze, na którym krótko zawisł na szubienicy, lecz ten zerwał się pod ciężarem jego ciała. Ucieszyliśmy się, że żyje i zacząłem Engla pocieszać, aby się nie martwił, bo prawo międzynarodowe w takich wypadkach skazańcowi darowuje życie. Niedługo trwała nasza radość, bo na nowo usłyszeliśmy odgłos zbliżających się kroków. Pożegnałem się z Englem i byliśmy pewni, że esesmani idą po jednego z nas. Po otwarciu drzwi ponownie został zabrany Engel, który tym razem już nie wrócił. Okazało się, że jeszcze w tym samym dniu przewieziono go do Brzezinki i tam stracono.

Dowiedzieliśmy się później, że Engla miał wieszać kalefaktor Jakub, który celowo zrobił za długą pętlę, która nie wytrzymała ciężaru skazańca. Po nieudanej egzekucji zamknięto Jakuba w celi nr 17 zarzucając mu, że on ten sznur nadciął. Jakub zdołał się jednak wybronić od tego zarzutu i wkrótce wypuszczono go z bunkra i przywrócono do poprzednich obowiązków.

Nigdy nie zdradziłem ani Englowi, ani Edkowi, że uwięziono mnie w bunkrze za „organizowanie” ubrań do ucieczek. Edek domyślał się jednak tego i raz znacząco, wymownie artykułując to słowo, powiedział: „messengrupa” (grupa pomiarowa), dodając jeszcze: „wiadomo”. W miarę upływu czasu staliśmy sobie bliżsi, szczególnie po tragicznej śmierci Engla, z którym zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić i jego utratę odczuliśmy boleśnie. Dotyczyło to szczególnie Galińskiego, który rozmawiał zawsze z Englem jak z bliskim sobie „kumplem”. Świetnie się obydwaj rozumieli, mnie zaś Edek uważał za więźnia mniej doświadczonego i był w stosunku do mnie bardzo opiekuńczy. Później Edek powiedział mi, że wiedział o planowanej egzekucji Engla, ale nie chciał o tym mówić.

Siedząc w ciemnościach bunkra marzyliśmy o tym, żeby znowu zobaczyć słońce. Edek doradził mi, żebym zameldował o swej rzekomej gruźlicy, co nierozważnie uczyniłem. Wprawdzie na pewien czas opuściłem bunkier, zaprowadzony przez eskortującego mnie esesmana do bloku szpitalnego, gdzie wykonano mi prześwietlenie płuc. Kiedy jednak rentgen wykazał mój dobry stan zdrowia, esesman „walnął” mnie tak mocno kilka razy, że ledwie się dowlokłem z powrotem do celi. Byłem wściekły na Edka. Ten jednak umiejętnie rozładował mój gniew stwierdzeniem: „Ciesz się, że nie masz gruźlicy!” Tym powiedzeniem Edek bardzo wzmocnił mnie psychicznie, bo wtedy uzmysłowiłem sobie, że śpiąc na betonie, rzeczywiście mogłem się jej nabawić. Nawet byłem mu za to wdzięczny, że tak się nie stało i przez kilka dni powtarzałem w duchu jego słowa, które dodały mi tyle otuchy.

Edek przypuszczał, że zostanę uwolniony z bunkra i jako bardziej doświadczony ode mnie w sprawach obozowych wiedział, że każdy zwalniany nie może stąd wyjść, je-żeli nie otrzyma wcześniej dwadzieścia pięć uderzeń bykowcem na „koźle” w pośladki. Stąd też instruował mnie jak należy zachować się podczas tego bicia. Edek radził mi, abym nie naprężał pośladków, bo wtedy po wymierzeniu kary chłosty następuje ropienie i gnicie ciała oraz wdać się może gangrena. Mięśnie pośladków muszą być odprężone – mówił – uderzając mnie po tej części ciała, aby sprawdzić, czy potrafię je właściwie rozluźnić.

Niedługo przed moim zwolnieniem z bunkra Jakub zorganizował po apelu wieczornym półgodzinne spotkanie Edka Edka i Mali Zimetbaum. Pamiętam, że Edek razem z nim wyszedł z celi, ale nie wiem, gdzie ono się odbyło. Przypuszczam jednak, że to spotkanie miało miejsce w bloku nr 11. Po tym krótkim widzeniu Galiński był niesamowicie smutny. Powiedział, że widział się z Malą, ale więcej nie chciał nic mówić. Przypominam sobie, że jeszcze tego samego wieczoru Edek zaczął w tynku celi nr 18 wykonywać rysunek twarzy jakiejś kobiety. Przypuszczam, bo tego w rozmowie ze mną nie zdradził, że to był portret Mali. Miał również zwyczaj wykonywania napisów w tynku ścian cel, w których przebywaliśmy, m.in. często wydrapywał w tynku przy pomocy łyżki swoje imię i nazwisko oraz Mali Zimetbaum, ich numery obozowe oraz datę ich schwytania w pobliżu granicy słowackiej: „6 VII 1944 r.”

Zgodnie z przypuszczeniami Edka przed zwolnieniem z bunkra przeszedłem „ceremoniał” chłosty, którą wymierzono mi na „koźle”, ustawionym w pomieszczeniu na parterze w bloku nr 11. Uderzania były tak mocne, że oprócz doznawanego bólu aż mi huczało w głowie. Spadające razy musiałem liczyć w języku niemieckim. Na szczęście nie pomyliłem się w liczeniu i nie zemdlałem, otrzymując dwadzieścia pięć uderzeń w pośladki. W przeciwnych sytuacjach, karę chłosty wymierzono by mi od nowa.

Wcześniej Edek często mi powtarzał, że otrzymam karę chłosty odchodząc z bunkra. „To masz jak w banku” – żartował. Wraz ze mną kara ta została wymierzona także kilku innym więźniom, których przyprowadzono z obozu lub też z bunkra. Na tym ona dla mnie jednak nie skończyła się, bowiem podnosząc się z „kozła” nierozważnie popatrzyłem na umundurowanego oprawcę, któremu nie spodobało się moje spojrzenie. Esesman ten wówczas tak mnie uderzył w twarz, że straciłem przytomność i odzyskałem ją dopiero, kiedy byłem już z powrotem w celi, nie wiadomo przez kogo tam zaniesiony.

W bunkrze przebywałem jeszcze dwa dni, nie mogąc ani siedzieć, ani leżeć, po czym przeniesiono mnie na pierwsze piętro bloku nr 11 do dużej celi, w której znajdowały się dwupiętrowe prycze. Jeszcze przez dwa tygodnie miałem spuchnięte pośladki i odczuwałem piekący ból. Dzięki instrukcjom Edka uniknąłem jednak poważniejszych komplikacji, przed którymi mnie tyle razy ostrzegał. Z celi nr 18 – w tym samym dniu, kiedy ją opuściłem, lecz nieco wcześniej ode mnie – wyprowadzono także Edka Galińskiego i dopiero po wojnie dowiedziałem się o dramatycznych okolicznościach jego egzekucji przez powieszenie w Brzezince, gdzie również stracona została Mala Zimetbaum.

Relację spisał:

Adam Cyra

Oświęcim, 28 lipca 2009 r.

, , ,

Brak komentarzy