Wpisy oznaczone tagiem cyra

W Alwerni pamiętają o Rotmistrzu Pileckim

W dniu 26 kwietnia 2014 r. w Klasztorze OO. Bernardynów w Alwerni odbyła się uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej Rotmistrzowi Witoldowi Pileckiemu.


Rtm. Witold Pilecki (1901-1948), żołnierz 1920 i 1939 r., dobrowolny więzień KL Auschwitz (nr 4859) i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień obozów jenieckich w Lamsdorf i Murnau, oficer II Korpusu we Włoszech, rozstrzelany w więzieniu mokotowskim w Warszawie 25 maja 1948 r.

Siedemdziesiąt jeden lat temu rtm. Witold Pilecki zagrożony dekonspiracją, a także pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edmundem Ciesielskim (nr 12969).

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , ,

Brak komentarzy

Konkurs na Blog Roku 2013

Szanowni Państwo!

Bardzo dziękuję wszystkim Internautom oraz Przyjaciołom i Znajomym, którzy docenili moją pracę na rzecz upamiętnienia tragicznej historii KL Auschwitz i Kresów Wschodnich II Rzeczypospolitej, oddając głos na mój blog, zatytułowany „Wprawnym Okiem Historyka” w konkursie „Blog Roku 2013” –  kategoria „Profesjonalne i Firmowe”.

Pozdrawiam serdecznie
Adam Cyra

Zobacz również:
Konkurs na „Blog Roku 2013″
Konkurs na „Blog Roku 2012″

, , , , ,

1 komentarz

Grób nie będzie już bezimienny

W dniu 26 stycznia 2014 r., w przeddzień drugiej rocznicy śmierci Kazimierza Smolenia, działacze Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem odwiedzili jego bezimienny grób na cmentarzu w Chorzowie Starym, na którym złożyli wiązankę kwiatów i zapalili znicze. Ponadto umieścili na grobie przygotowaną wcześniej tabliczkę, z informacją – kto w nim jest pochowany.

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Kazimierz Smoleń był więźniem niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych Auschwitz i Mauthausen oraz przez trzydzieści pięć lat długoletnim dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu do 1990 r. Zmarł w Oświęcimiu 27 stycznia 2012 r., dokładnie w 67. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , ,

1 komentarz

Siedemdziesiąt dwa lata temu w Święto Niepodległości

Siedemdziesiąt dwa lata temu, 11 listopada 1941 r., na dziedzińcu bloku nr 11 pod Ścianą Straceń odbyła się pierwsza egzekucja dokonana w KL Auschwitz przez strzał w tył głowy z broni małokalibrowej. Rozstrzeliwał Rapportführer Gerhard Palitzsch, każdorazowo ładując do karabinka nowy nabój.

Gerhard Palitzsch

Gerhard Palitzsch

W tym dniu rozstrzelano 76 więźniów. Wśród nich było 27 więźniów umieszczonych celach aresztu bloku nr 11 w dniach od 10 października do 2 listopada 1941 r. Ponadto gestapo obozowe wezwało z różnych bloków więźniarskich na terenie KL Auschwitz 49 więźniów, których również wtedy stracono.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , , , , , , , , , , , , , , , , ,

1 komentarz

Bezimienny grób Kazimierza Smolenia (1920-2012)

Zobacz  szczegóły (proszę kliknąć): Kazimierz Smoleń zmarł w Oświęcimiu 27 stycznia 2012 r. Był więźniem niemieckich, nazistowskich obozów koncentracyjnych Auschwitz i Mauthausen oraz długoletnim dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu w latach 1955 – 1990.

W głębi widoczna wieża kościoła p.w. Św. Marii Magdaleny w Chorzowie

W głębi widoczna wieża kościoła p.w. Św. Marii Magdaleny w Chorzowie

Grób

Grób

Półtora roku później, 27 lipca 2013 r., odwiedziłem Jego grób, znajdujący się na cmentarzu w Chorzowie Starym, wraz z Przemysławem Bibikiem, autorem pracy magisterskiej o Kazimierzu Smoleniu, która zdobyła wyróżnienie w ogólnopolskim konkursie na najlepsze prace magisterskie i doktorskie, ogłoszonym przez Instytut Pamięci Narodowej. Rozstrzygnięcie i podanie wyniików konkursu nastąpiło w połowie styczniu 2012 r. W rok później praca ta nieco skrócona została opublikowana w „Zeszytach Chorzowskich” nr 13.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , ,

2 komentarzy

W 70. rocznicę zbrodni na Polakach w Parośli

Przed kilkoma dniami, 2 lutego 2013 r., o czym już pisałem na moim blogu, w Muzeum Niepodległości w Warszawie zebrał się Ogólnopolski Komitet Obchodów 70. Rocznicy Ludobójstwa Polaków na Wołyniu i Kresach Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej, którego przewodnictwo objął eurodeputowany Jarosław Kalinowski z Polskiego Stronnictwa Ludowego.

Gościem spotkania była pani Halina Ziółkowska-Modła z Oświęcimia, która pochodzi z Równego na Wołyniu. Jest ona emerytowaną polonistką oświęcimskich szkól średnich i wieloletnią działaczką Koła Miejskiego Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia w Oświęcimiu oraz redaktorką kwartalnika „Wołyń i Polesie”. W periodyku tym, wydawanym od ponad szesnastu lat, publikuje artykuły utrwalające pamięć o historii i kulturze dawnych polskich Kresów.

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

Podczas inauguracyjnego posiedzenia wspomnianego Komitetu wręczono Krzyże Pamięci Ofiar Banderowskiego Ludobójstwa, przyznane za czynny udział i wsparcie w upamiętnieniu Ofiar. Krzyż ten i pamiątkowe dyplom otrzymała także Halina Ziółkowska-Modła, od lat na łamach „Wołynia i Polesia” zamieszczająca również artykuły, przypominające o zbrodniach ukraińskich nacjonalistów, których gloryfikacja odradza się obecnie na zachodniej Ukrainie.

Obecnie coraz częściej pisze się o ludobójstwie Polaków na Kresach w polskich czasopismach i elektronicznych mediach, czego przykładem jest m.in. tekst „70 lat temu UPA dokonała zbrodni w Parośli na Wołyniu”, który ukazał sie ostatnio w „Newsweeku”, o czym będę pisał jeszcze poniżej.

Pomordowani polacy w Parośli I - 9.02.1943 r.

Pomordowani w Parośli 9.02.1943 r.

W dniu 9 lutego 1943 r. oddział Hryhorija Perehijniaka „Dowbeszki-Korobki”, który stanowił pierwszą sotnię UPA , wymordował w kolonii Parośla I na Wołyniu polskich mieszkańców tej miejscowości, zabijając ponad 150 osób, w tym dzieci i niemowlęta.

Była to pierwsza masowa zbrodnia dokonana na kresowych Polakach przez Ukraińską Powstańczą Armię (UPA). Dowódcą morderców był Hryhorij Perehiniak „Dowbeszka – Korobka”, odsiadujący przed 1939 r. wyrok w polskim wiezieniu za zabójstwo sołtysa-Polaka. Razem z nim był więziony Stepan Bandera, przywódcą krajowego kierownictwa Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, odpowiedzialny za wydanie rozkazu zamordowania w 1934 r. ministra spraw wewnętrznych II RP, płk. Bronisława Pierackiego.

Kolonia Parośla I była podobna do setek wsi polskich na Wołyniu. Niemal wszyscy jej mieszkańcy zostali bestialsko zamordowani 9 lutego 1943 r. , otwierając tym samym długą listę ofiar wołyńskiego ludobójstwa. Na miejscu dawnej wsi rośnie dzisiaj gęsty las.

Tablica upamietniająca w Parośli

Tablica upamietniająca w Parośli

W elektronicznym wydaniu „Newsweeka” można przeczytać, jak to oddział „Dowbeszki-Korobki” przybył do Parośli I, udając oddział partyzantki sowieckiej. Mieszkańców namówiono do tego, by położyli się na podłodze w swoich domach i pozwolili się związać. Obezwładnionych podstępem Polaków zabito w okrutny sposób siekierami, nie oszczędzając kobiet i dzieci. Cudem ocalało tylko z tej miejscowości dwunastu rannych Polaków. O szczegółach związanych z ta straszną zbrodnią można przeczytać w „Newsweeku”.

Polecam lekturę tego wstrząsającego tekstu:

70 lat temu UPA dokonała zbrodni w Parośli na Wołyniu

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 10 lutego 2013 r.

Zobacz:
Sąsiedzi z Wołynia

, , , , ,

Brak komentarzy

Ukazała się biografia Kazimierza Smolenia (1920-2012)

Minęła pierwsza rocznica śmierci Kazimierz Smolenia, o którym mówiono „człowiek-dusza” Muzeum oświęcimskiego. Bez Jego wieloletniego wysiłku, Muzeum Auschwitz-Birkenau nie miałoby takiego kształtu jak dziś i nie posiadałoby tak obszernej dokumentacji obozowej.

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Kazimierz Smoleń urodził się 19 kwietnia 1920 r. w Chorzowie, gdzie ukończył szkołę powszechną, a następnie Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Odrowążów. Ojciec Kazimierza – Józef Smoleń, powstaniec śląski, zginął w KL Mauthausen w 1941 r.

Jego syna – Kazimierza osadzono z kolei w KL Auschwitz już 6 lipca 1940 r. W oświęcimskim obozie oznaczony był numerem 1327 i więziono go w nim do 18 stycznia 1945 r. Ewakuowany do KL Mauthausen, przebywał również w jego podobozach Melk i Ebensee, gdzie doczeka wyzwolenia 6 maja 1945 r.

Po wojnie ukończył studia na Wydziale Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1955 r. został powołany na stanowisko dyrektora Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, na którym pracował przez 35 lat aż do przejścia na emeryturę w maju 1990 r.

Przewodnik

Przewodnk

Był autorem wielu scenariuszy zarówno wystawienniczych jak i filmowych. Jeszcze przed objęciem stanowiska dyrektora Muzeum – w lutym 1955 r. brał udział przy opracowywaniu scenariusza wystawy stałej Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, którą do dzisiaj oglądają setki tysięcy odwiedzających rokrocznie Muzeum.

Kazimierz Smoleń jest także autorem m.in. krótkiego przewodnika po Muzeum, który został przetłumaczony na wiele języków obcych. Nadal wznawiany jest najczęściej kupowanym przez odwiedzających tereny byłego obozu informatorem o historii tego Miejsca Pamięci, stanowiąc również krótkie kompendium wiedzy na temat ekspozycji Muzeum Auschwitz-Birkenau.

W 2004 r. Kazimierz Smoleń został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wciąż dużo pracował. Ponadto swoją wiedzą i doświadczeniem służył nie tylko pracownikom Muzeum, ale także każdemu, kto zwrócił się do niego z prośbą o pomoc.

Zmarł w Oświęcimiu 27 stycznia 2012 r., dokładnie w 67. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz, mając 91 lat. W dniu 3 lutego w kościele p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Oświęcimiu została odprawiona Msza święta żałobna. Złożenie urny do grobu na cmentarzu w Chorzowie Starym nastąpiło 4 lutego 2012 r.

Muzeum w Chorzowie wydało 13 tom „Zeszytów Chorzowskich”, który od kilkunastu dni jest już dostępny w sprzedaży w chorzowskim Muzem. Została w nim opublikowana obszerna biografia Kazimierza Smolenia, której autorem jest Przemysław Bibik, politolog, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Oświęcimiu i Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach.

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 2 lutego 2013 r.

Zobacz również:
Strona Muzeum w Chorzowie: Zeszyty Chorzowskie, t.13 pod red. Zbigniewa Kapały, cena 12 zł.

, , , , ,

2 komentarzy

Konkurs na „Blog Roku 2012″

Szanowni Państwo!

Serdecznie dziękuję wszystkim Internautom, którzy docenili moją pracę i oddali swój głos na mój blog, wysyłając SMS-a w konkursie na  „Blog Roku  2012″  -  kategoria „Pasje i zainteresowania”.

Adam Cyra

Wyniki głosowania na "Blog Roku 2012"

Wyniki głosowania na "Blog Roku 2012"

, , , , , , , ,

4 komentarzy

Spotkałem Petro Fedorowicza Miszczuka z Ukrainy

Petro Fedorowicz Miszczuk mieszka od 1952 r. w Czerwonogradzie na Ukrainie. Kolejny raz przyjechał na uroczystości związane z rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 2013 r. Jest byłym więźniem KL Buchenwald, gdzie w dniu 15 stycznia 1945 r. oznaczono go  numerem 105105.

Poprzednio pisałem o Nim już obszernie na moim blogu w dwóch tekstach: „Petro Fedorowicz Miszczuk z Czerwonogradu” i „Dwa życiorysy: Jan Adamko z Krystynopola i Petro Fedorowicz Miszczuk z Czerwonogradu”.

Adam Cyra

Oświęcim, 26 stycznia 2013 r.

, , , , , , , , , ,

Brak komentarzy

Stefania i Jan Wernikowie – niezwykli świadkowie

W uroczystościach w Oświęcimiu-Brzezince, związanych z 68.  rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz przez żołnierzy Armii Czerwonej 27 stycznia 1945 r., uczestniczyła Stefania Wernik, zamieszkała w Osieku koło Olkusza. Na uroczystości przyjechała wraz z mężem Janem, pochodzącym z Wołynia, któremu ojca zamordowali nacjonaliści ukraińscy na początku 1945 r.

Stefania i Jan Wernikowie, 27.01.2013 r. Fot. Adam Cyra

Stefania i Jan Wernikowie, 27.01.2013 r. Fot. Adam Cyra

Cztery lata temu nastąpiło rozstrzygnięcie konkursu w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu 19 maja 2009 r. W kategorii prace literackie nagrodzono i wyróżniono osiem prac. Wyróżnienie zdobyła m.in. praca, którą napisała Katarzyna Hrabia, uczennica III klasy o profilu europejskim I Liceum Ogólnokształcącego im. Króla Kazimierza Wielkiego w Olkuszu. W konkursowej pracy Kasia przedstawiła losy swojej prababci Anny Piekarz i babci Stefanii Wernik. Pracę napisała pod kierunkiem Angeliki Kubańskiej (historyk) i Agnieszki Piasnej (germanistka). Na rozstrzygnięciu konkursu do Oświęcimia przyjechała wówczas ze swoją babcią Stefanią Wernik.

Katarzyna Hrabia z babcią Stefanią Wernik

Katarzyna Hrabia z babcią Stefanią Wernik

Stefania Wernik (z domu Piekarz), obecnie mieszkająca w Osieku koło Olkusza, urodziła się 8 listopada 1944 r. w KL Auschwitz II-Birkenau. Według jej matki, Anny Piekarz, dziecko otrzymało nr obozowy 89136 (numer wytatuowany na nodze jest całkowicie nieczytelny). Matka i córka przeżyły pobyt w obozie. Obecnie pani Stefania Wernik pełni społecznie funkcję sekretarza Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych – Koło Nr 1 w Olkuszu.

Anna Piekarz, urodziła się 13 lipca 1918 r. w Czubrowicach, mieszkała w Osieku, przywieziono ją do obozu Auschwitz z aresztu w Olkuszu 13 maja 1944 r. i oznaczono numerem 79414. Sześć miesięcy później urodziła w obozie córkę Stefanię. Po opuszczeniu KL Auschwitz przez załogę SS, na kilka dni przed wyzwoleniem, które nastąpiło 27 stycznia 1945 r., wraz z niemowlęciem udała się w kierunku Olkusza. Niektórzy więźniowie zabierali żywność z esesmańskich magazynów, a ona zabrała dziecko i samotnie uciekała. Szła pieszo i ciągnęła na sznurku obozowy taboret, w którym leżało niemowlę.

W ten sposób doszła, pokonując kilkanaście kilometrów, do Libiąża. Tam przygarnęła ją jedna z rodzin. Potem dotarła do Krzeszowic, gdzie u pewnego gospodarza służył jej brat. Przenocowała u niego, a nazajutrz jedna z kobiet pojechała powiadomić jej męża do Czubrowic koło Olkusza, żeby po nią przyjechał. Mąż nie chciał uwierzyć, że to prawda, bo myślał, że ona już nie żyje. W końcu to jednak do niego jakoś dotarło i 8 lutego 1945 r. przywiózł ocalone z obozu Auschwitz do rodzinnego domu w Czubrowicach koło Olkusza.

Stefania Wernik nie może pamiętać tragicznych wydarzeń, których świadkiem była jej matka, wszak w momencie wyzwolenia KL Auschwitz miała zaledwie niecałe trzy miesiące. Kasia pisząc pracę korzystała ze wspomnień swojej nieżyjącej już prababci Anny Piekarz, które zapamiętała i opowiedziała jej babcia Stefania Wernik, nadal bardzo dumna z wyróżnienia, które otrzymała jej wnuczka Katarzyna Hrabia cztery lata temu podczas rozstrzygnięcia wspomnianego konkursu w Oświęcimiu

Adam Cyra
Oświęcim, 26 stycznia  2013 r.
Zobacz:
Lepsze Auschwitz niż banderowcy

, ,

Brak komentarzy

Fotografia obozowa Antoniego Kocjana (1902-1944)

Jego fotografia, wykonana w KL Auschwitz przez obozowe gestapo, jako zdjęcie anonimowego więźnia, oznaczonego numerem 4267, przez wiele lat była przechowywana w Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Obecnie udało mi się ją ostatecznie zidentyfikować, co dla mnie osobiście jest niezwykłym odkryciem. Tym bardziej, że stało się to na kilkanaście dni przed 68. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz przez żołnierzy Armii Czerwonej w dniu 27 stycznia 1945 r.

Bardzo pomocną w tej identyfikacji okazała się wydana niedawno przez Oddział Instytutu Pamięci Narodowej w Rzeszowie książka Bogusława Szwedo, zatytułowana Na bieżni i w okopach. Sportowcy odznaczeni Orderem Wojennym Virtuti Militari 1914-1921 i 1939-1945, zawierająca obszerny biogram Antoniego Kocjana wraz z wyszczególnieniem jego numeru obozowego, który dotychczas był nieznany. Numer ten wymieniony jest także na stronie internetowej Polskiego Stowarzyszenia Motoszybowcowego im. Antoniego Kocjana w artykule na jego temat, zatytułowanym „Patron”.

Wcześniej jedynie na zasadzie porównywania z fotografiami cywilnymi Antoniego Kocjana można było przypuszczać, że zdjęcie na którym widnieje numer 4267 przedstawia słynnego konstruktora lotniczego z Olkusza, bowiem żadne inne niemieckie dokumenty obozowe z nim związane nie zachowały się.

Antoni Kocjan to jedna z najbardziej znanych w historii postaci spośród olkuszan. Wybitny konstruktor oraz pilot szybowcowy i samolotowy, przedwojenny rekordzista świata w wysokości lotu, więzień KL Auschwitz, kapitan Armii Krajowej, który rozpracował konstrukcyjnie tajemnicę V-1  (bezpilotowe samoloty z ładunkami wybuchowymi) i V-2 (rakiety).

Na ten temat wspomniany Bogusław Szwedo z Oddziału IPN w Rzeszowie napisał:

Pod koniec 1943 r. przyczynił się do rozszyfrowania nowej bazy doświadczalnej pocisków rakietowych V-2 w miejscowości Blizna i Pustków k. Mielca. Gdy (…) w wyniku brawurowej akcji zdobyto w ok. Sarnak niewypał pocisku, Kocjan (…) opracował zasady konstrukcji, mechanizm sterowania oraz dane taktyczno-techniczne rakiety V-2. Do dokumentacji tej wykonał własnoręczne rysunki. Zdobyte części pocisków wysłane do Wielkiej Brytanii uznano za największą sensację wojny.

Antoni Kocjan ponownie został aresztowany  w Warszawie na początku czerwca 1944 r. Powtórnie uwięziono go na Pawiaku i rozstrzelano 13 sierpnia tegoż roku w ruinach getta. Miejsce jego pochówku jest nieznane. Za męstwo oraz zasługi w rozpracowaniu V-1 i V-2 został pośmiertnie odznaczony Orderem Wojennym Virtuti Militari V klasy rozkazem Dowódcy Armii Krajowej z dnia 2 października 1944 r.

Warto wyjaśnić, że Antoni Kocjan kierował konspiracyjnym Biurem Studiów Przemysłowych, które powstało w połowie 1942 r.  Do największych osiagnięć tego Biura należało rozpracowanie produkcji i konstrukcji pocisków V-1 i V-2. W sumie Biuro to wysłało ponad dwa tysiące meldunków, dotyczących przemysłu zbrojeniowego Niemiec. Adresatem tych meldunków był Oddział II Sztabu Naczelnego Wodza w Londynie, skąd Polacy przekazywali je wywiadowi alianckiemu.

Dr Andrzej Glass zebrał te meldunki i ponad dwanaście lat temu opublikował je w dwutomowym dziele, żatytułowanym Meldunki miesięczne wywiadu przemysłowego KG ZWZ/AK 1941-1944, które zawiera ich  faksymile.

Niedawno przeprowadziłem rozmowę z dr. Andrzejem Glassem, który jest także Autorem książki Antoni Kocjan – szybowce i walka z bronią „V” i wiem już od niego, że to on numer obozowy Antoniego Kocjana odpisał z jego listów obozowych, wysyłanych z KL Auschwitz, które do wglądu udostępniła mu wdowa po Antonim Kocjanie na przełomie lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Numer ten dr Andrzej Glass po raz pierwszy upublicznił w powyżej wspomnianej książce o Antonim Kocjanie, która została wydana w 2002 r. Z kolei wspominany już Bogusław Szwedo, umieścił i powtórzył ten numer w swojej publikacji, nie będąc jednak jego odkrywcą.

 

Dom rodzinny Antoniego Kocjana, fot. Olgerd Dziechciarz 2003 r.

Dom rodzinny Antoniego Kocjana, fot. Olgerd Dziechciarz 2003 r.

Antoni Kocjan urodził się 12 sierpnia 1902 r. we wsi Skalskie (dzisiaj część Olkusza). Jako uczeń gimnazjalny był uczestnikiem wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. i dopiero dwa lata po jej zakończeniu uzyskał świadectwo dojrzałości w Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Olkuszu. Następnie podjął studia na Politechnice Warszawskiej. Od 1932 r. był kierownikiem i głównym konstruktorem we własnych Warsztatach Szybowcowych na Polu Mokotowskim w Warszawie, projektując wiele znanych w świecie szybowców.

Podczas okupacji niemieckiej w dniu 19 września 1940 r. został przypadkowo aresztowany w drugiej wielkiej łapance ulicznej w Warszawie i osadzony na Pawiaku, skąd w nocy z 21 na 22 września przywieziono go do KL Auschwitz w transporcie, który liczył 1705 więźniów. Razem z nim do obozu przywieziono wówczas rtm. Witolda Pileckiego (nr 4859) i znanego ze swojej powojennej działalności prof. Władysława Bartoszewskiego (nr 4427). Antoni Kocjan w obozie otrzymał numer 4267. Zwolniono go z KL Auschwitz około rok później, dzięki staraniom jego znajomych z Warszawy i technicznej firmy niemieckiej, w której pracował przed aresztowaniem.

Antoniego Kocjana niektórzy historycy nazywają „człowiekiem, który wygrał wojnę”. Jego imię nosi Zespół Szkół nr 3 w Olkuszu oraz nazwisko Antoniego Kocjana wymienione jest na tablicy pamiątkowej w Liceum Ogólnokształcącym nr 1 im. Króla Kazimierza Wielkiego. Jedna z ulic Srebrnego Grodu również nazwana jest imieniem słynnego olkuskiego inżyniera. Ponadto ku jego czci umieszczono tablicę na ścianie budynku Ochotniczej Straży Pożarnej w Olkuszu, której kiedyś był członkiem.

Szybowce konstrukcji Antoniego Kocjana można spotkać w muzeach na całym świecie. Jego postać przedstawiona jest także w filmie fabularnym „Oni ocalili Londyn” w reżyserii Vernona Sewella, produkcja amerykańsko-angielska z 1958 r.

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 9 stycznia 2013 r.

Zobacz:
Polskie Stowarzyszenie Motoszybowcowe im. Antoniego Kocjana w Poznaniu
Olkuszanin wśród najlepszych w Polsce

, , , , , , ,

Brak komentarzy

Z Bułgarii do KL Auschwitz

Odwiedzający Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, przechodząc obok zdjęć zamordowanych i zmarłych w KL Auschwitz, eksponowanych w dawnym bloku poobozowym nr 7, pod jednym z nich mogą przeczytać:

Halina Danilczuk, ur. 16 marca 1916 r., nr obozowy 32636, przybyła 28 stycznia 1943 r., zmarła 19 kwietnia 1943 r.

Halina Danilczuk zamieszkała przed wojną w Warszawie, przybyła w 1937 r. do Bułgarii, aby podjąć studia w zakresie filologii klasycznej i archeologii. Kiedy wybuchła wojna i nie mogła już wrócić do kraju, pozostała w Sofii, gdzie działała w założonej pod koniec 1939 r. polsko-bułgarskiej grupie konspiracyjnej. Grupa ta została zorganizowana z inicjatywy Polonii bułgarskiej, a bezpośrednim jej organizatorem i zarazem kierownikiem był Zdzisław Zembrzuski, obywatel bułgarski pochodzenia polskiego, który od urodzenia mieszkał w Bułgarii. W skład grupy wchodzili również inni przedstawiciele rodziny Zembrzuskich, która miała wyjątkowo rozległe stosunki i należała do jednej z najstarszych w Bułgarii polskich rodzin emigracyjnych. W sumie grupę sofijską tworzyło kilkudziesięciu obywateli bułgarskich i polskich, przy pomocy których wielu Polaków przedostało się przez Bałkany do armii polskiej tworzonej we Francji a potem w Anglii. Tą drogą udało się między innymi przerzucić 70 polskich lotników z Rumunii.

Wszyscy Polacy z tej grupy wraz z członkami Poselstwa Polskiego mogli swobodnie wyjechać z Bułgarii przed wejściem wojsk niemieckich do tego kraju w 1941 r. Cieszyli się oni jednak wielką sympatią w środowiskach bułgarskich i postanowili pozostać, aby kontynuować swoją działalność. Ich postawę najlepiej określiła Halina Danilczuk, mówiąc:

Polsce trzeba służyć wszędzie gdzie jesteśmy, bez względu na trud i grożące niebezpieczeństwo.

W maju 1942 r. nastąpiło jednak prawie całkowite rozbicie grupy i aresztowanie jej członków przez gestapo sofijskie. Tylko nielicznym udało się uniknąć tego losu i kontynuować w zmniejszonym składzie konspiracyjną działalność.

Kierownik grupy przerzutowej Zdzisław Zembrzuski i jego brat Bronisław zginęli w KL Auschwitz w pierwszej dekadzie marca 1943 r. Miesiąc wcześniej w tym obozie zginęła z tej grupy Maria Porzygowska, która pracowała w Poselstwie Polskim w Sofii, do chwili jego zamknięcia w 1941 r., w charakterze kucharki. W lutym 1943 r. zginął także w obozie oświęcimskim współpracujący z tą grupą, mieszkający na stałe w Sofii, Rosjanin Peter Sterbinin. Prawdopodobnie powiązania konspiracyjne z tą grupą miała również Bułgarka Donka Dobrowa, która w tym samym czasie zmarła w KL Auschwitz. W odniesieniu do pozostałych aresztowanych osób z tej grupy trudno jest ustalić dalsze ich losy, jednak nieomal wszyscy /z wyjątkiem trzech, które zwolniono na jednej ze stacji przed granicą jugosłowiańską / zginęli i nikt z nich nie powrócił po wojnie do Bułgarii lub do Polski. Byli to m.in.: Józefa Gabeł-Karabaszewa, Zbigniew Kowalewski i Bułgar o nieustalonym nazwisku.

Halina Danilczuk, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Halina Danilczuk, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Na podstawie zachowanych w Muzeum oświęcimskim dokumentów można ustalić, że Halina Danilczuk została przywieziona w transporcie 96 więźniarek z Pragi do Brzezinki 28 stycznia 1943 r. Wcześniej przebywała prawdopodobnie w kilku innych więzieniach, między innymi w Moabicie koło Berlina.

Obozowy akt zgonu Haliny Danilczuk

Obozowy akt zgonu Haliny Danilczuk

Mimo wielu starań ze strony współwięźniarek, dla których Halina Danilczuk była symbolem międzynarodowej walki prowadzonej na wielu frontach z hitleryzmem, nie zdołano utrzymać jej przy życiu. Po upływie niecałych trzech miesięcy zmarła w KL Auschwitz II-Birkenau 19 kwietnia 1943 r.

Sprawcą rozbicia polsko-bułgarskiej grupy przerzutowej i aresztowania jej członków przez gestapo sofijskie okazał się konfident gestapo Jan Złotkowski, obywatel polski pochodzenia żydowskiego. Przed wybuchem wojny polsko-niemieckiej w 1939 r. był on przedstawicielem LOT-u w Sofii. Złotkowski otrzymał od gestapo po 50 tysięcy lewa za każdego ujawnionego i zlikwidowanego działacza tej grupy.

Po wojnie bułgarskie władze aresztowały go, gdy usiłował zbiec do Turcji, by przedostać się do Palestyny. Jan Złotkowski karę więzienia odbywał w Bułgarii do końca 1947 r. lub nawet do wiosny 1948 r. Potem został przewieziony samolotem do Polski, gdzie wkrótce wypuszczono go na wolność. W połowie lat osiemdziesiątych żył jeszcze i mieszkał w Warszawie.

Adam CyraOświęcim, 23 marca 2012 r.

, , ,

Brak komentarzy

„Wołyń i Polesie” nr 73

W Oświęcimiu od ponad dwudziestu lat działa Koło Miejskie Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia, które w ramach swej działalności m.in. wydaje kwartalnik „Wołyń i Polesie”. Redagowany przez Halinę Ziółkowską-Modłę, pochodzącą z Równego na Wołyniu, jest unikalnym kwartalnikiem we współczesnym czasopiśmiennictwie polskim, starającym się przekazać prawdę na temat historii Kresów przedwojennej Polski i szczególnie tragicznych losów ich mieszkańców w czasie drugiej wojny światowej.

Oddany właśnie do rąk Czytelników nr 73. kwartalnika „Wołyń i Polesie” liczy sto stron i zawiera dwadzieścia dziewięć tekstów, w tym artykuły historyczne oraz publikacje poświęcone sprawom bieżącym. Wśród tych ostatnich zwraca uwagę przede wszystkim cytowana w całości Uchwała Społecznej Fundacji Pamięci Narodu Polskiego w sprawie obchodów 103. rocznicy urodzin Stepana Bandery.

Dokument ten powstał w związku z zakrojonymi na szeroką skalę obchodami 103. rocznicy urodzin przywódcy najbardziej skrajnego odłamu nacjonalizmu ukraińskiego, odpowiedzialnego za ludobójstwo na Polakach-mieszkańcach Wołynia i Małopolski Wschodniej, jakie miały miejsce na zachodniej Ukrainie 1 stycznia 2012 roku. Obchody te były połączone z odsłonięciem we Lwowie pomnika Stepana Bandery.

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

 

Kombatanci UPA

Kombatanci UPA

Drugim z ważnych dokumentów, zamieszczonych w najnowszym numerze „Wołynia i Polesia”, jest zawiadomienie złożone do prokuratury przez mieszkańca Olsztyna, Kazimierza Boguckiego, o podejrzeniu popełnienia przestępstwa z art. 256 k.k. przez tygodnik „Nasze Słowo”. Ten wydawany przez mniejszość ukraińską w Polsce tygodnik, który jest dotowany przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych, znany jest nie od dzisiaj z antypolskich prowokacji i sympatii do ruchu banderowskiego, a przede wszystkim z tendencyjnych publikacji i agresywnego języka. We wspomnianym zawiadomieniu K. Bogucki podaje na to przykłady zaczerpnięte z publikacji, zamieszczonych w „Naszym Słowie”. W jednej z nich stwierdzono m.in., że:

w II Rzeczypospolitej Polacy skazali Ukraińców na zagładę, ponieważ polityka przedwojennej Polski upodobniała się do polityki III Rzeszy w stosunku do Żydów.

Wśród artykułów historycznych na szczególną uwagę zasługuje artykuł Bohdana Piętki, zatytułowany „Zapomniane ludobójstwo”. Autor omawia w nim jedną z najmniej w Polsce znanych kart historii zagłady Polaków na Wschodzie, jaką była eksterminacja Polonii w ZSRR podczas Wielkiego Terroru w latach 1937-1938.

Zwykle, gdy mówimy o ludobójstwie Polaków na Wschodzie – pisze Autor – mamy na myśli okupację sowiecką Kresów Wschodnich z lat 1939-1941 i po 1944 roku, Zbrodnię Katyńską oraz zbrodnie OUN-UPA. Tymczasem Golgota Polaków na Wschodzie rozpoczęła się jeszcze przed wybuchem drugiej wojny światowej i jest to wciąż mało znany rozdział historii (w mediach w ogóle nie wspominany). Zanim padły pierwsze strzały w Katyniu rozegrał się dramat Polaków-obywateli ZSRR, którzy stali się ofiarami ludobójczej czystki etnicznej przeprowadzonej na polecenie Stalina.

Podstawą ludobójstwa dokonanego w latach 1937-1938 na Polonii radzieckiej był rozkaz operacyjny nr 00485 wydany 11 sierpnia 1937 roku na polecenie szefa NKWD Nikołaja Jeżowa. W jego następstwie zamordowano co najmniej około 140 tysięcy żyjących w ZSRR Polaków, dziesiątki tysięcy zesłano na Syberię i do Kazachstanu, tysiące dzieci-sierot po ofiarach umieszczono i wynarodowiono w domach dziecka. Liczba ofiar bezpośrednich i pośrednich mogła wynosić nawet pomiędzy 200 a 240 tysięcy, co stanowi około 30-40 procent Polaków, którzy według oficjalnych danych mieszkali wówczas w ZSRR. Statystycznie Polacy byli grupą narodowościową, którą przed wybuchem wojny dotknęły w ZSRR największe straty ludnościowe spowodowane terrorem stalinowskim.

Przypomnienie tego, co stało się z Polakami w ZSRR w latach 1937-1938 – konkluduje Autor – jest bardzo ważne szczególnie w kontekście twierdzeń Władimira Putina, zaprezentowanych na konferencji prasowej 7 kwietnia 2010 roku w Smoleńsku, że Katyń miał być zemstą Stalina (w domyśle uzasadnioną) za domniemane polskie zbrodnie na jeńcach bolszewickich z wojny 1919-1920 roku. Otóż nie! Katyń był logiczną konsekwencją całej antypolskiej polityki Stalina realizowanej już na długo przed wybuchem wojny. Polityki, której podłożem była motywowana ideologicznie nienawiść do Polaków i chęć ich wyeliminowania jako grupy etnicznej.

Najnowszy kwartalnik, podobnie jak i wcześniejsze, zawiera następujące działy tematyczne: wspomnienia, listy i polemiki, ludobójstwo na Kresach, współczesne stosunki polsko-ukraińskie, uroczystości związane z Kresami, inne oraz biblioteka kresowiaka.

Adam Cyra
Oświęcim, 12 marca 2012 r.

Kontakt z Redakcją „Wołynia i Polesia”:

[email protected]

, , , , , , , , ,

Brak komentarzy

Zmarł dr Józef Matynia (1919-2012)

W dniu 1 marca w Sopocie zmarł w wieku 92 lat dr Józef Matynia, którego pogrzeb odbędzie się 8 marca 2012 r., o czym poinformowała Stefania Kozioł, wiceprezes Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem.

Józef Matynia (1919-2012)

Józef Matynia (1919-2012)

Józef Matynia urodził się 26 października 1919 w Borkowicach, koło Przysuchy (obecnie woj. mazowieckie). Dzieciństwo spędził w Pułtusku, gdzie jego ojciec był policjantem. Uczył się w szkole średniej w Płocku. Tam zdał maturę, należał od 1932 r. do harcerstwa, osiągając stopień harcmistrza.

W czasie okupacji niemieckiej zaangażował się w działalność konspiracyjną, kolportował podziemną prasę. Aresztowano go w listopadzie 1940 r., więziono w Pułtusku, a następnie obozie przejściowym w Działdowie, skąd w marcu 1941 r. trafił do KL Auschwitz. Po odbyciu kwarantanny wstępnej pracował m.in. w komandzie Landwirtschaf jako woźnica i obsługujący pług podczas orki na polach koło Harmęż i Babic. Latem 1941 r. przeszedł do komanda Tierpfleger, gdzie był stajennym.

Wiosną 1943 r. przewieziony został do obozu w Buchenwaldzie, tam pracował przy budowie kolei, z czasem został pisarzem blokowym, działał w konspiracji obozowej. Wyzwolony w KL Dachau przez żołnierzy amerykańskich 29 kwietnia 1945 r.

Po wojnie Józef Matynia podjął studia prawnicze w Poznaniu. Przez długie lata pracował jako dziennikarz, kierując m.in. redakcją radiową w Gdańsku. Pod koniec lat sześćdziesiątych obronił pracę doktorską z historii niemieckiego nazistowskiego obozu Stutthof koło Gdańska. Nagrał ponad 240 reportaży o charakterze historyczno-dokumentalnym. Był także autorem około 50 artykułów i referatów o tematyce historycznej oraz książki „Na szlakach walk i męczeństwa województwa gdańskiego”. Należał do Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich.

Był laureatem wielu nagród dziennikarskich, odznaczony licznymi dyplomami honorowymi i medalami, a także Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

W dniu 12 listopada 2007 r. w niemieckim konsulacie w Gdańsku odbyła się niecodzienna uroczystość. Uczestniczyli w niej m.in. działacze Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem i grupa byłych więźniów KL Auschwitz i KL Buchenwald.

Jej bohaterem był Honorowy Prezes tego Towarzystwa, dr Józef Matynia, więzień KL Auschwitz, nr 10970, który po wojnie także przezwyciężył przeszłość, kierując swoje spojrzenie w przyszłość. Za taką postawę dr Matynia został udekorowany Krzyżem Zasługi I klasy Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec. W ten sposób doceniono jego działalność na polu krzewienia idei pojednania polsko-niemieckiego.

Odznaczenie przyznał prezydent Niemiec, Horst Köhler, a dekoracji dokonała Ute Minke-Kőnig, pełniąca funkcję konsula generalnego RFN w Gdańsku,, która zwróciła się do odznaczonego w następujący sposób:

Wielce Szanowny Panie Matynia, spogląda Pan na długie życie (…). 9 listopada 1940 r., a więc niemal dokładnie przed 67 laty został Pan jako harcerz uwięziony przez gestapo. Cztery i pół roku spędził Pan w najstraszniejszych warunkach w obozach koncentracyjnych. Najpierw w Auschwitz i w Buchenwaldzie (…), potem cudem Pan przeżył Marsz Śmierci więźniów z Buchenwaldu do Dachau (…), uwolniony przez armię amerykańską. Po powrocie do Polski został Pan aktywnym członkiem różnych związków kombatanckich i organizacji byłych więźniów. Jest Pan jednym z założycieli Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, którym kierował Pan jako wiceprezes przez ponad dwadzieścia lat.

(…) nie dał się Pan wciągnąć w wir pragnienia zemsty i rozgoryczenia. Zamiast tego podjął Pan skuteczną próbę duchowego przetworzenia tych doświadczeń. (…) Świadczy o tym duża ilość Pańskich analiz i opracowań o stosunkach polsko-niemieckich. Osobiście występował Pan na licznych spotkaniach z niemiecką i polską młodzieżą, gdzie przezwyciężano historię owych mrocznych lat. (…) Miał Pan ducha i energię, aby z koszmarnych doświadczeń okresu nazizmu i wojny wyciągnąć nauki oraz wykorzystać je na rzecz pokojowego współżycia pod europejskim dachem. Dziękuję Panu dziś za to osobiste zaangażowanie przez wiele dziesięcioleci.

Józef Matynia udziela wywiadu w 2007 r.

Józef Matynia udziela wywiadu w 2007 r.

Dr Józef Matynia od wielu lat mieszkał w Sopocie i mimo dzielącej go odległości często przyjeżdżał do Oświęcimia. W 2000 r. podczas obchodów 55. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau na jednym ze spotkań byłych więźniów tego obozu, zrzeszonych w Towarzystwie Opieki nad Oświęcimiem, dr Józef Matynia wyszedł z inicjatywą opracowania i wydania specjalnej Księgi Pamięci o mieszkańcach Ziemi Oświęcimskiej, ratujących życie więźniów KL Auschwitz w latach 1940-1945. Ta głośna książka, zatytułowana „Ludzie dobrej woli”, ukazała się pod red. Henryka Świebockiego, wydana przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w 2005 r., które również opublikowało jej tłumaczenie na język angielski w 2009 r. i język niemiecki w ubiegłym roku.

We wstępie do tego opracowania dr Józef Matynia napisał:

Publikacja Księga Pamięci jest świadectwem prawdy o patriotyzmie i wielkim poświęceniu (…) jest również zapisem rozdziału pięknej historii polskości mieszkańców miasta Oświęcimia i Ziemi Oświęcimskiej. Jest tego trwałym pomnikiem.

Warto również przypomnieć, że po ukazaniu się powyższej książki w języku polskim, najbardziej zasłużeni i żyjący jeszcze mieszkańcy Ziemi Oświęcimskiej, organizujący pomoc więźniom, zostali uhonorowani przez władze polskie wysokimi odznaczeniami państwowymi.

Józef Matynia opisał swoje przeżycia wojenne w książce „Młodość utracona za drutami”, która została wydana przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu w 2011 r.. Obejmuje ona pięć rozdziałów, opisujących aresztowanie za działalność konspiracyjną oraz pobyt w więzieniach w Pułtusku i Działdowie, a także lata spędzone w obozach Auschwitz i Buchenwald oraz wyzwolenie w KL Dachau.

Dr Józef Matynia był jednym z założycieli Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem w 1983 r. i przez wiele lat wiceprezesem Zarządu Głównego tej organizacji oraz do końca życia Prezesem Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem w Gdańsku.

Adam Cyra
Oświęcim, 2 marca 2012 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

„Żołnierze Wyklęci” – bracia Edward i Tadeusz Cieśla

W dniu 1 marca 2012 r. w Polsce będzie obchodzony Narodowy Dzień Pamięci „Żołnierzy Wyklętych”, którymi byli również dwaj bracia o nazwisku Cieśla: młodszy Edward i starszy Tadeusz, który wcześniej więziony był w KL Auschwitz.

Tadeusz Cieśla, ur. 31 lipca 1919 r., dzieciństwo i młodość spędził w Studzianie k. Przeworska. Maturę zdał w 1938 r. w I Państwowym Gimnazjum im. Stanisława Konarskiego w Rzeszowie. Następnie ukończył Szkołę Podchorążych w Jarosławiu. Szlak bojowy we wrześniu 1939 r. przemierzył wraz z 38. Pułkiem Piechoty Strzelców Lwowskich. W maju 1940 r. podjął nieudaną próbę przedostania się do Wojska Polskiego, tworzonego przez gen. Władysława Sikorskiego we Francji. Z więzienia w Tarnowie 29 sierpnia 1940 r. gestapo skierowało go w transporcie więźniów do KL Auschwitz, gdzie jako numer 3715 był więziony ponad cztery lata. W dniu 28 października 1944 r. został przeniesiony do obozu Leitmeritz na terenie Czech, skąd zbiegł w kwietniu 1945 r.

Wkrótce dotarł do Polski, gdzie w Oświęcimiu odwiedził Annę Z. i jej rodzinę. Młoda Anna przez cały czas jego uwięzienia w KL Auschwitz udzielała mu potajemnej pomocy.

Tadeusz Cieśla (!919-1952)

Tadeusz Cieśla (1919-1952)

Jesienią 1945 r. przedostał się na Zachód, wracając kilkanaście razy do Polski i zajmując się przeprowadzaniem z Kraju osób zagrożonych aresztowaniem przez Urząd Bezpieczeństwa. W dniu 13 listopada 1949 r. przekraczając koleiny raz granicę polsko-czechosłowacką został aresztowany i przewieziony do aresztu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Oskarżono go o szpiegostwo. Po długotrwałym śledztwie i procesie został w dniu 21 grudnia 1950 r. skazany na karę śmierci przez Rejonowy Sąd Wojskowy w Warszawie. Prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Tadeusza Cieślę stracono w więzieniu na Mokotowie 9 lipca 1952 r. i pochowano w miejscu do dzisiaj nie wiadomym.

Protokół wykonania wyroku śmierci na Tadeuszu Cieśli

Protokół wykonania wyroku śmierci na Tadeuszu Cieśli 9.07.1952 r.

Wyrok wykonał, zabijając Tadeusza Cieślę strzałem w tył głowy, dowódca plutonu egzekucyjnego Aleksander Drej, który zmarł kilkanaście lat temu w Warszawie, pobierając do końca emeryturę dla szczególnie zasłużonych.

Jego brata, Edwarda Cieślę ps. „Zabawa”, urodzonego w 1923 r., działającego również w powojennym podziemiu antykomunistycznym, rozstrzelano 9 sierpnia 1952 r., w miesiąc po straceniu  Tadeusza.

Zbrodniczy wyrok wydany na Tadeusza Cieślę, więźnia KL Auschwitz i wielokrotnego kuriera wojskowego z Zachodu do Polski w latach 1945-1949, unieważnił dopiero po latach Sąd Warszawskiego Okręgu Wojskowego w dniu 26 stycznia 1996 r.

Zobacz: IPN: Uroczystości pogrzebowe Edwarda Cieśli (1919-1952)
Obchodzimy Dzień „Wyklętych”

Adam Cyra
Oświęcim, 27 lutego 2012 r.

, , , , , , , , , , , , , ,

1 komentarz

Bokser i śmierć

Walki pięściarskie toczone przez więźniów za drutami hitlerowskich obozów koncentracyjnych stały się inspiracją dla Józefa Hena do napisania noweli „Bokser i śmierć”. W oparciu o jej treść słowacki reżyser Peter Solan zrealizował w 1962 r. film fabularny o tym samym tytule. Pierwowzorem wersji literackiej, a potem filmowej tamtych dramatycznych zdarzeń był młody polski bokser, oznaczony w KL Auschwitz numerem obozowym 77.

Tadeusz Pietrzykowski z trenerem Feliksem Stammem, Warszawa 1937 r.

Tadeusz Pietrzykowski (z lewej), Warszawa 1937 r.

Tadeusz Pietrzykowski urodził się 8 kwietnia 1917 r. w Warszawie. Uprawiał boks już jako uczeń gimnazjalny, trenując w warszawskich klubach sportowych, m.in. pod kierunkiem samego Feliksa Stamma. Imponował refleksem i łatwością unikania ciosów. Na krótko przed wybuchem drugiej wojny światowej, kiedy odniósł szereg zwycięstw i sukcesów, uzyskując tytuł wicemistrza Polski i mistrza Warszawy w wadze koguciej „Przegląd Sportowy” napisał o nim:

Człowiek o żelaznej woli i pięściach ze stali.

Znany był powszechnie jako „Teddy” i pod tym pseudonimem zapisał się w kronikach polskiego sportu. Jego bliskimi kolegami w okresie gimnazjalnym byli: poeta Krzysztof Kamil Baczyński i Jerzy Iwanow-Szajnowicz, słynny w latach wojny uczestnik greckiego ruchu oporu i bohater znanego filmu „Agent nr 1”.

 

Legitymacja studencka Tadeusza Pietrzykowskiego

Legitymacja studencka Tadeusza Pietrzykowskiego

Pasmo osiągnięć świetnie zapowiadającego się młodego pięściarza przerwała agresja hitlerowska na Polskę. We wrześniu 1939 r. jako podchorąży Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu uczestniczył w nierównych zmaganiach z wrogiem, broniąc swego rodzinnego miasta Warszawy.

Tadeusz Pietrzykowski nie pogodził się z utratą przez Polskę niepodległości. Posiadał uprawnienia pilota szybowcowego i zamierzał zostać lotnikiem. Z taką myślą postanowił wiosną 1940 r., przedostać się do Francji, aby – jak tysiące innych ochotników – zgłosić się do powstającej tam armii polskiej, którą tworzył gen. Władysław Sikorski. Ryzykowna próba nie powiodła się.

W dniu 14 czerwca 1940 r. hitlerowcy skierowali do KL Auschwitz pierwszy transport więźniów politycznych – Polaków. Przywieziono wówczas z więzienia w Tarnowie 728 mężczyzn. W większości byli to uczniowie gimnazjalni, studenci i uczestnicy wojny obronnej Polski 1939 r., którzy podjęli nieudaną próbę dotarcia do Wojska Polskiego we Francji. Aresztowano ich przeważnie na terenie Słowacji lub w różnych miejscowościach południowej Polski, skąd zamierzali przekroczyć granicę polsko-słowacką. Schwytanych śmiałków hitlerowcy nazwali ironicznie „turystami„ lub „granicznikami”. Wśród nich był Tadeusz Pietrzykowski, którego ujęto dopiero w pobliżu granicy węgiersko-jugosłowiańskiej. Poprzez areszty żandarmerii węgierskiej i policji słowackiej trafił do więzienia gestapo w Muszynie, a następnie do podobnych więzień niemieckich w Nowym Sączu i Tarnowie. W dniu 14 czerwca 1940 r. został przewieziony do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer 77.

Był młody, silny i wysportowany, ale przebywając w tych nieludzkich warunkach, ciągle głodny, zmuszany do morderczej pracy ponad siły, zaczął tracić dotychczasową sprawność. Codziennie ocierał się o śmierć. Wielu jego kolegów już zginęło lub miało zginąć w najbliższym czasie. Od nieuniknionej zagłady w obozie uratował go przypadek.

Po latach Tadeusz Pietrzykowski tak wspominał tamte zdarzenia:

Walki bokserskie w Oświęcimiu rozpocząłem w marcu 1941 r. Wówczas przypadkowo rozegrałem mecz z kapo niemieckim Walterem Düningiem, który boksował już przed wojną i zdobył nawet w Niemczech tytuł zawodowego mistrza wagi średniej.

Wydarzenie to miało miejsce w następujących okolicznościach:

Była wolna od pracy niedziela. Przed obozową kuchnią zebrała się duża grupa więźniów. Jeden z nich podbiegł w moim kierunku i krzyknął: «Teddy, chcesz otrzymać kawałek chleba, chodź szybko. Wśród nas jest niemiecki bokser. Szukam kogoś, kto z nim będzie się boksował i go pokona. Zwycięzca w nagrodę otrzyma chleb». Ważyłem 42 kg, lecz zdecydowałem się od razu na walkę. Zobaczyłem doskonale zbudowanego blondyna, trzymającego w rękach rękawice, które używaliśmy zimą podczas pracy. Jak mnie ujrzano, zgromadzeni zaczęli się śmiać, byłem bowiem bardzo chudy. Przeciwnik spytał mnie w języku niemieckim, czy chcę walczyć, odpowiedziałem twierdząco. Doszło do walki, podczas której uratowały mnie moje umiejętności techniczne. Wykorzystując je, skutecznie broniłem się przed atakami o wiele silniejszego i znacznie więcej ważącego przeciwnika. W pewnym momencie Walter Düning opuścił rękawice. Zaprzestał walki i doceniając moją nad nim przewagę zapytał w jakim komandzie chciałbym pracować Odpowiedziałem „Tierpfleger” wiedząc, że tam można zdobyć dodatkowe pożywienie, jak wytłoki buraczane, brukiew i marchew. Otrzymałem ten przydział i odtąd zacząłem zajmować się karmieniem krów i cieląt. Równocześnie stałem się znany jako bokser i toczyłem w obozie oświęcimskim liczne walki z bokserami, których esesmani wyszukiwali w nowo przybyłych transportach, organizując w ten sposób atrakcyjne dla siebie widowiska.

Jedną z ostatnich walk Tadeusza Pietrzykowskiego w KL Auschwitz było spotkanie z Żydem holenderskim Leu Sandersem, który był mistrzem Holandii w wadze półśredniej:

Jego żona wraz z dziećmi została zagazowana w Brzezince. On sam był bardzo dobrym bokserem i w walkę z nim stoczoną na początku 1943 r., włożyłem wiele wysiłku (…). Zabawiałem meczami bokserskimi esesmanów, wykorzystując swoją pozycję w niesieniu pomocy współwięźniom i nieraz sprawiając pod pozorem sportowej walki «tęgie lanie» przeciwnikom, o których wiedziałem, że jako więźniowie funkcyjni znęcają się nad innymi.

W sumie „Teddy” stoczył w obozie oświęcimskim około czterdziestu pojedynków pięściarskich, chociaż niektórzy podają, że było ich nawet sześćdziesiąt. Prawie wszystkie z nich wygrał.

Jego walki miały jeszcze inny bardzo istotny aspekt, na który w swojej relacji zwrócił uwagę były więzień Tadeusz Sobolewicz:

Kiedy stałem wokół ringu bokserskiego przed obozową kuchnią i słyszałem okrzyki Polaków – więźniów zagrzewających „Teddy’ego” do walki, zrozumiałem, że tu chodzi o coś więcej. Polak jest w ringu, Polak bije niemieckiego kryminalistę, który wczoraj jeszcze bił i mordował naszych kolegów. Ta atmosfera wokół ringu, ten klimat wśród wychudzonych i zabiedzonych polskich więźniów, to był bodziec dodający otuchy, że przecież „Jeszcze Polska nie zginęła (…)”.

Sława, którą Tadeusz Pietrzykowski uzyskał wśród więźniów obozu oświęcimskiego, spowodowała, że zaczęło się nim interesować obozowe gestapo i groziła mu egzekucja. On sam tak przedstawił dalszy bieg obozowych zdarzeń:

Przypadkowo w KL Auschwitz spotkałem Lagerführera z obozu Neuengamme, który przygotowywał transport więźniów do tego obozu. Znałem go sprzed wojny, ponieważ był sędzią bokserskim. Nazywał się Hans Lütkemeyer. Zgodził się w marcu 1943 r. na mój wyjazd do tego obozu, gdzie po przejściu kwarantanny wkrótce rozpocząłem walki bokserskie. Pomagałem moim kolegom, ponieważ w Neuengamme Polacy byli bardzo prześladowani, a moje zwycięskie walki zyskały dla nas sympatię.

W tym hitlerowskim obozie koncentracyjnym położonym w pobliżu Hamburga doszło do sensacyjnego pojedynku Tadeusza Pietrzykowskiego z niemieckim bokserem Schally Hottenbachem. Ważył on 96 kg i był wicemistrzem amerykańskiego świata boksu zawodowego w wadze półciężkiej.

Pojedynek ten opisał wkrótce po zakończeniu wojny były więzień tego obozu Stanisław Jagielski:

Na kilka dni przed meczem Schally zapowiedział, że „Teddy”ego” zniosą z ringu na noszach. Teraz stanęli naprzeciw siebie: niemiecki mistrz i drobny polski bokser (…). Hottenbach nie jest w stanie dorównać zręcznością Pietrzykowskiemu. Kręci się wokoło, mimo to ciosy Polaka spadają nań gęstym gradem. Wreszcie porywa go wściekła pasja. Rzuca się w stronę polskiego boksera, by druzgocącym ciosem rzucić na deski przeciwnika. Teddy robi unik, cios trafia w próżnię. Schally zachwiał się pod wpływem chybionego uderzenia. Wykorzystuje ten moment Teddy (…) strasznym sierpowym zahacza szczękę przeciwnika. Schally wybałusza ogłupiałe oczy, które już nic nie widzą. Teddy wykańcza krótkim pchnięciem. Niemiec wali się bezwładnie na deski.

Tadeusz Pietrzykowski przypominając sobie obecnie tamto zdarzenie jeszcze dodał:

Zwany on był „Hammerschlagiem”. Jego ciosy rzeczywiście przypominały uderzenie młota. Łamał on nimi przeciwnikom żebra. Kryminalista ten przegrał walkę i wysłano go potem w transport na wykończenie. Tak obóz w Neuengamme pozbył się jednego z największych drani.

Zwycięzca Schally Hottenbacha i około dwudziestu innych walk bokserskich stoczonych przez niego w Neuengamme doczekał ostatecznie wolności w Bergen-Belsen, wyzwolony 14 kwietnia 1945 r. przez żołnierzy alianckich.

Tadeusz Pietrzykowski jako podchorąży 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, Belgia 1946 r.

Tadeusz Pietrzykowski jako podchorąży 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, Belgia 1946 r.

Wkrótce włożył mundur wstępując do 1 Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka, gdzie zajmował się organizowaniem zajęć sportowych wśród polskich żołnierzy i gdzie w 1946 r. zdobył tytuł mistrza tej dywizji w wadze lekkiej. Ponadto występował na ringach niemieckich, belgijskich i francuskich, staczając w sumie siedemnaście walk, z których tylko dwie zremisował, a resztę rozstrzygnął na swoją korzyść. Powstała wówczas wśród żołnierzy alianckich legenda o jego stalowej pięści.

Jesienią 1946 r. Tadeusz Pietrzykowski wraca do Polski. W następnym roku zeznaje jako świadek w procesie pierwszego komendanta obozu oświęcimskiego Rudofa Hössa przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie. Jego zeznania są wstrząsające i poważnie obciążają oskarżonego. Oto ich fragmenty:

Pewnego dnia spostrzegłem jak kobieta pracująca w polu podczołgiwała się do kałuży. Chciała napić się wody. Dostrzegł to esesman i poszczuł ją psami (…). Ostatecznie w obecności Hössa utopiono ją w dole z wodą (…). Inna kobieta na drodze urodziła dziecko. Żyło nie dłużej niż błysk pioruna. Porwał je pies i zaczął tarmosić. Co na to esesman? Nogą wytrącił psu dziecko z pyska. Wypadło do rowu (…). I to działo się na oczach Rudolfa Hössa.

Koszmarne przeżycia będą jeszcze długo powracać w snach. Stąd też „Teddy” często marzył, aby zapomnieć o tych pięciu latach spędzonych za drutami hitlerowskich obozów zagłady, gdzie tak dużo pozostało na zawsze jego przyjaciół.

Powoli żegnał się z ringiem, jakkolwiek nadal odnosił na nim sukcesy. Przeżycia z lat wojny dawały jednak znać o sobie. Odczuwał ciągle skutki pobytu w obozach i cierpiał na różne dolegliwości do końca życia.

W 1959 r. ukończył studia na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie i bez reszty oddał się pracy z młodzieżą jako trener, a przede wszystkim nauczyciel wychowania fizycznego. Przyrzekł bowiem sobie kiedyś w piekle hitlerowskich obozów koncentracyjnych, że jeżeli przeżyje ten koszmar, to całe swoje życie poświęci młodzieży – żeby nie musiała walczyć o życie, żeby nie była głodna, żeby była zdrowa i silna, żeby mogła uczyć się i uprawiać sport. Słowa dotrzymał pracując przez dwadzieścia pięć lat w szkolnictwie.

 

Tadeusz Pietrzykowski w swoim mieszkaniu w Bielsku-Białej. Fot. Adam Cyra 1988 r.

Tadeusz Pietrzykowski w swoim mieszkaniu w Bielsku-Białej. Fot. Adam Cyra 1988 r.

Mieszkanie Tadeusza Pietrzykowskiego w Bielsku-Białej przypominało małe muzeum, w którym zgromadził wiele pamiątek, związanych z różnymi okresami swojego życia. Pod koniec jego życia zbiory te zostały uzupełnione dwoma fotografiami przekazanymi przez pracowników Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Powyższe zdjęcia zostały wykonane w celi nr 18, w podziemiach bloku nr 11, zwanego „Blokiem Śmierci”. Przedstawiały one dwa rysunki o tematyce bokserskiej wydrapane w tynku na ścianach tej celi. Na ich temat Tadeusz Pietrzykowski wówczas tak się wypowiedział:

Rysunek boksera, cela nr 18, blok nr 11

Rysunek boksera, cela nr 18 w blok nr 11

Prawdopodobnie wykonał je młody Polak, którego uratowałem w obozie od pobicia przez więźniów funkcyjnych. Później został on osadzony przez gestapo obozowe w podziemiach «Bloku Śmierci», a następnie rozstrzelany pod „Ścianą Straceń”. Potrafił rysować i wykonywał w obozie różne rysunki. Postać boksera jest podobna do mnie, ma charakterystyczne kręcone włosy, które pozostały mi do dzisiaj, natomiast litery „SOS” widoczne na koszulce boksera były rysowane przez nas w obozie w umówionych miesiącach, kiedy groziło nam niebezpieczeństwo i trzeba było kolegów ostrzec przed nim lub prosić o pomoc. Drugi z rysunków przedstawia atrakcyjnego boksera. Jego przeciwnik po uderzeniu w żołądek słania się w głębokim skłonie, spowodowanym bólem, upada na ziemię. Osobiście w obozie wielokrotnie pokonywałem w ten sposób przeciwników, szczególnie kryminalistów niemieckich, którzy znęcali się nad innymi więźniami. Sądzę, że obydwa te rysunki mają związek z walkami bokserskimi, toczonymi kiedyś przeze mnie w obozie oświęcimskim.

Tadeusz Pietrzykowski niespodziewanie zmarł w Bielsku-Białej 17 kwietnia 1991 r. Jeszcze dwa dni wcześniej uczestniczył w uroczystości na terenie Muzeum Auschwitz – Birkenau, zorganizowanej przez Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem.

Adam Cyra
Oświęcim, 23 lutego 2012 r.

, , ,

Brak komentarzy

Ewa Jędrysik (1924-2012)

W nocy z 16 na 17 lutego 2012  r.  zmarła Ewa Jędrysik z Olkusza odznaczona Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, nadanym przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego za bezinteresowną pomoc niesioną z narażeniem życia więźniom hitlerowskiego obozu w Oświęcimiu. Miała 87 lat.

Ewa Jędrysik z d. Cieślik urodziła się 20 grudnia 1924 r. w Olkuszu, podczas okupacji hitlerowskiej była pracownicą cywilną w niemieckich zakładach Buna-Werke w Dworach i Monowicach koło Oświęcimia, pomagała więźniom na terenie fabryki, dostarczając im paczki żywnościowe, lekarstwa i listy, po wojnie wyszła za mąż za Włodzimierza Jędrysika z Oświęcimia.

Ewa Cieślik (po mężu Jędrysik)

Ewa Cieślik (po mężu Jędrysik)

Włodzimierz Jędrysik urodził się 9 czerwca 1923 r. w Oświęcimiu, był pracownikiem cywilnym w Buna-Werke, pomagał więźniom na terenie fabryki, dostarczając im żywność i listy, po wojnie ożenił się z Ewą Cieślik z Olkusza i tam zamieszkali.

W dniu 15 marca 2011 r. w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu wojewoda małopolski Stanisław Kracik wręczył odznaczenia osobom, które z narażeniem własnego życia udzielały pomocy więźniom. Wśród uhonorowanych była Ewa Jędrysik.

Ewa Jędrysik, fot. 15.03.2011 r.

Ewa Jędrysik, fot. 15.03.2011 r.

Na temat Ewy Jędrysik i jej męża Włodzimierza znajdują się informacje w książce „Ludzie Dobrej woli” (pod redakcją Henryka Świebockiego) opublikowanej w tłumaczeniu na język niemiecki pod koniec ubiegłego roku przez Wydawnictwo Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Książka pt. "Ludzie dobrej woli" - wydanie niemieckie

Książka pt. "Ludzie dobrej woli" - wydanie niemieckie

Książka przygotowana dla pani Ewy Jędrysik leży na moim biurku, której niestety nie zdążyłem Jej wręczyć.

Zobacz: Olkuszanin: Za ratowanie ludzkiego życia

Adam Cyra
Oświęcim, 18 lutego 2012 r.


 

Wspomnienia Ewy Jędrysik

W lipcu 1941 r., mając 16 i pół roku życia zostałam przymusowo zabrana z dużą grupą dziewcząt z Olkusza i wywieziona na przymusowe roboty do Niemiec, do fabryki lnu w Konstadt (obecnie Wołczyn koło Kluczborka). Spośród dziewcząt zabranych z Olkusza pamiętam następujące nazwiska: Zofia Łydka, Elżbieta Goławska moja kuzynka, Helena Pudełko, Wanda Rabenda, Stanisława Babiuch i wiele innych. Wcześniej, w połowie czerwca 1941 r., została aresztowana i wywieziona do Niemiec bardzo duża grupa młodych mężczyzn z Olkusza, jako szczególnie niebezpieczni dla III Rzeszy. Wśród tych więźniów znaleźli się moi kuzyni: Stanisław Cieślik i Feliks Cieślik oraz mój sąsiad Franciszek Ślęzak.

W połowie lipca 1941 r. zmarł mój stryj Michał Cieślik, ojciec aresztowanego Stanisława Cieślika. który mimo starań nie został zwolniony na pogrzeb ojca. W dniu 24 października 1942 r. zostałyśmy z grupą dziewcząt z Konstadt przewiezione do Oświęcimia jako przymusowi robotnicy do pracy przy budowie zakładów chemicznych IG Farbenindustrie w Dworach koło Oświęcimia. Pracując już przy budowie zakładów, starałam się dowiedzieć, gdzie znajdują się moi dwaj kuzyni Cieślikowie i Stanisław Babiuch, brat mojej koleżanki Stanisławy Babiuch z Olkusza. Zostali oni bowiem wcześniej niż my, dziewczęta, przewiezieni z Hermansdorfu koło Bolesławca, gdzie pracowali przy budowie autostrady. Umieszczeni byli w lagrze nr III na Zaborzu jako więźniowie pracujący przy budowie Zakładów Chemicznych. Obóz ten o obostrzonym rygorze był ogrodzony podwójnym drutem kolczastym, pomiędzy którym zawsze chodził strażnik. Do pracy byli prowadzeni po 20 osób, których pilnowali uzbrojeni strażnicy. Pracowali na terenie Monowic. Obok tego obozu znajdował się i nasz obóz „Teichgrund Lager III” oraz Ost-Lager, w którym mieszkały Ukrainki. Niedaleko od Zaborza w Monowicach znajdował się wojskowy obóz jeniecki, w którym przebywali Anglicy również pracujący przy budowie Zakładów Chemicznych. W Monowicach znajdował się także KL Auschwitz III-Monowitz, z którego więźniowie w pasiakach byli prowadzeni pod silną wojskową eskortą z psami do pracy przy budowie Zakładów Chemicznych.

Z obozu międzynarodowego (przebywali tam Czesi, Włosi, Francuzi) koło cmentarza żydowskiego w Oświęcimiu przeniesiono nas dziewczęta do obozu na Zaborzu, który znajdował się w bezpośrednim sąsiedztwie obozu mężczyzn z Olkusza, odgrodzony od niego drutami kolczastymi. Pracowałyśmy w Monowicach.

My dziewczęta, jako robotnice przymusowe, miałyśmy co drugą niedzielę wolną od pracy. Na ten dzień mogłyśmy dostać przepustki na wyjazd do domu, do rodziny. Przepustki otrzymywali tylko robotnicy mieszkający na terenach przyłączonych do III Rzeszy. Szybko nawiązałyśmy kontakt z rodzinami chłopców z Olkusza, aby nieść im pomoc. Do domu moich rodziców w Olkuszu przychodziły matki, aby doręczyć mi przesyłki dla swoich synów, przebywających w Oświęcimiu, które ja im dowoziłam i musiałam szukać sposobu, aby im je bezpiecznie doręczyć. Były to paczki żywnościowe, listy, kartki na chleb, który trzeba było wykupić i doręczyć, również lekarstwa i aparat fotograficzny dla Stanisława Babiucha, który dostarczyła Stasia Babiuch. Ponieważ stacja Olkusz była stacją graniczną pomiędzy III Rzeszą a Generalnym Gubernatorstwem –  kontrole na tej stacji były rzeczą codzienną. W związku z tym przesyłki, które zabierałam dla chłopców z Olkusza musiały być szczególnie zabezpieczone. Zawsze musiałam się liczyć z jakąś niespodziewaną sytuacją.

Spośród nazwisk chłopców, którym dostarczałam przesyłki, pamiętam następujące: Edward Kocjan, Kazimierz Czarnecki, Wiesław Bulwa, Stanisław Łydka, Tadeusz Najmrocki, Witold Bonecki, Stanisław Cieślik, Feliks Cieślik, Franciszek Ślęzak, Stanisław Czarnota, Marian Trzcionkowski, Franciszek Pietrzyk.

Dzisiaj wiem, jakie to było ryzyko i co za to groziło, ale wtedy człowiek był młody i ryzykował. Pamiętam, jak raz umówiona po pracy przerzucałam paczkę przez podwójne ogrodzenie. Paczka wpadła między podwójny kolczasty płot druciany, wokół którego przechodził strażnik. Chłopcy umierając ze strachu, podważali druty i jakimś cudem ją wydostali. Innym razem jadąc samochodem, którym przewoziło się materiały budowlane, pracującemu opodal szosy kuzynowi wyrzuciłam kupiony chleb. Zobaczył to w lusterku eskortujący nas Niemiec, zatrzymał samochód, zabrał chleb, kazał się przyznać, kto to wyrzucił i straszył, że mnie odeśle do obozu KL Auschwitz. Ja płacząc, przyznałam się, że to był chleb dla mojego głodnego brata. Na szczęście skończyło się na krzykach i pogróżkach.

Przypominając tę trudną naszą młodość, żałuję, że nie zapisywałam wszystkiego, co przeżyłam, ale i dziś jeszcze trudno mi o tym wspominać.

Włodzimierza Jędrysika poznałam w Zakładach Chemicznych w lutym 1943 r. Pracował w małej kotłowni, która ogrzewała trzy hale produkcyjne w pobliżu Monowic. W jednej z tych hal pracowałam i ja, jak również około 50 mężczyzn, którzy zostali przywiezieni po przeszkoleniu w Ludwigshafen w niemieckich zakładach chemicznych IG Farbenindustrie. Włodzimierz Jędrysik również był na przeszkoleniu w Ludwigshafen, skąd uciekł po którymś z ciężkich alianckich nalotów na to miasto. Dzięki staraniom swojego ojca Tadeusza został przyjęty do pracy w Zakładach Chemicznych. Przed wysłaniem na szkolenie od 1941 r. pracował w Monowicach przy niwelowaniu i równaniu terenu jako maszynista kolejki wąskotorowej. Już wtedy nawiązał kontakt z więźniami z lagru nr III, w którym przebywali młodzi olkuszanie. Wiem, że im pomagał w przesyłaniu i dostarczaniu żywności i listów, o czym dość szeroko pisze pan Kazimierz Czarnecki, jeden z więźniów, z którym i ja się kontaktowałam pomagając jemu i jego kolegom utrzymać więzi z rodzinami w Olkuszu.

Po wojnie w 1945 r. wyszłam za mąż za Włodzimierza Jędrysika. Zapoznając się z dziejami rodziny męża, wiem, że była to znana i zacna rodzina. Mój teść Tadeusz Jędrysik w sierpniu 1914 r. składał przysięgę na rynku oświęcimskim z pierwszym oddziałem Legionistów liczącym 43 młodych ludzi. Po wojnie i niewoli w Rosji wrócił do Oświęcimia. Ożenił się z Wandą Grzywną, z którą miał pięcioro dzieci.

Jego syn Tadeusz w czasie okupacji wstąpił w szeregi AK. Należał do oddziału partyzanckiego „Sosienki”. Z oddziałem tym współpracował i Włodzimierz Jędrysik. Wiem, że w swoich działaniach wspomagali więźniów. Moja teściowa Wanda Jędrysik z domu Grzywna często opowiadała o strachu jaki przeżywała, starając się o chleb i żywność i dostarczenie ich więźniom między innymi za pośrednictwem swojego syna.

Tuż po wyzwoleniu w styczniu 1945 r. Tadeusz  Jędrysik, ojciec Włodzimierza, z grupą sanitarną z Oświęcimia jako pierwsi udzielali pomocy oswobodzonym więźniom KL Auschwitz. Wanda Jędrysik i jej mąż Tadeusz Jędrysik są umieszczeni w księdze pamięci „Ludzie Dobrej Woli” napisanej pod red. Henryka Świebockiego i wydanej w Oświęcimiu w 2005 r.

Muszę powiedzieć, że bardzo niechętnie powracam do przeżyć ze swojej młodości. W obozie w Brzezince byłam dopiero w dwadzieścia lat po wojnie, pomimo że często odwiedzałam rodzinę mojego męża w Oświęcimiu. Drugi raz, gdy z ukochanym naszym Ojcem Świętym Janem Pawłem II mogliśmy się modlić na tym strasznym cmentarzysku. Słowa te napisałam, aby następnym pokoleniom przekazać pamięć o naszej trudnej młodości w czasach okupacji niemieckiej w latach 1939-1945, którą wspominając – płaczemy.

Ewa Jędrysik
Olkusz

, , ,

Brak komentarzy

Zamek śmierci Hartheim

Historykom polskim od dawna znany jest dokładny wykaz nazwiskowy tysiąc stu dwudziestu pięciu Polaków wraz z ich miejscami urodzenia i zamieszkania oraz datami urodzenia i śmierci, którzy wywiezieni zostali z Dachau w 1942 r. w transportach inwalidów i zabici gazem w zamku Hartheim, położonym w miejscowości Alkoven (obok Linzu) w Górnej Austrii. Spory procent uwięzionych w Dachau stanowili księża polscy, spośród których wielu uśmiercono w tym zamku.Nazwisko chociaż jednego z nich warto przypomnieć.

Ks. dr Antoni Ludwiczak ze słuchaczami Uniwersytetu Ludowego w Dalkach 1936 r., mój ojciec Józef Cyra (z prawej strony w pierwszym rzędzie)

Ks. dr Antoni Ludwiczak ze słuchaczami Uniwersytetu Ludowego w Dalkach 1936 r., mój ojciec Józef Cyra (z prawej strony w pierwszym rzędzie)

Ks. dr Antoni Ludwiczak, ur. 16 maja 1878 r. w Kostrzynie Wielkopolskim, w okresie międzywojennym był posłem na Sejm Ustawodawczy, dyrektorem Towarzystwa Czytelni Ludowych i twórcą Uniwersytetu Ludowego w Dalkach koło Gniezna. Więziono go m.in. w Stutthofie, Sachsenhausen i Dachau, skąd wywieziony 18 maja 1942 r. w transporcie inwalidów zginął w komorze gazowej w zamku Hartheim. Żegnając się ze współwięźniami w Dachau przed swoją ostatnią podróżą powiedział:

Z Bogiem, chłopaki! A nie zapominajcie, że Polska musi być do Odry. No, nie beczcie, nie beczcie. Czas na mnie starego. Wy trwajcie. Nie załamujcie się.

Za wybitne osiągnięcia ks. Antoni Ludwiczak był odznaczony: Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Oficerskim „Polska Odrodzona”, Złotym i dwukrotnie Brązowym Krzyżem Zasługi.

Ostatnio niemiecki teolog rzymskokatolicki Manfred Wendel-Gilliar zaprezentował wyniki swych badań naukowych, z których wynika, że naziści w komorze gazowej w zamku Hartheim zamordowali ponad pięciuset dwudziestu księży, w większości Polaków.

Zamek w Hartheim

Zamek w Hartheim

Renesansowy zamek Hartheim służył niemieckim nazistom w latach 1940-1944 jako ośrodek zagłady osób niepełnosprawnych i chorych umysłowo z terenu Trzeciej Rzeszy oraz więźniów z obozów koncentracyjnych z Dachau i Mauthausen, wśród których było wielu Polaków. W Hartheim od maja 1940 do grudnia 1944 r. poniosło śmierć co najmniej trzydzieści tysięcy ludzi, których zamordowano tlenkiem węgla, a ich ciała spalano w specjalnie zbudowanym do tego celu na terenie zamku krematorium, utylizując złote zęby wyrywane ofiarom i w ten sposób wprawiając się do późniejszego eksploatowania ofiar żydowskich w niemieckich nazistowskich obozach zagłady Trzeciej Rzeszy.

Zobacz: Nasz Dziennik: Zamek śmierci Hartheim

Zobacz też: Józef Cyra, Dolina Prądnika w poezji

Adam Cyra
Oświęcim,  15 lutego 2012 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Numer obozowy 1328

Zaskoczył mnie list, który wysłany został kilka dni temu na adres kontaktowy, podany w moim blogu. Jego Autorem jest pan Bronisław Szafraniec, którego dziadek zginął w KL Auschwitz. Warto przytoczyć obszerny  fragment tego listu:

Zainteresował mnie Pana artykuł o śp. Kazimierzu Smoleniu. Niestety nie udało mi się z Panem Kazimierzem spotkać osobiście (…). Z postacią Kazimierza Smolenia zetknąłem się w 2003 r., kiedy to pojechałem do archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, gdzie poprosiłem o zbadanie, czy zachowały się jakieś materiały związane z pobytem i śmiercią w obozie mojego dziadka. (…)

W tym czasie również kupiłem wszelkie dostępne wspomnienia więźniów, filmy oraz materiały naukowe dotyczące historii obozu macierzystego Auschwitz I. W trakcie ich czytania szybko natrafiłem na postać Pana Kazimierza i ze zdziwieniem odkryłem, że Jego numer obozowy to 1327, a numer obozowy mojego dziadka to 1328. Ponadto obydwaj trafili do obozu Auschwitz tym samym transportem, a więc w jakiś sposób zetknęli się ze sobą. Od tego momentu czytając wspomnienia Pana Kazimierza, czy też słuchając go, to tak jakbym słyszał o przeżyciach mojego dziadka.

Na sam koniec, los Jana Szafrańca znowu jakoś związał się z losem Kazimierza Smolenia, którego pogrzeb odbył się w rocznicę śmierci mojego dziadka w obozie (według zachowanej dokumentacji obozowej zginął on w KL Auschwitz w dniu 3 lutego 1942 r.).

Jan Szafraniec, nr obozowy 1328

Jan Szafraniec, nr obozowy 1328

Z  zachowanego aktu zgonu, który jest przechowywany w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau wynika m.in., że Jan Szafraniec urodził się 7 grudnia 1885 r. w Orzeszu. Z zawodu był urzędnikiem. Do KL Auschwitz został przywieziony 6 lipca 1940 r., gdzie przed nim zarejestrowano Kazimierza Smolenia, młodszego od niego o 35 lat. Losy obydwu więźniów złączyły ich na pewien czas przeżyciami obozowymi, o których niestety zmarły kilkanaście dni temu Kazimierz Smoleń już nam nie opowie. Jego zdjęcie obozowe zachowało się, natomiast Kazimierza Smolenia uległo zniszczeniu, najprawdopodobniej spalone przed wyzwoleniem KL Auschwitz w styczniu 1945 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 13 lutego 2012 r.

, , , , , , ,

Brak komentarzy

Upamiętnienie Żydów olkuskich w Bełżcu

Muzeum – Miejsce Pamięci w Bełżcu utworzono w 2004 r. jako oddział Państwowego Muzeum na Majdanku w Lublinie. Głównym zadaniem powstałego wówczas pomnika jest oddanie czci i zachowanie pamięci o pomordowanych tu Żydach. Jego elementami są żeliwne nazwy miejscowości, z których następowały deportacje do obozu zagłady w Bełżcu. Jednym z upamiętnionych miast jest Olkusz. Ponadto zwiedzając muzealną ekspozycję w tym Miejscu Pamięci można dowiedzieć się z opisów zamieszczonych na planszach i widniejącej na jednej z nich mapy, że Żydzi z Olkusza zginęli w komorach gazowych w Bełżcu.

W niemieckim obozie zagłady w Bełżcu, przez który przebiegała linia kolejowa, łącząca Lublin z węzłową stacją w Rawie Ruskiej, od marca do grudnia 1942 r. zamordowano około 500 tysięcy osób, przede wszystkim polskich Żydów, ale także obywateli żydowskich z Niemiec, Austrii, Czech i Słowacji.

Transporty z ludnością żydowską przywożono do Bełżca w wagonach bydlęcych. Średnio w jednym wagonie umieszczano około 100 osób. Ekstremalne warunki przewozu, w tym przede wszystkim potworne przepełnienie oraz upał, brak wody i pożywienia powodowały śmierć wielu osób już w czasie deportacji do tego miejsca zagłady.

Od wiosny 1941 roku niemieccy naziści zaczęli gromadzić Żydów na ziemi olkuskiej w wybranych dzielnicach miast i miasteczek. Eksterminację ludności żydowskiej z Olkusza, Wolbromia, Pilicy, Skały i innych miejscowości przedwojennego powiatu olkuskiego zakończono w 1943 roku, przy czym największe jej nasilenie nastąpiło w 1942 roku Żydzi ci ginęli z głodu lub na skutek chorób w gettach, a także w licznych egzekucjach w pobliżu lub samych miejscach ich zamieszkania oraz w komorach gazowych w Bełżcu i KL Auschwitz. Ogółem w różnych okolicznościach zginęło np. z gminy Pilica ponad dwa tysiące Żydów, ze Sławkowa około tysiąc, z Olkusza około trzy tysiące, z Wolbromia około pięć tysięcy.

Czy w tych transportach i w takich warunkach przywieziono Żydów z Olkusza na zagładę do Bełżca ? – osobiście w to wątpię i mimo że nie ma żadnych dokumentów potwierdzających ich śmierć w KL Auschwitz II – Birkenau, jestem zdania, że stali się oni w czerwcu 1942 r. ofiarami komór gazowych w tej drugiej części oświęcimskiego obozu, który istniał na terenie Brzezinki.

Tablica w Bełżcu

Tablica w Bełżcu

Krzysztof Kocjan w swojej książce, zatytułowanej Zagłada Żydów olkuskich (Olkusz 2002) również uważa, że Żydzi z Olkusza zginęli w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau. Natomiast z materiałów Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie podobno ma wynikać, że Żydzi ci zginęli w Bełżcu i na ich podstawie zagłada olkuskich Żydów została upamiętniona w Muzeum – Miejscu Pamięci w Bełżcu. Warto odwiedzić to miejsce i poznać bliżej szczegóły tej sprawy.

Adam Cyra
Oświęcim, 12 lutego 2012 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Przemysław Bibik z Oświęcimia wyróżniony

Rozstrzygnięty został Konkurs im. Władysława Pobóg-Malinowskiego na Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2011. Trzy nagrody i sześć wyróżnień dla autorów prac magisterskich i doktorskich dotyczących historii Polski w XX wieku przyznano w powyższym konkursie, zorganizowanym przez Instytut Pamięci Narodowej i Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk.

Wyróżnienie

Wyróżnienie

Wyróżnienia uzyskali czterej autorzy prac magisterskich, wśród których znalazł się Przemysław Bibik, pochodzący z Oświęcimia. Jest on absolwentem politologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. rotmistrza Witolda Pileckiego i Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, na którym w ubiegłym roku obronił pracę zatytułowaną „Kazimierz Smoleń. Więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych, organizator i dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau”. Wręczenie nagród nastąpiło 8 lutego 2012 r. w warszawskim Centrum Edukacyjnym Instytutu Pamięci Narodowej.

Już po raz piąty mamy przyjemność wręczać nagrody w tym konkursie. Myślę, że z perspektywy tych lat można już powiedzieć, że to jedna z ważniejszych nagród kierowanych do historyków, którzy znajdują się na początku kariery zawodowej, ale mają już ten pierwszy dorobek naukowy. I właśnie te prace zostają nagrodzone. Gratuluję wszystkim wyróżnionym i opiekunom ich prac.

- powiedział podczas środowego finału konkursu prezes IPN dr Łukasz Kamiński.

Przemysław Bibik, wyróżniony w kategorii prac magisterskich, obiera dyplom z rąk Prezesa IPN dr. Łukasza Kamińskiego (fot. IPN)

Przemysław Bibik, wyróżniony w kategorii prac magisterskich, obiera dyplom z rąk Prezesa IPN dr. Łukasza Kamińskiego (fot. IPN)

Zwycięzców wyłoniła komisja konkursowa w składzie: prof. Andrzej Paczkowski (przewodniczący), prof. Andrzej Chojnowski, prof. Tomasz Szarota, doc. dr hab. Marek Kornat, prof. Włodzimierz Mędrzecki, prof. Antoni Dudek i dr Władysław Bułhak (sekretarz).

Zobacz więcej: IPN: Uroczyste wręczenie nagród laureatom Konkursu im. Władysława Pobóg-Malinowskiego na Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2011 – Warszawa, 8 lutego 2012

Adam Cyra
Oświęcim, 9 lutego 2012 r.


Przemysław Bibik – magister nauk politycznych w zakresie komunikacji społecznej i dziennikarstwa. Absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. rtm. Witolda Pileckiego w Oświęcimiu oraz Wydziału Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach. Uczestnik dwunastej edycji studiów podyplomowych Totalitaryzm-Nazizm-Holocaust, organizowanych przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie. Autor m.in. pierwszego opracowania dotyczącego historii polskich narodowców więzionych w KL Auschwitz, którego obszerne fragmenty zostały opublikowane w 2010 r. w książce pod red. prof. dr. hab. Bogumiła Grotta pt. Różne oblicza nacjonalizmów. Polityka-Religia-Etos. Interesuje się problematyką ludobójstwa, historią KL Auschwitz i Kresów Wschodnich RP oraz dziejami polskiego ruchu narodowego.

, , , , , , , , , , , ,

Brak komentarzy

Trzeci tom poematu o rtm. Pileckim

Mirosław Keller ze Szczecina, pochodzący z okolic Beresteczka na Wołyniu, zafascynowany i głęboko przejęty tragicznymi losami rtm. Witolda Pileckiego, postanowił oddać mu hołd i napisać o nim i jego rodzinie poemat w czterech tomach.

M. Keller, Rodowód Polskich Bohaterów...

M. Keller, Rodowód Polskich Bohaterów...

W słowie wstępnym do wydanego obecnie trzeciego tomu poematu, zatytułowanego „Rotmistrz Witold Pilecki 1939 r. Druga Wojna Światowa”, dr Eufrozyna Elżbieta Kopczyk napisała:

Dobrowolnie zgłosił się (a właściwie pozwolił ująć się Niemcom podczas łapanki na ulicach Warszawy), by poznać piekło obozu koncentracyjnego Auschwitz (Oświęcim). Witold Pilecki wiedział, że tam czekają Go ciężkie chwile, a może nawet śmierć. Mimo to podjął tak ryzykowną decyzję. (…) Potajemnie znanymi sobie sposobami, organizował konspirację obozową, zbierał dane i przekazywał je na zewnątrz obozu. (…) Po upływie 2,5 lat (947 dni) z dwoma obozowymi przyjaciółmi (…) zaplanował ucieczkę. Ucieczka powiodła się. (…) Z wieloma szczegółami opisał życie Witolda Pileckiego, w różnych sytuacjach, pisarz i wybitny poeta Mirosław Keller. Uczynił to tak ujmująco, w oparciu o fakty historyczne, że nie sposób przerwać czytania. Jedna akcja, goni drugą, utrzymując czytelnika w coraz większym napięciu.

Z kolei w słowie od Autora do trzeciego tomu poematu, Mirosław Keller opisuje, jaki okres życia rotmistrza Pileckiego jeszcze w nim przedstawia:

Wybuch Powstania Warszawskiego i jego upadek, zmusza W. Pileckiego do wzięcia udziału w tej batalii. Witold, jak i wielu innych powstańców dostają się do niewoli niemieckiej, są internowani w oflagu w Murnau, w miasteczku na terenie Bawarii. (…) Jeńcy Oflagu VII Murnau (Bawaria) zostali wyzwoleni przez żołnierzy 3-ej Amerykańskiej Armii Gen. Georga Pattona w dniu 29 kwietnia 1945 r. Wolność nadeszła w ostatniej chwili.

Trzeci tom poematu Mirosław Keller kończy słowami:

Witold Pilecki rozkochany w swej Ojczyźnie
Włożył wiele starań, by do niej powrócić,
Walczył do końca, walczył, aż Naród odpocznie …
Po snach dręczących, by zapomnieć i zanucić

JESZCZE POLSKA NIE ZGINĘŁA …

W tym czasie okrutny morderca – podpalacz Polski, Świata –
W murach, gruzach Berlina – konał ….

Autor powyższych słów, niewątpliwie obdarzony talentem poetyckim oraz przemawiającym do wyobraźni darem sugestywnego opisu faktów historycznych, obecnie pracuje już nad czwartym tomem swojego poematu, który będzie przedstawiał powojenne losy bohaterskiego Rotmistrza w latach 1945-1948. Był to okres dla niego najbardziej tragiczny, który przyniósł mu aresztowanie po powrocie do Polski przez funkcjonariuszy komunistycznego Urzędu Bezpieczeństwa (UB), a następnie proces przed stalinowskim sądem, wyrok śmierci i stracenie w warszawskim więzieniu na Mokotowie w dniu 25 maja 1948 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 7 lutego 2012 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Pomnik Stefana Bandery w Samborze

Klub „Samborzan” Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo – Wschodnich w Oświęcimiu prowadzi, różnorodną działalność, zasługującą na duże uznanie. Ostatnio, w czerwcu 2011 r., został zorganizowany kolejny wyjazd staraniem tego Klubu do Sambora na Ziemi Lwowskiej, gdzie odwiedzono miejscowy cmentarz i na Grobie Nieznanego Żołnierza złożono wieniec oraz zapalono znicze na innych zabytkowych polskich grobach. Była też okazja do spotkań z władzami miasta oraz Polakami w Domu Polskim, rodzinami i znajomymi.

W trakcie spotkania z członkami zarządu miasta Sambor, doradcami mera i naczelnikami niektórych wydziałów Urzędu Miejskiego, przedłożono propozycje dalszej współpracy oraz wymiany między instytucjami i organizacjami społecznymi. Rozmowy te w szczególności dotyczyły współpracy Miejskiej Biblioteki Publicznej w Oświęcimiu z bibliotekami w Samborze oraz innych instytucji kultury i zespołów artystycznych, np. Miejskiego Gimnazjum nr 2 w Oświęcimiu ze Szkołą nr 8 w Samborze lub związków harcerskich: ZHP w Oświęcimiu i „Płast” w Samborze oraz stowarzyszeń zrzeszających wędkarzy i myśliwych w obu miastach.

Pomnik Bandery w Samborze

Pomnik Bandery w Samborze

Jednym słowem współpraca partnerska Oświęcimia z Samborem może być wzorcem dla innych miast w Polsce i na Ukrainie oraz świadczy o przyjaźni polsko-ukraińskiej.

Tymczasem, 20 listopada 2011 r., w Samborze odsłonięto pomnik Stefana Bandery, który stanął na placu Pamięci, sąsiadującym z ulicą Stefana Bandery. Pomnik ten powstał z inicjatywy Samborskiej Rady Miejskiej, Samborskiej Rady Rejonowej, Kongresu Ukraińskich Nacjonalistów (KUN) oraz mera Sambora Tarasa Kopyliaka. Wspomniany mer oświadczył, że pomnikiem Bandery zapoczątkowano budowę w Samborze placu poświęconego walczącym o wolność Ukrainy. Z kolei Stepan Braciuń, lider KUN, stwierdził:

Dzisiaj ważny dzień dla miasta Sambora, przecież powstanie tego pomnika symbolizuje nie tylko szacunek dla postaci prowydnyka Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN) Stepana Bandery, ale i do Ukrainy, ukraińskiego świata i ukraińskiej idei.

Pomnik Stefana Bandery w Samborze jest siedemnastą tego typu budowlą na Ukrainie. Poprzednio taki pomnik został odsłonięty, 24 sierpnia 2011 r., w Krzemieńcu na Wołyniu, rodzinnym mieście Juliusza Słowackiego, który tam urodził się w 1809 r. Wspomniane pomniki Bandery znajdują się w trzech zachodnich obwodach Ukrainy: lwowskim, iwanofrankowskim i tarnopolskim. O budowę kolejnych czynione są zabiegi przez ukraińskich nacjonalistów m.in. w Łucku, Równem, Kijowie i Czerniowcach.

Stefan Bandera był przywódcą OUN, nacjonalistyczne organizacji, która odpowiada za ludobójstwo na ludności polskiej na Kresach, dokonywane przez swoje zbrojne ramię – Ukraińską Powstańczą Armię (UPA), dowodzoną przez Romana Szuchewycza.

Warto nadmienić, że obecnie tablica pamiątkowa poświęcona komendantowi UPA, Romanowi Szuchewyczowi, znajduje się na fasadzie jednej z dwóch polskich szkół średnich we Lwowie.

W wyniku ludobójczej działalności ukraińscy nacjonaliści zamordowali około 130 tysięcy Polaków. Bracia Stefana Bandery: Aleksander i Wasyl, jakby na ironię, będąc zwolennikami współpracy z niemieckimi nazistami, zginęli w KL Auschwitz.

Adam Cyra
Oświęcim, 6 lutego 2012 r.

, , , , , , , , , , , ,

Brak komentarzy

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Kazimierz Smoleń urodził się 19 kwietnia 1920 r. w Chorzowie, gdzie ukończył szkołę powszechną, a następnie Państwowego Liceum i Gimnazjum im. Odrowążów, w którego murach uzyskał maturę w 1938 r. Ojciec Kazimierza – Józef Smoleń brał udział we wszystkich powstaniach śląskich, w latach późniejszych zostając prezesem chorzowskiej grupy Związku Powstańców Śląskich.

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Pod koniec grudnia 1939 r. Kazimierz Smoleń rozpoczął konspiracyjną działalności w Polskiej Organizacji Partyzanckiej (POP), za co został aresztowany przez gestapo w kwietniu 1940 r. i umieszczony w więzieniu policyjnym w Chorzowie, a następnie w więzieniu przejściowym w Sosnowcu, skąd przewieziono go do KL Auschwitz 6 lipca 1940 r. W oświęcimskim obozie oznaczono go numerem 1327 i więziony był w nim do 18 stycznia 1945 r. Ewakuowany do KL Mauthausen, przebywał również w jego podobozach Melk i Ebensee, gdzie doczekał wyzwolenia przez żołnierzy amerykańskich 6 maja 1945 r. Jego ojciec Józef Smoleń wojny nie przeżył, zginął w KL Mauthausen w 1941 r.

Po wojnie ukończył studia na Wydziale Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1955 r. został powołany na stanowisko dyrektora Muzeum Auschwitz-Birkenau, na którym pracował do 1990 r., kiedy przeszedł na emeryturę. Był autorem wielu scenariuszy zarówno wystawienniczych jak i filmowych. Jeszcze przed objęciem stanowiska dyrektora Muzeum, w lutym 1955 r. brał udział przy opracowywaniu scenariusza wystawy stałej Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, którą do dzisiaj oglądają setki tysięcy odwiedzających rokrocznie Muzeum.

Kazimierz Smoleń, przeszedł na zasłużoną emeryturę dopiero w wieku siedemdziesięciu lat. Było to w połowie maja 1990 r. Przez 35 lat był dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Na przestrzeni ostatnich lat Kazimierz Smoleń wielokrotnie spotykał się z młodzieżą polską i niemiecką. Dla Niemców wygłaszał prelekcje m.in. w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu, przykuwając zawsze uwagę słuchaczy jako niezwykły znawca historii KL Auschwitz i żywy świadek historii.

W 2004 r. Kazimierz Smoleń został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wciąż dużo pracował. Ponadto swoją wiedzą i doświadczeniem służył nie tylko pracownikom Muzeum, ale także każdemu, kto zwrócił się do niego z prośbą o pomoc.

Zmarł w Oświęcimiu w dniu 27 stycznia 2012 r., dokładnie w 67. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz, mając 91 lat.

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

W dniu 3 lutego o godzinie 14.00 w kościele p.w. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w Oświęcimiu została odprawiona Msza święta żałobna. Złożenie urny do grobu nastąpiło 4 lutego 2012 r., w gronie rodzinnym, w Chorzowie.

Na temat Kazimierza Smolenia przeczytaj również:

Newsweek Polska: Śmierć Kazimierza Smolenia, byłego więźnia Auschwitz i dyrektora muzeum

Nasz Dziennik: Wspomnienie o Kazimierzu Smoleniu

Kasztelania.pl: Niezwykła praca magisterska

Gazeta Wyborcza: Nekrolog Kazimierza Smolenia

Gazeta Wyborcza: Pożegnanie śp. Kazimierza Smolenia

Oświęcimskie.24.pl: Pożegnanie Kazimierza Smolenia

IPN: Praca magisterska o śp. Kazimierzu Smoleniu wyróżniona w konkursie im. Władysława Pobóg-Malinowskiego na Najlepszy Debiut Historyczny Roku 2011 zorganizowanym przez IPN i PAN

MójChorzów.pl : Miasto składa hołd Kazimierzowi Smoleniowi

Przemysław Bibik, Adam Cyra
Oświęcim, 30 stycznia 2012 r.

, , , , , , , ,

2 komentarzy

Zdjęcia z pogrzebu w dniu 28 lutego 1945 r.

Cztery powyższe zdjęcia ze zbiorów prywatnych udostępnił Marek Księżarczyk

Cztery powyższe zdjęcia ze zbiorów prywatnych udostępnił Marek Księżarczyk

W dniu 28 lutego 1945 r.  odbył się uroczysty pogrzeb ofiar, podczas którego pochowano 470 ciał przyniesionych w kondukcie pogrzebowym z Birkenau.  Wcześniej w zbiorowej mogile złożono wszystkie wszystkie zwłoki więźniów z bloku 11. Szacuje się, że w tym wspólnym grobie, usytuowanym niedaleko dawnego obozu macierzystego w Oświęcimiu spoczywa około 700 ofiar KL Auschwitz.

Adam Cyra
Oświęcim, 21 stycznia 2012 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

„Ja z krematorium Auschwitz” po angielsku i włosku

W ubiegłym roku ukazała się książka Igora Bartosika i Adama Wilmy „Ja z krematorium Auschwitz”, przetłumaczona na angielski i włoski. Zasadniczy zapis rozmów z Henrykiem Mandelbaumem, jednym z ostatnich świadków Holocaustu, został opracowany przez Autorów tej publikacji w latach 2003-2004. Obecnie Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu przygotowuje jej wydanie w języku francuskim.

Okładka książki pt. „Ja z krematorium Auschwitz”

Okładka książki pt. „Ja z krematorium Auschwitz”

Wspomniana książka, budząca już zainteresowanie międzynarodowe, stanowi zapis rozmowy ze zmarłym w ponad trzy lata temu Henrykiem Mandelbaumem, który urodził się urodził się 15 grudnia 1922 r. w rodzinie żydowskiej w Olkuszu, gdzie spędził również najmłodsze lata swojego życia.

Henryk Mandelbaum podczas drugiej wojny światowej jako więzień obozu Auschwitz wykonywał koszmarną pracę, będąc członkiem „Sonderkommando”, które obsługiwało cztery krematoria w drugiej części obozu oświęcimskiego, czyli KL Auschwitz II-Birkenau.

Henryk Mandelbaum podczas ostatniego pobytu w Olkuszu w 2007 r.

Henryk Mandelbaum podczas ostatniego pobytu w Olkuszu w 2007 r.

Po wojnie często przyjeżdżał do miasta swojego dzieciństwa. Uczestniczył także 12 czerwca 2005 r. w odsłonięciu pomnika na Starym Cmentarzu w Olkuszu, który upamiętnia Polaków oraz Żydów, mieszkańców Ziemi Olkuskiej, zamordowanych podczas drugiej wojny światowej w hitlerowskich więzieniach, obozach koncentracyjnych i obozach masowej zagłady. Odwiedzał również Oświęcim, najczęściej spotykając się w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży (MDSM) z uczniami i studentami zarówno z Polski, jak i Niemiec.

Był jednym z 32 byłych więźniów KL Auschwitz, z którymi 26 maja 2006 r. na dziedzińcu bloku nr 11 (Blok Śmierci) spotkał się papież Benedykt XVI.

Henryk Mandelbaum z papieżem Benedyktem XVI

Henryk Mandelbaum z papieżem Benedyktem XVI

Jeszcze w czerwcu 2007 r. brał udział w otwarciu wystawy w Miejskim Ośrodku Kultury w Olkuszu, wcześniej eksponowanej w MDSM w Oświęcimiu, zatytułowanej „Tylko gwiazdy zostały jak wczoraj”, wspominając:

Kiedy byłem już na wolności, nie mogłem uwierzyć, że jestem wolny, że przeżyłem. W snach powracały przeżycia, których doznałem podczas pobytu w „Sonderkommando”. (…) Z kominów krematoryjnych buchały płomienie na wysokość kilku metrów. Obrazy te kojarzyły mi się z wyobrażeniem piekła.

Z kolei Mieczysław Miska, mieszkający do dzisiaj w Olkuszu, w swojej relacji podaje:

Pamiętam, jak w czasie okupacji hitlerowskiej, czasami wiatr przywiewał słodki i mdły zapach od strony Oświęcimia, który roznosił się w powietrzu, najprawdopodobniej podczas palenia ciał Żydów zamordowanych w komorach gazowych na stosach spaleniskowych w KL Auschwitz II-Birkenau w Brzezince.

Henryk Mandelbaum zmarł 17 czerwca 2008 r. i został pochowany dwa dni później na Cmentarzu Centralnym w Gliwicach. Jego trumnę przykryła również ziemia przywieziona z Olkusza przez delegację, której przewodniczył burmistrz Srebrnego Grodu, Dariusz Rzepka.

Adam Cyra
Oświęcim, 18.01.2012 r.


, , , , , , ,

Brak komentarzy

Petro Fedorowicz Miszczuk z Czerwonogradu

Petro Fedorowicz Miszczuk przyjeżdża od pewnego czasu na uroczystości organizowane na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu z okazji kolejnych rocznic wyzwolenia tego obozu przez żołnierzy Armii Czerwonej w dniu 27 stycznia 1945 roku. Ubrany jest zawsze w pasiak obozowy, a na więźniarskiej bluzie obok czerwonego trójkąta z literą R w środku ma naszyty numer 105105; w ręku trzyma zazwyczaj flagę ukraińską.

Petro Fedorowicz Miszczuk z flagą Ukrainy na dziedzińcu bloku 11, przed Ścianą Straceń. Fot. wykonano 27.01.2011 r.

Petro Fedorowicz Miszczuk z flagą Ukrainy na dziedzińcu bloku 11, przed Ścianą Straceń. Fot. wykonano 27.01.2011 r.

Podczas oficjalnych uroczystości na terenie byłego obozu w Brzezince 27 stycznia 2005 roku stał się jednym z głównych jej bohaterów. Ubrany w pasiak z flagą ukraińską, przewiązaną pomarańczową wstążką (obchody zbiegły się z „pomarańczową rewolucją” na Ukrainie) przywitał się osobiście z prezydentem Polski, Aleksandrem Kwaśniewskim i prezydentem Ukrainy, Wiktorem Juszczenko, co spotkało się z dużym zainteresowaniem mediów relacjonujących to wydarzenie.

Petro Fedorowicz Miszczuk podaje się za więźnia KL Auschwitz, oznaczonego w tym obozie numerem 2949, innym razem mówi, że numeru z tego obozu nie pamięta. Twierdzi także, że został aresztowany przez Niemców za pomoc partyzantom Stefana Bandery w maju 1942 roku i był więźniem najpierw jakiegoś getta, a potem nie tylko przebywał w Auschwitz, lecz również był więziony w obozach koncentracyjnych: Buchenwald, Mittelbau-Dora i Sachsenhausen, gdzie wyzwolili go rzekomo żołnierze amerykańscy wiosną 1945 roku.

W rzeczywistości ten Ukrainiec, urodzony 10 lipca 1926 roku w Kisielinie na Wołyniu, będący do 1939 roku obywatelem II Rzeczypospolitej, nie jest notowany nigdzie w zachowanej dokumentacji KL Auschwitz, przechowywanej w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Pobyt Miszczuka w obozach Mittelbau-Dora i Sachsenhausen też nie znajduje żadnego potwierdzenia w zachowanych dokumentach z tych obozów.

Petro Fedorowicz Miszczuk i Marek Księżarczyk. Fot. wykonano 27.01.2011 r.

Petro Fedorowicz Miszczuk i Marek Księżarczyk. Fot. wykonano 27.01.2011 r.

Można jedynie potwierdzić w oparciu o informacje uzyskane z Międzynarodowego Biura Poszukiwań w Arolsen w Niemczech i archiwum Muzeum w Buchenwaldzie, a także z Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie, że od 9 marca 1944 roku przebywał w obozie pracy przymusowej w Ohrdruf w Turyngii. Później ten obóz stał się samodzielnym obozem koncentracyjnym, a potem podobozem KL Buchenwald. Petro Fedorowicz Miszczuk najpierw był oznaczony w Ohrdruf numerem 2949, a 15 stycznia 1945 roku nadano mu w podobozie buchenwaldzkim Ohrdruf nowy numer 105105.

W pierwszych dniach kwietnia 1945 roku Miszczuk został najprawdopodobniej wyzwolony na trasie ewakuacyjnej z podobozu Ohrdruf do obozu macierzystego w Buchenwaldzie przez żołnierzy amerykańskich.

Żadna ze wspomnianych powyżej instytucji, zarówno niemieckich, jak i polskich, nie potwierdza pobytu Miszczuka w trzech innych wymienianych przez niego obozach: Auschwitz, Mittelbau-Dora i Sachsenhausen.

Petro Fedorowicza Miszczuka dobrze pamięta Aniela Dębska, mająca dzisiaj 85 lat, która obecnie mieszka w Lublinie. Jest matką znanego kompozytora Krzesimira Dębskiego. Na temat Miszczuka napisała:

Ukraińca Petro Fedorowicza Miszczuka znam jeszcze z czasów wołyńskich. Do szkoły nie chodził. Był analfabetą. Jego matka pracowała dorywczo w domu rodziców mojego przyszłego męża. Kiedy Niemcy wyznaczyli kontyngenty Polaków na roboty do Rzeszy, sołtys – Ukrainiec, aby spełnić wymagania ilościowe transportu zmuszony był dobrać kilku Ukraińców do polskiego kontyngentu. Wtedy to, w 1942 roku Petro Fedorowicz Miszczuk zostal wywieziony na roboty do Niemiec. Potem słuch o nim zaginął. (…) W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, pewnego styczniowego dnia do naszych drzwi zadzwonił człowiek, który przedstawił się jako Petro Fedorowicz Miszczuk. Rozpoznaliśmy go z mężem. Zaprosiliśmy do środka i zaczęły się wspomnienia. Pan Miszczuk opowiadał o swoich wojennych losach. W czasie przymusowych robót w Niemczech jak obywatel Związku Radzieckiego był bardzo źle traktowany przez niemieckich pracodawców. Mówił, że dlatego uczestniczyl w kradzieży żywności (wraz z innymi – przyp. AC) z wagonów kolejowych . (…) Niestety za którymś razem został schwytani (…), a on Petro Miszczuk zostal zesłany do obozu. Ale do jakiego obozu nie powiedział. (…) W trakcie wielogodzinnej rozmowy nie wspomniał ani słowem, że był zwolennikiem, a tym bardziej członkiem UPA.

Petro Fedorowicz Miszczuk mieszka od 1952 roku w Czerwonogradzie na Ukrainie. Miasto to należało do Polski, nosząc nazwę Krystynopol i dopiero w 1951 roku wyniku korekty granicznej włączono je do ZSRR.

Ten starszy już człowiek był również na rocznicowych obchodach w Muzeum Auschwitz-Birkenau w dniu 27 stycznia 2010 roku. Zawsze towarzyszy mu Ukrainka, o której mówi, że jest jego żoną.

Dwa lata temu, 27 stycznia 2010 roku oprowadzałem szwedzkich dziennikarzy i przy okazji spotkałem „naszego” Ukraińca odzianego w obozowy pasiak. Nie muszę chyba dodawać, że znów stał „atrakcją” mediów, a ja zadebiutowałem jako tłumacz z języka ukraińskiego na szwedzki. Pan Miszczuk bardzo dobrze czuł się w tej roli i z dumą opowiadał, że do obozu trafił jako „partizan u Stiepana Banderu.

- relacjonuje Michał Kubica, przewodnik po Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Petro Fedorowicza Miszczuka podczas uroczystości rocznicowych w Oświęcimiu w dniu 27 stycznia 2011 roku spotkała także Daria Czarnecka, pracująca w Muzeum Auschwitz-Birkenau jako wolontariuszka:

Ten Miszczuk się do mnie doczepił w dniu 27 stycznia 2011 roku ponieważ ja tam jakąś mieszaniną rosyjskiego i ukraińskiego władam – to trochę ze mną rozmawiał i nawet byłam „tawariszcz” dopóki nie zobaczył, że noszę znak „Polski Walczącej”, ponieważ jestem wiceprezesem Towarzystwa Przyjaciół Armii Krajowej w Bielsku-Białej. Zapytał się, co to jest i jak mu odpowiedziałam, że AK – to mi powiedział, że to bandyci i mordercy. Powiedziałam mu, że rezunem jest Stephan Bandera. Na to mi powiedział, że on jest „kombatantem Samostijnej Ukrainy”. Kiedy to usłyszałam – odpowiedziałam, że Bandera to „ukrainskij Gitler” i rozmowa się skończyła.

Warto jeszcze przytoczyć dalszy fragment relacji cytowanego już Michała Kubicy:

W 2011 roku Petro Miszczuk też był bardzo popularny. Realizatorzy z TVN24 wielokrotnie pokazywali go podczas transmisji z Brzezinki, a w głównym wydaniu „Faktów” lub „Wiadomości” mogliśmy go zobaczyć, jak w skupieniu przemierzał dziedziniec bloku 11 – bardzo poruszający i tym samym „medialny”obraz.

Kiedy szesnastoletni Petro Miszczuk miał przebywać w niemieckich obozach koncentracyjnych jako „partyzant Bandery”, w czasie gdy niemal cała polska ludność Kisielina przebywała na mszy św. w dniu 11 lipca 1943 roku, miasteczko to i kościół w nim znajdujący się zostały otoczone podwójnym kordonem upowców. Gdy po zakończeniu mszy św. Polacy zaczęli wychodzić z kościoła, otworzono do nich ogień. Około 90 osób wówczas zostało zamordowanych przez Ukraińców nacjonalistów; część z nich rozebranych pod przymusem rozstrzelano pod dzwonnicą lub zakłuto bagnetami.

Zbrodnie na Polakach w Kisielinie trwały także po 11 lipca 1943 roku, m.in. dwa tygodnie później porwano i zamordowano polsko-ukraińskie małżeństwo, Leopolda i Anisję Dębskich.

Upamiętnieniem zbrodni w Kisielinie zajmował się Włodzimierz Dębski, syn Leopolda i Anisji. W 2006 r. wydano jego monografię o Kisielinie, zatytułowaną „Było sobie miasteczko”. Na jej podstawie w 2009 roku powstał film dokumentalny tak samo zatytułowany (scenariusz i reżyseria: Tadeusz Arciuch i Maciej Wojciechowski), przedstawiający przebieg zbrodni w Kisielinie. Kompozytorem muzyki do tego filmu jest syn Anieli i Włodzimierza, Krzesimir Dębski, który również napisał muzykę do filmu „Ogniem i mieczem”.

Petro Fedorowicz Miszczuk z Czerwonogradu dawał dowody, że uważa Stefana Banderę za bohatera i jest dumny z dokonań OUN-UPA, co stoi w sprzeczności z prawdą historyczną i ustaleniami prokuratorów z Instytutu Pamięci Narodowej w sprawie zbrodni popełnionych przez nacjonalistów ukraińskich na Polakach.

Warto też przypomnieć, że art. 55 ustawy z 18 grudnia 1998 roku o Instytucie Pamięci Narodowej – Komisji Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu mówi:

Kto publicznie i wbrew faktom zaprzecza zbrodniom, o których mowa w art. 1 pkt 1, podlega grzywnie lub karze pozbawienia wolności do lat 3. Wyrok podawany jest do publicznej wiadomości.

Czynami zaś określonymi we wspomnianym art. 1 pkt 1 ustawy są zbrodnie popełnione na osobach narodowości polskiej lub obywatelach polskich innych narodowości w okresie od 1 września 1939 roku do 31 lipca 1990 roku, w tym:

zbrodnie przeciwko pokojowi, ludzkości lub zbrodnie wojenne.

Pisma z IPN w sprawie Petro Fedorowicza Miszczuka:

Instytut Pamięci Narodowej, Komisja Ścigania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, Biuro Udostępniania i Archiwizacji Dokumentów
Pan Adam Cyra
Szanowny Panie,
w odpowiedzi na Pański email z dnia 16 kwietnia 2011 r. uprzejmie informuję, że po przeprowadzeniu kwerendy archiwalnej w udostępnionej Instytutowi Pamięci Narodowej przez ITS Internationaler Suchdienst Bad Arolsen elektronicznej bazie danych nie odnaleziono zapisów/informacji/informacji/dokumentów dotyczących: Petra Fedorowicza, ur. 10.07.1926 r. w Kisielinie na Wołyniu.
W bazie odnaleziono natomiast zapisy kartoteki ewidencyjnej KL Buchenwald, w której figuruje: Miszczuk (Mischtschuk) Petr (Peter), ur. 10.07.1926 r. w miejscowości Kiselin, nr więźnia 2949/105105, a także wystawiona po wojnie karta identyfikacyjna zawierająca zgłoszenie zgonu i pochówku ww. więźnia w miejscowości Schneeberg w dniu 9.05.1945 r.
Treść karty została przekreślona krzyżem, naniesiono odręczny dopisek o treści „lebt” [żyje].
(…)
Z poważaniem
Kierownik Samodzielnej Sekcji Realizacji Skarg, Kontroli i Analiz
Magdalena Mołczanowska

Pan Adam Cyra
Szanowny Panie,
w odpowiedzi na Pański email z dnia 21 kwietnia 2011 r. wyjaśniam, że w poprzednim piśmie poinformowano Pana jedynie o wynikach kwerendy przeprowadzonej w elektronicznej bazie danych udostępnionej Instytutowi Pamięci Narodowej przez ITS Internationaler Suchdienst Bad Arolsen,ograniczając poszukiwania jedynie do indeksów KL Buchenwald,
KL Mittelbau – Dora oraz KL Sachsenhausen.
Odnalezione w bazie ITS zapisy dotyczące Petro Fedorowicza Miszczuka nie zawierają wyjaśnień odnośnie nadanego mu nr więźnia 2949/105105 ani informacji o jego uwięzieniu
w innych obozach.
(…)
Z poważaniem
Kierownik Samodzielnej Sekcji Realizacji Skarg, Kontroli i Analiz
Magdalena Mołczanowska

 

Więcej informacji na temat Perto Miszczuka:  http://ksi.kresy.info.pl/pdf/numer04.pdf

 

Adam Cyra
Oświęcim, 17 stycznia 2012 r.

, , , , , , , ,

2 komentarzy

Zaszczytne wyróżnienie dla Haliny Ziółkowskiej-Modły

Społeczna Fundacja Pamięci Narodu Polskiego to organizacja, której zada-niem jest m.in. poszanowanie historii i tradycji Narodu Polskiego oraz upamiętnianie pamięci o miejscach i wydarzeniach historycznych oraz ich bohaterach. Pomysłodawcą i inicjatorem tej Fundacji oraz Medalu „Polonia Mater Nostra Est” (Polonia Matką Naszą Jest), który przyznaje się od 1995 r., był Jerzy Myrcha – prawnik, działacz społeczny, pieśniarz, autor i kompozytor.

W roku bieżącym jedną z uhonorowanych osób została Halina Ziółkowska-Modła, wieloletnia działaczka Koła Miejskiego Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia w Oświęcimiu oraz redaktorka kwartalnika „Wołyń i Polesie”, w którym publikowane są artykuły utrwalające pamięć o historii i kulturze tych kresowych ziem oraz o tragicznych wydarzeniach, mających miejsce na Wołyniu, jakimi były zbrodnie dokonane przez ukraińskich nacjonalistów (OUN-UPA) na mieszkających tam Polakach.

Halina Ziółkowska-Modła (w pierwszym rzędzie z kwiatami)

Halina Ziółkowska-Modła (w pierwszym rzędzie z kwiatami)

Uroczystość wręczania medali odbyła się 27 listopada 2011 r. w Galerii Porczyńskich – Muzeum Kolekcji im. Jana Pawła II w Warszawie. Rozpoczęła się ona zebraniem członków Fundacji oraz Dam i Kawalerów Medalu „Polonia Mater Nostra Est” odznaczonych do tej pory oraz nominowanych do tego za-szczytnego wyróżnienia.

Właściwa uroczystość rozpoczęła się wystąpieniem chóru „Polonia”. Następnie poproszono wszystkie osoby, które miały być odznaczone do zajęcia miejsc na środku sali. Każdej osobie odczytano laudację, prezentując jej zasługi i dorobek. Medale wręczał były wicemarszałek Sejmu Janusz Dobrosz, który po śmierci w katastrofie lotniczej pod Smoleńskiem Janusza Zakrzeńskiego obecnie stoi na czele kapituły tego orderu. Z kolei dyplomy wręczał płk Jan Niewiński, przewodniczący Kresowego Ruchu Patriotycznego, podczas drugiej wojny światowej żołnierz AK, organizator samoobrony ludności pol-skiej w powiecie krzemienieckim na Wołyniu.

W dyplomie, który otrzymała Halina Ziółkowska-Modła można przeczytać, że:

DYPLOM HONOROWY ORDERU POLONIA MATER NOSTRA EST przyznany jest ZA SZCZEGÓLNE OSIĄGNIĘCIA W SŁUŻBIE NARODOWI I PAŃSTWU POLSKIEMU

Uroczystość miała bardzo podniosły charakter. Kawalerowie i Damy, czyli odznaczeni tym orderem odśpiewali w czasie jej trwania własny hymn, które-go pierwszą zwrotkę warto przytoczyć:

Polonia, Polonia, Polonia
Mater nostra est,
Polonia, Polonia, Polonia
Bóg, Honor i Ojczyzna
Przesłaniem naszym jest!
Polonia, Polonia, Polonia
Dla Ciebie nasze serca,
Dla Ciebie nasza Pieśń!

Hymn jest autorstwa i kompozycji wspomnianego Jerzego Myrchy, który funkcję dyrektora Społecznej Fundacji Pamięci Narodu Polskiego oraz kierownika Warszawskiego Zespołu Artystycznego „Polonia” piastował aż do dnia śmierci w listopadzie 2003 r.

Odznaczenie, nadawane przez Społeczną Fundację Pamięci Narodu Polskie-go, ma formę złotego medalu, którego awers ukazuje siedzącą na tronie po-stać kobiecą w powłóczystych szatach, trzymającą w lewej ręce opartą o ziemię tarczę z polskim godłem państwowym z 1918 r. Z prawej strony do kobiety tuli się dziecko z mieczem w ręku. Postać kobieca okolona jest napisem „POLONIA MATER NOSTRA EST”. Zawieszkę tego medalu stanowi korona królewska.

Na zdjęciu wśród siedzących Halina Ziółkowska-Modła z kwiatami w ręku, które po dekoracji wraz z gratulacjami wręczyli jej członkowie Zarządu Głównego Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia z Warszawy.

Adam Cyra
Oświęcim 17 stycznia 2012 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Irena Sekulska

W dniu 28 grudnia 2011 r., w wieku 84 lat, zmarła Irena Sekulska. Znana rzeźbiarka z Oświęcimia, która urodziła się 2 grudnia 1927 r. we Włodzimierzu Wołyńskim.

Jej ojciec Ferdynand Sekulski był dowódcą placówki Armii Krajowej w Kętach, gdzie został aresztowany na początku września 1944 r. i rozstrzelany w KL Auschwitz 6 stycznia 1945 r.

Irena Sekulska po wojnie ukończyła Państwowe Gimnazjum Koedukacyjne w Kętach, a następnie dwuletnią Szkołę Pielęgniarską w Bydgoszczy. W służbie zdrowia przepracowała 35 lat, m.in. jako pielęgniarka w szpitalu w Oświęcimiu.

Rzeźbą zajęła się stosunkowo późno, bo dopiero w 1971 r., kiedy to rzeźbienie w drewnie stało się jej życiową pasją, której poświęcała każdą swoją wolna chwilę. Była artystką nieprofesjonalną, która wystawiała swoje prace m.in. w Krakowie (dwukrotnie w Piwnicy Pod Baranami i na Małym Rynku), w Warszawie (na II Biennale Sztuki Nieprofesjonalnej w 1997 r.), w Państwowym Muzeum Etnograficznym), w Bielsku-Białej (wystawa pt. „Patronki Polski i Europy w Sztuce Ludowej” w 2001 r.) oraz w Kętach, Żywcu i Oświęcimiu.

Irena Sekulska podczas Drogi Krzyżowej w 2005 r.

Irena Sekulska podczas Drogi Krzyżowej w 2005 r.

Pani Irena była też uczestniczką plenerów artystycznych, m.in. Ogólnopolskiego Pleneru Malarsko-Rzeźbiarskiego w Radoczy, zatytułowanego „Rodzinne Strony Jana Pawła II” w 1994 r. czy w Zatorze „Uroki Ziemi Zatorskiej” w 1997 r., a jej rzeźby znajdują się m.in. w Domu Pielgrzyma w Watykanie oraz w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Ferdynad Sekulski z rodziną (z lewej Irena Sekulska) - zdjęcie wykonane we włodzimierzu Wołynskim w 1936 r.

Ferdynad Sekulski z rodziną (z lewej Irena Sekulska) - zdjęcie wykonane we Włodzimierzu Wołyńskim w 1936 r.

Za swoją twórczość Irena Sekulska otrzymała szereg nagród i wyróżnień, w tym nagrodę za zajęcie I miejsca w kategorii Twórców Profesjonalnych na konkursie Kapliczek w Warszawie w 2004 r. oraz wyróżnienie na konkursie pt. „Przydrożni Święci” na XXV Festiwalu Folkloru Górali Polskich – Żywiec 1994 r. oraz na I Wojewódzkim Konkursie na Szopkę Bożonarodzeniową w Bielsku-Białej w 1995 r. W jej twórczości można było wyróżnić kilka nurtów tematycznych: religijny, obozowy, ludowy oraz symboliczny, m.in. zegary ścienne z drzewa poobozowego.

Na twórczość rzeźbiarską pani Ireny wpłynęła śmierć jej ojca w obozie Auschwitz. Stąd też częstym motywem jej rzeźb byli wyczerpani więźniowie. Warto przytoczyć fragment opinii profesora Władysława Hodysa, stanowiący trafne podsumowanie jej twórczości:

(…) rzeźby przedstawiające kompozycję figuralne świadczą nie tylko o wybitnym temperamencie rzeźbiarskim autorki, ale też zadziwiają różnorodnością założeń artystycznych.

Uroczystości żałobne rozpoczną się Mszą św. w kaplicy na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu 30 grudnia o godz. 11.00, a następnie zmarła zostanie przewieziona i pochowana na cmentarzu w Kozach koło Kęt.

Adam Cyra
Oświęcim, 29 grudnia 2011 r.

, , , , , , , ,

Brak komentarzy

Jerzy Michnol nie żyje

Jerzy Michnol urodził się 14 marca 1926 r. w Katowicach. Ojciec Walenty służyl w Policji Państwowej w Orłowej na Zaolziu. Podczas okupacji niemieckiej w mieszkaniu Michnolów w Orłowej przebywali przywódcy zaolziańskiej grupy ZWZ/AK. Na początku 1943 r., na skutek działalności konfidenta, cała rodzina została aresztowana i osadzona w więzieniu w Cieszynie. W marcu 1943 r. Jerzy wraz z ojcem został wywieziony do KL Auschwitz. Z kolei matkę Martę i siostrę Stefanię deportowano do tego obozu w maju 1943 r.

Kiedy w obozie zobaczyłem się pierwszy raz z siostrą, zapytałem, co z naszą mamą. Usłyszałem, że nie żyje od dwóch tygodni…

- mówił po latach Jerzy Michnol o swojej matce, która zginęła w KL Auschwitz w lipcu 1943 r.

Kiedy wraz z całą rodziną został osadzony w obozie, miał zaledwie 17 lat. Otrzymał numer obozowy 108701. Początkowo pracował w magazynach tzw. „Kanady”, sortując mienie po zabitych w komorach gazowych Żydach, a później w głównej izbie pisarskiej (Schreibstube) jako goniec. W styczniu 1945 r. ewakuowano go do KL Mauthausen, gdzie kilka miesięcy później odzyskał wolność, wyzwolony w podobozie Ebensee 6 maja 1945 r.

Do Polski przyjechał w lipcu 1945 r. wraz z siostrą, którą również ewakuowano w styczniu 1945 r. i więziono w jednym z podobozów KL Mauthausen. Z kolei ojciec przeniesiony do KL Gross-Rosen, wrócił do kraju w październiku tegoż roku.

Jerzy Michnol - rocznica wyzwolenia KL Auschwitz (27.01.2011 r.). Fot. Marek Księżarczyk

Jerzy Michnol - rocznica wyzwolenia KL Auschwitz (27.01.2011 r.). Fot. Marek Księżarczyk

Po wojnie Jerzy Michnol zatrudniony był w straży przemysłowej kopalni „Wieczorek” w Katowicach. Później ukończył studia w Wyższej Szkole Ekonomicznej w Katowicach i pracował w przedsiębiorstwie handlu zagranicznego „Varimex”.

Po przejściu na emeryturę aktywnie działał jako Sekretarz w Zarządzie Okręgu Polskiego Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych w Katowicach. Był jednym z 32 byłych więźniów, z którymi 28 maja 2006 r. pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 spotkał się papież Benedykt XVI. Jerzy Michnol zmarł w Katowicach 9 grudnia 2011 r. Miał osiemdziesiąt pięć lat.

Uroczystości żałobne, poprzedzone Mszą św. w kościele p.w. Opatrzności Bożej w Katowicach-Zawodziu, odbędą się 13 grudnia 2011 r. na cmentarzu przy ul. Francuskiej w Katowicach.

Adam Cyra
Oświęcim, 13 grudnia 2011 r.

, , ,

Brak komentarzy

Jerzy Klistała

Za kilkanaście dni ukaże się pierwszy tom kolejnej książki Jerzego Klistały z dziedziny biografistyki, zatytułowany „Martyrologium mieszkańców Zaolzia w latach 1939-1945 – słownik biograficzny”.

Martyrologium mieszkańców Zaolzia w latach 1939-1945 - słownik biograficzny

Martyrologium mieszkańców Zaolzia w latach 1939-1945 - słownik biograficzny

Jerzy Klistała (ur. 1935 r.) – jest mieszkańcem Bielska-Białej, który w czasie okupacji niemieckiej osobiście doświadczył skutków terroru hitlerowskiego. Jego ojciec za działalność konspiracyjną w ZWZ/AK został rozstrzelany w KL Auschwitz pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 w 1943 r.

Młody Jurek po raz pierwszy zwiedził były obóz Auschwitz-Birkenau jako dwunastoletni uczeń z wycieczką szkolną. Było to dwa lata po wojnie. Nie przypuszczał wówczas, że to miejsce masowych zbrodni hitlerowskich wpłynie na jego późniejsze życie w tak wyjątkowy sposób. Świeże jeszcze ślady po byłym obozie, podziałały wówczas na jego dziecinną świadomość bardzo mocno – przyjechał bowiem do miejsca, w którym zginął jego ojciec, mając zaledwie trzydzieści dwa lata. W życiu dorosłym Jerzy Klistała, już po przejściu na emeryturę, zajął się biografistyką więźniów obozów koncentracyjnych, nie pozwalając, aby pozostali oni bezimienni.

Bielszczanin dotychczas publikował pozycje, związane z martyrologią Polaków z terenu Małopolski, Śląska i Podbeskidzia. Obecnie pracuje nad dalszymi dwoma tomami słownika biograficznego, poświęconego stratom spośród mieszkańców Zaolzia.

Prof. Tomasz Nałęcz, doradca Prezydenta RP ds. historii, na temat publikacji Jerzego Klistały napisał:

Jestem pod ogromnym wrażeniem dzieła, jakie Pan wykonuje. Jako historyk świetnie zdaje sobie sprawę z tego, ile trudu kryje się za każdą stronicą tych książek. Podziwiam Pana wytrwałość, determinację i umiejętności historyczne, dzięki którym te opracowania w bardzo cenny sposób dokumentują najbardziej dramatyczne karty naszej narodowej historii z okresu II wojny światowej.

Ostatnia publikacja Jerzego Klistały nie pozwala zapomnieć o ofiarach, jakie ponieśli w walce z niemieckim nazizmem Polacy z Zaolzia.

Adam Cyra
Oświęcim, 8 grudnia 2011 r.

, , , ,

1 komentarz

O legioniście, nauczycielu i więźniu KL Auschwitz. W 120. rocznicę urodzin.

Ojcem znanego i nieżyjącego już dzisiaj aktora Wojciecha Siemiona był osiadły w Krzczonowie na Lubelszczyźnie legionista Mikołaj. O ojcu Wojciecha Siemiona pisze Jadwiga Dąbrowska z Oświęcimia, historyk i działaczka Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, w książce „Mikołaj Siemion, legionista, nauczyciel i więzień Auschwitz”. Postać to niezwykła o ciekawym i dramatycznym życiorysie. Książka została opublikowana w tym roku w Lublinie.

Okładka książki pt. Mikołaj Siemion. Legionista, nauczyciel, więzień Auschwitz

Okładka książki pt. Mikołaj Siemion. Legionista, nauczyciel, więzień Auschwitz

Mikołaj Siemion urodził się w 1891 r. na Lubelszczyźnie. Jego ojciec i dziadek brali udział w powstaniu styczniowym. Przesiąknięty tradycją walki o niepodległą Polskę już na początku 1915 r. dotarł do Kęt, gdzie stacjonowała I Brygada Legionów Polskich. W jej szeregach brał udział w wielu bitwach i potyczkach, kończąc swój szlak bojowy na Wołyniu.

W 1921 r. zamieszkał w Krzczonowie na Lubelszczyźnie wraz z rodziną, gdzie otrzymał posadę nauczyciela miejscowej szkoły. W domu Siemionów panował kult wiedzy. Jak wspominają bracia Wojciecha Siemiona – Leszek i Stanisław: „Ojca mieliśmy takiego, co to portek nie nabył, a książkę kupił”. Te idee zaszczepiał także całemu środowisku, w którym przyszło mu żyć i pracować.

Podczas okupacji hitlerowskiej został aresztowany za działalność konspiracyjną. W kazamatach Lubelskiego Zamku przebywał przez osiem miesięcy, a stamtąd w lipcu 1941 r. przewieziono go do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 19846. W dniu 28 października 1942 r. został wraz z dużą grupą więźniów rozstrzelany pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku 11.

Niedawno nadano imię Mikołaja Siemiona szkole w Krzczonowie, której był wieloletnim kierownikiem. W tej uroczystości jego syn Wojciech Siemion nie wziął już udziału, ponieważ zmarł w ubiegłym roku w wyniku obrażeń odniesionych w wypadku samochodowym.

Adam Cyra
Oświęcim, 5 grudnia 2011 r.

, , , , , ,

Brak komentarzy

Egzekucja w dniu 22 listopada 1940 r.

Przy wejściu do kościoła salezjańskiego pw. Miłosierdzia Bożego w Oświęcimiu na Zasolu jest umieszczona tablica z nazwiskami czterdziestu więźniów rozstrzelanych w dniu 22 listopada 1940 r.

Była to pierwsza egzekucja na terenie KL Auschwitz. Dokonano jej siedemdziesiąt jeden lat temu na czterdziestu Polakach w odwet za rzekome akty gwałtu i napady na funkcjonariuszy policji w Katowicach. Skazanych dostarczyła w tym dniu do obozu placówka policji kryminalnej z Katowic. Komando egzekucyjne liczyło dwudziestu esesmanów z batalionu wartowniczego w KL Auschwitz. Każdego skazanego rozstrzeliwało dwóch esesmanów.

Tablica z nazwiskami czterdziestu więźniów rozstrzelanych w dniu 22 listopada 1940 r.

Tablica z nazwiskami czterdziestu więźniów rozstrzelanych w dniu 22 listopada 1940 r.

Ofiarą tej egzekucji byli również pochodzący z Ziemi Oświęcimskiej, Leopold Zieliński, ur. 28 lutego 1911 r. w Pławach, którego nazwisko jest wymienione na tablicy przy wejściu do wspomnianego kościoła:

W dniu 22 listopada 1940 r. – wspomina Władysław Foltyn, który wówczas miał zaledwie 17 lat – będąc robotnikiem przymusowym, pracowałem jako cieśla obok baraku stolarni, wyposażonej w maszyny i urządzenia zabrane przez władze obozowe z Zakładu Salezjańskiego w Oświęcimiu. Barak ten znajdował się naprzeciw obecnej wartowni Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Skazańców (…) esesmani prowadzali po dziesięciu do dołu po wydobytym żwirze. Był on usytuowany na terenie, zajmowanym do niedawna przez Państwową Komunikację Samochodową (PKS). Skazańcy mieli ręce związane z tyłu. Co pewien czas było słychać salwy karabinów plutonu egzekucyjnego, a następnie pojedyncze strzały. Samego momentu rozstrzeliwania nie widziałem, ponieważ egzekucja odbywała się w głębokim dole. (…) Po jej zakończeniu esesmanów, biorących w niej udział, ustawiono w szyku marszowym i poprowadzono z powrotem do koszar w rejon Monopolu Tytoniowego. Pamiętam, że przechodząc na wysokości obecnej wartowni Muzeum zaczęli śpiewać: „Heili heilo heila …”. Po zwłoki skazańców został wysłany wóz ciągnięty przez więźniów, który później stał przez pewien czas z ciałami zamordowanych przed wejściem do krematorium.

Ciała rozstrzelanych na ten wóz ładował m.in. jako więzień KL Auschwitz, Jerzy Bielecki, nr obozowy 243, zmarły kilka tygodni temu w Nowym Targu, co tak opisał w swoich wspomnieniach „Kto ratuje jedno życie …”, których wydanie zostało wznowione w tym roku: „Podbiegłem do najbliższego ciała, chwyciłem za nieobute nogi. Rozstrzelani byli bez czapek i obuwia, ręce skrępowane mieli drutem. Ciągnąłem trupa w kierunku stojącego wozu. (…) Za trzecim z kolei nawrotem trafiłem na tęgiego, w średnim wieku mężczyznę, z krótko przystrzyżonymi włosami. Z najwyższym wysiłkiem ciągnąłem ciężkie, bulgocące gdzieś wewnątrz ciało po śliskiej już od krwi trawie. Koszula wywlokła mu się ze spodni, ukazując zdrowe, opalone plecy. W kręgosłupie powyżej pasa czerniała krwawa wyrwa po wypadłej z ciała kuli. Związane dłonie, biała koszula i spodnie zbryzgane były szkarłatną, nie skrzepłą jeszcze krwią”.

Dzisiaj cytowany poprzednio Władysław Foltyn, mieszkający w Oświęcimiu i mający osiemdziesiąt osiem lat, jest już jedynym świadkiem tamtego tragicznego zdarzenia.

Adam Cyra
Oświęcim, 21 listopada 2011 r.

, , , , , , ,

Brak komentarzy

Podporucznik ”Steinert”

Wystawę wypożyczoną z krakowskiego Instytutu Pamięci Narodowej można obejrzeć w Powiatowym Zespole nr 3 w Oświęcimiu. Ekspozycja jest dostępna od 29 września do 21 października 2011 r.

Ekspozycja wystawiona w powiatowej „trójce” nosi będzie nazwę „Wolność i Niezawisłość – żołnierze wyklęci”. Otwarcie wystawy w dniu 29 września br. poprzedziła krótka sesja historyczna, podczas której zostały przypomniane m.in. dwie ofiary totalitaryzmów: Karola i Stanisława Dydo z Babic. Na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu znajdują się liczne groby Polaków zamordowanych w okresie terroru stalinowskiego w Polsce. Na jednej z mogił znajduje się napis: „Śp. Stanisław Dydo, ur. 23 II 1922, zm. 27 XI 1948. Spoczywaj w Bogu niezapomniany Stasiu. Rodzina”. Rodzina Dydów mieszkała przed drugą wojną światową w Babicach koło Oświęcimia, gdzie jego ojciec Karol Dydo był kierownikiem miejscowej szkoły powszechnej. Pracował tam aż do zamknięcia szkoły przez hitlerowców.

Karol Dydo stał się jedną z ofiar masowych aresztowań, dokonanych wiosną 1940 r. przez gestapo, wśród nauczycieli ziemi oświęcimskiej i 29 lipca tegoż roku jako pierwszy z nich zginął w KL Mauthausen.

Karol Dydo

Stanisław Dydo

Po kilku miesiącach mieszkańcy Babic zostali wysiedleni w związku z powstaniem i rozbudową KL Auschwitz. Babice musiała także opuścić Emilia Dydo wraz z dwoma córkami: Ireną i Zofią oraz synem Stanisławem. Przez pewien czas mieszkali w Oświęcimiu, gdzie Stanisław Dydo pracował w drogerii jako laborant-fotograf.

Wiosną 1941 r. Emilia Dydo wraz z dziećmi została przesiedlona do Rzeszowa, skąd pozwolono im udać się w rodzinne strony nieżyjącego już Karola Dydo do Ropczyc, gdzie Stanisław Dydo wznowił działalność konspiracyjną w ZWZ-AK na terenie powiatu dębickiego. Równocześnie ukończył konspiracyjną podchorążówkę, wcześniej zdając na tajnych kompletach maturę, której z powodu wojny nie zdążył złożyć w Gimnazjum im. ks. Stanisława Konarskiego w Oświęcimiu. Był dowódcą plutonu dywersyjnego Placówki Ropczyce w Obwodzie AK Dębica. Posługiwał się pseudonimem „Steinert”. Uczestniczył w wielu akcjach bojowych na tamtejszym terenie, awansując do stopnia podporucznika.

W marcu 1945 r. wyjechał do Krakowa i został studentem Studium Wychowania Fizycznego UJ, gdzie od września tegoż roku rozpoczął działalność w konspiracyjnej organizacji „Wolność i Niezawisłość” (WiN). Z Krakowa zmuszony był, podobnie jak inni jego koledzy i przełożeni z Armii Krajowej, wyjechać do Wrocławia, aby tam schronić się przed represjami ze strony Urzędu Bezpieczeństwa (UB).

Adam Cyra
Oświęcim, 2 października 2011 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

”OUN-UPA. Z kim i przeciw komu oni walczyli”

Niedawno w Centralnej Sewastopolskiej Bibliotece im. Ł.N. Tołstogo odbyła się konferencja prasowa poświęcona publikacji książki „OUN-UPA. Z kim i przeciw komu walczyli”, opublikowanej z inicjatywy organizacji pozarządowej „Zjednoczenie Patriotów Sewastopola”. Książka ta została wydana po rosyjsku w celu bezpłatnej dystrybucji dla nauczycieli historii. Jest ona poświęcona niezwykle bolesnemu dla Ukrainy tematowi: Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i jej zbrojnemu ramieniu – Ukraińskiej Powstańczej Armii (OUN-UPA), która wymordowała w latach drugiej wojny światowej na Wołyniu i Kresach Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej co najmniej sto dwadzieścia tysięcy Polaków.

Konferencja prasowa poświęcona publikacji książki "OUN-UPA. Z kim i przeciw komu walczyli"

Konferencja prasowa poświęcona publikacji książki "OUN-UPA. Z kim i przeciw komu walczyli"

Redaktorem książki jest przewodniczący Przedstawicielstwa Zjednoczenia Patriotów Sewastopola (ZPS) w Petersburgu, Władymir Woroncow, który postarał się o to, aby w tej publikacji zawrzeć unikalne materiały, podstawą których jest ogromna ilość źródeł archiwalnych przy ograniczeniu do minimum sądów wartościujących. W omawianej publikacji znajdują się opisy zbrodni popełnionych przez OUN-UPA, o których nie uczy się współcześnie w szkołach na Ukrainie.

Władymir Woroncow na temat tej tak potrzebnej książki m.in. powiedział:

Pomimo faktu, że Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińska Powstańcza Armia nie miały żadnego związku z obroną i wyzwoleniem Sewastopola w czasie II wojny światowej, konieczność opublikowania takiego zbioru opracowań dojrzewała od dawna. Choćby z tego powodu, że o działalności OUN-UPA uczą się uczniowie w Sewastopolu. A zgodnie z programem szkolnym uczą się o „bohaterskiej walce z OUN-UPA na dwa fronty – z nazistowskimi Niemcami i Związkiem Radzieckim.

Władymir Woroncow zwrócił również uwagę na to, że bardzo ważny i ciekawy materiał w tej publikacji zawarty jest w opracowaniu, zatytułowanym „Banderowcy w KL Auschwitz”, którego autorem jest Adam Cyra – starszy kustosz Muzeum Auschwitz-Birkenau. Na podstawie dokumentów archiwalnych przedstawiony jest pobyt ukraińskich nacjonalistów z grupy Stefana Bandery w KL Auschwitz, w tym szczegółowo są omówione okoliczności śmierci w obozie dwóch braci Stepana Bandery: Aleksandra i Wasyla. Załącznikami do tego opracowania są wykazy transportów z ukraińskimi nacjonalistami do KL Auschwitz.

Dyrektor Centralnej Sewastopolskiej Biblioteki Miejskiej im. Ł.N. Tołstogo, Tamara Aleksandrowna Essin, w swoim wystąpieniu zwróciła uwagę na potrzebę wydawania takich książek i publikowania dokumentów i materiałów archiwalnych, ponieważ właśnie one stanowią podstawę do nauki historii i wypracowania sprawiedliwej oceny tamtych dramatycznych, związanych ze zbrodniczą działalnością OUN-UPA.

Na załączonym zdjęciu redaktor Władymir Woroncow pokazuje zawarte w tej książce zdjęcie tablicy pamiątkowej w Równem na Wołyniu, która w 1997 r. została umieszczona w tym mieście na placu Teatralnym przez współczesnych następców Stefana Bandery. Charakterystyczne, że po proklamacji niepodległości Ukrainy nacjonaliści ukraińscy próbowali zrehabilitować banderowskich zbrodniarzy, wymienionych z nazwiska na tej tablicy. Jednak prokuratura miasta Równe po zapoznaniu się z ich sprawami sądowymi z przeszłości, ustaliła, że wydane kiedyś na nich wyroki skazujące są uzasadnione i rehabilitacji nie podlegają.

Wówczas nacjonaliści zignorowali wnioski prokuratury ukraińskiej i swoich „bohaterów” mimo wszystko upamiętnili, co jest bardzo bolesne m.in. dla członków Koła Miejskiego Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia w Oświęcimiu, którego prezes Halina Ziółkowska-Modła urodziła się i młodość spędziła w Równem na Wołyniu.

Adam Cyra
Oświęcim, 26 września 2011 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

”Tu jest obóz koncentracyjny Auschwitz”

Siedemdziesiąt jeden lat temu rotmistrz Witold Pilecki dobrowolnie został uwięziony w KL Auschwitz W obozie zorganizował konspirację wojskową i przez prawie trzy lata informował Komendę Główną ZWZ/AK o sytuacji w obozie. Po ucieczce z KL Auschwitz organizował tajną organizację NIE (Niepodległość) na wypadek sowieckiej okupacji. Walczył w powstaniu warszawskim i był jeńcem wojennym w obozie Murnau. Po wojnie służył w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andresa we Włoszech. Wrócił do Polski i został aresztowany w maju 1947 r. przez UB. Po okrutnym śledztwie w więzieniu na Mokotowie został skazany na karę śmierci. Zbrodniczy wyrok wykonano w tym komunistycznym więzieniu 25 maja 1948 r.

Zdjęcie obozowe rtm. Witolda Pileckiego

Zdjęcie obozowe rtm. Witolda Pileckiego

W pobliżu Muzeum Auschwitz-Birkenau jest Osiedle im. rotmistrza Witolda Pileckiego oraz jego imię nadano Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej w Oświęcimiu. Poniżej zamieszczony jest obszerny fragment „Raportu rtm. Witolda Pileckiego z 1945 r.”, opisujący jego przybycie do KL Auschwitz, zamieszczony w książce Adama Cyry, „Ochotnik do Auschwitz. Witold Pilecki 1901–1948”, Oświęcim 2000.


Dnia 19 września 1940 roku – druga łapanka w Warszawie. Jeszcze żyje kilku ludzi, którzy widzieli, jak o godzinie 6.00 rano szedłem sam i na rogu Alei Wojska i Felińskiego stanąłem w „piątki” ustawiane przez esesmanów z łapanych mężczyzn. Potem załadowano nas na Placu Wilsona do aut ciężarowych i zawieziono do koszar Szwoleżerów. Po spisaniu danych personalnych w zorganizowanym tam prowizorycznie biurze i odebraniu ostrych przedmiotów (pod groźbą zastrzelenia, jeśli się potem u kogoś bodaj żyletka znajdzie) wprowadzono nas na ujeżdżalnię, gdzie pozostawaliśmy przez 19 i 20 września.

W ciągu tych paru dni niektórzy zdążyli już zapoznać się z pałką gumową spadającą na ich głowy. Mieściło się to jednak w ramach możliwych do przyjęcia, dla ludzi przyzwyczajonych do tego rodzaju sposobów utrzymywania ładu przez stróżów porządku. W tym czasie niektóre rodziny wykupywały swych najbliższych, płacąc ogromne sumy esesmanom. W nocy spaliśmy wszyscy pokotem na ziemi. Ujeżdżalnię oświetlał ogromny reflektor, stojący przy wejściu. Po czterech stronach umieszczeni byli esesmani z bronią maszynową.

Było nas tysiąc osiemset kilkudziesięciu. Mnie osobiście najbardziej denerwowała bierność masy Polaków. Wszyscy złapani nasiąkli już jakąś psychozą tłumu, która wtedy wyrażała się w tym, że cały ten tłum upodobnił się do stada baranów. Nęciła mnie myśl prosta: wzburzyć umysły, poderwać do czynu tę masę. Współtowarzyszowi memu – Sławkowi Szpakowskiemu (wiem, że żył do czasu Powstania w Warszawie) proponowałem nawet wspólną akcję w nocy: opanowanie tłumu, napad na posterunki, przy czym miałem – przechodząc do ubikacji – „zawadzić” o reflektor i zniszczyć go. Lecz ja przecież w innym celu znalazłem się w tym środowisku, a to byłoby pójściem na rzecz znacznie mniejszą… On w ogóle uważał to za pomysł z dziedziny fantazji.

21 września rano wsadzono nas do aut ciężarowych i w towarzystwie eskortujących motocykli z bronią maszynową, odwieziono na dworzec zachodni i załadowano do wagonów towarowych. W wagonach tych przedtem widocznie musieli wieźć wapno, gdyż cała podłoga była nim wysypana. Wagony zamknięto. Wieziono dzień cały. Pić ani jeść nie dali. Zresztą jeść nikt nie chciał. Mieliśmy, wydany dnia poprzedniego, chleb którego wtedy ani jeść ani cenić nie umieliśmy. Chciało się nam tylko bardzo pić. Wapno pod wpływem wstrząsów rozdrabniało się w pył. Unosiło się w powietrzu, drażniło nozdrza i gardło. Pić nie dali. Przez szczeliny desek, którymi zabite były okna, widzieliśmy, że wiozą nas gdzieś na Częstochowę. Około 10 wieczór (godzina 22.00) pociąg się zatrzymał w jakimś miejscu i dalej już nie jechał. Słychać było krzyki, wrzask, otwieranie wagonów, ujadanie psów.

To miejsce we wspomnieniach moich nazwałbym momentem, w którym kończyłem ze wszystkim, co było dotychczas na ziemi i zacząłem coś, co było chyba gdzieś poza nią. Nie jest to silenie się na jakieś dziwne słowa, określenia. Przeciwnie – uważam, że na żadne słówko ładnie brzmiące, a nieistotne, wysilać się nie potrzebuję. Tak było. W głowy nasze uderzały nie tylko kolby esesmanów – uderzało coś więcej. Brutalnie kopnięto we wszystkie nasze pojęcia, do których myśmy się na ziemi przyzwyczaili (do jakiegoś porządku rzeczy – prawa). To wszystko wzięło w łeb. Usiłowano uderzyć możliwie radykalnie. Złamać nas psychicznie jak najszybciej.

Zgiełk i jazgot głosów zbliżał się stopniowo. Nareszcie gwałtownie otwarto drzwi naszego wagonu. Oślepiły nas reflektory skierowane we wnętrze.

– Heraus! rrraus! rrraus! [Wychodzić!, szybko! …] – padały wrzaski, a kolby esesmanów spadały na ramiona, plecy i głowy kolegów. Należało szybko znaleźć się na zewnątrz. Skoczyłem i wyjątkowo nie dostałem kolbą; stając w piątki trafiłem w środek kolumny. Zgraja esesmanów biła, kopała i robiła niesamowity wrzask: „zu Fünfe!” [piątkami]. Na stojących na skrzydłach piątek, rzucały się psy, szczute przez żołdaków. Oślepieni reflektorami, pchani, bici, kopani, szczuci psami, raptownie znaleźliśmy się w warunkach, w jakich wątpię, by ktoś z nas był kiedykolwiek. Słabsi byli oszołomieni do tego stopnia, że naprawdę tworzyli bezmyślną grupę.

Pędzono nas przed siebie, ku większej ilości skupionych świateł. W drodze kazano jednemu z nas biec do słupa w bok od drogi i zaraz w ślad za nim puszczono serię z peema. Zabito. Wyciągnięto z szeregu dziesięciu przygodnych kolegów i zastrzelono w marszu z pistoletów, w ramach „odpowiedzialności solidarnej” za „ucieczkę”, którą zaaranżowali sami esesmani. Wszystkich jedenastu ciągnięto na rzemieniach uwiązanych do jednej nogi. Drażniono psy skrwawionymi trupami i szczuto je na nich. Wszystko to robiono przy akompaniamencie śmiechu i kpin. Zbliżaliśmy się do bramy, umieszczonej w ogrodzeniu z drutów, na której widniał napis: „Arbeit macht frei” [Praca czyni wolnym]. Później dopiero nauczyliśmy się go dobrze rozumieć. Za ogrodzeniem, rzędami ustawione były murowane budynki, wśród których widniał rozległy plac. Stojąc wśród szpaleru esesmanów, przed samą bramą, doznaliśmy na moment większego spokoju. Odpędzono psy, kazano nam wyrównać piątki. Tutaj liczono nas skrupulatnie na końcu doliczając ciągnione trupy. Wysoki, wtedy jeszcze pojedynczy płot z drutu kolczastego i brama pełna esesmanów nasunęły mi mimowolnie, czytany kiedyś aforyzm chiński: „Wchodząc, pomyśl o odwrocie, a wychodzić będziesz cało…”. Uśmiech ironiczny zrodził się gdzieś we mnie i przygasł… na co to tutaj się przyda…

Za drutami, na wielkim placu, uderzył nas inny widok. W nieco fantastycznym, pełzającym po nas ze wszystkich stron świetle reflektorów, widoczni byli jacyś niby ludzie. Z zachowania podobni raczej do dzikich zwierząt (bezwzględnie obrażam tu zwierzęta – nie ma jeszcze w naszym języku określenia na takie stwory). W dziwnych ubraniach w pasy, jakie się widziało na filmach o Sing-Sing, z orderami na kolorowych wstążkach (tak mi się wtedy w migającym świetle wydawało), z drągami w ręku, rzucili się z dzikim śmiechem na pojedynczych naszych kolegów. Bijąc ich po głowach, kopiąc leżących już na ziemi w nerki i w inne czułe miejsca, wskakując butami na piersi, brzuch – zadawali śmierć z niesamowitym jakimś entuzjazmem.

„Ach! Więc zamknęli nas w zakładzie dla obłąkanych!…” – przemknęła mi myśl. – Co za podłość! – rozumowałem jeszcze kategoriami ziemi. Ludzie z łapanki – a więc nawet w pojęciu Niemców nie obciążeni żadną winą wobec Trzeciej Rzeszy. (…) Tu nie potrzeba było mieć żadnej sprawy politycznej, żeby zginąć. Zabijano pierwszego lepszego z brzegu. Zaczynało się od pytania rzuconego przez pasiastego człeka z drągiem: „Was bist du von zivil?” [kim jesteś z zawodu]. Odpowiedź: ksiądz, sędzia, adwokat wówczas powodowała bicie i śmierć. Przede mną w piątce stał jakiś kolega, który na to pytanie, rzucone mu z równoczesnym ujęciem go garścią za ubranie pod gardłem, odpowiedział: „Richter” [sędzia]. Fatalny pomysł! Po chwili był na ziemi bity i kopany. Więc wykańczano specjalnie inteligencję. Po tym spostrzeżeniu zmieniłem nieco zdanie. To nie obłąkańcy, to jakieś potworne narzędzie do wymordowania Polaków, rozpoczynające swe dzieło od inteligencji. Pić chciało się okropnie. Przywieziono właśnie kotły z jakimś napojem. Ci sami zabijający nas obnosili kubki z napojem wśród szeregów, pytając: „Was bist du von zivil?”. Dostawaliśmy upragniony, bo mokry – napój, wymieniając jakiś zawód robotnika czy rzemieślnika. A ci niby-ludzie, bijąc nas i kopiąc wykrzykiwali:… „hier ist KL Auschwitz – mein lieber Mann” […tu jest obóz koncentracyjny Auschwitz – mój drogi]…

Adam Cyra, „Ochotnik do Auschwitz. Witold Pilecki 1901–1948”, Oświęcim 2000, s. 265-268.

Adam Cyra
Oświęcim, 19 września 2011 r.

, , ,

Brak komentarzy

Pamięć o Wołyniu

W Oświęcimiu od dwudziestu lat istnieje Koło Miejskie Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia, które w ramach swojej działalności urządzało m.in. kwesty, aukcję obrazów na odbudowę kościoła w Równem oraz współorganizowało wakacje w Polsce dla dzieci i młodzieży z Wołynia.

W 1999 r. Towarzystwo Miłośników Wołynia i Polesia zorganizowało w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu dwudniowe sympozjum pod hasłem: „Zlot Tych, co przeżyli”. Do Oświęcimia przyjechali świadkowie historii, którzy przeżyli II wojnę światową na Wołyniu, Polesiu i Kresach Południowo-Wschodnich II Rzeczypospolitej. Podczas sympozjum wygłoszono szereg referatów, a ich zbiór pod redakcją Adama Peretiatkowicza został opublikowany pod tytułem „Ludobójstwa i wygnania na Kresach”.

W dniu 3 sierpnia 2003 r. w kościele pw. św. Maksymiliana Marii Kolbego w Oświęcimiu została odprawiona Msza św. za dusze śp. 60000 Polaków pomordowanych w bestialski sposób na Wołyniu przez nacjonalistów ukraińskich z OUN-UPA w latach okupacji sowieckiej i niemieckiej 1939-1945. O modlitwę za Nich prosili Wołyniacy, osiedleni po wojnie w Oświęcimiu, którzy przeżyli masakrę.

Halina Ziółkowska-Modła

Halina Ziółkowska-Modła

Organizacją powyższych działań zajmowała się pani Halina Ziółkowska-Modła, pochodząca z Równego, emerytowana polonistka szkół średnich i prezes oświęcimskiego Koła, której największą jednak zasługą jest redagowanie od początku jego wydawania kwartalnika „Wołyń i Polesie”, którego jubileuszowy, siedemdziesiąty numer niedawno ukazał się.

„Wołyń i Polesie” jest unikalnym kwartalnikiem we współczesnym czasopiśmiennictwie polskim, starającym się przekazać prawdę na temat historii Kresów przedwojennej Polski i tragicznych losów ich mieszkańców w czasie drugiej wojny światowej. Jest to szczególnie ważne obecnie, kiedy prawda ta w dużej mierze ulega zapomnieniu.

Należy również podkreślić, że na kartach tego czasopisma utrwalane zostają przede wszystkim opisy wydarzeń związanych z przeżyciami Polaków, zamieszkałych kiedyś na Wołyniu i Polesiu, którzy obecnie są już w podeszłym wieku i dla nich niejednokrotnie jest to jedyna możliwość opublikowania swoich wspomnień i pozostawienia po sobie niezwykłego świadectwa dla dzisiejszych i przyszłych pokoleń Polaków. Kwartalnik „Wołyń i Polesie” dociera nie tylko do licznych czytelników, lecz również do wszystkich większych polskich bibliotek naukowych i uniwersyteckich.

W najbliższym sierpniowym numerze „Wołynia i Polesia” będzie przypomniany dzień 11 lipca 1943 r., kiedy Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – Ukraińska Powstańca Armia (OUN-UPA) przystąpiła do likwidacji Polaków na Wołyniu w 1943 r. Apogeum mordów trwało do 18 lipca 1943 r.

W nocy z 4 na 5 lipca 1943 r. OUN-UPA zaatakowała Polaków żyjących we wsiach w powiecie łuckim i na skrawku powiatu kowelskiego. Przebieg tej ludobójczej akcji doskonale oddaje akowski raport Jana Cichockiego „Wołyniaka”, nauczyciela z powiatu włodzimierskiego:

O godz. 2 min. 30 po północy w dniu 11 lipca 1943 r. rozpoczęła się rzeź. Każdy dom polski okrążało nie mniej jak 30-50 chłopów z tępym narzędziem i dwóch z bronią palną. Kazali otworzyć drzwi albo w razie odmowy rąbali drzwi. Rzucali do wnętrza domów ręczne granaty, rąbali ludność siekierami, kłuli widłami, a kto uciekał, strzelali doń z karabinów maszynowych. Niektórzy ranni męczyli się po 2 lub 3 dni, zanim skonali, inni ranni zdołali resztkami sił dotrzeć do granicy powiatu sokalskiego (…). Po morderstwie, zaraz po południu tegoż dnia, nastąpił rabunek. Chłopi z sąsiednich wsi przychodzili i zabierali: konie, wozy, ubrania, pościel, krowy, świnie, kury – inwentarz żywy i martwy.

Masowe mordy trwały w tym rejonie do 18 lipca. Szczególna uwaga należy się napadom na kościoły i kaplice, w których byli zgromadzeni na Mszach św. Polacy. 11 lipca 1943 r. w czterech kościołach (Kisielin, Chrynów, Poryck, Zabłoćce) i jednej kaplicy (Krymno) nacjonaliści ukraińscy wymordowali około 540 osób, w tym trzech księży.

Masowymi ludobójczymi akcjami w dniach 29-31 sierpnia 1943 r., podobnymi do akcji z 11 lipca, dotknięte zostały tereny północnej części powiatu włodzimierskiego i powiat lubomelski. W sierpniu zamordowano kilkanaście tysięcy Polaków, zaś przez cały okres ludobójczych działań OUN-UPA – około 60 tysięcy.

Łącznie ludobójcze akcje pochłonęły na całym obszarze ich dokonywania przez OUN-UPA, nie tylko na Wołyniu, lecz także Kresach Południowo-Wschodnich – około 130 tysięcy śmiertelnych ofiar. Ponadto tysiące dzieci stało się sierotami, a w wyniku całokształtu nieludzkich warunków spowodowanych przez nacjonalistów ukraińskich tysiące ludzi zostało okaleczonych fizycznie i psychicznie oraz zmarło z ran. Dzisiaj, po upływie prawie siedemdziesięciu lat od popełnienia tych zbrodni należy przebaczyć, ale zapomnieć nie wolno.

Adam Cyra
Oświęcim, 12 lipca 2011 r.

, , , , , , ,

Brak komentarzy

Niezwykła praca magisterska

Siedemdziesiąt jeden lat temu, 6 lipca 1940 r., uciekł z KL Auschwitz polski więzień Tadeusz Wiejowski. Była to pierwsza ucieczka z obozu, za którą zarządzono karny apel wszystkich więźniów, trwający około 20 godzin. W tym apelu wziął także udział nowo przywieziony transport więźniów z zastępczego więzienia policyjnego w Sosnowcu w liczbie 60 mężczyzn. Jednym z nich był dwudziestoletni Kazimierz Smoleń z Chorzowa, oznaczony w obozie numerem 1327, który podczas tego apelu doznał porażenia słonecznego, tracąc przytomność.

Siedemdziesiąt jeden lat później, 28 czerwca 2011 r., Przemysław Bibik, absolwent Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. rotmistrza Witolda Pileckiego w Oświęcimiu i student politologii Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach obronił pracę magisterską, zatytułowaną „Kazimierz Smoleń – więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych, organizator i dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu”.

Kazimierz Smoleń

Kazimierz Smoleń

Praca ta została interesująco napisana i powinna zostać opublikowana. Zawarta jest w niej niezwykła biografia więźnia obozów Auschwitz i Mauthausen, który aresztowany za działalność konspiracyjną na terenie Chorzowa, więziony w nich był prawie pięć lat. Pobytu w KL Mauthausen nie przeżył jego ojciec, Józef Smoleń, który zginął w tym obozie w 1941 r.

Kazimierz Smoleń po wojnie ukończył prawo na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim i przez kilka lat pracował w Głównej Komisji Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce. Występował jak świadek i rzeczoznawca w wielu procesach nazistowskich zbrodniarzy m.in. w Norymberdze i we Frankfurcie nad Menem. W latach 1955-1990 był dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Jest autorem wielu opracowań naukowych oraz długoletnim sekretarzem generalnym i wiceprzewodniczącym Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego.

Na przestrzeni ostatnich lat Kazimierz Smoleń wielokrotnie spotykał się z młodzieżą polską i niemiecką. Dla Niemców wygłasza prelekcje m.in. w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu, przykuwając uwagę słuchaczy jako niezwykły znawca historii KL Auschwitz i żywy świadek historii.

Adam Cyra
Oświęcim, 7 lipca 2011 r.

, , , , , , , , , , , , ,

Brak komentarzy

Henryk Mandelbaum – nosiciel tajemnicy

„Nosiciele tajemnicy” to tytuł komiksu historycznego, przedstawiającego tragiczne losy więźniów KL Auschwitz-Birkenau. Jego bohaterami są Żydzi zmuszeni do obsługi komór gazowych i palenia ciał zamordowanych w krematoriach. Przedstawione są w nim dramatyczne chwile, które doprowadziły do ich buntu.

Komiks pt. "Nosiciele tajemnicy"

Komiks pt. "Nosiciele tajemnicy"

W dniu 7 października 1944 r. rozeszła się w obozie wiadomość, że esesmani zamierzają zgładzić 300 osób z Sonderkommando. Podjęto decyzję nie poddawać się bez walki. Organizatorami buntu byli polscy Żydzi. Sygnałem do walki miało stać podpalenie krematorium nr IV.

W południe esesmani przyszli, by zabrać na stracenie więźniów z tego krematorium. Zaatakowano ich młotkami i siekierami, a krematorium zostało podpalone. Bunt podjęli także Żydzi pracujący w krematorium nr II, którzy przecięli obozowe druty i rzucili się do ucieczki. Wielu uciekających Żydów esesmani zabili seriami z karabinów maszynowych.

Komiks pt. "Nosiciele tajemnicy"

Komiks pt. "Nosiciele tajemnicy"

Około 200 zatrzymanych uczestników buntu wkrótce potem rozstrzelano. W sumie zginęło 451 więźniów. Wśród pozostałych przy życiu był Henryk Mandelbaum, który urodził się w Olkuszu i często przyjeżdżał do miasta swojego dzieciństwa. Fabuła komiksu oparta jest na powojennych relacjach nielicznie ocalałych Żydów z Sonderkommando, odnalezionych po wojnie opisach zbrodni ukrytych w pobliżu krematoriów Birkenau oraz badaniach historyków, stanowiąc cenne uzupełnienie i pomoc w nauczaniu młodzieży o Auschwitz i Holokauście.

Tragicznymi losami więźniów z Sonderkommando od kilku lat zajmuje się w swojej pracy badawczej dr Igor Bartosik z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Niedawno odbyło się z nim spotkanie w Miejskim Ośrodku Kultury w Olkuszu, podczas którego przypomniał postać zmarłego trzy lata temu Henryka Mandelbauma.

Z dr. Igorem Bartosikiem wielokrotnie konsultowali się twórcy tego komiksu, a on tak ocenił ich wysiłki i pracę:

Tak historyk, jak i twórca komiksu zajmując się tą tematyką, wchodzą w obszar koszmarnej zbrodni dokonanej przez SS, której skala i charakter przekraczają granice jej pełnego zrozumienia na dostępnych płaszczyznach poznawczych. Nie należy jednak rezygnować z takiej próby. Można przywołać tutaj słowa członka Sonderkommando Henryka Mandelbauma, który wielokrotnie powtarzał, że jedyne co możemy dać tym, którzy zginęli w ten okrutny sposób – bezbronnym dzieciom, kobietom, osobom w podeszłym wieku, jak i samym więźniom Sonderkommando – to nasza pamięć. Jeśli twórcy przyświeca idea uczczenia w ten sposób pamięci ofiar, a przy tym zachowuje on pełną rzetelność historyczną, to należy przyjrzeć się takiej próbie z uwagą i uznać ją za uzasadnioną.

Obszerną informację na temat „Nosicieli tajemnic” (scenariusz: Michał Gałek, rysunki: Michał Pyteraf) i innych komiksów, ukazujących losy więźniów KL Auschwitz, można znaleźć pod adresami: www.klpress.pl oraz www.epizodyzauschwitz.pl

Adam Cyra
Oświęcim, 3 lipca 2011 r.

, , , , , , , , ,

Brak komentarzy

Opowieść o Henryku Mandelbaumie

W dniu 15 czerwca 2011 r., w 69. rocznicę ostatecznej likwidacji olkuskiego getta, w Miejskim Domu Kultury w Olkuszu odbyła się prelekcja dr. Igora Bartosika, zatytułowana „Losy Żydów olkuskich na przykładzie jednego z nich – Henryka Mandelbauma, członka Sonderkommando w KL Auschwitz”.

Dr Igor Bartosik był przyjacielem Henryka Mandelbauma i jest współautorem niezwykłej publikacji o Nim. Dr Igor Bartosik, współautor książki „Ja z krematorium Auschwitz” – wywiadu rzeki z Henrykiem Mandelbaumem, wzbogacił swoją prelekcję zdjęciami i pokazem filmu „Byłem w Sonderkommando”. Spotkanie wzbudziło duże zainteresowanie słuchaczy, przybliżając im los około trzech tysięcy olkuskich Żydów, stanowiących prawie jedną trzecią część wszystkich mieszkańców Olkusza, zamordowanych podczas Holocaustu.

Książka Igora Bartosika i Adama Willmy „Ja z krematorium Auschwitz”, stanowiąca zapis rozmowy ze zmarłym w 2008 roku Henrykiem Mandelbaumem, jednym z ostatnich świadków Holocaustu, ukazała się już po Jego śmierci.

Ja z krematorium Auschwitz

Ja z krematorium Auschwitz

Henryk Mandelbaum urodził się 15 grudnia 1922 roku w rodzinie żydowskiej w Olkuszu i tam spędził dzieciństwo. W ostatnim latach przed śmiercią często odwiedzał Olkusz, spotykając się z młodzieżą, która zawsze ze wzruszeniem słuchała jego opowieści z pobytu w KL Auschwitz, gdzie wykonywał koszmarną pracę jako członek Sonderkommando, które obsługiwało cztery krematoria w drugiej części obozu, czyli KL Auschwitz II-Birkenau.

Uczestniczył także 12 czerwca 2005 roku w odsłonięciu pomnika na starym cmentarzu w Olkuszu, upamiętniającego Polaków oraz Żydów z ziemi olkuskiej, zamordowanych w hitlerowskich więzieniach, obozach koncentracyjnych i obozach masowej zagłady.

Jeszcze w czerwcu 2007 roku brał udział w otwarciu wystawy w Miejskim Ośrodku Kultury w Olkuszu, zatytułowanej „Tylko gwiazdy zostały jak wczoraj”, gdzie wspominał:

Wieczorem któregoś styczniowego dnia w 1945 roku przeprowadzono więźniów Sonderkommando do obozu macierzystego w Oświęcimiu. Tam spędziliśmy jedną noc. Ewakuowano nas razem z innymi więźniami rano następnego dnia. Doszedłem aż do Pszczyny i tam postanowiłem uciekać. Następnego dnia prowadzono nas w kierunku Jastrzębia-Zdroju i tam właśnie zbiegłem. Kiedy byłem już na wolności, nie mogłem uwierzyć, że jestem wolny, że przeżyłem. W snach powracały przeżycia, których doznałem podczas pobytu w Sonderkommando. A były to przecież przeżycia tak potworne, bowiem czy można wyobrazić sobie niesamowitą scenerię pracy przy stosach z palącymi się ciałami w nocy? Blask od palących się stosów był tak silny, że swobodnie można było czytać gazetę. Z kominów krematoryjnych buchały płomienie na wysokość kilku metrów. Obrazy te kojarzyły mi się z wyobrażeniem piekła.

Henryk Mandelbaum zmarł 17 czerwca 2008 roku i został pochowany dwa dni później na Cmentarzu Centralnym w Gliwicach. Jego trumnę przykryła również ziemia przywieziona z Olkusza przez delegację, której przewodniczył burmistrz Srebrnego Grodu, Dariusz Rzepka.

Naszym zamiarem – napisali autorzy książki „Ja z krematorium Auschwitz” – która ukazała się na półkach księgarskich w 2008 roku, było również naszkicowanie psychologicznego portretu człowieka, którego udziałem było najbardziej mroczne z wojennych doświadczeń. (…) Wspomnienia Henryka Mandelbauma mają wyjątkowy walor. Przede wszystkim nie są skażone relacjami wtórnymi. (…) Opiera się on wyłącznie na własnym doświadczeniu, jeśli nie jest czegoś pewien, milczy.

Zasadniczy zapis rozmów z Henrykiem Mandelbaumem został opracowany w latach 2003-2004, dzięki częstym kontaktom, jakie miał ten ostatni żyjący w Polsce członek Sonderkommando, ze swoim przyjacielem dr. Igorem Bartosikiem, pracującym w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Oświęcim to mój drugi dom.

- zwykł mawiać podczas tych spotkań, ten unikalny świadek historii, który jeszcze tak niedawno był wśród nas i mogliśmy słuchać jego wstrząsających opowieści z epoki pieców krematoryjnych.

Książka Igora Bartosika i Adama Willmy „ Ja z krematorium Auschwitz” obejmuje wszystkie etapy życia Henryka Mandelbauma, od dzieciństwa spędzonego w Olkuszu i w Ząbkowicach Będzińskich aż do czasów powojennych. Najważniejszą częścią publikacji są Jego wspomnienia z pobytu w KL Auschwitz II-Birkenau i pracy w Sonderkommando.

Adam Cyra
Oświęcim, 21 czerwca 2011 r.

, , , , , ,

Brak komentarzy

„Oni tu byli” – wystawa

Wystawa „Oni tu byli”, której uroczyste otwarcie nastąpiło w Miejskim Ośrodku Kultury, Sportu i Rekreacji w Chełmku 6 czerwca 2011 r., opracowana została według scenariusza Marka Księżarczyka, na podstawie odnalezionej dokumentacji, związanej z załogą SS w KL Auschwitz. Otwarcie tej niecodziennej ekspozycji było możliwe dzięki życzliwości i pomocy dyrektora Miejskiego Ośrodka Kultury, Sportu i Rekreacji w Chełmku, Waldemara Rudyka.

Marek Księżarczyk, Prezes Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem w Oświęcimiu, wiosną ubiegłego roku dowiedział się, że jeden z mieszkańców Oświęcimia w trakcie remontu swojego domu, odkrył kiedyś na strychu dokumenty, dotyczące głównie lekarzy i aptekarzy SS z KL Auschwitz. Zachowało się ich około trzysta.

Znalazca tych dokumentów pozwolił część z nich zeskanować. Wśród nich są np. imienne upoważnienia do pobrania przez wspomnianych powyżej esesmanów przydziałów masła i cukru.

Na jednej z takich kartek żywnościowych znajduje się nazwisko lekarza załogi SS w KL Auschwitz, Horsta Fischera, sądzonego po wojnie w NRD i straconego w 1966 r., na innej natomiast nazwisko Heinza Thilo, lekarza oddziałów SS i lekarza obozowego m.in. w obozie cygańskim w KL Auschwitz II-Birkenau, zmarłego 13 maja 1945 r., czy też nazwisko aptekarza SS, Victora Capesiusa.

Dr Victor Capesius był sądzony w 1965 r. podczas drugiego procesu niemieckich nazistowskich zbrodniarzy we Frankfurcie nad Menem. Skazano go wówczas na dziewięć lat więzienia, lecz na poczet kary zaliczono mu wcześniejszy pobyt w areszcie i wolność odzyskał już w 1968 r. Zmarł w Göppingen w 1985 r.

Bohaterem powyższej uroczystości w Chełmku był Józef Paczyński, któremu Konsul Generalny Republiki Federalnej Niemiec, dr Heinz Peters, co warto przypomnieć, wręczył na początku tego roku Krzyż Zasługi na Wstędze Orderu Zasługi Republiki Federalnej Niemiec za dotychczasową pracę edukacyjną z młodzieżą, przyczyniającą się do porozumienia narodów polskiego i niemieckiego. Krzyż Zasługi został formalnie przyznany przez prezydenta Niemiec, Christiana Wulffa.

Józef Paczyński urodził się 29 stycznia 1920 r. w Łękawicy k. Wadowic. Uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 r. i dostał się do niewoli niemieckiej, z której udało mu się zbiec. Potem próbował przedostać się do Armii Polskiej we Francji, tworzonej tam przez gen. Władysława Sikorskiego, lecz zatrzymany został na Słowacji i osadzony w areszcie w Tyliczu. Tu przeszedł ciężkie śledztwo, a następnie gestapowcy przewieźli go do więzień w Nowym Sączu i Tarnowie.

Deportowany do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 r., otrzymał numer 121 i ewakuowany został z tego obozu dopiero w styczniu 1945 r., uczestnicząc wraz z innymi więźniami w Marszu Śmierci aż do Wodzisławia Śląskiego, skąd wywieziono go do KL Mauthausen. Więziony był w filiach tego obozu w Melku i Ebensee, gdzie pracował w sztolniach oraz przeżył straszliwy głód, wyzwolony przez żołnierzy amerykańskich 6 maja 1945 r.

''Oni tu byli'' - wystawa

''Oni tu byli'' - wystawa

Józef Paczyński , który dzisiaj ma 91 lat i mieszka w Krakowie, przez dłuższy okres czasu pracował w KL Auschwitz jako obozowy fryzjer. Swoją pracę wykonywał w zakładzie fryzjerskim, który znajdował się obok apteki SS (dzisiejszy budynek dyrekcji Muzeum Auschwitz-Birkenau). Strzygł nawet samego komendanta obozu Rudolfa Hőssa, o czym tak wspominał: Pracowałem sumiennie, esesmani to chyba doceniali, niektórzy mnie nawet lubili. Pewnego razu wykryto, że Arno Böhm kradnie towar dla niemieckich prostytutek osadzonych w obozie. Nowy kapo, który go zastąpił, miał dalej strzyc Hössa, ale zrobił to tylko raz i ponownie komendant się nie zjawił. Zamiast Hössa przyszedł podoficer z kompani wartowniczej i polecił przysłać „małego Polaka” do komendanta. „Klein Pole” (mały Polak) to byłem ja.

Ręce i nogi mi się zatrzęsły. Spakowano mi maszynkę, naostrzono brzytwy, po czym zaprowadzono do willi Hössa. W drzwiach czekała już jego żona. Odprawiła podoficera i skierowała mnie na pierwsze piętro do łazienki. Wkrótce zjawił się komendant. Stanąłem na baczność, powiedział tylko „kein Wort!” (ani słowa) i usiadł na fotelu. Bałem się strasznie. Na szczęście widziałem wcześniej, jak Arno strzygł Hössa. Najpierw podgoliłem włosy nad uszami, potem resztę wyrównałem maszynką. Podziękowałem i wyszedłem. Odtąd niemal co tydzień przychodził po mnie podoficer.

Po wojnie Józef Paczyński ukończył studia i pracował jako nauczyciel, a potem został dyrektorem w Technikum Mechaniczno-Elektrycznym w Brzesku. Na przestrzeni ostatnich lat Józef Paczyński wielokrotnie spotykał się z młodzieżą polską i niemiecką. Dla młodych Niemców wygłasza prelekcje m.in. w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu, zawsze przykuwając uwagę słuchaczy jako niezwykły i żywy świadek historii. Podobnie było na spotkaniu w Miejskim Ośrodku Kultury, Rekreacji i Sportu w Chełmku w dniu 6 czerwca 2011 r.

Zainteresowaniem cieszyła się również wystawa „Oni tu byli”, prezentująca niezwykłe dokumenty, które przeleżały w zapomnieniu ponad pół wieku. Wśród nich jest także imienny przydział dodatkowej żywności dla Hedwig Hőss, żony komendanta KL Auschwitz. Obecnie wszystkie te dokumenty posiada ich znalazca, który prosił o niepodawanie swojego nazwiska i zachowanie jego anonimowości.

Adam Cyra
Oświęcim, 9 czerwca 2011 r.

,

Brak komentarzy

Ochotnik do Auschwitz – Witold Pilecki (1901-1948)

Państwowa Wyższa Szkoła Zawodowa w Oświęcimiu nosi imię rotmistrza Witolda Pileckiego. W tym roku – 13 maja – minęła 110. rocznica jego urodzin. Z tej okazji w wielu miastach polskich odbyły się marsze upamiętniające bohaterskiego rotmistrza, który był jedynym dobrowolnym więźniem KL Auschwitz. Przeżył tam 947 koszmarnych dni i nocy. Ale jego tragedia rozegrała się dopiero kilka lat po wojnie w warszawskim więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r.

Rtm. Witold Pilecki z rodziną

Rtm. Witold Pilecki z rodziną

Mord sądowy

Świadkiem ostatnich chwil życia Pileckiego był ksiądz prof. Jan Stępień, który więziony w tym czasie na Mokotowie zapamiętał, jak do więźniów dotarła poufna wiadomość od oddziałowego, że wieczorem odbędzie się egzekucja:

Czekaliśmy w napięciu na ten moment. Gdy usłyszałem szept: „już idą”, zbliżyłem się do okna razem z dwoma współwięźniami, którzy znali Witolda Pileckiego. Nie zapomnę tego widoku. Prowadzono dwóch skazanych. Pierwszy pojawił się Pilecki. Miał usta zawiązane białą opaską. Prowadziło go pod ręce dwóch strażników. Ledwie dotykał stopami ziemi. I nie wiem, czy był wtedy przytomny. Sprawiał wrażenie zupełnie omdlałego … A potem salwa. Nazajutrz rano około godziny 5.00 mały jednokonny wóz unosił martwe ciała bohaterów poza mury więzienia. Żelazne obręcze kół stukały miarowo o bruk więziennego dziedzińca, przypominając bicie werbli. Towarzyszyła im nasza serdeczna modlitwa.

Rotmistrz został zabity strzałem w tył głowy przez dowódcę plutonu egzekucyjnego, starszego sierżanta Piotra Śmietańskiego. Ciała rodzinie nie wydano i najprawdopodobniej pochowano go w bezimiennej mogile pod płotem Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie.

Prof. Władysław Bartoszewski wspomina …

Po latach prof. Władysław Bartoszewski tak powiedział:

Jako były więzień KL Auschwitz, który przybył do obozu tym samym transportem, co Witold Pilecki, mam żywo w pamięci – bo tego się nie zapomina – wszystkie obrazy, sytuacje, scenerię, atmosferę tamtego obozowego czasu z lat 1940-1941, a także późniejszego czasu lat terroru stalinowskiego w Polsce, gdy koleje mojego losu zbliżyły mnie znów pośrednio do losu tego niezwykłego człowieka.

Angielski historyk Michael Foot w swojej książce „Six Faces of Courage” (Sześć twarzy odwagi), wydanej w 1978 r., określił Pileckiego jako jedną z sześciu najwybitniejszych postaci europejskiego ruchu oporu w latach drugiej wojny światowej.

Z kresowej rodziny

Witold Pilecki urodził się 13 maja 1901 r. w Ołońcu na terenie Karelii (pogranicze rosyjsko-fińskie). Pochodził z kresowej rodziny ziemiańskiej osiadłej w Sukurczach k. Lidy (dzisiaj Białoruś). Brał udział w walkach o granice wschodnie II Rzeczypospolitej w latach 1918-1921. Na początku lat trzydziestych założył rodzinę. Dopiero jednak podczas drugiej wojny światowej dokonał czynów, w których był postacią pierwszoplanową.

Wojna w 1939

We wrześniu 1939 roku walczył jako dowódca oddziału kawalerii i po zakończeniu działań wojennych przedostał się do Warszawy, gdzie natychmiast włączył się w nurt walki konspiracyjnej pod przybranym nazwiskiem Tomasz Serafiński. Wkrótce stał się współorganizatorem Tajnej Armii Polskiej, która później weszła w skład Związku Walki Zbrojnej, później przekształconego w Armię Krajową.

Heroiczny czyn

Postać Witolda Pileckiego znana jest przede wszystkim z heroicznego czynu, jakim było dobrowolne poddanie się aresztowaniu i uwięzieniu w KL Auschwitz. Decyzję w tej sprawie podjął on latem 1940, w uzgodnieniu ze swoim dowódcą mjr. Janem Włodarkiewiczem i za wiedzą Komendanta Głównego ZWZ, gen. Stefana Roweckiego – „Grota”. Pilecki miał dobrowolnie przedostać się do obozu oświęcimskiego w celu utworzenia tam siatki konspiracyjnej, zorganizowania łączności Podziemia z uwięzionymi w nim Polakami i przesyłania wiarygodnych danych o zbrodniach SS, a później przygotowania obozu do walki, gdyby nadarzyła się sprzyjająca ku temu okazja.

Podobnego czynu, świadczącego o najwyższym bohaterstwie, nie dokonał nigdy nikt z osadzonych w KL Auschwitz. Pilecki uważał natomiast, że spełnia wyłącznie żołnierski obowiązek, dając się ująć Niemcom jako rzekomy Tomasz Serafiński podczas łapanki na Żoliborzu, aby zostać wywiezionym do KL Auschwitz, gdzie przybył w drugim transporcie warszawskim w nocy z 21 na 22 września 1940 r.

Obozowa konspiracja i ucieczka z KL Auschwitz

Dzięki poświęceniu i działalności Pileckiego polska konspiracja wojskowa stała się faktem. Utworzony w obozie z jego inicjatywy Związek Organizacji Wojskowej nawiązał kontakt z przyobozowym ruchem oporu, za pośrednictwem którego m.in. wysyłano raporty do Komendy Głównej ZWZ/ AK w Warszawie. Następnie informacje te przekazywane były do Londynu, aby świat dowiedział się o zbrodniach popełnianych przez hitlerowców w KL Auschwitz.

Obozową konspirację wojskową Pilecki rozszerzył na grupy polityczne. Przede wszystkim byli to osadzeni w KL Auschwitz członkowie Stronnictwa Narodowego i Polskiej Partii Socjalistycznej, a później dołączyły grupy innych narodowości. Pilecki trafił do obozu oświęcimskiego, gdy więzieni byli i ginęli w nim przede wszystkim Polacy. Nie istniał wtedy KL Auschwitz II – Birkenau, czyli druga część obozu w Brzezince, który dopiero wiosną 1942 r. uczyniono miejscem masowej zagłady Żydów.

Na liście członków ZOW w KL Auschwitz kierowanego przez rotmistrza wymienieni są m.in. wybitni polscy działacze polityczni, pracownicy naukowi, lekarze, oficerowie Wojska Polskiego, kadeci szkół wojskowych, harcerze i duchowni katoliccy, bowiem obóz oświęcimski w latach 1940-1941 był głównym miejscem męczeństwa inteligencji polskiej.

Pilecki sądził, że istnieje możliwość uwolnienia więźniów i chciał taką propozycję osobiście przedstawić Komendzie Głównej AK w Warszawie. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. wraz z dwoma współwięźniami uciekł z obozu.

Alarmował o zbrodniach na Polakach, Cyganach i masowej zagładzie Żydów. Kiedy dotarł do Warszawy, władze konspiracyjne zapoznały się z jego raportem napisanym przez niego po ucieczce z KL Auschwitz, który przetłumaczony na języki: niemiecki, angielski i francuski miał być potem przekazany za granicę, aby powiadomić i zaalarmować opinię publiczną na Zachodzie o zbrodniach niemieckich nazistów dokonywanych w KL Auschwitz na Polakach, Cyganach, jeńcach sowieckich i więźniach innych narodowości, a przede wszystkim Żydach, których Holocaust rozpoczął się wiosną 1942. Zabijano ich masowo zaraz po przywiezieniu w komorach gazowych, znajdujących się w drugiej części obozu na terenie KL Auschwitz II -Birkenau w Brzezince. W rok później uruchomiono w tym obozie cztery wielkie krematoria z komorami gazowymi, w celu zwiększenia możliwości zagłady w nich Żydów, przywożonych przez hitlerowców z różnych krajów europejskich, o czym we wspomnianym raporcie Pilecki napisał:

Projekt zatwierdzono w Berlinie w trybie przyspieszonym i przystąpiono do budowy takowych. Miały być gotowe na 1 lutego 1943 r., potem, z konieczności, terminy przedłużono i w kwietniu 1943 r. były już gotowe.

W Warszawie nie podzielono jego poglądu, że opanowanie KL Auschwitz, położenie kresu Holocaustowi oraz uwolnienie tak dużej liczby więźniów jest możliwe i powierzono Pileckiemu konspiracyjną pracę w Kierownictwie Dywersji Komendy Głównej AK.

Powstanie Warszawskie, niewola i II Korpus Polski we Włoszech

Potem czekał go udział w Powstaniu Warszawskim, pobyt w obozach jenieckich w Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau, a także służba po wojnie w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa. Siatka informacyjna i aresztowanie przez UB.

W ostatnich miesiącach 1945 r. rotmistrz Pilecki za namową oficerów tego Korpusu i za wiedzą jego dowódcy gen. Władysława Andersa podjął się utworzenia w nie suwerennym Kraju, rządzonym przez komunistów, siatki informacyjnej i przesyłania zebranych wiadomości do Włoch. Wykonując powierzone mu zadanie, został wiosną 1947 r. aresztowany w Warszawie, a w rok później po długotrwałym śledztwie i procesie skazany na karę śmierci.

Podczas procesu przed Rejonowym Sądem Wojskowym w Warszawie w marcu 1948 r. oskarżał Witolda Pileckiego prokurator mjr Czesław Łapiński, który pochodził z Olkusza, gdzie ukończył Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego. Jego ojciec dr Julian Łapiński był znanym olkuskim lekarzem. Czesław Łapiński zmarł 6 grudnia 2004 r., mając 92 lata, w szpitalu onkologicznym przy ul. rtm. Witolda Pileckiego w Warszawie.

Rehabilitacja
Dopiero po latach, 1 października 1990 r., Witolda Pileckiego pośmiertnie zrehabilitowano, anulując tamten zbrodniczy stalinowski wyrok.

Zmiana nazwy Kolonia Lenina w Oświęcimiu

Na początku 1991 r. została z kolei podjęta uchwała Rady Miejskiej miasta Oświęcim odnośnie przemianowania nazwy Osiedla – Kolonia Lenina – położonego obok Muzeum Auschwitz-Birkenau – na Osiedle rtm. Witolda Pileckiego. Wkrótce Jego imię otrzymał też Klub Garnizonowy Jednostki Wojskowej w Oświęcimiu.

Los w sensie historycznym okazał się sprawiedliwy i satysfakcjonujący. Oto dzisiaj – w Polsce niepodległej – przywracana jest prawda o bohaterskim rotmistrzu, którego kiedyś mordując skazano na całkowite zapomnienie. Tegoroczne „Marsze Rotmistrza” w różnych miastach polskich i nadanie PWSZ w Oświęcimiu im. rtm. Witolda Pileckiego są tego kolejnym dowodem.

Adam Cyra
Oświęcim, 25 maja 2011 r.

, , , ,

1 komentarz

Drugi tom poematu o rtm. Pileckim

Kilka dni temu minęła 110. rocznica urodzin Witolda Pileckiego, który przyszedł na świat 13 maja 1901 r. w Ołońcu na terenie Karelii (pogranicze rosyjsko-fińskie), gdzie jego ojciec Julian Pilecki pracował jako rewizor leśny.

Rtm. Witold Pilecki był jedynym dobrowolnym więźniem KL Auschwitz. Przeżył tam 947 koszmarnych dni i nocy. Ale jego tragedia rozegrała się dopiero kilka lat wojnie w okresie terroru stalinowskiego w Polsce, kiedy podczas procesu w Warszawie wiosną 1948 r. skazano go na karę śmierci. Zbrodniczy wyrok wykonano w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r.

Julian, Witold Pileccy - tom II

Julian, Witold Pileccy - tom II

Mirosław Keller ze Szczecina, pochodzący z okolic Beresteczka na Wołyniu, zafascynowany i głęboko przejęty tragicznymi losami Pileckiego, postanowił oddać mu hołd i napisać o nim i jego rodzinie poemat w trzech tomach. W pierwszym tomie, który ukazał się drukiem w ubiegłym roku, przedstawił losy dziadka rotmistrza w okresie carskiej niewoli i powstania styczniowego w 1863 r. Dziadek Józef Pilecki był uczestnikiem tego powstania i za udział w nim został zesłany na Syberię.

Międzywojenne losy Witolda Pileckiego – uczestnika wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. i zmagań z hitlerowcami w1939 r., twórcy konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, uciekiniera z tego obozu oraz uczestnika powstania warszawskiego, oficera II Korpusu Polskiego we Włoszech i więźnia okresu stalinowskiego – Mirosław Keller przedstawił w drugim tomie, który co dopiero ukazał się drukiem.

W słowie wstępnym do wydanego obecnie drugiego tomu poematu, zatytułowanego „Rodowód polskich bohaterów. Julian, Witold Pileccy”, dr Eufrozyna Elżbieta Kopczyk napisała:

Mam nadzieję, że dociekliwi Polacy i żadni poznania prawdy, a prawda jest tylko jedna, docenią trud Autora i podziękują Mu za odwagę jej ujawnienia. Rzetelne podejście do ukazania światu skrywanych przez dziesiątki lat wątków historycznych, potwierdzają zamieszczone cytaty wybitnych znawców historii.

Z kolei w słowie od Autora do najnowszego tomu poematu, Mirosław Keller opisuje, jaki okres życia Witolda Pileckiego w nim przedstawia:

Po zakończeniu pierwszej wojny światowej i odejściu ze służby wojskowej do cywila powraca do Sukurcz koło Lidy. Tu poświęca wiele uwagi organizacjom wiejskim takim jak: mleczarstwo, kółka rolnicze, straż pożarna, obrona Kraju, tu znajduje czas na malarstwo i poezję. W latach trzydziestych żeni się z nauczycielką szkoły powszechnej ze wsi Krupa. Z tego małżeństwa przyszło na swiat dwoje dzieci: Andrzej i Zofia.. W roku 1932 umierajego Ojciec Julian, a w roku 1939, 13 czerwca jego Matka Ludwika Pilecka. 1 września 1939 r. wybucha druga wojna światowa, a matce nie dane było jej doczekać.

Drugi tom poematu Mirosław Keller kończy słowami:

Sukurcze, podwórko – piorun w drzewo uderza –
Na jego szczycie – bocianów gniazdo wisiało,
Z jego wierzchołka – ziemię przysypało pierze –
Dziwne – uczucie, przeszłości rana odżyła.

Podobne burze przez całą Polskę przeszły,
Niedziela, sierpień, Wołyń, Wileńszczyzna – burze –
Z szybkością strzały na wschód wiatry pędziły,
Drzewa – zapałką, zły znak ludzie starzy wróżą …

Niebo nam dało i daje znak o mocach złych –
Drzewa, dachy domów – przeniesione w odległą dal –
Na drogach wozy z końmi, korzenie drzew porwanych –
Mocarz żąda krwi; …
Wyją syreny – jedno jest pewne – alarm! Wojna …

Autor powyższych słów, niewątpliwie obdarzony talentem poetyckim oraz przemawiającym do wyobraźni darem sugestywnego opisu faktów historycznych, obecnie pracuje już nad trzecim tomem swojego poematu, który będzie przedstawiał wojenne i powojenne losy bohaterskiego Rotmistrza w latach 1939-1948.

Adam Cyra
Oświęcim, 18 maja 2011 r.

, , , , ,

1 komentarz

Jeszcze raz o prof. Marianie Batce

Kilkanaście dni temu odbyły się obchody Nauczycielskiego Dnia Pamięci i Pokoju, jakie po raz dwudziesty szósty miały miejsce w Oświęcimiu. Podczas tej ogólnopolskiej uroczystości, w dniu 27 kwietnia 2011 r., złożono wiązanki kwiatów pod tablicą upamiętniającą polskich nauczycieli, którzy zginęli w KL Auschwitz. Uczestnicy tej uroczystości udali się także w skupieniu do miejsca śmierci św. Maksymiliana M. Kolbego, jak również do innej celi w bloku 11, gdzie zginął nauczyciel Marian Batko, który podobno tak samo „oddał życie za współwięźnia”. Mit o tym jakoby prof. Marian Batko uratował życie innemu więźniowi jest ciągle żywy, dlatego jeszcze raz zabieram głos w tej sprawie. Poprzednio już pisałem o tym tragicznym zdarzeniu „Marian Batko – historia z Auschwitz” (8.05.2007 r.)

Marian Batko

Marian Batko

Na temat rzekomego „wystąpienia” prof. Mariana Batki na śmierć za innego więźnia najbliższa prawdzie jest relacja b. więźnia KL Auschwitz Erwina Olszówki, przechowywana w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, który tak relacjonował to zdarzenie w 1972 r.:

Profesora Mariana Batkę poznałem w okresie, kiedy jako uczeń uczęszczałem do Gimnazjum im. Odrowążów w Chorzowie. We wspomnianym gimnazjum prof. Batko był moim wykładowcą matematyki. Ponowne spotkanie nastąpiło dopiero w 1941 r. na terenie obozu koncentracyjnego Auschwitz w Oświęcimiu (…). To był prawie wrak człowieka. Nie przejawiał chęci walki o życie, jednym słowem, w obozie tak wyglądających więźniów określano jako muzułmanów. Obawialiśmy się nawet, tzn. jego dawni uczniowie (przebywający w KL Auschwitz), czy nie popełni samobójstwa. Aż litość brała patrzeć na sposób jego poruszania się. Chodził przygarbiony, ledwie poruszając nogami. Staraliśmy się mu pomagać w miarę naszych możliwości, chroniąc go między innymi od pracy. W tym czasie prof. Marian Batko przebywał w bloku nr 2, w którym funkcję blokowego pełnił więzień Jonny Klausing, a zastępcą był Edmund L., pochodzący z Chorzowa. Ten ostatni obóz przeżył (…). Po raz ostatni widziałem prof. Mariana Batkę w dniu, kiedy przeprowadzano selekcję wśród więźniów bloku nr 2. Wybrano wówczas dziesięciu więźniów skazanych na śmierć głodową za jakiegoś uciekiniera, który był mieszkańcem tego bloku. Wybiórka ta miała miejsce wiosną 1941 r.. Podczas wybiórki zaszło wydarzenie, którego ofiarą padł prof. Marian Batko. Obecny przy wybiórce zastępca blokowego – Edmund L. (…) – wypchnął z szeregu stojących więźniów Mariana Batkę i dołączył do innych. Czyn ten skompromitował go zupełnie w oczach wszystkich kolegów, którzy w sposób jednoznacznie negatywny ocenili jego postępek. Po tym wydarzeniu L. rychło został z obozu zwolniony. Potępialiśmy L. dlatego, że w czasie wybiórki Lagerführer Fritzsch (który sam osobiście wskazywał więźniów) nie wybrał Mariana Batki, a wypchnął go z szeregu właśnie on. Zdarzenie to widziałem osobiście, gdyż przebywałem w tym czasie w bloku nr 3, na placu apelowym ustawialiśmy się w pobliżu.

Do relacji Erwina Olszówki, oznaczonego w obozie numerem 1141, należy dodać, że wspomniany przez niego Edmund L., nr obozowy 1143 był kiedyś uczniem prof. Mariana Batki i został zwolniony z KL Auschwitz. W rok później, tj. w kwietniu 1942 r. Po wojnie mieszkając w Chorzowie cierpiał na chorobę umysłową i zmarł w październiku 1972 r., przebywając na leczeniu w szpitalu psychiatrycznym w Toszku koło Gliwic.

Profesor gimnazjalny Marian Batko z Chorzowa poniósł męczeńską śmierć i już z tego samego powodu nie można odmówić Mu należnej czci i pamięci. Pamięć taka należy się również tragicznie zmarłemu śmiercią głodową nauczycielowi, którego nazwisko figuruje w zachowanej dokumentacji obozowej. Stanowi ją adnotacja w „Książce bunkra”, że grupie dziesięciu więźniów skazanych na śmierć głodową 23 kwietnia 1941 r. obok prof. Mariana Batki znalazł się jeszcze jeden nauczyciel i tylko obok jego nazwiska widnieje w zachowanym zapisie słowo „Lehrer” (nauczyciel). Ocalało również i jest przechowywane w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau zdjęcie obozowe tego nauczyciela.

Marian Batko - zdjęcie obozowe

Marian Batko - zdjęcie obozowe

Był nim więzień Wincenty Rejowski, zamieszkały w Starym Sączu. Pracował jako nauczyciel w szkole powszechnej w pobliskich Barcicach. Z wykształcenia był geografem. Podczas okupacji hitlerowskiej aresztowano go 18 lipca 1940 r. za współredagowanie i kolportaż prasy podziemnej. Do KL Auschwitz został przywieziony 30 sierpnia 1940 r. i oznaczony numerem 3301. Zginął w bunkrze głodowym o nieustalonej numeracji, w podziemiach bloku nr 11, w dniu 26 maja 1941 r.

Pamięć należy się również Wincentemu Rejowskiemu. Niestety, nie pomyślano o Nim podczas tegorocznych obchodów na terenie byłego KL Auschwitz – w dniu 27 kwietnia 2011 r. – Nauczycielskiego Dnia Pamięci i Pokoju.

Adam Cyra
Oświęcim, 16 maja 2011 r.

, , ,

Brak komentarzy

Podwójny numer „Wołynia i Polesia”

Towarzystwo Miłośników Wołynia i Polesia (TMWiP) jest polską pozarządową organizacją społeczno-kulturalną. Do głównych celów i zadań Stowarzyszenia należy kultywowanie tradycji wywodzących się z Wołynia i Polesia oraz upamiętnianie losów ludności polskiej z tych terenów, jak również organizowanie społecznego ruchu na rzecz pomocy Polakom pozostającym na ziemiach kresowych i ochrona zachowanych na Wołyniu i Polesiu dóbr polskiej kultury.

Okładka podwójnego numeru "Wołynia i Polesia"

Okładka podwójnego numeru "Wołynia i Polesia"

Obecnie ukazał się łączony sześćdziesiąty dziewiąty i siedemdziesiąty numer kwartalnika „Wołyń i Polesie”, wydawanego przez Koło Miejskie Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia w Oświęcimiu, którego redaktorem jest Halina Ziółkowska-Modła, pochodząca z Równego na Wołyniu.

Na szczególną uwagę zasługuje tekst prof. dr. hab. Aleksandra Kołodziejczyka, byłego Rektora Politechniki Gdańskiej, zatytułowany „Rzeź Wołyńska”, w którym poruszony jest temat masowych mordów ludności polskiej dokonanej przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów – Ukraińską Armię Powstańczą (OUN-UPA) na Wołyniu, Polesiu, w Małopolsce Wschodniej i na terenach wschodnio-południowych w powojennych granicach Polski w latach 1943-1946. Autor przedstawia w nim m.in. wyniki niedawnej ankietyzacji:

Znajomość faktów dotyczących tego tematu jest w społeczeństwie polskim znikoma. Pomimo wydania wielu znaczących opracowań, 54% Polaków nie zna narodowości Ofiar tej potwornej zbrodni, 57% nie wie, kto tę zbrodnię popełnił, a większość pozostałych respondentów podaje błędne odpowiedzi.

W artykule Adama Cyry „Banderowiec w Muzeum Auschwitz-Birkenau” jest z kolei przedstawiona postać Petro Fedorowicza Miszczuka z Czerwonogradu na Ukrainie, który od pewnego czasu przyjeżdża na uroczystości organizowane na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu z okazji kolejnych rocznic wyzwolenia obozu przez żołnierzy Armii Czerwonej w dniu 27 stycznia 1945 r. Ubrany jest zawsze w pasiak obozowy, a na więźniarskiej bluzie obok czerwonego trójkąta z literą R ma naszyty numer 105105; w ręku trzyma zazwyczaj flagę ukraińską. Z dumą opowiada, że do KL Auschwitz trafił jako „partizan u Stiepana Banderu”, aresztowany na Wołyniu, lecz w dokumentacji archiwalnej Muzeum Auschwitz-Birkenau nie ma najmniejszego nawet śladu, aby kiedykolwiek więziony był w tym obozie.

Bohdan Piętka polemizuje na łamach najnowszego numeru „Wołynia i Polesia” z tekstem Damiana Markowskiego „Ostatni rajd”, opublikowanym w miesięczniku „Bieszczady” w styczniu 2011 r., którego tematem jest wypad sotni UPA nr 62 im. Bohuna z sowieckiej Ukrainy do Rumunii latem 1949 r. Autor tego polemicznego artykułu zastanawia się, jaki w ogóle był cel tej publikacji opartej jedynie na tendencyjnych pracach banderowskich, wydawanych w języku ukraińskim. W dodatku wydarzenie to jest wyrwane całkowicie z kontekstu historycznego i krytykowany tekst nie zawiera żadnych informacji, czym w rzeczywistości była UPA?

Na uwagę zasługuje także krytyczny i być może kontrowersyjny tekst Feliksa Budzisza, zatytułowany „O pamięć i szacunek dla ofiar OUN-UPA”. Jego Autor pisze:

Szczytem złej woli w stosunku do tysięcy bestialsko pomordowanych Rodaków jest stanowisko naszego Sejmu i Senatu, które dotychczas nie zdobyły się na uczczenie ich pamięci. Takiej postawy nie można niczym usprawiedliwić, tym bardziej, że sprawcy zbrodni otaczani są na Ukrainie i w diasporach ukraińskich na Zachodzie obłędnym kultem.

Jednocześnie Feliks Budzisz w swoim tekście zwraca uwagę na pozytywne działanie Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, który 29 września 2010 r. podjął uchwałę, której fragment warto zacytować:

Sejmik (…) składa hołd Polakom na Wołyniu-Kresach Południowo-Wschodnich Rzeczypospolitej Polskiej, którzy zostali zamordowani przez nacjonalistów ukraińskich (…). Jednocześnie Sejmik Województwa Dolnośląskiego zapewnia o pamięci i wdzięczności tym Ukraińcom, którzy często za cenę własnego życia nieśli pomoc swoim polskim sąsiadom. Tym ludobójstwem nie obciążamy narodu ukraińskiego. Wierzymy, że pełne wyjaśnienie okoliczności tej tragedii i potępienie jej sprawców stanie się dla Narodu Polskiego i Ukraińskiego kolejnym krokiem w budowaniu współpracy między naszymi narodami.

Przedstawione w powyższym artykule stanowisko Sejmiku Województwa Dolnośląskiego, i tu nie sposób nie zgodzić się z Feliksem Budziszem, powinno się stać

przykładem do naśladowania dla Sejmików pozostałych województw i Parlamentu Rzeczypospolitej Polskiej.

Kontakt z Redakcją „Wołynia i Polesia” – e-mail: [email protected]

 

Adam Cyra
Oświęcim, 13 kwietnia 2011 r.

, , ,

Brak komentarzy

Porucznik Antoni Tomera z Libiąża

W dniu 15 marca 2011 r. w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu uroczystego wręczenia czternastu orderów bohaterom niosącym pomoc więźniom KL Auschwitz w imieniu prezydenta Bronisława Komorowskiego dokonał wojewoda małopolski Stanisław Kracik. Krzyż Komandorski Orderu Odrodzenia Polski jako najwyższe odznaczenie otrzymał Antoni Tomera z Libiąża, mający dzisiaj 94 lata. Przed opuszczeniem budynku dyrekcji Muzeum Auschwitz-Birkenau wspominał:

Na początku stycznia 1940 r. złożyłem przysięgę konspiracyjną, wstępując do Związku Walki Zbrojnej. Równocześnie podjąłem pracę zawodową, pracując przy budowie dróg, m.in. w Szczakowej i Ciężkowicach. W konspiracji moim zadaniem było zdobywanie broni dla naszej organizacji oraz lekarstw dla więźniów obozu oświęcimskiego. Recepty na lekarstwa wypisywali dwaj lekarze: Gołąb (imienia nie pamiętam) i Mieczysław Ziemiański. Leki dostarczaliśmy Władysławowi Saternusowi, który pracował na terenie KL Auschwitz jako robotnik cywilny. Później został on stracony. Był to bardzo porządny człowiek. Lekarstwa dostarczaliśmy także do Bud, gdzie była specjalnie przygotowana na nie skrytka. W pamięci szczególnie zapadł mi dzień 28 grudnia 1942 r. Wieczorem w tym dniu przyszedł do mnie Andrzej Harat z Libiążą i powiedział, że nazajutrz mam się zgłosić do niego z bronią, lecz bez żadnych dokumentów, ponieważ mamy odebrać uciekinierów z KL Auschwitz i zabezpieczyć im schronienie.

Antoni Tomera z Libiąża, mający dzisiaj 94 lata (w mundurze, obok prawnuk Kuba).

Antoni Tomera z Libiąża, mający dzisiaj 94 lata (w mundurze, obok prawnuk Kuba).

Więźniami, którzy uciekli z obozu w dniu 29 grudnia 1942 r. byli: Niemiec Otto Küsel (nr 2) oraz Polacy – Jan Komski (nr 564), w obozie przebywał jako Baraś, a także Bolesław Kuczbara (nr 4308) i Mieczysław Januszewski (nr 711). Ucieczka ta została zorganizowana przy pomocy Heleny Stupki z Oświęcimia i współudziale nauczycielki Janiny Kajtoch z pobliskich Babic.

Za zapewnienie bezpieczeństwa uciekinierom i znalezienie im schronienia odpowiedzialni byli żołnierze Armii Krajowej z Libiąża. Jednym z nich był Antoni Tomera, w konspiracji pełniący funkcję dowódcy drużyny ZWZ/AK (placówka Libiąż), posługujący się pseudonimem „Zegar”, który na temat tej ucieczki i swoich wojennych przeżyć kilkanaście lat temu złożył obszerną relację, przechowywaną obecnie w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Adam Cyra
Oświęcim, 17 marca 2011 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Zeznanie Żyda oświęcimskiego Karola Lehrera

Wśród setek zeznań byłych więźniów KL Auschwitz, przechowywanych w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau, zawartych w ponad stu tomach akt z dwóch procesów przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Polsce – komendanta obozu Rudolfa Hőssa w Warszawie i czterdziestu członków załogi tego obozu w Krakowie – które toczyły się w 1947 r., zwróciłem niedawno uwagę na zeznanie Żyda oświęcimskiego, Karola Lehrera.

Książka pt. Żydzi w Oświęcimiu 1918-1941

Książka pt. Żydzi w Oświęcimiu 1918-1941

Ten świadek, którego zeznanie jest zawarte w aktach procesu Rudolfa Hőssa, urodził się w Oświęcimiu w dniu 13 marca 1922 r. Na to zeznanie powołuje się także kilkakrotnie Lucyna Filip w swojej książce, zatytułowanej „Żydzi w Oświęcimiu 1918-1941”, wydanej w 2003 r.

Warto przytoczyć obszerne fragmenty z zeznania Karola Lehrera:

W chwili wkroczenia Niemców do Polski przebywałem w swoim rodzinnym mieście Oświęcimiu. Pierwsze miesiące były spokojne i poza drobnymi szykanami w odniesieniu do Żydów nic godnego uwagi nie działo się. W połowie kwietnia 1940 r. przyjechało dwóch członków SS (…), a po upływie tygodnia przyjechała już cała kompania SS. Oficerowie nie mieszkali na stałe w Oświęcimiu, dojeżdżali tylko samochodami. Zorganizowano wówczas przymusową pracę, która polegała na tym, że gmina żydowska musiała codziennie dostarczyć 250 do 300 osób do pracy nad uporządkowaniem byłych koszar, na terenie których powstał potem obóz. Mniej więcej trzy razy w tygodniu każdy mężczyzna z Oświęcimia, który był Żydem, musiał do niej chodzić. Zastępstwo było jednak możliwe i bogatsi wykupywali się. (…) Praca była bardzo uciążliwa, gdyż musieliśmy wszystko wykonywać biegiem, a najdrobniejsze uchybienia były karane biciem tak, że często musieliśmy nosić do domu od 10 do 12 pobitych, którzy nie mogli iść o własnych siłach. Na terenie koszar pracowaliśmy do czerwca 1940 r.

Dalej w swoich zeznaniach Karol Lehrer relacjonuje, że wykonując powyższą pracę, widział jak do Monopolu tytoniowego przywieziono pierwszy transport więźniów Polaków w dniu 14 czerwca 1940 r.

Ze słyszenia wiem – zeznaje – że prawie codziennie zaczęły przychodzić transporty więźniów Polaków. Czy między nimi byli Żydzi? – tego nie wiem, w każdym razie sam widziałem, że obóz zaczął się zaludniać. Gdy opuszczałem Oświęcim w dniu 7 kwietnia 1941 r. miało w nim już być około kilkudziesięciu tysięcy więźniów i również krematorium było już używane. Moniek Jurkowski chodził z ramienia gminy żydowskiej do obozu i wykupywał prochy spalonych Żydów. Było to jeszcze w 1940 r., ale trudno podać mi dokładną datę.

Karol Lehrer opisuje także aresztowania wśród inteligencji polskiej w Oświęcimiu wiosną i jesienią 1940 r. Aresztowani zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Dachau. Z kolei jesienią tego roku kilkuset Żydów z Oświęcimia wywieziono do obozów pracy na Dolnym Śląsku. Zeznający podaje także, że:

Również w marcu 1941 r. nastąpiły pierwsze przesiedlenia Polaków (…) z Oświęcimia do Generalnego Gubernatorstwa. Akcje te przeprowadzała specjalnie do tego wyznaczona policja z udziałem członków SS. Wolno było ze sobą zabrać 20 złotych oraz bagaż ręczny, czasu do pakowania dawano około 20 minut, zależało to od policjanta.

Sam Karol Lehrer także wkrótce został wywieziony:

Na początku kwietnia 1941 r. – zeznaje – wywieziono około pięć tysięcy Żydów z Oświęcimia do Sosnowca i Będzina, wśród których również i ja znalazłem się. (…) Pozwolono wówczas wszystko zabrać, były nawet pociągi na meble, o które wystarała się gmina żydowska. Od 2 do 7 kwietnia 1941 r. trwało to przewiezienie.

Wśród wywiezionych do Sosnowca był także Karol Lehrer, którego w nowym miejscu pobytu zatrudniono w instytucji, pracującej dla celów wojennych. Z końcem 1942 r. zaczęto w Sosnowcu i Będzinie tworzyć getta żydowskie, których ostateczna likwidacja nastąpiła w dniu 1 sierpnia 1943 r.:

W czasie tej akcji było bardzo dużo trupów, które zaraz wywożono samochodami ciężarowymi. Przy zastrzeleniu nikogo nie byłem. W czasie tej akcji zginął mój brat Leon Lehrer. Mnie wraz z dwustu młodymi Żydami (…) wywieziono do obozu pracy przymusowej w Annabergu. Z opowiadań wiem, że transporty, które wyszły z Sosnowca i Będzina w dniach 2 i sierpnia 1943 r. poszły do Oświęcimia wprost do komór gazowych.

Ostatecznie Karol Lehrer, przebywajacy w kilku obozach pracy na Śląsku, w październiku 1943 r. został przeniesiony do położonego w górach podobozu Gross-Rosen w Waldenburgu, gdzie wyzwolili go żołnierze Armii Czerwonej w dniu 8 maja 1945 r.

Karol Lehrer swoje zeznanie złożył w dniach 15 i 18 września 1945 r. w Wiesbaden na terenie Niemiec. Dalsze powojenne losy tego oświęcimskiego Żyda, który jako nieliczny przeżył Holocaust, są nieznane.

Adam Cyra
Oświęcim, 27 lutego 2011 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Spotkanie po latach

W związku z 66. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz prezydent Bronisław Komorowski odznaczył 32 osoby „za wybitne zasługi w ratowaniu ludzkiego życia”, które z narażeniem życia udzielały pomocy więźniom niemieckiego obozu zagłady w Oświęcimiu. Wśród uhonorowanych Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski jest mieszkanka Niemodlina Zofia Zużałek (z domu Szewczyk), pochodząca z Babic koło Oświęcimia i jej koleżanka z lat wojny Józefa Handzlik (z domu Hatłas), która wychowała się w sąsiedniej Brzezince, a dzisiaj mieszka w Oświęcimiu.

Zofia Szewczyk i Józefa Hatłas w związku z rozbudową KL Auschwitz zostały wiosną 1941 r. wraz z rodzicami przesiedlone do Oświęcimia. Władze niemieckie przydzieliły im mieszkania, do opuszczania których wcześniej zmuszono Żydów oświęcimskich, wywiezionych głównie do gett w Chrzanowie i w Sosnowcu.

Zofia Zużałek

Zofia Zużałek

Niespełna wówczas dwudziestoletnie młode dziewczyny zostały zatrudnione w sklepie obuwniczym „Bata”, który znajdował się w Rynku, gdzie pracowały do stycznia 1945 r. Do miasta w tym okresie do różnych prac były przyprowadzane komanda więźniów z pobliskiego obozu macierzystego na Zasolu. Nadzorowali ich esesmani, uniemożliwiając mieszkańcom miasta rozmowy i bezpośredni kontakt z nimi, lecz można było udręczonym i schorowanym więźniom nieść potajemną pomoc. Przed przyjściem komand więźniarskich do pracy odważne oświęcimianki w umówionych miejscach pozostawiały żywność, często była to nawet gotowana strawa, którą przygotowywała znacznie starsza od nich Helena Stupkowa, szczególnie zasłużona w tej pomocy. Zofia Szewczyk i Józefa Hatłas dostarczały także więźniom papierosy i lekarstwa, w tym bardzo im potrzebną maść na świerzb, noszącą nazwę „Mitigal”.

Po latach obydwie przyjaciółki w dniu 1 lutego 2011 r. spotkały się podczas uroczystości w Pałacu Prezydenckim w Warszawie, ze wzruszeniem słuchając słów Bronisława Komorowskiego:

Chciałem pogratulować, nie tylko wszystkim odznaczonym i ich rodzinom, ale także społecznościom lokalnym, w których Państwo żyliście. Mam świadomość jak niełatwo zachować się w taki sposób w sytuacji skrajnego zagrożenia własnej rodziny, własnej osoby, jak niełatwo zachowywać się w sposób arcyprzyzwoity, uwzględniający większy dramat i większy lęk innych ludzi. Chciałem podziękować Państwu za to, że w sytuacji skrajnego zagrożenia potrafiliście okazać najszlachetniejszą część ludzkiej duszy.

- mówił podczas tej uroczystości prezydent.

Zofia Zużalek, po udekorowaniu jej Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski, wręczyła prezydentowi Bronisławowi Komorowskiemu publikację Adama Cyry, „Cichociemny z Babic”, wydaną kilka lat temu i w tej chwili już niedostępną na rynku księgarskim.

Bohaterem tej książki jest brat Zofii Zużałek, Piotr Szewczyk, który urodził się 9 września 1908 r. w Babicach koło Oświęcimia. Ten wychowanek Gimnazjum im. ks. Stanisława Konarskiego w Oświęcimiu był przed wojną oficerem Policji Państwowej.

Uczestniczył w działaniach wojennych we wrześniu 1939 r., a potem przekroczył granicę węgierską i dotarł do Armii Polskiej tworzonej przez gen. Władysława Sikorskiego we Francji. Tam został żołnierzem Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Zaokrętowany wraz z nią na jednym ze statków, popłynął z Francji do Norwegii, gdzie uczestniczył w bitwie o Narwik wiosną 1940 r.

Po klęsce Francji przedostał się latem 1940 r. do Anglii, aby na wyspach brytyjskich ponownie stać się żołnierzem.

Na początku 1942 r. ppor. Szewczyk, będąc wówczas oficerem Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego, zgłosił się ochotniczo na kilkumiesięczny kurs szkoleniowy cichociemnych i po jego pomyślnym ukończeniu otrzymał awans na porucznika, przyjmując pseudonim „Czer”.

W lutym 1943 r. z lotniska pod Londynem odleciała do okupowanej Polski ekipa spadochronowa licząca czterech skoczków. Po udanym zrzucie por. Szewczyk został skierowany do Lwowa, gdzie jako oficer Armii Krajowej objął dowództwo rejonu dywersyjnego Lwów – Miasto. Podczas wyzwalania Lwowa i w czasie walk o to miasto, trwających od 23 do 27 lipca 1944 r., dowodził kompanią żołnierzy Armii Krajowej, która opanowała m.in. budynek Politechniki Lwowskiej.

Piotr Szewczyk uniknął aresztowania we Lwowie przez NKWD i przedostał się do Warszawy, a następnie do Londynu, gdzie dotarł w lipcu 1945 r. Tam we września zdał relację z dotychczasowych wydarzeń przedstawicielom polskich władz na emigracji. Następnie opuścił Londyn i w październiku był już z powrotem w Warszawie, gdzie został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa na początku listopada 1945 r.

Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z dnia 7 maja 1947 r. Piotr Szewczyk jako kurier rządu emigracyjnego do organizacji „Wolność” i Niezawisłość” został skazany na karę śmierci, którą komunistyczny prezydent Bolesław Bierut zamienił cichociemnemu z Babic na piętnaście lat więzienia.

Piotr Szewczyk przebywał najpierw w więzieniu na Mokotowie, a potem we Wronkach, skąd zwolniono go w stanie krańcowego wyczerpania w maju 1956 r. Po zwolnieniu, nie mogąc znaleźć jako były więzień polityczny odpowiedniej dla siebie pracy, zatrudnił się w 1958 r. warsztacie stolarskim. Kolejno pracował w takich warsztatach w Krościenku, Piasecznie i w Warszawie, gdzie dopiero ciężka choroba, którą przebył na początku 1986 r. uniemożliwiła mu czynną pracę zawodową. Miał wówczas 77 lat.

Piotr Szewczyk, dwa lata później, zmarł 28 stycznia w 1988 r. i został pochowany na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu. Dzisiaj Jego imię nosi Gimnazjum Gminne Nr 1 w Rajsku koło Oświęcimia. Również jedna z ulic w Oświęcimiu nosi imię mjr. Piotra Szewczyka, który zasłużył sobie swoim życiem i działalnością, podobnie jak i Jego siostra, Zofia Zużałek, na naszą wdzięczną pamięć.

Adam Cyra
Oświęcim, 7 lutego 2011 r.

, , , , , , , ,

Brak komentarzy

Pamiętali o Rotmistrzu Pileckim

W dniu 17 września 2010 r. dyrekcja Zespołu Szkół Nr 3 im. rtm. Witolda Pileckiego zorganizowała wycieczkę dla dyrektorów zabrzańskich szkół i nauczycieli z tego miasta. Odbyła się ona autobusem na trasie: Zabrze – Oświęcim – Libiąż – Babice – Alwernia – Poręba Żegoty – Tyniec – Niepołomice – Bochnia – Nowy Wiśnicz – Bochnia – Kraków – Zabrze.

Wycieczka przebiegała szlakiem ucieczki rotmistrza Witolda Pileckiego z KL Auschwitz w kwietniu 1943 r. do Nowego Wiśnicza przez Babice (Lipowiec) – Alwernię – Bochnię i Puszczę Niepołomicką. W ten sposób jej uczestnicy uczcili 70. rocznicę przywiezienia Witolda Pileckiego w transporcie więźniów z Warszawy do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r.

Po przyjeździe do Muzeum Auschwitz-Birkenau uczestnicy wycieczki złożyli kwiaty oraz zapalili znicze pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, a następnie zostali zapoznani przez z wystawą na temat obozowego Ruchu Oporu, która znajduje się na piętrze wspomnianego bloku nr 11. Podczas zwiedzania tej ekspozycji historyk Adam Cyra przypomniał grupie wycieczkowej życiorys i działalność rotmistrza Pileckiego, twórcy konspiracji wojskowej w KL Auschwitz i uciekiniera z tego obozu, straconego w okresie terroru stalinowskiego.

O szlaku ucieczki Witolda Pileckiego z KL Auschwitz do Nowego Wiśnicza szczegółowo informował uczestników tego wyjazdu Adam Cyra – starszy kustosz z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, który współpracuje ze wspomnianą szkołą od 14 lat, tzn. od chwili, kiedy to Zespół Szkół Nr 3 w Zabrzu przyjął imię rtm. Witolda Pileckiego w dniu 24 maja 1996 r. Była to pierwsza szkoła w Polsce, która przyjęła imię bohaterskiego rotmistrza. Z kolei Zdzisław Wróbel, były długoletni prezes Koła Przewodników PTTK w Chełmku informował uczestników wycieczki autobusowej o miastach i miejscowościach położonych przy trasie przejazdu.

W Nowym Wiśniczu uczestnicy wycieczki zapoznali się szczegółową z historią dworku „Koryznówka”. Dworek ten należał kiedyś do Leonarda Serafińskiego, u którego często przebywał Jan Matejko – słynny malarz. Tu Matejko poznał swoją przyszłą żonę, Teodorę Giebułtowską. Obecnie w dworku tym mieści się Muzeum Pamiątek po Janie Matejce, a przed dworkiem znajduje się jego pomnik.

Dwa lata temu – w 60. rocznicę śmierci Witolda Pileckiego – odbyło się uroczyste odsłonięcie na „Koryznówce” tablicy pamiątkowej, dzięki staraniom Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem i Muzeum Auschwitz-Birkenau. W dworku tym schronił się Witold Pilecki po ucieczce z KL Auschwitz. Warto nadmienić, że ten drewniany dworek jest miejscem, gdzie spotkały się losy dwóch wielkich Polaków – Matejki i Pileckiego. Uczestnicy wycieczki na „Koryznówce” chwilą ciszy uczcili pamięć rotmistrza Witolda Pileckiego oraz złożyli kwiaty i zapalili znicz przed tablicą pamiątkową Jemu poświęconą.

W wycieczce uczestniczyło 36 osób. Jej kierownikiem była mgr Grażyna Kossowska-Łysy, dyrektor Zespołu Szkół Nr 3 im. rtm Witolda Pileckiego w Zabrzu. Uczestnicy pełni wrażeń z wycieczki wrócili do miejsc zamieszkania w Zabrzu w godzinach wieczornych.

Andrzej Pilecki

Andrzej Pilecki

W dniu następnym, 18 września, w parku im. rtm. Witolda Pileckiego w Zabrzu (park ten otrzymał to imię w 2008 r.) odbyła się uroczystość odsłonięcia tablicy pamiątkowej poświęconej „ochotnikowi do Auschwitz”.

 

Całe życie Witolda Pileckiego jest wzorem jak żyć i jak – jeśli trzeba – umierać za Ojczyznę. Pamięć o nim powinna być jednym z elementów budujących zbiorową tożsamość Polaków

– taki fragment uchwały Senatu RP z 7 maja 2010 r. widnieje na tablicy pamiątkowej ku czci Pileckiego, która odsłonięta została we wspomnianym parku Jego imienia.

W uroczystości tej udział wzięli m.in. Andrzej Pilecki – syn rotmistrza, pracownicy Muzeum Auschwitz-Birkenau, władze Zabrza oraz zabrzańscy posłowie, przedstawiciele wojska, organizacji pozarządowych i mieszkańcy tego miasta.

 

To człowiek, który pokazał jak służyć Ojczyźnie. Przez długie lata był w Polsce zapomniany. Jego postawa jest pięknym przykładem patriotyzmu, dlatego musimy dbać o to, by pamięć o nim nie zginęła

– podkreślała Małgorzata Mańka-Szulik, prezydent Zabrza.

Adam Cyra
Oświęcim, 30 września 2010 r.

, , ,

Brak komentarzy

Helena Datoń – legenda Ruchu Oporu w Auschwitz

Kilka dni temu Józef Jaskółka, radny miasta Oświęcim w latach 1990-1992, za pośrednictwem Marka Księżarczyka, wiceprezesa Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem w Oświęcimiu, zawiadomił mnie, że jego ciocia Helena Datoń-Szpak, mieszkająca w Chrzanowie, posiada ciekawe dokumenty i pamiątki, związane z historią KL Auschwitz. Przyjąłem zaproszenie i wyraziłem zgodę na wspólny wyjazd do Chrzanowa, gdzie oczekiwała na nas pani Helena Datoń-Szpak, mająca dzisiaj osiemdziesiąt osiem lat i jej córka Małgorzata Boroń.

Wiedziałem, że Helena Datoń jako młoda dziewczyna, znająca dobrze język niemiecki, pracowała na terenie przyobozowym w kantynie dla esesmanów, mieszczącym się w tzw. „Haus 7”, co ułatwiało jej kontakt z więźniami KL Auschwitz, ponieważ na parterze tego budynku znajdował się sklep i wspomniana kantyna dla esesmanów, natomiast na piętrze mieściły się biura, w których pracowali więźniowie, prowadzący księgowość i rozliczający kartki żywnościowe dla Niemców.

Ausweis

Ausweis

Ponadto do kantyny towar dowozili więźniowie, pracujący w różnych magazynach obozowych, a także przychodzili inni więźniowie, zabierający produkty żywnościowe dla esesmanów. Ten bardzo ruchliwy punkt, jakim był „Haus 7”, stwarzał Helenie Datoń, dwudziestoletniej wówczas dziewczynie, idealne warunki dla działalności w niesieniu pomocy więźniom KL Auschwitz, w czym bardzo pomocne były kontakty nawiązane przez nią wcześniej z konspiracyjną grupą Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS) z Brzeszcz, która uczyniła z niej łączniczkę z wolnym światem.

Za pośrednictwem Heleny Datoń były przekazywane grypsy więźniów i potajemne przesyłki do obozu, zawierające m.in. bezcenne lekarstwa, ratujące życie osadzonym w obozie. Kontakty nawiązywane przez nią i pośredniczenie w przekazywaniu różnorodnych przesyłek były ułatwione jeszcze dzięki temu, że codziennie dojeżdżała do pracy z Chrzanowa do Oświęcimia, posiadając tzw. lagrowy Ausweis, podpisany osobiście przez komendanta obozu, Rudolfa Hőssa. Dzięki temu dokumentowi nie wzbudzająca podejrzeń dziewczyna mogła dość swobodnie poruszać się w silnie strzeżonej strefie przyobozowej, co jeszcze bardziej ułatwiało jej pośredniczenie w dostarczanie nielegalnych przesyłek, ukrytych często w bułce, zapalniczce, w etui do okularów, czy w wiecznym piórze.

Niektóre wiadomości przekazywane za jej pośrednictwem z obozu docierały potajemnie do Londynu i informacje o zbrodniach SS były podawane w audycjach londyńskiego radia BBC. Pomagała także w organizacji ucieczek więźniów, a Politische Abteilung, czyli obozowe gestapo, nigdy nie wpadło na trop jej tajnej działalności, którą prowadziła do stycznia 1945 r.

Podczas spotkania w Chrzanowie w dniu 8 września 2010 r., które odbyło się z Heleną Datoń-Szpak i jej córką Małgorzatą Boroń, obydwie panie udostępniły mi cenne pamiątki, które starannie przechowywały przez wiele lat w swoich rodzinnych zbiorach. Wśród nich są kartki okolicznościowe, misternie ozdobione rysunkami, często z pięknie napisanymi dedykacjami, wierszami i autografami, które Helena Datoń otrzymywała od więźniów z okazji swoich imienin, nowego roku, czy innych świąt, a także dwie okupacyjne legitymacje. Udostępnione mi zostały także liczne obozowe listy-grypsy, które pisane były do Heleny Datoń przez więźnia Wilhelma Gawliczka, pochodzącego z Tarnowskich Gór. Te wszystkie niezwykłe pamiątki na prośbę pani Heleny Datoń-Szpak i jej córki przekazałem w obecności ich krewnego pana Józefa Jaskółki do zbiorów Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Helena Datoń - portret

Helena Datoń - portret

W mieszkaniu pani Heleny Datoń-Szpak pozostał na ścianie pięknie wykonany przez więźniów jej portret, z którym właścicielka nie chce się rozstać. Zachowała również w swoich zbiorach obozowy portret Wilhelma Gawliczka, który był autorem wspomnianych listów-grypsów pisanych do niej w epoce pieców krematoryjnych.

Helena Datoń-Szpak powiedziała:

Każdy dzień pracy w obozie był dla mnie wielkim przeżyciem, bo już idąc do pracy spotykałam całe kolumny żydowskich kobiet, mężczyzn i dzieci, którzy szli do Birkenau do gazu. Oni nie wiedzieli o tym, ale ja wiedziałam i przechodząc obok nich patrzyłam na przerażone oczy kobiet i mężczyzn (…). Widok ten prześladuje mnie do dzisiejszego dnia.

Adam Cyra
Oświęcim, 26 września 2010 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Błogosławiona z Oświęcimia

Podczas tegorocznych wakacyjnych wędrówek po dawnych Kresach II Rzeczypospolitej dotarłem do Nowogródka na Białorusi, gdzie odwiedziłem m.in. kościół farny p.w. Przemienienia Pańskiego, tzw. Białą Farę, w której został ochrzczony Adam Mickiewicz. Kościołem tym nadal opiekują się siostry nazaretanki, które przybyły do Nowogródka w 1929 r., by zająć się wychowaniem i nauczaniem dzieci. Siostry tworzyły tam przed wojną dwunastoosobową wspólnotę, która służyła wielonarodowościowej społeczności miasta.

Błogosławiona z Oświęcimia

Błogosławiona z Oświęcimia

Jedną z tych sióstr była Maria Imelda od Jezusa Hostii. Nazywała się Jadwiga Żak i pochodziła z Oświęcimia, gdzie urodziła się 29 grudnia 1892 r. Wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek w Krakowie w 1911 r., nowicjat odbyła w Albano koło Rzymu. Po powrocie na ziemie polskie pracowała w szkołach prowadzonych przez nazaretanki jako wychowawczyni i nauczycielka – kolejno we Lwowie, w Warszawie, Stryju i w Grodnie oraz w Łukowie. Była także zakrystianką. Do Nowogródka przybyła w 1936 r. i do zamknięcia szkół przez okupantów sowieckich w październiku 1939 r. była nauczycielką, a później – zakrystianką i opiekunką ministrantów przy wspomnianym kościele farnym.

Błogosławiona z Oświęcimia

Błogosławiona z Oświęcimia

Najeźdźcy deportowali masowo Polaków z Nowogródka w lutym 1940 r. oraz w kwietniu 1941 r. na Syberię i do Kazachstanu. W dniu 6 lipca 1941 r. do Nowogródka wkroczyły z kolei wojska niemieckie i już w trzy tygodnie później odbyła się pierwsza publiczna egzekucja, w której hitlerowcy rozstrzelali sześćdziesięciu mieszkańców tego miasta.

Błogosławiona z Oświęcimia

Błogosławiona z Oświęcimia

W lipcu 1943 r. siostry zgłosiły się do władz niemieckich, by ofiarować swoje życie za sto dwadzieścia osób, aresztowanych i przeznaczonych do rozstrzelania. Karę śmierci zamieniono aresztowanym na roboty w Niemczech i wszyscy wywiezieni przeżyli wojnę, natomiast siostry wezwano wieczorem 31 lipca 1943 r. na pobliski komisariat, gdzie przyszło ich jedenaście. Dwunasta siostra – Małgorzata Banaś (której proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 r.) pracowała w tym czasie w szpitalu i dzięki temu ocalała. Jeszcze tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję.

Błogosławiona z Oświęcimia

Błogosławiona z Oświęcimia

Nie znaleźli, więc wrócili do budynku komisariatu i zamknęli siostry w jego piwnicach. Następnego dnia, w niedzielę 1 sierpnia 1943 r. rano ponownie wywieźli siostry do lasu około pięć kilometrów od Nowogródka. Tam w głuszy leśnej rozstrzelali jedenaście sióstr nazaretanek. Razem z nimi zamordowano i pogrzebano we wspólnej mogile chłopca z pobliskiej wsi, któremu najprawdopodobniej kazano wcześniej wykopać ten grób.

Po ekshumacji 19 marca 1945 r. miejscem chwilowego pochówku sióstr nazaretanek stała się mogiła przy nowogródzkim kościele farnym, w którym później ich szczątki umieszczono w sarkofagu, znajdującym się w jednej z bocznych kaplic tej świątyni.

Zakonnice-męczennice z Nowogródka zostały beatyfikowane przez papieża Jana Pawła II w 2000 r., podczas pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 na Placu św. Piotra w Rzymie. W ich gronie jest siostra Maria Imelda (Janina Żak), pochodząca z Oświęcimia.

Adam Cyra
Oświęcim, 5 września 2010 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Katowicka gilotyna w zbiorach Muzeum AB

W katowickim więzieniu, mieszczącym się przy ulicy Mikołowskiej, czynna była gilotyna, na której wykonywano wyroki śmierci na ludności polskiej ze Śląska, Zagłębia Dąbrowskiego i Podbeskidzia. Hitlerowcy uciekając z Katowic pod koniec stycznia 1945 r. zakopali ją nocą na cmentarzu w pobliskich Bogucicach.

Gilotyna

Gilotyna

Prezes Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Mirosław Domin, zamierza obecnie zrealizować przy pomocy pracowników telewizji katowickiej film na temat ponurej i tragicznej historii tej gilotyny, równocześnie zamierza zabiegać o to, żeby wróciła ona do Katowic, bowiem po wojnie władze przekazały ją do Muzeum oświęcimskiego. Tam dzisiaj rozłożona na części leży w muzealnym magazynie i mało kto o niej wie.

Odnaleziona po wojnie gilotyna przez kilka lat stała na strychu budynku Wojewódzkiej Komendy Milicji Obywatelskiej w Katowicach. Najprawdopodobniej jeszcze w pierwszej połowie lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku przekazano ją do zbiorów Muzeum Oświęcim-Brzezinka.

Gilotyna

Gilotyna

Państwowe Muzeum Oświęcim-Brzezinka (obecnie Auschwitz-Birkenau) przejmując ten unikalny eksponat, sporządziło protokół, w którym m.in. odnotowano:

Gilotyna złożona z trzech części: metalowego obramowania z ostrzem na prowadnicach, skórzanym pasem oraz mechanizmem korbowym i drewnianym elementem z otworem na szyję. Jest również pojemnik na głowę o wymiarach 41 na 51 cm i prycza o długości 136 cm. Ostrze ma ciężar 51 kilogramów, wysokość gilotyny wynosi 235 cm.

Od października 1941 r. do stycznia 1945 r. w katowickim więzieniu ścięto na niej 552 osoby, w tym 48 kobiet. Gilotyna działała jeszcze na kilka dni przed wejściem do miasta żołnierzy sowieckich. Nie wiadomo dokładnie, kim były wszystkie jej ofiary, bowiem hitlerowcy spalili większość szczegółowej dokumentacji, ale w katowickim Urzędzie Stanu Cywilnego pozostały spisy zamordowanych. Wiadomo, że ścięto na niej m.in. ks. Jana Machę i publicystę dr. Pawła Musioła.

Gilotyna ta stała w osobnym parterowym budynku z czerwonej cegły, który przylegał do gmachu więzienia w Katowicach. Mjr Zygmunt Walter-Janke, ostatni komendant Okręgu Ślaskiego AK, w swoich wspomnieniach napisał w oparciu o relacje świadków:

Atmosfera grozy i lęku dochodziła szczytu co noc między godz. 22:00 i 24:00. W tym czasie wyprowadzano skazańców na egzekucję. Odbierano im ubranie, dając w zamian papierową koszulę. Przed egzekucją skazańca strzyżono i wygalano mu szyję. Zakutego w kajdany wprowadzano do izby straceń.

Na tej gilotynie miał być także stracony ks. Franciszek Blachnicki, po wojnie założyciel Ruchu Światło-Życie, który urodził się w 1921 r. w Rybniku. Miał zaledwie 19 lat, gdy ujęło go gestapo. Najpierw trafił do KL Auschwitz, gdzie oznaczono go numerem 1201 . Po kilkunastu miesiącach pobytu w tym obozie otrzymał wyrok śmierci przez ścięcie. Siedział pięć miesięcy w katowickiej celi więziennej, czekając na jego wykonanie. Był u kresu wytrzymałości fizycznej i psychicznej. Obiecał sobie wtedy, że jeśli przeżyje, zostanie księdzem i życie poświęci Bogu – młodego Polaka ułaskawiono. Z powrotem wrócił do obozu, przeszedł ich jeszcze kilka. Wiosną 1945 r. uwolnili go żołnierze amerykańscy w jednym z nich na terenie Niemiec.

Ks. Franciszek Blachnicki zawsze sprzeciwiał się totalitaryzmowi. Stan wojenny w 1981 r. zastał go poza granicami kraju. Osiadł w Carlsbergu w Niemczech, gdzie zmarł w 1987 r.

Gilotyna katowicka jest także związana z historią KL Auschwitz, bowiem ciała ściętych w Katowicach przywożono do krematoriów w KL Auschwitz i tam spalano. Muzeum Auschwitz-Birkenau posiada nawet w swoich zbiorach rysunek żydowskiego więźnia z Francji, członka Sonderkommando, Davida Olere, na którym widać, jak z ciężarówek znoszone są do krematorium ciała w skrzyniach, a obok leżą odcięte głowy.

Głównym bohaterem obecnie realizowanego filmu z inicjatywy Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem będzie wspominany już ks. Jan Macha, pochodzący z Chorzowa Starego, który został zgilotynowany w katowickim więzieniu w nocy z 2 na 3 grudnia 1942 r.

Nagrobek - ks. Jan Macha

Nagrobek - ks. Jan Macha

Ostatnia wola zamordowanego została przez niego zapisana w następujący sposób:

Pogrzebu mieć nie mogę, ale urządźcie mi na cmentarzu cichy zakątek, żeby, od czasu do czasu, ktoś o mnie wspomniał i zmówił za mnie Ojcze Nasz (…)

Pogrzebu rzeczywiście nie było a zwłoki ks. Jana Machy, który miał zaledwie 28 lat, zostały przewiezione do Oświęcimia i spalone w obozowym krematorium nr 1.

Po wojnie, zgodnie z wolą ofiary hitlerowskiej przemocy, na cmentarzu przy kościele w Starym Chorzowie, urządzono „cichy zakątek” i dokonano symbolicznego pochówku ks. Jana Machy. W tym miejscu umieszczono czarną tablicę z wielkim krzyżem a na niej napis:

Przechodniu! Ciała mojego tu nie ma, ale odmów Ojcze Nasz za spokój mojej duszy.

Adam Cyra
Oświęcim, 9 sierpnia 2010 r.

, , , , ,

1 komentarz

Nieznany opis tragedii kieleckiej

W aktach sądowych rtm. Witolda Pileckiego, dobrowolnego więźnia KL Auschwitz twórcy konspiracji wojskowej w tym obozie, uczestnika Powstania Warszawskiego i oficera II Korpusu Polskiego we Włoszech, skazanego w okresie terroru stalinowskiego na śmierć i rozstrzelanego w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r., znajduje się obszerna informacja, zatytułowana „Tragedia kielecka”, której autorem jest Tadeusz Szturm de Sztrem, znany działacz PPS WRN. Rtm. Witold Pilecki po sporządzeniu z tego raportu fotokopii, przekazał go wraz z innymi zebranymi przez siebie materiałami na temat sytuacji w Polsce, rządzonej przez komunistów, do sztabu II Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa we Włoszech:

„Rząd nie mógł ogłosić, że wygrał referendum bez chociażby znikomego procentu głosów przeczących. Nie chcąc rozpraszać tych głosów po Polsce, umiejscowił dużą ilość w Krakowie. Kraków był 3-go maja terenem rozruchów. W Krakowie doły PPS przeciwstawiały się energicznie na Zjeździe wojewódzkim w styczniu Osóbce i Mikołajczykowi – a więc zrobiono z Krakowa kozła ofiarnego. Obecnie ponosi to miasto fatalne dla siebie skutki tego „wyboru”.

Zdecydowano się na potworną prowokację, która miała pokazać światu, że nie ma w Polsce innej opozycji, innych przeciwników rządu, tylko najczarniejsza reakcja, faszyści, szowiniści nacjonalistyczni.

Ofiarą tej zbrodni padło zabitych 32 Żydów i 2 Polaków oraz 42 rannych. Różne są wersję co do samego początku zajścia. Według jednej – już w przeddzień zajścia w jednej z dzielnic Kielc, w której nazajutrz tj. 4 lipca miały miejsce tragiczne wypadki, krążyła pogłoska, jakoby 8-letni chłopiec nazwiskiem Błaszczyk, został schwytany przez pewnego Żyda, który więził go przez dwa dni, poczym udało się chłopcu zbiec. Krytycznego dnia rano zgłosił się na komisariat MO ojciec wymienionego chłopca, Walenty Błaszczyk, wraz ze swym synem i podał, że chłopiec był więziony przez dwa dni przez Żyda przy ulicy Planty 7. Z komisariatu wysłano patrol milicji dla stwierdzenia prawdziwości doniesienia.

Według drugiej wersji ów chłopiec odnosił, jako tragarz, walizkę przyjezdnemu Żydowi. Przy uiszczaniu zapłaty wynikła sprzeczka, klient dawał 20 zł., chłopiec żądał 50 zł. Sprzeczka przekształciła się w bijatykę, podczas której na pomoc klientowi przybyli mieszkańcy tego domu również Żydzi. Chłopiec został pobity i pokaleczony. Pokrwawiony wpadł do fabryki, w której pracuje jego ojciec. W fabryce, w której (jak twierdzą Kielczanie) pracują sami PPR-owcy, na widok pobitego malca zawrzało, wszyscy porzucili pracę i podążyli do hotelu, by pomścić małego. Do tłumu przyłączyli się przechodnie i patrol wojskowy, przechodzący ulicą. Oficer, dowódca patrolu, po obejrzeniu pokaleczonego malca zdecydował się pójść do hotelu i aresztować sprawców pobicia. Zaznaczyć należy, że dom przy ulicy Planty 7 jest hotelem, w którym mieszka wielu bogatych Żydów oraz w którym zatrzymują się Żydzi jadący z Rosji.

I jedna i druga wersja zbiegają się w punkcie, gdy – według jednej patrol milicji, według drugiej patrol wojskowy – podchodzi do owego domu. W momencie zbliżania się do domu padły niespodziewanie strzały karabinowe i granaty. Lokatorzy postanowili nie wpuścic patrolu do hotelu. Na strzały z domu milicjanci czy żołnierze otworzyli ogień. Tłum powiększał się. Nadbiegli nowi milicjanci, żołnierze i UB-owcy. Rozpoczęło się regularne zdobywanie „fortecy”, którą wkrótce „zdobyto”. Po wtargnięciu do wnętrza rozwścieczeni milicjanci, żołnierze i ubowcy mordowali pojmanych Żydów lub oddawali ich tłumowi, który pastwił się nad nimi bez litości.

Nie brakło rzezimieszków, którzy dokonywali rabunku (kapral milicji Mazur przyznał się w czasie procesu sądowego do wywiezienia za miasto Żydówki, Żyda i ich dziecka samochodem, aby po dokonanym rabunku, zamordować kobietę i dziecko, mężczyźnie udało się zbiec).

Zajścia trwały do godziny 18-tej. Nie potrafiono wcześniej opanować sytuacji i nie dopuścić do przelewu krwi, mimo że w mieście znajduje się Woj. Kom. UB, Woj. Kom. MO, Powiatowy UB, Pow. Kom. MO, Miejski UB, Miejska Kom. MO oraz silne oddziały KBW.

W kilka dni po zajściach odbył się proces „oskarżonych o wywołanie i udział w zajściach kieleckich”, na którym zapadło 9 wyroków śmierci, 1 dożywotnie więzienie, 2 długoletnie więzienie.

Z całego przebiegu zajść wynika, że inicjatywa wyszła od czynników rządowych, które po faktycznym przegraniu referendum stworzyły w ten sposób pretekst do represji w stosunku do wszelkiej opozycji, przylepiając do zajść etykietkę „reakcyjną” i antysemicką. Przypomnieć tu należy zeszłoroczne zajścia antysemickie w Krakowie, w sierpniu, będące ordynarną prowokacją rządową.

Jakkolwiek inicjatywa zajścia była rządowa, to jednak akcja nie poszła po linii jego życzeń i na skutek różnych okoliczności przemieniła się w bitwę, w której po jednej stronie znalazły się: milicja, UB i wojsko wraz z tłumem, a z drugiej uzbrojeni Żydzi. Mimo to cała wina zwalona została na „reakcję”, pociągając do odpowiedzialności kilku oficerów UB i MO. Aresztowano na rozkaz Radkiewicza kom. Woj. UB Sobczyńskiego, kom. Woj. MO ppłk. Kuźmińskiego, jego zastępcę mjr. Gwiazdowicza oraz kom. Komisariatu MO por. Zagórskiego za „niemość energiczną działalność w czasie wypadków”. Stali się oni „kozłem ofiarnym”.

Stwierdzić trzeba stanowczo, że zajścia kieleckie nie były pogromem antysemickim, lecz był to odruch rewolucyjny tłumu przeciw obecnemu reżimowi terroru i przywilejów klasowych. Szary obywatel okłamywany szumnymi hasłami i wzywany do ofiar na rzecz „odbudowy” widzi, że jest w Polsce kasta uprzywilejowanych, rządzących terrorem i zbrodnią, żyjących ponad stan i korzystających z ogromnych przywilejów, nie zważających na ogólną nędze i widzi, że wśród tej kasty przeważający odsetek to Żydzi. Że w UB pastwią się i znęcają nad Polakami, zajmujący tam najwyższe stanowiska Żydzi, że oni zasiadają w Zjednoczeniach Przemysłowych i dyktują polskiemu robotnikowi głodowe stawki wynagrodzeń, oni rządzą w administracji państwowej. W nich widzi agentów znienawidzonego bolszewizmu i „demokracji”. Taką odpowiedź dali robotnicy zebrani na wiecu „protestacyjnym przeciwko zajściom w Kielcach” w Zakładach Ostrowieckich: „jak tam w Kielcach było nie wiemy, bośmy przy tym nie byli, ale wiemy za to, że Żydzi znajdują się na najwyższych stanowiskach państwowych, w UB, w wojsku, itd.”.

Według informacji pochodzących z Kielc, znaczna część Żydów – mieszkańców domu przy ulicy Planty 7 była tajnymi agentami UB. Zwraca uwagę, że byli oni tak dobrze uzbrojeni, iż mogli prowadzić walkę cały dzień. Wszyscy Żydzi w Polsce otrzymali prawo noszenia broni.

W następnych dniach usiłowano sprowokować zajścia antysemickie w kilku innych miastach i osiedlach. W Częstochowie rozsiewano pogłoski o „uprowadzeniu dzieci przez Żydów, o zamordowaniu dziewczynki w życie, o oddaniu kościoła św. Zygmunta na bóżnicę” i tym podobne bzdury. Ludność przekonawszy się, że działa tu czyjaś ręka, mająca na celu wyłapanie tzw. Reakcjonistów, przepędzała z miejsca prowokatorów. W Częstochowie i okolicy, w fabrykach miały miejsce strajki demonstracyjne przeciw wydaniu i wykonaniu wyroków śmierci na „winowajcach” i „sprawcach” kieleckiego pogromu”.

Autora powyższego tekstu, Tadeusza Szturm de Sztrema, w którym wyjaśniał okoliczności głośnego pogromu Żydów w Kielcach, wkrótce aresztowano i przebywał w więzieniu od 23 listopada 1946 r. do 13 lutego 1947 r., uzyskując na krótko wolność w wyniku amnestii. Ponownie aresztowano go pod koniec maja 1947 r. W dniu 19 listopada 1948 r. został skazany przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Warszawie na dziesięć lat więzienia, z którego zwolniono go w wyniku amnestii z 8 marca 1952 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 3 lipca 2010 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Miłość w cieniu zagłady

Wydany przed kilkoma dniami komiks „Miłość w cieniu zagłady”, przedstawia historię obozowej miłości Edka Galińskiego i Mali Zimetbaum, którzy podjęli 65 lat temu ucieczkę z KL Auschwitz w dniu 24 czerwca 1944 r.

Edward Galiński urodził się 5 października 1923 r. w Tuligłowach koło Jarosławia. W dniu 14 czerwca 1940 r. został przywieziony pierwszym transportem więźniów politycznych z Tarnowa do KL Auschwitz. Po jakimś czasie udało mu się dostać do „lepszego” komanda i zaczął pracować w obozowej ślusarni. Jej szefem był esesman Edward Lubusch, Niemiec rodem z Bielska, niewiele starszy od Edka Galińskiego, wyróżniający się tym, że nie znęcał się nad więźniami, a wręcz im pomagał.

Komiks pt. "Miłość w cieniu zagłady"

Komiks pt. "Miłość w cieniu zagłady"

Mala Zimetbaum była Żydówką. Urodziła się w Brzesku 26 stycznia 1918 r. Wraz z całą rodziną wyemigrowała w 1928 r. do Antwepii. Biegle posługiwała się: flamandzkim, francuskim, niemieckim, angielskim, polskim i trochę rosyjskim.

Aresztowana została w połowie września 1942 r. podczas łapanki Żydów na Dworcu Centralnym w Antwerpii i przywieziona później do KL Auschwitz. Dzięki ujmującej powierzchowności oraz znajomości kilku języków obcych została zatrudniona w obozie kobiecym jako tłumaczka i goniec. Funkcja ta wiązała się z przywilejem poruszania się po terenie obozowym.

Edward Galiński pracował w ślusarni na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu. Pod koniec 1943 r. zaczął się starać, co wkrótce doszło do skutku, o przeniesienie do komanda instalatorów w Brzezince. Miał bowiem nadzieję, że stąd uda mu się łatwiej zorganizować ucieczkę wraz z przebywającym w tym obozie jego przyjacielem z Jarosławia, Wiesławem Kielarem, więźniem oznaczonym numerem 290. Plany ucieczki zostały opracowane i w następnym roku zaczęły nabierać coraz bardziej realnych kształtów.

W połowie lutego 1944 r. Edward Galiński porozumiał się ze wspomnianym już esesmanem Edwardem Lubuschem, który nielegalnie przekazał mu mundur esesmański i pistolet z kilkoma nabojami. Datę ucieczki wyznaczono na czerwiec tegoż roku. Edward Galiński, przebrany w dostarczony mundur jako lepiej znający język niemiecki miał jako rzekomy esesman konwojować Wiesława Kielara do pracy.

Edward Galiński i Mala Zimetbaum poznali się na przełomie 1943 i 1944 r. „Kocham i jestem kochana” – wyznała Mala jednej ze współwięźniarek. Edek zwierzył się z kolei ze swych uczuć Wiesławowi Kielarowi, który po tym wyznaniu zrezygnował z udziału w planowanej ucieczce. Jego miejsce zajęła Mala. 24 czerwca 1944 r. ubrała się w przygotowany wcześniej kombinezon roboczy. Edek włożył otrzymany od Lubuscha esesmański mundur i przypiął do pasa kaburę, w której był pistolet z nabojami. W ten sposób przekroczyli linię obozowych posterunków, legitymując się skradzionym przez Malę i podrobionym blankietem przepustki dla SS.

Za namową Mali poszli w kierunku Słowacji. Tam zamierzali ukryć się u jej krewnych, lecz 6 lipca 1944 r. natknęli się w Beskidzie Żywieckim na niemiecki patrol. Rozpoznanych uciekinierów skierowano ponownie do KL Auschwitz. O ich ujęciu komendantura obozowa powiadomiła władze zwierzchnie telegramem z 27 lipca 1944 r.

Obozowe gestapo chciało wymusić zeznania, skąd Edek wziął mundur SS i pistolet, lecz ani on, ani Mala nie zdradzili nikogo. W grypsach, wysyłanych do Wiesława Kielara, prosili, żeby uspokoił Lubuscha i więźniów wtajemniczonych w ich ucieczkę, by niczego się nie obawiali.

W drugiej połowie sierpnia 1944 r. w obozie męskim w Brzezince dla Edka Galińskiego postawiono szubienicę, a nieopodal, w obozie kobiecym, drugą – dla Mali. Zginęli w tragicznych okolicznościach.

Wiesław Kielar tak zapamiętał to wydarzenie:

Edek śmiało wszedł na podium, po czym do razu stanął na taborecie ustawionym pod szubienicą. Pętla dotykała jego głowy. Rozległa się komenda: „Achtung” – i po chwili w zupełnej ciszy wysunął się jeden z esesmanów (…). Z kartki trzymanej w ręce zaczął czytać wyrok w języku niemieckim. W tym momencie Edek, stojąc na taborecie, poszukał głową otworu pętli i odbiwszy się odeń mocno nogami, zawisł. (…) Esesmani nie pozwolili jednak na taką demonstrację. Podnieśli krzyk, a lagerkapo w porę się zorientował. Złapał Edka w pół, postawił na taborecie, rozluźnił pętlę. Niemiec skończył czytanie wyroku w języku niemieckim i zaczął czytać w języku polskim. Czytał szybko i niewyraźnie. Spieszył się. Edek odczekał, aż skończy. W momencie zupełnej ciszy krzyknął nagle zdławionym głosem: „Niech żyje Polsk…”. Ale nie dokończył. Lagerkapo nagle poderwał taboret, pętla tym razem zacisnęła się mocno. (…) ”Czapki zdjąć!!!” – rozległa się niespodziewanie polska komenda (…). Cały obóz oddawał hołd zmarłemu.

Przebieg egzekucji Mali tak wspomina Sara Goldberg, której Mala w obozie uratowała życie:

22 sierpnia 1944 r. zwołano więźniarki obozu kobiecego w Brzezince na plac apelowy, gdzie miała się odbyć egzekucja Mali Zimetbaum. Mala trzymała się dzielnie do końca. Podczas odczytywania wyroku podcięła sobie żyły żyletką, którą wcześniej schowała we włosach i skrwawionymi rękami spoliczkowała esesmana. Zawołała do więźniarek: niedługo będziecie wolne, trzymajcie się. Umierającą wrzucono na wózek, który dwie więźniarki obwoziły po placu apelowym, abyśmy dobrze widziały co się stanie, gdy któraś z nas będzie chciała pójść w ślady Mali.

Przedstawione w komiksie wydarzenia w miarę możności wiernie oddają realia historyczne, szczegóły topograficzne obozu Auschwitz-Birkenau, przebieg wypadków, jak również sylwetki uczestników i bohaterów tych zdarzeń. Okoliczności towarzyszące historii „miłości w cieniu zagłady” znajdują potwierdzenia w licznych wspomnieniach i relacjach świadków.

Adam Cyra
Oświęcim, 2 czerwca 2009 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Obozowa tablica

Ostatnio prowadzone były bardzo intensywne działania, mające na celu uchronienie przed zalaniem terenów byłego niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego i zagłady Auschwitz II-Birkenau w Brzezince. Niewiele brakowało, aby wezbrane wody Wisły, płynącej w sąsiedztwie Miejsca Pamięci, pokonały zabezpieczenia.

Wały wiślane, stanowiące te zabezpieczenia, w czasach istnienia KL Auschwitz były położone na terenie gospodarczych interesów obozu (Interessgebiet), który stanowił jego zaplecze gospodarcze. Na tym terenie w morderczych warunkach pracowali więźniowie, a jego właściwe wykorzystanie leżało w gestii komendanta obozu. Odpowiadał on na tym obszarze nie tylko za prawidłową gospodarkę gruntami, lecz również zasobami wodnymi.

Obozowa tablica

Obozowa tablica

Władze obozowe miały świadomość zagrożenia tego terenu przez wezbrane wody Wisły. Zapewne zajmowano się także prawidłowym stanem oraz ochroną wałów wiślanych, o czym może świadczyć fakt, że polecono, aby umieszczać na nich tablice z zakazem „Reiten – Fahren Weiden auf den Dammen streng verboten. Der Lagerkommandant” (Jeżdżenie i wypas na wałach surowo wzbronione. Komendant obozu).

Jedna z takich tablic zachowała się i jest przechowywana w Zbiorach Muzeum Auschwitz-Birkenau. Została ona znaleziona w 1970 r. na terenie Harmęż. Miejscem jej znalezienia był strych domu, którego właścicielem przed wojną był Juliusz Psota. Ta drewniana tablica o rozmiarze 70 x 49 cm jest pomalowana na biało, natomiast napis stanowią litery, wykonane czarną farbą.

W czasie istnienia KL Auschwitz w Harmężach znajdował jego podobóz, zlokalizowany głównie w przedwojennym budynku szkolnym. Komando więźniarskie rybaków z tego podobozu, umieszczone było w domu wspomnianego Juliusza Psoty. Zajmowało się ono gospodarką stawów rybnych, rozciągających się od jednego z przysiółków w Brzeszczach, aż po Pławy. Był to obszar o powierzchni 380 hektarów.

Adam Cyra
Oświęcim, 25 maja 2010 r.

, , ,

Brak komentarzy

Edmund Wilkosz (1912-1944)

Edmund Wilkosz spoczywa na najwyższym stopniu Polskiego Cmentarza Wojennego na Monte Cassino wśród 1072 poległych tam polskich żołnierzy. Dzisiaj jedna z ulic w Oświęcimiu nosi imię Edmunda Wilkosza. Warto przypomnieć jego postać.

Urodził się 30 listopada 1912 r. w Oświęcimiu. Mieszkał w pobliskich Babicach. Naukę po ukończeniu szkoły powszechnej kontynuował w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym im. ks. Stanisława Konarskiego (dzisiaj Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego). Następnie rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, a po ich ukończeniu podjął pracę jako urzędnik administracji państwowej w Starostwie Powiatowym w Stryju (dzisiaj Ukraina), którą wykonywał do 18 września 1939 r.

Edmund Wilkosz

Edmund Wilkosz

Jego pasją było harcerstwo. W latach 1933-1938 pełnił nawet funkcję komendanta Hufca Męskiego w Oświęcimiu. Na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty. We wrześniu 1939 r. ze Stryja został ewakuowany do pobliskiej Rumunii, skąd przedostał się przez Węgry, Jugosławię, Grecję i Turcję do Palestyny, wstępując do tworzonej tam Brygady Strzelców Karpackich. W 1941 r. uczestniczył w walkach pod Tobrukiem i za udział w nich został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Na początku 1944 r. ppor. Edmund Wilkosz jako oficer 2. Korpusu Polskiego został przetransportowany do Włoch, gdzie później brał udział w walkach pod Monte Cassino i wtedy to, 14 maja, został ciężko ranny. W wyniku odniesionych ran zmarł w szpitalu polowym 18 maja 1944 r. W dniu jego śmierci patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich zatknął biało-czerwoną flagę na ruinach zdobytego klasztoru. Na Monte Cassino odegrany został Hejnał Mariacki, na znak zwycięstwa polskich żołnierzy.

Adam Cyra
20 maja 2010 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Rodzina Pileckich

Rok 2010 został ogłoszony przez Radę Miasta Oświęcim Rokiem Pamięci o rotmistrzu Witoldzie Pileckim, który był jedynym dobrowolnym więźniem KL Auschwitz. Przeżył tam 947 koszmarnych dni i nocy. Ale jego tragedia rozegrała się dopiero kilka lat wojnie w czasie terroru stalinowskiego w Polsce, kiedy podczas procesu w marcu 1948 r. skazano go na karę śmierci.

Rodzina Pileckich, tom I

Rodzina Pileckich, tom I

Rotmistrz Pilecki został zabity strzałem w tył głowy przez dowódcę plutonu egzekucyjnego, starszego sierżanta Piotra Śmietańskiego, w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r. Ciała rodzinie nie wydano i pochowano go w bezimiennej mogile pod płotem Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie.

Obecnie Mirosław Keller ze Szczecina, pochodzący z okolic Beresteczka na Wołyniu, zafascynowany i głęboko przejęty tragicznymi losami Pileckiego, postanowił oddać mu hołd i napisać o nim i jego rodzinie poemat w trzech tomach. W pierwszym, który co dopiero ukazał się drukiem, przedstawia losy dziadka rotmistrza Józefa w okresie carskiej niewoli i powstania styczniowego w 1863 r.

Józef Pilecki był uczestnikiem tego powstania i za udział w nim został zesłany na Syberię. Jego losy obszernie przedstawił w pierwszym tomie swojego poematu Mirosław Keller. Warto przytoczyć krótki fragment z jego poetyckiej opowieści:

Stanica, wieczór. Z nóg nam zdejmują kajdany.
Dom dla zesłańców wypełniony po brzegi.
Tam, za przełęczą – Irkuck. Ból zwiększają rany.
Myśli wirują. Zima, a jest się półnagim.

Irkuck. By dotrzeć – nam, więźniom rozprasza sny.
Ranna pobudka, zakuwają w okowy.
W myślach trwa lato i… jak przetrwać do wiosny?
Śniadanie, wymarsz z większą liczbą obstawy.

Dnie szybko biegną, a miłość idzie obok.
Flawio. Kochasz mnie? – Ty jesteś moim wybranym –
– Padła odpowiedź. (…)

Józef Pilecki zawarł małżeństwo z Flawią Żurawską, pochodzącą również z rodziny ziemiańskiej, osiadłej od lat na Ziemi Lidzkiej (dzisiaj Białoruś), gdzie dwór w Sukurczach, po powrocie z zesłania odzyskali Flawia i Józef Pileccy. Ten dwór i niewielki majątek ziemski w 1926 r. stał się własnością Witolda Pileckiego. Trzy kilometry od Lidy, w Sukurczach Pilecki mieszkał wraz z żoną Marią i dziećmi (córka Zofia i syn Andrzej) do 1939 r.

Losy tego bohaterskiego rotmistrza – uczestnika wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. i 1939 r., twórcy konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, uciekiniera z tego obozu i uczestnika powstania warszawskiego, oficera 2. Korpusu Polskiego we Włoszech i więźnia okresu stalinowskiego – Mirosław Keller zamierza przedstawić w drugim i trzecim tomie swojego poematu, których pisanie wkrótce rozpocznie.

Adam Cyra
Oświęcim, 11 maja 2010 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Kartoteka Mauthausen-Gusen

Na stronie internetowej Muzeum Auschwitz-Birkenau został ostatnio zamieszczony tekst, w którym podano, że:

Porozumienie o współpracy pomiędzy Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau i Miejscem Pamięci Mauthausen podpisali szefowie obu instytucji. Dotyczy ono wymiany cyfrowej dokumentacji zgromadzonej w archiwach obu Miejsc Pamięci i obejmuje ponad 300 tys. rekordów.

Wymiana tych danych jest szczególnie ważna dla historyków i pozwala pogłębić przede wszystkim wiedzę o martyrologii Polaków w KL Mauthausen. Warto podkreślić, że około 33 tys. więźniów KL Auschwitz zostało deportowanych do obozów Mauthausen-Gusen, natomiast około 3 tys. więźniów przetransportowano w odwrotnym kierunku — z Mauthausen do Auschwitz. Wśród więźniów wywiezionych z Auschwitz do Mauthausen są również mieszkańcy Oświęcimia i okolic, zarówno Polacy jak i Żydzi.

Haftlings-Personal-Karte

Haftlings-Personal-Karte

Zbliża się sześćdziesiąta piąta rocznica wyzwolenia KL Mauthausen przez wojska amerykańskie w dniu 5 maja 1945 r. Ten niemiecki nazistowski obóz, położony koło Linzu w górnej Austrii, posiadał kilkadziesiąt podobozów, w których łącznie z obozem macierzystym więziono podczas drugiej wojny światowej około dwieście tysięcy osób, w tym około pięćdziesiąt tysięcy Polaków, przebywających głównie w Gusen, największej filii Mauthausen. Pierwsza grupa więzionych tutaj Polaków (nauczyciele, prawnicy, lekarze, urzędnicy, księża) budowała ten obóz wyniszczenia w 1940 r. Nieliczni z nich przeżyli.

Do nich należał Stanisław Dyczkowski, który urodził się w Kętach w 1914 r. Pracował jako nauczyciel w Szkole Powszechnej w Dworach koło Oświęcimia. Zwolniony z pracy przez okupacyjne niemieckie władze szkolne. Aresztowany w 1940 r., więziony w Bielsku, później w obozach koncentracyjnych w Dachau i Mauthausen. Po wojnie pracował nadal w szkolnictwie w Oświęcimiu.

Kartoteka więźniów Mauthausen i inne akta z tego obozu (około 11 metrów bieżących), od pięćdziesięciu lat znajdują się w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. W bliżej nieznanych okolicznościach zaraz po wojnie przewieziono je do Łodzi i przechowywane były w mieszkaniu rodziny adwokata Henryka Kurnatowskiego, b. więźnia KL Mauthausen, który zmarł w Warszawie w drugiej połowie 1953 r.

Po jego śmierci, w wyniku korespondencji między Główną Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Ministerstwem Kultury i Sztuki w Warszawie oraz Państwowym Muzeum w Oświęcimiu, zostały one przewiezione z Łodzi do Oświęcimia w styczniu 1954 r.

Od tego czasu są starannie przechowywane w zbiorach archiwalnych Muzeum oświęcimskiego. Wspomnianą kartotekę i inne akta z Mauthausen utrzymuje się we wzorowym porządku. Materiały te są opracowane i stworzono w oparciu o nie tak potrzebną komputerową bazy danych, która jest ogromnie pomocna w badaniach historycznych, związanych z tragicznym losem więźniów KL Mauthausen a także KL Auschwitz, ponieważ wcześniej wielu z nich więziono w obozie oświęcimskim.

Dane na ich temat zawierają cztery poobozowe kartoteki:

  • kartoteka Arbeitseinsatzu czyli wydziału zatrudnienia jest niewątpliwie najciekawszą, liczy 29881 kart i dotyczy wyłącznie Polaków oraz polskich Żydów, którzy dożyli co najmniej ostatniego miesiąca wojny, karty tej kartoteki zawierają m.in. następujące dane: numer obozowy, nazwisko i imię więźnia, miejsce i datę urodzenia, stan cywilny, dzieci, miejsce zamieszkania, wyznanie, adres żony, datę aresztowania, podstawę uwięzienia, rysopis, zawód i kolejne etapy zatrudnienia w obozie,
  • kartoteka Schreibsztuby czyli kancelarii obozowej, licząca 62.553 kartek, obejmująca więźniów różnych narodowości i przedstawiająca stan obozu z ostatnich tygodni jego istnienia,
  • kartoteka Standesamtu czyli urzędu stanu cywilnego składa się z 5393 świadectw zgonu więźniów Mauthausen, którzy zmarli w latach 1939-1943,
  • kartoteka dotycząca 3000 kobiet różnych narodowości więzionych w Mauthausen, ułożona chronologicznie, licząca około 1500 kartek, zawierających następujące dane: narodowość, numer obozowy, nazwisko i imię, datę i miejsce urodzenia, zawód i datę transportu.

Ponadto Veränderungsmeldung czyli akta rejestrujące wszelkie zmiany w stanie liczbowym przebywających w obozie więźniów, liczące około 10 000 stron maszynopisu oraz sporządzona przez adwokata Henryka Kurnatowskiego kartoteka i wykaz zmarłych Polaków, jak również luźne spisy wykonane po wyzwoleniu np. protokoły przesłuchań b. więźniów lub spisy Żydów, którzy przeżyli pobyt w Mauthausen czy też zredagowany po polsku wykaz więźniów holenderskich zmarłych w tym obozie.

W sumie są to źródła archiwalne bardzo cenne dla historyków i często przez nich wykorzystywane. Przypuszczam jednak, że o ich istnieniu nie zawsze wiedzą, żyjący jeszcze więźniowie KL Mauthausen i jego podobozów, w tym pierwszego i największego z nich Gusen.

Opracowana przez Muzeum Auschwitz-Birkenau na ich podstawie dokumentacja cyfrowa obecnie wzbogaci wynikami swych prac Archiwum Miejsca Pamięci Obozu Mauthausen w Austrii.

Adam Cyra
Oświęcim, 16 marca 2010 r.

, , ,

Brak komentarzy

Pomnik Grunwaldzki w Krakowie

Plac Matejki w Krakowie położony jest między ulicą Basztową a Warszawską, w kierunku północnym od Rynku Głównego, na terenach dawnego Kleparza. Niegdyś teren ten był przedpolem Barbakanu, fortu broniącego głównego wjazdu do miasta. Dlatego że był to punkt strategiczny, przez długi okres czasu nie był on zabudowany.

W 1910 roku – w 500. rocznicę zwycięskiej bitwy pod Grunwaldem – na placu Matejki wzniesiono pomnik Grunwaldzki według projektu Antoniego Wiwulskiego. Inicjatorem budowy pomnika i jego fundatorem był Ignacy Paderewski. Pomnik, tak jak wiele innych zabytków, został zburzony w listopadzie 1939 r. przez hitlerowców i ostatecznie przez nich usunięty w kwietniu 1940 r. Niszcząc ten największy pomnik w Krakowie, plac Matejki ogołocono z pierwszego w Polsce monumentu postawionego ku chwale Grunwaldu.

Pomnik Grunwaldzki w Krakowie

Pomnik Grunwaldzki w Krakowie

Mój ojciec – Józef Cyra – mieszkający wówczas w Przybysławicach koło Ojcowa, był świadkiem burzenia tego pomnika, co stanowiło dla niego wstrząsające, bardzo bolesne przeżycie. Pod wpływem tego poruszającego wydarzenia napisał w lutym 1940 r. wiersz zatytułowany „Na zburzenie pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie”, a później obszerny poemat „Grunwald”, nad którym pracę ukończył w czerwcu 1941 r.

„Na zburzenie pomnika Grunwaldzkiego w Krakowie”

Grunwaldu świeci przez wieki blask,
Złamanej pychy pogrom widnieje,
Nie zbladł nigdy ani zgasł,
A świadczą o tym wiekowe dzieje.

Niezmienny do dziś krzyżacki gad
Znowu się rzucił na polską ziemię,
A świadkiem zbrodni jest cały świat,
Że pragnie zniszczyć słowiańskie plemię.

Grunwaldu kole go w oczy ten
Na wieki pomny, wielki, zwycięski
Praojców naszych sprawiedliwy czyn
dla przyszłej krzyżactwa klęski

I nie mógł Niemiec patrzeć na znak
Sprawiedliwości, a naszej chwały,
Bo w oczy raził go Grunwaldu fakt,
Na niego rzucił wzrok swój zuchwały.

I zburzył pomnik zwycięstwa lwów,
By mu nie mówił o prawdach wiekowych,
Że nowa klęska zbliża się znów
Największy z wielkich czynów epokowych.

O, brutalności, ty źródło łez,
Tyś krótkowzroczna w swym zaślepieniu,
Nie widzisz jeszcze, że idzie kres
Krwiożerczej pysze – twemu istnieniu.

Jaśnieje Grunwald, polskości wróg,
Aż pianą pryska na znak zwycięski,
Nie wierzy, że losem dobry Bóg
Kieruje i daje dla pysznych klęski.

Nie zgaśnie nigdy, bo płonie wciąż
Jak słońce na dziejów firmamencie,
I nigdy go nie zadusi wąż
Pełzający w pychy i fałszu zamęcie.

Zapłonie jaśniej zwycięski znicz
Na polach Grunwaldu zapalony,
A ukorzona germańska dzicz
Powstrzyma krwawe swoje zagony.

28.II.1940 r.

 

Pomnik Grunwaldzki odbudowano, dokładnie go rekonstruując, według stanu sprzed zniszczenia i uroczyście odsłonięto 16 października 1976 r., w trzydziestą siódmą rocznicę jego zburzenia przez hitlerowców. Przed pomnikiem Grunwaldzkim znajduje się Grób Nieznanego Żołnierza – symboliczna marmurowa płyta, upamiętniająca poległych na polach bitew.

Adam Cyra
Oświęcim, 28 lutego 2010 r.

, , ,

Brak komentarzy

Pozostał po Nim ślad…

Bernard Świerczyna przed egzekucją więziony był w podziemiach Bloku Śmierci w celi nr 28. Na trzy dni przed śmiercią, na jej drzwiach napisał ołówkiem: „Chciałem tylko być człowiekiem, nie bezduszną składnią cyfr. Byt swój z przyszłym związać wiekiem, dziejów przyszłych poznać szyfr. Zdradą przemoc mnie pojmała i zamknęła pośród krat, lecz honoru nie złamała, nawet go nie złamie kat”. Niżej napis w języku łacińskim, dosłownie przytoczony: „Quia pulchris est pro Patria mori”, data: 27 grudzień 1944 r. i podpis: Bernd. Świercz.

Bernard Świerczyna

Bernard Świerczyna

Dzieciństwo i młodość

Bernard Świerczyna urodził się 23 lutego 1914 r. w Chropaczowie koło Świętochłowic. Pochodził z rodziny o powstańczych tradycjach. Jego ojciec – Piotr Świerczyna – był uczestnikiem trzech powstań śląskich. W 1923 r. rodzina Świerczynów opuściła Chropaczów i przeniosła się do Mysłowic.

Bernard ukończył Państwowe Gimnazjum Męskie im. Tadeusza Kościuszki w Mysłowicach, uzyskując w 1935 r. świadectwo dojrzałości z wynikiem dobrym. Następnie został powołany na kurs podchorążych rezerwy 26. Dywizji Piechoty w Skierniewicach, który ukończył w czasie od 20 września 1935 r. do 30 maja 1936 r. Po przeniesieniu do rezerwy podjął pracę w Urzędzie Wojewódzkim Śląskim w Katowicach, studiując równocześnie zaocznie prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Wojna 1939 r., działalność w konspiracji i aresztowanie

Bernard Świerczyna jako podporucznik rezerwy został zmobilizowany 28 sierpnia w 1939 r. i brał udział w kampanii wrześniowej. Po jej zakończeniu powrócił do Mysłowic, gdzie mieszkała jego żona Adelajda, z którą zawarł związek małżeński tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ponownie podjął pracę w Urzędzie Wojewódzkim w Katowicach, lecz wkrótce aresztowano go i osadzono w obozie dla jeńców wojennych w Łambinowicach, skąd został zwolniony jako Ślązak 23 grudnia 1939 r. Obawiając się powtórnego aresztowania, wyjechał do Krakowa.

Jego znajomy z Mysłowic – Józef Szewczyk – tak relacjonował przebieg dalszych zdarzeń:

Bernard Świerczyna zamieszkał w Krakowie. Sądził, że tak będzie lepiej ze względu na własne bezpieczeństwo i panujący na Śląsku terror. Ale w Mysłowicach mieszkała nadal jego żona, która spodziewała się rozwiązania. Bernard chciał być przy niej w tym okresie, dlatego też musiał uzyskać od władz hitlerowskich oficjalne zezwolenie upoważniające do przekroczenia granicy Generalnej Guberni. W tym celu udał się w Krakowie do biura paszportowego, mieszczącego się w gmachu gestapo przy ul. Pomorskiej, w którym pracowała Maria Pozimska, dobra znajoma Bernarda. Oboje wychowywali się od dziecka w tym samym domu w Mysłowicach, nic więc dziwnego, że Bernard miał nadzieję na uzyskanie pomocy. Doznał zawodu i rozczarowania, a przebieg rozmowy w sposób niedwuznaczny udowodnił, kim była w rzeczywistości Maria Pozimska, która nie tylko odmówiła pomocy, ale i groziła, że on nigdy nie powróci do Mysłowic (…). Bernard wychodząc powiedział do Marii: Słuchaj Mitzi – tak zdrobniale zwracano się do Pozimskiej – wojna jeszcze się nie skończyła. I wyszedł. Po paru minutach podjechał samochód, z którego wyskoczyli gestapowcy i aresztowali Bernarda (…). Po tym wydarzeniu jego żona osobiście rozmawiała z Marią Pozimską w Krakowie, która najspokojniej w świecie powiedziała jej: Urodzisz syna, zastąpi ci Bernarda, ale Bernard już nigdy więcej do Mysłowic nie wróci.

Uwięzienie w KL Auschwitz i obozowa konspiracja

12 września 1940 r. urodził się syn Bernarda Świerczyny – Felicjan. On sam przebywał już w tym czasie w KL Auschwitz, gdzie osadzono go 18 lipca 1940 r. W obozie otrzymał numer 1393.

W lutym 1941 r. został utworzony w obozie oświęcimskim przez ppłk. Kazimierza Rawicza Związek Walki Zbrojnej (ZWZ). Jednym z członków kierownictwa nowo powstałej organizacji był Bernard Świerczyna. Rozpoczął on wkrótce aktywną działalność w konspiracji obozowej, która działała w szczególnie niebezpiecznych warunkach, znacznie trudniejszych niż na wolności.

W 1943 r. hitlerowcy przeprowadzili w obozie oświęcimskim szereg akcji skierowanych przeciwko konspiracji więźniów, w wyniku których zostało rozbite kierownictwo wojskowe ZWZ/AK. W zbiorowych egzekucjach zginęło kilkudziesięciu działaczy wojskowych i politycznych.

Krwawe represje stosowane przez władze SS nie osiągnęły jednak zamierzonego celu. Armia Krajowa nadal działało w obozie, a jej czołowym przywódcą stał się obecnie Bernard Świerczyna.

W 1944 r. myślano o wznieceniu w obozie ogólnego powstania, które miało doprowadzić do uwolnienia więźniów. Powołano w tym celu wspólną Radę Wojskową Oświęcim, składającą się przeważnie z oficerów różnych narodowości więzionych w KL Auschwitz. W jej skład wszedł Bernard Świerczyna i za jego pośrednictwem nawiązano kontakt z dowództwem Okręgu Śląskiego AK, informując w grypsach wysyłanych z obozu o nastrojach panujących wśród więźniów i załogi SS. W ten sposób, tworząc Radę Wojskową Oświęcim i nawiązując rozległy kontakt z przyobozowym ruchem oporu, chciano przeciwdziałać groźbie zagłady. Obawiano się bowiem, że esesmani z KL Auschwitz, pod wpływem wieści o wyzwoleniu obozu na Majdanku w lipcu 1944 r. będą chcieli zatrzeć ślady zbrodni i wymordują przed opuszczeniem obozu oświęcimskiego wszystkich więźniów oraz spowodują zniszczenie obiektów świadczących o jego istnieniu.

Działalność Rady Wojskowej Oświęcim niewątpliwie przyczyniła się do zaniechania przez załogę SS realizacji planów zagłady obozu. W tej działalności obozowego ruchu oporu wybitną rolę odegrał Bernard Świerczyna, o czym między innymi świadczą pisane jego ręką grypsy, przechowywane dzisiaj w Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Nieudana ucieczka w dniu 27 października 1944 r.

Dla Bernarda Świerczyny działalność ta zakończyła się tragicznie. W dniu 27 października 1944 r. zdecydował się on na udział w brawurowej i bardzo niebezpiecznej ucieczce. Uczestniczyło w niej pięciu członków organizacji ruchu oporu, a jej powodzenie i rozgłos miały świadczyć o sile obozowej konspiracji oraz wpłynąć ujemnie na nastroje wśród esesmańskiej załogi.

W plan ucieczki był wtajemniczony, obok zaufanego esesmana Franka – za dużą opłatą w złocie i dolarach – kierowca SS – Rottenführer Johann Roth. Bernard Świerczyna jako zatrudniony w „Bekleidungskammer”, gdzie sortowano odzież i bieliznę, często wyjeżdżał do pralni w Bielsku. Sądził, że po ukryciu się w wyjeżdżającym z obozu z brudną odzieżą samochodzie, łatwo będzie można odzyskać wolność.

O terminie ucieczki powiadomieni byli członkowie oddziału partyzanckiego AK „Sosienki”, którzy w podoświęcimskiej miejscowości Łęki-Zasole mieli przejąć uciekinierów.

Niestety przekupiony kierowca – wspomniany Johann Roth – okazał się zdrajcą. Prowadzony przez niego samochód z ukrytymi w jego wnętrzu uciekinierami zatrzymał się przed blokiem nr 11, zwanym Blokiem Śmierci. Aresztowani zażyli truciznę, w wyniku czego zmarli Polacy: Zbigniew Raynoch (nr 60746) i Czesław Duzel (3702). Natomiast Bernard Świerczyna wraz z Piotrem Piątym (nr 130380) i Austriakiem o nazwisku Ernst Burger (23850) zostali osadzeni w podziemiach tego bloku, gdzie wkrótce znaleźli się również dwaj inni Austriacy, więzieni w KL Auschwitz: Rudolf Friemel (25173) i Ludwig Vesely (38169). Zdrajca Roth oświadczył bowiem, że byli oni współorganizatorami ucieczki.

Natychmiast po jego zeznaniach esesmani przeprowadzili obławę w Łękach-Zasolu, w czasie której został zastrzelony Konstanty Jagiełło (4007), jeden z wcześniejszych uciekinierów z obozu, oczekujący jako partyzant w tym dniu na przejęcie zbiegów.

Aresztowano wówczas także Kazimierz Ptasińskiego, działacza przyobozowego ruchu oporu, któremu wkrótce udało się zbiec z miejskiego aresztu gestapo w Oświęcimiu. Kazimierz Ptasiński, ma obecnie 89 lat, mieszka w Libiążu.

Esesman Roth został w szczególny sposób wyróżniony za zdradę. Nagrodą była fotografia szefa WVHA (Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego), Oswalda Pohla, z jego własnoręczną dedykacją. Stanowiło to dowód, jak wielką wagę przywiązywało kierownictwo obozów koncentracyjnych do uniemożliwienia tej ucieczki.

Egzekucja w dniu 30 grudnia 1944 r.

Osadzonych w podziemiach Bloku Śmierci pięciu członków obozowej konspiracji, którzy w ciągu kilkutygodniowego śledztwa nikogo nie zdradzili i swoimi zeznaniami nie przyczynili się do dalszych aresztowań, powieszono po apelu wieczornym 30 grudnia 1944 r. na placu przed kuchnią obozową. Przed śmiercią wznosili oni okrzyki w języku niemieckim i polskim: „Precz z Hitlerem!”, „Dziś my, jutro wy!”, „Niech żyje Polska!”.

Straconych wówczas Bernard Świerczyna był jednym z twórców wojskowej organizacji konspiracyjnej wśród więźniów KL Auschwitz, najaktywniejszym jej działaczem oraz głównym łącznikiem między Radą Wojskową Oświęcim, a dowództwem Okręgu Śląskiego AK.

Pomieszczenie w bloku nr 27

Na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu w bloku nr 27 zachowany jest w stanie nienaruszonym wystrój małego pomieszczenia, w którym kiedyś Bernard Świerczyna przebywał jako więzień nr 1393, pełniąc funkcję pisarza drużyny roboczej „Bekleidungskammer”. Po wojnie umieszczono w nim tablicę pamiątkową wraz z jego zdjęciem.

Zginął w ostatniej egzekucji przeprowadzonej w obozie macierzystym w Oświęcimiu, gdy wolność była już tak blisko. W niecały miesiąc później, 27 stycznia 1945 r., oddziały Armii Czerwonej wyzwoliły KL Auschwitz.

Działając w konspiracji obozowej Bernard Świerczyna posługiwał się pseudonimami „Benek” i „Maks”. Po wojnie został odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari, Śląskim Krzyżem Powstańczym i Krzyżem Oświęcimskim. Jego imię noszą dzisiaj ulice w Świętochłowicach i Mysłowicach oraz jedna ze szkół podstawowych w tym ostatnim mieście.

Bajka z KL Auschwitz

Pozostał po Nim, obok wspomnianego na początku tekstu napisu na drzwiach celi nr 28, jeszcze jedna niezwykła pamiątka w postaci ilustrowanej bajki, którą Bernard Świerczyna potajemnie wysłał z KL Auschwitz do Mysłowic swojemu kilkuletniemu synowi Felicjanowi.

Takich bajek więźniowie z obozu dla swoich dzieci wysłali kilka. Autorem lub tłumaczem większości tekstów tych bajek jest nieżyjący już Stanisław Bęć. Rysowaniem i kolorowaniem obrazków we wszystkich tych bajkach zajmowali się już inni więźniowie m.in. Jerzy Adam Brandhuber, który wiele lat po wojnie pracował jako kustosz w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Bernard Świerczyna wysłał swojemu synkowi „Bajkę o zajączku, lisie i kogutku”, której tłumaczenia z języka czeskiego dokonał wspomniany Stanisław Bęć przy pomocy więźniów czeskich. Treść bajki dotyczy kłopotów zajączka ze złym lisem, który podstępnie zajął jego dom. Wszyscy się go bali – psy, niedźwiedź i byk – i dopiero spryt koguta sprawił, że lis, by się ratować, musiał uciekać. Opisane w bajce perypetie zająca i konsekwencje złego zachowania lisa krótko i dosadnie określa jedno zdanie: „Tak to łotrom zwykle bywa, gdy cudzego się zachciewa”. Więźniowie odczytywali je jako zapowiedź wolności i zasłużonej kary dla ich katów.

Bernard Świerczyna, który już przed wojną dużo pisał i publikował na łamach czasopism wydawanych na Śląsku oraz był autorem słuchowisk radiowych, dodatkowo powyższą bajkę opatrzył dedykacją dla syna Felicjana, która warto przytoczyć w całości:

Tak zakończył dziadzio bajkę,
Nabijając zgasłą fajkę.
Ja zaś synu mój kochany –
Ojciec Twój, Tobie nieznany
Ku nauce i przestrodze
Dalej myśli puszczam wodze
Już minęły letnie skwary
I deszcz chłodny mży od czasu,
Az tu nagle niby czary
Chytry lis wypada z lasu.
W pierwszej chwili zdębiał zając,
Widząc śmiertelnego wroga,
Długo się nie namyślając
Uciekł, kędy w pola droga
Wiedzie. Lis zaś zły i głodny
Skoczył i zdusił koguta
Potem, jako władca godny
Bo mu pierś rozsadza buta
Objął domek w posiadanie.
Wiele wód wchłonęło morze,
Jak do dziś od tamtej pory.
Zając mieszka w polu, w borze
Wyrzucony z domku z kory.
Z tej bajki dla cię nauka,
Że kto tchórzem jest podszyty
I pomocy drugich szuka,
Zawsze będzie szatą kryty
Nędzy i żył bez imienia,
Lub z imieniem – zapomnienia –
Tobie – Felicjanie –
W dniu urodzin Twej Matki
Poświęca Ojciec

Wspomnianą bajkę wraz z przytoczona powyżej dedykacją udało mi się pozyskać dla Muzeum w grudniu 1996 r. od Felicjana Świerczyny, który obecnie mieszka w Mysłowicach.

W następnym roku „Bajka o zajączku, lisie i kogutku” została zaprezentowana w dużej sali kinowej Muzeum, w formie przedstawienia teatralnego, przygotowanego przez uczniów Szkoły Podstawowej w Rajsku, przebranych w stroje zwierząt występujących w tej bajce. To przedstawienie odbyło się podczas okolicznościowej uroczystości, zorganizowanej przy współpracy Muzeum przez Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem. Na sali jako widz był obecny Felicjan Świerczyna, któremu po raz pierwszy tą bajkę czytała matka Adelajda, po potajemnym otrzymaniu jej z obozu od ojca Bernarda, kiedy miał niespełna cztery lata.

Reprint tej bajki wraz z sześcioma innymi obozowymi bajkami wydało obecnie Muzeum Auschwitz-Birkenau pod tytułem „Bajki z Auschwitz”. Więcej na temat ich powstania można przeczytać w opracowaniu Jadwigi Kulaszy, zatytułowanym „O pisaniu i „wydawaniu” bajek w KL Auschwitz”, opublikowanym w „Zeszytach Oświęcimskich” nr 23 z 2002 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 15 lutego 2010 r.

, , ,

Brak komentarzy

Antoni Tomera wspominał…

Antoni Tomera, ur. 4 stycznia 1917 r. w Libiążu i tam zamieszkały, dzisiaj liczący 93 lata, były więzień Gross-Rosen, Buchenwaldu, Dora-Nordhausen i Leitmeritz na spotkaniu z młodzieżą w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Libiążu w dniu 3 lutego 2010 r., z udziałem Adama Cyry z Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Stefanii Kozioł z Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, wspominał m.in. swój udział w wojnie we wrześniu 1939 r., a potem w konspiracji AK oraz niesieniu pomocy więźniom i uciekinierom z KL Auschwitz. Opowiadał także o swoim aresztowaniu w Libiążu w 1944 r. i pobycie w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych.

Antoni Tomera

Antoni Tomera


Dzieciństwo i młodość

Szkołę powszechną ukończyłem w Libiążu w 1931 r. Ze względu na trudne warunki materialne nie miałem możliwości kontynuowania nauki. Dorywczo pracowałem w majątku księcia Sapiehy w Bobrku. Jako małoletni napisałem prośbę, aby mnie przyjęto do wojska. Prośbę zawiozłem do Wojskowej Komendy Uzupełnień w Wadowicach i w 1936 r. zostałem powołany do czynnej służby w Przemyślu, gdzie ukończyłem szkołę podoficerską. Skierowano mnie do kompanii honorowej w Warszawie, lecz wkrótce zostałem przeniesiony z powrotem do Przemyśla, gdzie dowodziłem obsługą ciężkiego karabinu maszynowego. W 1937 r. w stopniu plutonowego ukończyłem zasadniczą służbę wojskową. Myślałem o służbie zawodowej, lecz zrezygnowałem z tego pomysłu. Po powrocie do domu, chcąc załatwić formalności meldunkowe, zgłosiłem się do gminy w Libiążu, gdzie spotkałem wójta gminy Andrzeja Harata, który zaprosił mnie do biura, proponując pracę dozorcy przy budowie drogi. Wyraziłem zgodę i wykonywałem powyższą pracę w obrębie gminy Libiąż do 1938 r. Później zostałem przeniesiony służbowo do Powiatowego Zarządu Dróg, gdzie pracowałem na terenie Szczakowa-Ciężkowice. Chciałem zaznaczyć, że z Andrzejem Haratem znałem się wcześniej, ponieważ pracowałem przy budowie jego domu w 1935 r.

Wybuch drugiej wojny światowej

W drugiej połowie sierpnia 1939 r. zostałem powiadomiony o mobilizacji. Zgodnie z otrzymanym wezwaniem przyjechałem wieczorem tegoż dnia do koszar 73. pułku piechoty w Oświęcimiu, gdzie stacjonował jego 3 batalion. Po umundurowaniu i uzbrojeniu nas, rano nastąpił wyjazd w rejon Rybnika. Nastroje były różne. Nie wszyscy wierzyli w wybuch wojny. Przydzielono mnie do obrony przeciwlotniczej. Obsługiwałem jako dowódca ciężki karabin maszynowy. Rano 1 września 1939 r., kiedy się już rozpoczęła wojna, zobaczyliśmy lecące samoloty. Jeden z naszych dowódców powiedział, że są to polskie samoloty bombowe „Łosie”, które bombardowały Berlin i teraz wracają na swoje lotnisko do Krakowa. Faktycznie były to samoloty niemieckie. Rozpoczęły się walki ciężkie, podczas których wkrótce zostaliśmy zmuszeni do odwrotu. Wycofywaliśmy się w kierunku Pszczyny i Oświęcimia, a potem na Kraków i Tarnów. Za Tarnowem schwytano rzekomego szpiega, którego później konwojowałem wraz z kolegą do dowództwa, gdzie jeden z oficerów w stopniu majora dał mi rozkaz wyprowadzenia go i rozstrzelania. Nie zdecydowałem się na wykonanie rozkazu. Rzekomy szpieg pokazał mi dokument, z którego wynikało, że był zatrudniony w Fabryce Kafli w Strumieniu koło Bielska. Znał także mojego kolegę Jana Cholewę z Libiąża, który również pracował w tej fabryce. Nie będąc przekonany, że rzeczywiście mam przed sobą szpiega, rozkazu nie wykonałem i wypuściłem go na wolność. Zaczęliśmy się wycofywać w kierunku na Chełm Lubelski, a następnie Krasnystaw, Biłgoraj i Kowel, w okolicach którego próbowaliśmy się bronić, lecz wkrótce dostaliśmy się do niewoli sowieckiej. Wcześniej z samolotów sowieckich obrzucono nas ulotkami, w których zachęcano nas, abyśmy nie słuchali rozkazów naszych oficerów, bowiem zostaliśmy przez nich zdradzeni. Zostaliśmy zmuszeni do złożenia broni.

Niewola sowiecka

Nie, był to tylko epizod w moim wojennym życiorysie. Pamiętam, że jeńców polskich sowieci częściowo wywieźli pociągami, częściowo samochodami. Mnie przewieziono do Kijowa, gdzie znajdowało się kilka tysięcy jeńców polskich. Spotkałem tam dwóch znajomych policjantów z Libiąża: Maksymowicza i Piotrowskiego, po których ślad później zaginął. Jeden z nich bardzo obawiał się Niemców. Mnie natomiast żołnierz pochodzący z Wilna, dobrze mówiący po rosyjsku, przekonywał, że jest odwrotnie, przede wszystkim należy się obawiać sowietów. Zaczął namawiać mnie do ucieczki, która była jeszcze możliwa, ponieważ bardzo słabo nas pilnowano. Zdecydowałem się na nią wraz z nim i jeszcze z jednym kolegą z Wilna. Podczas postoju koło Kijowa ukryliśmy się w pociągu. Przypadkowo przechodzący kolejarz sowiecki poinformował nas, że pojedzie on w kierunku Polski. Pociąg ten załadowany był drewnem. Później wyskoczyliśmy z niego w czasie jazdy. Żywiliśmy się jabłkami i marchwią. Byliśmy ubrani w mundury polskie i z tego powodu szliśmy tylko nocą i wczesnym rankiem, obawiając się Ukraińców, a jedynym kierunkowskazem dla nas w tej wędrówce na zachód było słońce i gwiazdy.

Powrót z niewoli do Libiąża

Przedzieraliśmy się lasami na zachód. Po drodze spotkaliśmy kobiety pracujące przy wykopkach ziemniaków. Mówiły po polsku i na nasze zapytanie poinformowały nas, że przekroczyliśmy dotychczasową granicę polsko-sowiecką. Otrzymaliśmy od nich żywność. W kierunku zachodnim szły oddziały wojska sowieckiego. Dołączyliśmy do maszerującej kompanii i szliśmy pieszo za żołnierzami sowieckimi, którzy zupełnie nie reagowali na nasz widok. Dotarliśmy w okolice Złoczowa i Białego Kamienia. Znałem te okolice, ponieważ na tym terenie mieliśmy przed wojną ćwiczenia wojskowe. Ze wspomnianym oddziałem sowieckim dotarliśmy do Lwowa, gdzie dwaj koledzy z Wilna pożegnali mnie i udali się do swojego rodzinnego miasta. Przed pożegnaniem obiecaliśmy sobie, że będziemy ze sobą korespondować, ale nigdy już nie udało mi się nawiązać z nimi kontaktu. We Lwowie zauważyłem ludzi stojących w kolejce przed piekarnią. Zająłem również miejsce w tej kolejce. Przede mną stała studentka z Poznania, która nie miała za co kupić chleba. Ponieważ miałem pieniądze, kupiłem chleb dla siebie, jak również dałem jej pieniądze, żeby kupiła bochenek chleba dla siebie. Nawiązaliśmy kontakt i wspólnie udaliśmy się ze Lwowa w kierunku nowo utworzonej granicy niemiecko-sowieckiej. Należało przejść graniczny most na Sanie w okolicach Jarosławia. Miejscowi mieszkańcy ostrzegli mnie, że nie mogę przejść mostu, ponieważ posterunek niemiecki zatrzymuje na nim żołnierzy polskich, którzy później wywożeni są do obozów jenieckich. Umówiłem się z towarzyszącą mi studentką, że ona przejdzie most, natomiast ja potajemnie przepłynę San i spotkamy się na skrzyżowaniu dróg po drugiej stronie rzeki. Było to już w październiku 1939 r. Woda w Sanie była zimna, ale szczęśliwie przepłynąłem rzekę. W podobny sposób zamierzało się także przeprawić kilku innych żołnierzy polskich. Kiedy wychodziłem z nadbrzeżnych krzaków zostałem zatrzymany przez trzyosobowy patrol niemiecki, leżący przy ciężkim karabinie maszynowym, skierowanym w moim kierunku. Nie było już możliwości spotkania się ze wspomnianą studentką w umówionym miejscu. Na moje szczęście napotkani Niemcy zachowali się wyjątkowo przyzwoicie. Podzielili się ze mną jedzeniem i poczęstowali mnie herbatą, a jeden z nich mówiący trochę po polsku, wskazał mi kierunek, gdzie znajduje się szkoła, a następnie pokazał mi ją przez lornetkę. Miałem dojść do tej szkoły. Tam miano mi wydać przepustkę, umożliwiającą powrót do domu. Zauważyłem, że obok szkoły było już wielu żołnierzy polskich. Nie zamierzałem się jednak do nikogo zgłaszać i udałem się, mijając szkołę, prosto na dworzec kolejowy w Jarosławiu. Wejścia na dworzec pilnowało dwóch żołnierzy niemieckich, którzy zażądali ode mnie przepustki. Takie przepustki posiadali tylko żołnierze polscy pochodzący ze Śląska, których zwalniano do domów. Udałem, że nie mogę znaleźć przepustki, która mi się gdzieś „zawieruszyła”. Obok stał kolejarz polski, który w pewnym momencie popchnął mnie do przodu. Żołnierze niemieccy zajęci kontrolowaniem innych nie zwracali już na mnie uwagi i w ten sposób wszedłem na teren dworca w Jarosławiu. W pociągu pełno było Ślązaków, którzy już nie mieli orłów polskich na czapkach i wielu z nich śpiewało niemieckie piosenki. Ze swojej czapki nie zerwałem orła, lecz schowałem ją do kieszeni. Wsiadłem do tego pociągu, który wprawdzie wkrótce odjechał z Jarosławia, lecz po przejechaniu kilku kilometrów nie mógł dalej jechać z powodu uszkodzenia torów. Opuściłem wagon, a przypadkowo napotkany mężczyzna poinformował mnie, że żołnierze niemieccy jadący samochodami w kierunku Krakowa będą zabierać pasażerów tego pociągu. Rzeczywiście drogą jechały niemieckie samochody ciężarowe. Wsiadłem do jednego z nich i dojechałem do Krakowa. W tym czasie po mieście zaczęły już jeździć tramwaje. Nie zauważony przez posterunek niemiecki, wskoczyłem do nadjeżdżającego tramwaju. Przejechałem kilkanaście przystanków i wysiadłem, lecz wkrótce zatrzymał mnie kolejno napotkany patrol niemiecki. Wykorzystując nieuwagę żołnierzy niemieckich uciekłem. Przypadkowo na ulicy spotkałem kilka kobiet, które pochodziły z Trzebini. Powiadomiły mnie one, że za chwilę podjedzie samochodem Niemiec, z którym umówiły się, że zawiezie je do Trzebini. Samochodem tym podjechałem tylko do Zabierzowa, ponieważ niemiecki kierowca obawiał się kontroli i nie zgodził się, abym dalej z nim jechał, ciągle ubrany w mundur żołnierza polskiego. W tym czasie z dworca w Zabierzowie odjeżdżał pociąg z żołnierzami polskimi do obozu jenieckiego w Niemczech, o czym nie wiedziałem. Wsiadłem do jednego z wagonów i dojechałem do Trzebini, gdzie wyskoczyłem z tego pociągu, chcąc uniknąć niewoli. Przypadkowo spotkałem żołnierza, który również uciekł z tego pociągu. Pochodził on z Czechowic i razem pieszo udaliśmy się do Chrzanowa, gdzie w jednym z domów poprosiliśmy o nocleg. W następnym dniu ciągle idąc pieszo dotarłem wreszcie do Libiąża.

Początek działalności konspiracyjnej w Libiążu

Na początku stycznia 1940 r. złożyłem przysięgę konspiracyjną, wstępując do Związku Walki Zbrojnej, do czego nakłonił mnie wspominany już Andrzej Harat. Równocześnie podjąłem pracę zawodową, pracując przy budowie dróg, m.in. w Szczakowej i Ciężkowicach. W konspiracji moim zadaniem było zdobywanie broni dla naszej organizacji oraz lekarstw dla więźniów obozu oświęcimskiego. Recepty na lekarstwa wypisywali dwaj lekarze: Gołąb (imienia nie pamiętam) i Mieczysław Ziemiański. Leki dostarczaliśmy Władysławowi Saternusowi, który pracował na terenie KL Auschwitz jako robotnik cywilny. Później został on stracony. Był to bardzo porządny człowiek. Lekarstwa dostarczaliśmy także do Bud, gdzie była specjalnie przygotowana na nie skrytka.

W konspiracji pełniłem funkcję dowódcy drużyny ZWZ/AK placówki Libiąż. Posługiwałem się pseudonimem „Zegar”. Moim przełożonym był Andrzej Harat, który w październiku 1942 r. powiadomił mnie, że przygotowuje ucieczkę czterech więźniów obozu oświęcimskiego.

Pomoc czterem uciekinierom z KL Auschwitz

Będę uczestniczył w odbiorze tych uciekinierów. Pod koniec listopada 1942 r. Harat powiadomił mnie, abym w dniu następnym przyjechał rano do niego na rowerze. Wraz ze Stanisławem Poznajskim mieliśmy przewieźć ubrania cywilne do Broszkowic, w które po ucieczce mieli się przebrać wspomniani czterej więźniowie. Ubrania ukryliśmy w dobrze zachowanych piwnicach zburzonego podczas okupacji budynku pożydowskiego, w którym kiedyś jego właściciele prowadzili restaurację. Ponownie spotkałem się z Haratem w połowie grudnia tegoż roku. Odnośnie planowanej ucieczki więźniów powiedział mi, że należy jeszcze poczekać, a ubrania trzeba przenieść w inne miejsce, ponieważ mogą zapleśnieć. Na drugi dzień pojechałem z Poznajskim do Broszkowic. Około osiemdziesiąt metrów od głównej drogi w wysiedlonej przez hitlerowców wiosce była stodoła, a w niej pełno siana, gdzie schowaliśmy ubrania, przenosząc je z poprzedniego miejsca ukrycia. Nadszedł dzień 28 grudnia 1942 r. Wieczorem w tym dniu przyszedł do mnie Harat i powiedział, że nazajutrz mam się zgłosić do niego z bronią, lecz bez żadnych dokumentów, ponieważ mamy odebrać uciekinierów i zabezpieczyć im schronienie. Na drugi dzień o umówionej godzinie zgłosiłem się w mieszkaniu Harata, gdzie również przybyli wezwani przez niego: Stanisław Norys (oficer KOP-u, służył na Wołyniu, zginął później w jednym z obozów koncentracyjnych na terenie Niemieć), Stanisław Poznajski (pracował jako dozorca drogowy), Tomasz Szopa (był urzędnikiem gminnym) oraz bracia Jan i Tadeusz Wójcikowie (pracowali wówczas jako ślusarze w „Fabloku” w Chrzanowie). Andrzej Harat zapoznał nas z planem akcji. Zgodnie z jego poleceniem miałem iść jako pierwszy wraz z Norysem i Poznajskim, natomiast Szopa i Wójcikowie, idąc lasem mieli stanowić obstawę. Przed dojściem do Wisły był krótki odpoczynek. Harat jeszcze raz zapytał każdego z nas po kolei, czy zostawiliśmy dokumenty w domu, po czym zapoznał mnie z hasłem. Bez przeszkód doszliśmy do Bobrku, zatrzymując się obok mostu na Wiśle. Ubezpieczający zatrzymali się przed mostem, przez który przeszli Norys i Poznajski. Obydwaj skryli się za mostem w zagajniku w celu ubezpieczenia drugiej strony mostu. Harat wraz ze mną po przejściu mostu udał się prosto do Broszkowic. Doszliśmy drogą do zagrody, gdzie była stodoła, a w niej ubrania ukryte dla więźniów. Harat polecił mi iść jeszcze kawałek drogą w stronę obozu, a sam poszedł do zagrody sprawdzić, czy przypadkiem na jej terenie nie ma Niemców. Idąc zgodnie z poleceniem Harata wspomnianą drogą , zobaczyłem wóz konny, który ciągnęła para koni. Na wozie były szafy i siedział esesman wraz z trzema więźniami. Pomyślałem, że to mogą być uciekinierzy. Kiedy wóz zbliżył się do mnie, zatrzymałem się i zacząłem się uderzać wikliną po nodze. Więzień, który był woźnicą wychylił się i zapytał: „Dokąd dziadku?”. Wiedziałem, że było to umówione hasło i zaraz podałem odzew: „Na spacer”. Zawróciłem i powiedziałem, żeby jechali za mną. Gdy wjechaliśmy do zagrody, Harat już czekał na nas, otwierając drzwi stodoły i informując, że w pobliżu są esesmani nadzorujący grupę pracujących więźniów. Grzeją się oni za domem przy ognisku i zapewne nas widzieli, ale najprawdopodobniej są przekonani, że to inni więźniowie przyjechali po siano. Kiedyśmy wszyscy byli w stodole, Harat polecił, abym wydał uciekinierom ukryte w sianie ubrania, prosząc ich, aby się szybko w nie przebrali. Sam zaś obserwował esesmanów mówiąc, że gdyby podchodzili w naszym kierunku, damy sobie bez trudu z nimi radę, ponieważ jest ich tylko trzech. Kiedy Harat obserwował okolicę, jeden z więźniów podał mi dużą, grubą księgę. Odebrałem ją i w pierwszej chwili nie wiedziałem, gdzie ją schować. Przypadkowo dostrzegłem na podwórzu nowo budowaną studnię. Była ona wykopana na głębokość około dwóch metrów i nie było w niej jeszcze wody. Odruchowo wrzuciłem wspomnianą księgę do tej studni. Sądziłem, że jest to zwykła książka do czytania, którą przy jakiejś okazji stąd wydobędę. W tym czasie coraz bardziej obawiałem się, czy nasza akcja się powiedzie. Wreszcie uciekinierzy przebrali się w przygotowane dla nich ubrania. Harat polecił im, aby szli pierwsi w kierunku mostu, gdzie mieli ich odebrać Norys i Poznajski. Po przejściu mostu oczekiwali z kolei na nich w lesie bracia Wójcikowie i Tomasz Szopa. Wszyscy wymienieni koledzy mieli za zadanie doprowadzić szczęśliwie uciekinierów do domu Harata, z którym ja w tym czasie spokojnie szedłem drogą do jego domu, gdzie przybyliśmy jako pierwsi. Dwadzieścia minut później dotarli do nas Norys i Poznajski oraz dwaj więźniowie, a za chwilę bracia Wójcikowie i Tomasz Szopa z dwoma następnymi więźniami. Żona Harata przygotowała dla nas posiłek i poczęstowała nas herbatą. Usiedliśmy i zaczęliśmy rozmawiać. Nagle została włączona syrena obozowa. Do naszych uszu dotarł jej przeraźliwy dźwięk. Ogarnął nas strach. W dodatku usłyszeliśmy turkot nadjeżdżającego motocykla. Harat popatrzył przez okno i zobaczył, że zatrzymał się on na skrzyżowaniu dróg przed jego domem. Na motocyklu i w przyczepie siedziało trzech esesmanów. Rozmawiali ze sobą. Harat powiedział, abyśmy podeszli do okna, a żonie polecił, aby z dziećmi poszła do sąsiadki. Zapytał: „Co robimy? Bronimy się?” Strach i napięcie ogromne. Byliśmy przekonani, że zaraz przybędą większe siły i nas zaatakują. Uciekinierzy przebywali w sąsiednim pokoju i zupełnie nie orientowali się w grozie sytuacji. Minęło dwadzieścia minut od przyjazdu esesmanów. Nagle włączyli oni silnik motoru i odjechali. Odetchnęliśmy z ulgą i rozeszliśmy się do domów.

Wieczorem znowu odwiedziłem Harata. Wcześniej zdążyłem jednak pójść do miejscowego fotografa Jana Korpala i poprosiłem go, aby pewnym ludziom przebywającym u Harata wykonał zdjęcia, które będą wykorzystane do sfałszowanych dokumentów. Bardzo chętnie się zgodził i sfotografował ich. Kiedy przyszedłem do domu Harata, zaczęliśmy rozmawiać z ukrywającymi się u niego więźniami i zastanawiać się wspólnie, co robić dalej. Nagle jeden z uciekinierów zapytał, co się stało z przekazaną mi książką raportową. Odpowiedziałem zgodnie z prawdą, że wrzuciłem ją do studni. Zmartwiło go to bardzo i wyjaśnił mi, że to nie była książka do czytania, lecz księga stanów dziennych w obozie, a także częściowe plany krematoriów, których zdobycie kosztowało więźniów bardzo dużo wysiłku. Postanowiłem wspomniane materiały – za aprobatą Harata – ponownie odzyskać.

Najważniejsi jednak w tej chwili byli uciekinierzy, których należało ukryć w libiąskim kościele, co zostało już przez Harata ustalone z księdzem proboszczem Franciszkiem Flasinskim. Zabraliśmy koce i udaliśmy się z uciekinierami w kierunku kościoła, przed którego wejściem zatrzymałem się z nimi, a Harat poszedł na plebanię po księdza. Za chwilę przyszedł z księdzem proboszczem, który otworzył drzwi kościoła, jakkolwiek na jego twarzy widoczne było przerażenie. Zbiegli więźniowie zostali ukryci na wieży kościelnej, tam gdzie były umieszczone dzwony. Jedzenie dostarczał im wspomniany ksiądz lub czasami Harat. Po trzech tygodniach otrzymaliśmy polecenie, aby zbiegów odprowadzić do granicy pomiędzy Rzeszą i Generalnym Gubernatorstwem w okolicach Regulic. Nim to nastąpiło, podjąłem wysiłki, aby odzyskać materiały wrzucone do studni, bowiem ciągle nie mogłem się uspokoić, że tak zawaliłem sprawę. Postanowiłem w ich odzyskanie zaangażować człowieka, który nie był związany z konspiracją. Zamierzałem z nim razem jechać do Broszkowic. Rozumowałem, że w razie wpadki ja nie zdradzę przyczyny naszej wyprawy, a on nic nie powie, ponieważ nic nie wie. Mój wybór padł na Piotra Opitka, który przebywał w domu na zwolnieniu lekarskim i nie chodził do pracy. Zapytałem go, czy nie pojechałby ze mną do Oświęcimia, ponieważ chcę tam kupić trochę cukru. Ponieważ Piotr się zgodził, na drugi dzień rano o godz. ósmej pojechaliśmy na rowerach do Oświęcimia. Ubrany byłem w płaszcz gumowy, aby z daleka wyglądem przypominać gestapowca. Zabrałem również z sobą pistolet. W czasie jazdy rozmyślałem, co będzie, jeżeli esesmani znaleźli porzuconą książkę w studni i urządzili zasadzkę. Ryzyko było duże. Zdecydowany byłem na wszystko. Żywi nie mogliśmy wpaść w ręce Niemców, ponieważ nasze rodziny czekałaby wówczas również śmierć. W sytuacji dla nas beznadziejnej zamierzałem najpierw „walnąć” przynajmniej jednego z esesmanów, następnie Opitka, a potem zastrzelić także siebie. Przy sobie miałem sfałszowane dokumenty. Tak rozmyślając wreszcie dojechaliśmy do miejsca, gdzie trzeba było skręcić w lewo, aby dojechać do owej zagrody. Kiedy zatrzymaliśmy się, powiedziałem do Piotra Opitka, że muszę iść za potrzebą, prosząc go, aby przypilnował mój rower. W rzeczywistości poszedłem prosto do owej zagrody i zaglądnąłem do studni. Książka leżała na dnie, wody w studni nie było. Popatrzyłem jeszcze wokół, czy nie ma nikogo obcego i szybko wskoczyłem do studni. Podniosłem leżącą na jej dnie książkę i wsadziłem ją za pas, a pistolet do kieszeni. Ze studni nie mogłem jednak samodzielnie wyjść, ponieważ kręgi betonowe były zbyt obślizgłe. W dodatku napięcie nerwowe osłabiło mnie do reszty.

Opitek zaniepokojony moją nieobecnością zaczął mnie szukać. Usłyszałem jego ciche nawoływanie, na które odpowiedziałem ze studni. Podszedł do niej i ze zdziwieniem zapytał: „Co ty tam robisz?” Odpowiedziałem, że zobaczyłem jakąś szmatę na dnie i myślałem, że to coś wartościowego. Podał mi rękę i pomógł wyjść ze studni. Otrząsnąłem z ubrania nieczystości i zaczęliśmy iść w kierunku pozostawionych rowerów. Nagle zobaczyłem od strony obozu jadących na rowerach dwóch esesmanów. Pomyślałem, że to koniec z nami. Z jednej strony Wisła, z drugiej Soła, nie ma gdzie uciekać. Zgodnie z wcześniejszym zamiarem pomyślałem o użyciu broni. W kieszeni miałem odbezpieczony pistolet. Postanowiłem, że zacznę strzelać, kiedy nadjeżdżający esesmani zsiądą z rowerów. Jeszcze dzieli nas od nich zaledwie pięć metrów, lecz oni ciągle jadą dalej. Ogarnia mnie niesamowite napięcie nerwowe. Nagle chwytam za czapkę i zdejmując ją kłaniam się im. Popatrzyli na nas i jeden z nich kiwnął głową. Wolno przejechali obok nas. Mając pistolet gotowy do strzału pomyślałem, czyżby nas chcieli zaatakować od tyłu, lecz atak nie nastąpił. Szybko wsiedliśmy na rowery. Powiedziałem Piotrowi, że wracamy do Libiąża. Nic z tego nie mógł zrozumieć, przecież mieliśmy jechać do Oświęcimia po zakup cukru. Prośbę moją jednak wykonał i szczęśliwie wróciliśmy do Libiąża. W domu nie mogłem się długo uspokoić i równocześnie zrozumieć, co to wszystko mogło znaczyć. Przecież przebywaliśmy na terenie przyobozowym, na który wstęp był wzbroniony, o czym informowały umieszczone w różnych miejscach tablice. Spotkali nas esesmani i nawet nie zatrzymali do wyjaśnienia.

Wieczorem zabrałem cenne materiały i udałem się do Harata, któremu początkowo nic nie powiedziałem o ich posiadaniu. On sam jednak zaczął rozmowę na ten temat, zastanawiając się, jak odzyskać ten cenny dowód o zbrodniach hitlerowskich, o których świat się musi dowiedzieć. Wysłuchałem tego wywodu i niespodziewanie wyciągnąłem książkę mówiąc: „Niech Pan sprawdzi, czy to ta sama?”. Harat z radości aż podskoczył do góry. Zaczęliśmy przeglądać odzyskaną książkę, a w niej wykazy stanów dziennych więźniów z wyszczególnieniem zmarłych w danym dniu. Wśród tych ostatnich – zapamiętałem – był wymieniony Paweł Sokoliński z Libiąża, który zginął w KL Auschwitz. Nie wiem, gdzie Harat przekazał te materiały.

W dniu 20 stycznia 1943 r. Harat powiedział mi, żebym następnego dnia o godz. 17-tej przyjechał rowerem do niego. Naszym zadaniem będzie przeprowadzenie wspominanych już uciekinierów z KL Auschwitz przez granicę Generalnego Gubernatorstwa w okolicach Regulic. Harat miał przejechać wcześniej granicę pociągiem i oczekiwać na zbiegów po jej drugiej stronie, natomiast myśmy mieli dotrzeć do granicy na rowerach. Nazajutrz o umówionej godzinie zgłosiłem się do domu Harata, gdzie była już jego córka Władysława. Byli tam także: Stanisław Norys, Stanisław Poznajski, Józef Pawela oraz bracia Jan i Stanisław Wójcikowie, którzy wraz ze mną mieli konwojować uciekinierów. Oczekiwał również Tomasz Szopa, który zamówił furmankę, aby nad granicą odebrać od nas rowery i przywieźć je na niej z powrotem do Libiąża. Z trasą przejazdu zapoznała nas córka Harata, Władysława. Ja miałem jechać pierwszy, a za mną co sto metrów jeden zbieg w otoczeniu dwóch konwojentów z naszej placówki AK. Wszyscy na rowerach. Jeżeli zauważyłbym na drodze Niemców, miałem dać kolegom jadącym z tyłu znak o niebezpieczeństwie czerwonym światłem latarki ręcznej. Po dojechaniu w strefę nadgraniczną wszyscy mieliśmy ukryć się w zagajniku. Moim zadaniem teraz było odnalezienie żołnierza niemieckiego, pełniącego w tym miejscu służbę na granicy, który współpracował z AK i miał oczekiwać na nas koło dwóch drzew zrośniętych dołem ze sobą. Miałem mu podać hasło, a po usłyszeniu odzewu mignąć światłem po zagajniku. Wtedy uciekinierzy mieli szybko podejść do nas. Wspomniany żołnierz niemiecki miał ich przeprowadzić przez granicę, natomiast ja miałem wrócić do Libiąża. Po drugiej stronie granicy oczekiwał już na nich Harat wraz z Janem Kosowskim, kierownikiem szkoły z Krzeszowic.

Kiedyśmy wyjechali z Libiąża, była już szarówka. Jechaliśmy przez Żarki i Babice. Droga była wolna. Nigdzie nie było Niemców. Zgodnie z planem zatrzymaliśmy się we wspomnianym zagajniku nad granicą. Poszedłem szukać strażnika. Przy zrośniętych drzewach nie było nikogo. Obawiałem się chodzić wzdłuż granicy, aby nie natknąć się na innych Niemców. Zaświeciłem latarką na zegarek. Było czterdzieści minut po godzinie osiemnastej. Do zmiany strażników granicznych pozostało mi tylko dwadzieścia minut. Jak uciekinierów nie przeprowadzimy w tym czasie, to szansy później na to już nie będzie, gdyż nastąpi zmiana posterunków granicznych. Szukam umówionego strażnika dalej. Zdaje mi się, że upłynęło sporo czasu. Patrzę na zegarek. W rzeczywistości tylko dziesięć minut. Pozostało jeszcze dziesięć minut, ale zacząłem tracić już nadzieję. Nagle zauważyłem biegnącego żołnierza niemieckiego. W pierwszej chwili przygotowałem się do strzału, ale strażnik pyta: „Co jest?” Podaję hasło, odzew jest prawidłowy. Migam latarką w stronę zbiegów i nawet zagwizdałem. Podbiegli szybko do nas, pożegnali się ze mną i udali się za żołnierzem niemieckim, który jeszcze zdążył ich przeprowadzić przez granicę. Po drugiej stronie przejął ich Harat z Kosowskim. Tomasz Szopa zajął się odwiezieniem furmanką rowerów, na których jechali uciekinierzy. Myśmy natomiast na swoich rowerach wszyscy szczęśliwie wrócili do Libiąża.

Aresztowanie

Zostałem aresztowany w Libiążu w styczniu 1944 r. W tym czasie już ukrywałem się wiedząc, że policjanci niemieccy z miejscowego posterunku, który mieścił się na terenie zajmowanym przez kopalnię, domyślają się mojej działalności konspiracyjnej. Jeden z nich, Dąbrowski, pochodzący ze Śląska i dobrze mówiący po polsku, namawiał mnie wcześniej, aby wtedy, kiedy on sam będzie na posterunku, członkowie naszej organizacji opanowali go i zabrali broń zmagazynowaną w jego budynku. On sam zamierzał udać się – przy naszej pomocy – do partyzantki. W tej sprawie skontaktowałem się nawet z Haratem. Nie dowierzaliśmy mu jednak, a szkoda, ponieważ miał rzeczywiście taki zamiar i proponowana przez niego akcja udałaby się. Ostrzegał on także moją rodzinę, że miejscowi policjanci chcą mnie aresztować. Nie ustrzegł mnie jednak od nieszczęścia. Przypadkowo zostałem zatrzymany na drodze, kiedy niemieccy policjanci udawali się do domu mojego teścia, aby mnie schwytać.

Pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych

Wkrótce umieszczono mnie w więzieniu w Mysłowicach, w którym przebywałem do sierpnia 1944 r. Stąd wywieziono mnie do KL Gross-Rosen, gdzie otrzymałem numer 58683. W styczniu 1945 r. transportem kolejowym przewieziono nas do KL Buchenwald.

Pamiętam, że kiedy wyprowadzano nas pieszo z Gross-Rosen, aby dojść do stacji w Rogoźnicy, gdzie odbywał się załadunek do wagonów, zaraz za bramą obozu esesman zastrzelił jednego z więźniów. Po drodze, kiedyśmy byli wiezieni do Buchenwaldu, wyskoczyłem z wagonu wraz z więźniem o imieniu Lutek, który pochodził z Białegostoku. Miało to miejsce w pobliżu wsi Nelba-Korbla, położonej blisko miasta Halle an der Saale. Po kilkudniowym ukrywaniu się i różnych perypetiach zostaliśmy ujęci i ostatecznie przez gestapo w tym mieście przekazani władzom obozowym w Buchenwaldzie. Byłem więziony w Dora-Nordhausen, a potem w obozie Leitmeritz. Kiedy w czasie ewakuacji tego obozu załadowano nas do pociągu i wieziono w nieznanym kierunku, wyskoczyłem z wagonu wraz z więźniem, który miał na imię Marian i pochodził z Łodzi. Chciałem nadmienić, że początkowo zamierzał ze mną uciekać z jadącego pociągu Józef Starostka z Chrzanowa, ale w decydującym momencie zaczął płakać i nie odważył się wyskoczyć. Więzień ten po wojnie nie wrócił do Chrzanowa, o czym powiadomiła mnie jego żona. Po udanej ucieczce zatrzymali nas w lesie partyzanci czescy, gdzie w ich oddziale wraz ze wspomnianym kolegą uciekinierem doczekałem wolności w maju 1945 r.

Relację spisał: Adam Cyra
Libiąż, 3 lutego 2010 r.

, , , ,

1 komentarz

Ppłk lotnictwa Teofil Dziama (1895-1943)

Sześćdziesiąt sześć lat temu, 11 października 1943 r. pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 w KL Auschwitz, rozstrzelano pięćdziesięciu czterech więźniów. W grupie rozstrzelanych byli Polacy, wybitni wojskowi, działacze społeczni i polityczni.

Zdjęcie obozowe Teofila Dziamy

Zdjęcie obozowe Teofila Dziamy

Jednym z nich był ppłk lotnictwa Teofil Dziama, który urodził się 5 stycznia 1895 r. w Białej Rzeszowskiej (miejscowość ta obecnie jest włączona w obręb miasta Rzeszowa). Po zdaniu matury studiował na Politechnice Lwowskiej. W sierpniu 1914 r. wstąpił do Legionów Polskich, walcząc później z Rosjanami na froncie w Karpatach. Wiosną 1915 r. Dziama znalazł się w armii austriackiej na froncie włoskim. Wkrótce dostał się do niewoli włoskiej, a następnie wstąpił do szeregów tworzonej we Francji pod dowództwem gen. Józefa Hallera Armii Polskiej. Tutaj na własną prośbę zgłosił się do lotnictwa i po ukończeniu w 1918 r. szkoły pilotów powrócił w następnym roku do Polski jako oficer-lotnik.

W sierpniu 1920 r., w czasie bitwy warszawskiej, przydzielony został do Eskadry Wywiadowczej, operującej z lotniska mokotowskiego, a następnie z lotniska Markowszczyzna koło Białegostoku. Stąd wykonywał loty na dalekie rozpoznanie, a później walczył w bitwie nad Niemnem, gdzie we wrześniu wyróżnił się wykonując zadanie spędzenia saperów Armii Czerwonej z mostów na Niemnie w rejonie Skidla. W październiku 1920 r. lecąc samolotem z obserwatorem, ppor. Antonim Romanowskim, został zaatakowany przez trzy sowieckie myśliwce. W stoczonej walce powietrznej trafił i zmusił do lądowania jeden samolot nieprzyjaciela. Wkrótce jego jednostkę przeniesiono na lotnisko Porubanek i przemianowano na Eskadrę Lotniczą Litwy Środkowej. W dniu 5 listopada 1920 r. lecąc z obserwatorem, ppor. Lucjanem Moszczeńskim, zbombardował litewskie lotnisko na Poniemoniu.

W okresie międzywojennym Teofil Dziama pełnił szereg odpowiedzialnych funkcji wyszkoleniowych i organizacyjnych w polskim lotnictwie, osiągając stopień podpułkownika-pilota i stanowisko zastępcy dowódcy 1. Pułku Lotniczego w Warszawie. W połowie lat trzydziestych został przeniesiony w stan spoczynku.

W kampanii wrześniowej 1939 r. pozostawał w dyspozycji dowódcy Lotnictwa Ministerstwa Spraw Wojskowych. Podczas okupacji hitlerowskiej był jednym z organizatorów konspiracyjnego Związku Walki Zbrojnej, później przekształconego w Armię Krajową. Niestety, w październiku 1940 r. – został wraz z żoną Aliną i dziećmi: Danutą i Mirosławem aresztowany przez gestapo i osadzony w warszawskim więzieniu na Pawiaku. Dzieci zdołała wykupić z rąk gestapo ich babka – Helena Salinger (uczestniczyły w Powstaniu Warszawskim, po wojnie pozostały na emigracji), natomiast Alinę Dziamową wywieziono we wrześniu 1941 r. do KL Ravensbrück (obóz przeżyła), a jej męża, który odmówił współpracy z gestapo, w kwietniu tegoż roku przewieziono z Pawiaka do oświęcimskiego obozu, gdzie został oznaczony numerem 13578.

W KL Auschwitz ppłk Teofil Dziama działał w konspiracyjnym Związku Organizacji Wojskowej, utworzonym przez rtm. Witolda Pileckiego.

Wśród konspiratorów polskich – jak napisał Stefan Jellenta – propagował z powodzeniem ideę, że w razie (przygotowywanego też i z jego udziałem) wybuchu oporu zbrojnego, należy do akcji tej wciągnąć również Czechów, Rosjan i Żydów.

We wrześniu 1943 r. w KL Auschwitz osadzono w bunkrach bloku nr 11 siedemdziesięciu czterech więźniów. Obozowe gestapo po śledztwie połączonym z intensywnymi przesłuchaniami i biciem część więźniów zwolniło. Pozostałych w liczbie pięćdziesięciu czterech rozstrzelano po Ścianą Straceń w dniu 11 października 1943 r. Znalazło się wśród nich 28 członków Związku Organizacji Wojskowej w obozie, w tym czołowi jej przywódcy: ppłk Juliusz Gilewicz oraz jego brat mjr Kazimierz Gilewicz, mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, ppłk lotnictwa Teofil Dziama, Jan Mosdorf, kpt. Tadeusz Paolone-Lisowski i ppłk Kazimierz Stamirowski.

Wszyscy zginęli mężnie. W pierwszej dwójce prowadzonych na rozstrzelanie szli: Dziama i Paolone (w obozie zarejestrowany pod nazwskiem Lisowski). Ppł Teofil Dziama zażądałi, by strzelano do nich nie w tył głowy, lecz prosto w twarz, jak do żołnierzy. Żądanie to zostało spełnione przez dokonujących egzekucję SS-Unterscharführea Friedricha Stiewitza i SS-Rapportführera Wilhelma Clausena. który aresztowany po wojnie, w trakcie przygotowań do procesu, zmarł w więzieniu w Krakowie w 1948 r.

Tak zgineli ppłk Teofil Dziama i kpt. Tadeusz Paolone-Lisowski (pochodził z Piekiełka kolo Tymbarka) – konspiracyjni żołnierze rtm. Witolda Pileckiego.

Ppłk Teofil Dziama uhonorowany był Krzyżem Srebrnym Orderu Wojennego Virtuti Militari, Krzyżem Niepodległości, Krzyżem Walecznych (dwukrotnie), Krzyżem Zasługi Wojsk Litwy Środkowej, Medalem Pamiątkowym za Wojnę 1918-1921, Medalem Dziesięciolecia Odzyskanej Niepodległości i Polową Odznaką Pilota.

Adam Cyra
Oświęcim, 14 listopada 2009 r.

, , ,

Brak komentarzy

11 listopada w KL Auschwitz

W dniu 11 listopada w 1941 r. na podwórzu bloku nr 11 pod Ścianą Straceń w KL Auschwitz, w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r., odbyła się pierwsza egzekucja dokonana przez strzał w tył głowy z broni małokalibrowej. Skazańcy rozebrani do naga, ze skrępowanymi z tyłu rękami, byli rozstrzeliwani pojedynczo. Przed egzekucją wypisano każdemu z nich numer obozowy na piersiach. Jej przebieg obserwował komendant obozu Rudolf Höss oraz kierownik obozu i lekarz obozowy. Rozstrzeliwał podoficer raportowy Gerhard Palitzsch, każdorazowo ładując do karabinka nowy nabój. W tym dniu rozstrzelał on 151 więźniów, prawie samych Polaków.

Ściana straceń

Ściana straceń

Wśród rozstrzelanych było 80 Polaków, przywiezionych z więzienia śledczego w Mysłowicach, których przed egzekucją umieszczono w celach aresztu obozowego w podziemiach bloku nr 11. Blok ten zwany był „Blokiem Śmierci”. Ponadto stracono wówczas 27 więźniów, osadzonych w tych celach przez władze obozowe w dniach od 10 października do 2 listopada 1941 r. Dodatkowo gestapo obozowe wezwało z różnych bloków więźniarskich na terenie KL Auschwitz 44 więźniów, których również wtedy stracono. Zwłoki rozstrzelanych spalono w krematorium nr 1 na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu.

Blok nr 11, tzw. blok śmierci

Blok nr 11, tzw. blok śmierci

W archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau jest przechowywany wykaz wspomnianych 44 więźniów, sporządzony potajemnie przez obozowy Ruch Oporu. Zawiera on daty i miejsce urodzenia zamordowanych oraz adresy ich rodzin. Na liście tej wymieniony jest m.in. Tadeusz Lech, ur. 4 marca 1913 r. w Szarowie koło Bochni, rzeźbiarz.

W swoim powojennym raporcie z 1945 r. rotmistrz Witold Pilecki, dobrowolny więzień KL Auschwitz i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie, napisał, że wśród ofiar tej egzekucji, celowo przeprowadzonej przez niemieckich nazistów w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, był por. rez. Tadeusz Lech, nr obozowy 9235, pochodzący z okolic Bochni, który na kilka godzin przed śmiercią powiedział do niego: „Cieszy mnie chociaż to, że zginę 11 listopada”.

Zdjęcie obozowe Tadeusza Lecha

Zdjęcie obozowe Tadeusza Lecha

Sam rotmistrz Witold Pilecki, nr 4859, wprawdzie przeżył totalitaryzm nazistowski, lecz zginął w okresie terroru stalinowskiego, rozstrzelany w warszawskim więzieniu na Mokotowie 25 maja w 1948 r.

Egzekucje pod Ścianą Straceń, którą ostatecznie rozebrano w lutym 1944 r., trwały prawie do końca 1943 r. Wśród ich ofiar byli także mieszkańcy Oświęcimia i jego najbliższych okolic (wykaz niepełny):

  • Jan Adamczyk z Oświęcimia, 34 lata, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Alojzy Banaś z Oświęcimia, 36 lat, rozstrzelany 25.01.1943 r.
  • Jan Bibrzycki z Babic, 27 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Kazimierz Bolek z Oświęcimia, 35 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Władysław Bzibziak z Dworów, 21 lat, rozstrzelany 21.09.1942 r.
  • Jadwiga Dylik z Oświęcimia, 27 lat, rozstrzelana 25.01.1943 r.
  • Józef Dziedzic z Oświęcimia, 36 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Marian Feliks z Oświęcimia, 38 lat, rozstrzelany 25.01.1943 r.
  • Marian Górecki z Oświęcimia, 19 lat, rozstrzelany 26.08.1942 r.
  • Józef Jakuczek z Oświęcimia, 45 lat, rozstrzelany 25.01.1943 r.
  • Mieczysław Jonkisz z Oświęcimia, 30 lat, rozstrzelany 25.01.1943 r.
  • Józef Kałużny z Oświęcimia, 32 lata, rozstrzelany 28.07.1943 r.
  • Franciszek Kapała z Oświęcimia, 42 lata, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Bronisława Kubisty z Oświęcimia, 24 lata, rozstrzelana 25.01.1943 r.
  • Józef Marusza z Harmęż, 55 lat, rozstrzelany 7.04.1943 r.
  • Franciszek Mąsior z Zaborza, 42 lata, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Franciszek Mydlarz z Pław, 54 lata, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Maksymilian Niezgoda z Oświęcimia, 42 lata, rozstrzelany 25.01.1943 r.
  • Józef Pędziwiatr z Dworów, 29 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Stanisław Pędziwiatr z Dworów, 44 lata, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Wiktor Pękalski z Brzezinki, 32 lata, rozstrzelany około 15.09.1942 r.
  • Karol Pochludka z Oświęcimia, 48 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Franciszek Podbielski z Oświęcimia, 51 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Andrzej Porządnicki z Oświęcimia, 58 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Albin Siwek z Oświęcimia, 43 lata, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Józef Szałasny z Oświęcimia, 39 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Józef Szczerbakowski z Oświęcimia, 35 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Franciszek Wójcik z Oświęcimia, 59 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.
  • Stanisław Zacny z Zaborza, 27 lat, rozstrzelany 17.08.1942 r.

Dzisiaj symbolem zagłady Polaków w KL Auschwitz jest blok nr 11, zwany Blokiem Śmierci i zrekonstruowana po wojnie na jego dziedzińcu Ściana Straceń, pod którą rozstrzelano co najmniej kilka tysięcy Polaków.

Adam Cyra
Oświęcim, 11 listopada 2009 r.

, , ,

1 komentarz

Epizody z Auschwitz

Ukazał się kolejny zeszyt z serii komiksów historycznych o Auschwitz poświęcony postaci rotmistrza Witolda Pileckiego, którego angielski historyk Michael Foot w książce „Six Faces of Courage” (Sześć twarzy odwagi), wydanej w 1978 r., określił jako jedną z sześciu najwybitniejszych postaci europejskiego ruchu oporu w latach drugiej wojny światowej.

Rotmistrz Witold Pilecki był jedynym dobrowolnym więźniem KL Auschwitz. Przeżył tam 947 koszmarnych dni i nocy. Ale jego tragedia rozegrała się dopiero kilka lat po wojnie w warszawskim więzieniu na Mokotowie.

Komiks pt. "Raport Witolda"

Komiks pt. "Raport Witolda"

Podczas procesu przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie w marcu 1948 r. oskarżał bohaterskiego rotmistrza prokurator mjr Czesław Łapiński, który pochodził z Olkusza, gdzie ukończył w okresie międzywojennym Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego. Jego ojciec dr Julian Łapiński był znanym lekarzem olkuskim. Prokurator Czesław Łapiński zmarł w Warszawie 6 grudnia 2004 r. W tym czasie toczył się jego proces, w którym odpowiadał za zbrodnię sadową popełnioną na rtm. Pileckim przed ponad pół wiekiem.

Rotmistrz Pilecki został zabity strzałem w tył głowy przez dowódcę plutonu egzekucyjnego, starszego sierżanta Piotra Śmietańskiego, w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r. Ciała rodzinie nie wydano i pochowano go w bezimiennej mogile pod płotem Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie.

Po latach prof. Władysław Bartoszewski tak powiedział:

Jako były więzień KL Auschwitz, który przybył do obozu tym samym transportem, co Witold Pilecki, mam żywo w pamięci – bo tego się nie zapomina – wszystkie obrazy, sytuacje, scenerię, atmosferę tamtego obozowego czasu z lat 1940-1941, a także późniejszego czasu lat terroru stalinowskiego w Polsce, gdy koleje mojego losu zbliżyły mnie znów pośrednio do losu tego niezwykłego człowieka.

Witold Pilecki urodził się w 1901 r. Pochodził z kresowej rodziny ziemiańskiej osiadłej w Sukurczach koło Lidy (dzisiaj Białoruś). Brał udział w walkach o granice wschodnie II Rzeczypospolitej w latach 1918-1921. Na początku lat trzydziestych założył rodzinę. Dopiero jednak podczas drugiej wojny światowej dokonał czynów, w których był postacią pierwszoplanową.

Kiedy wybuchła wojna w 1939 r. Pilecki został zmobilizowany i jako podporucznik kawalerii stanął do walki w obronie Ojczyzny. Po zakończeniu działań wojennych przedostał się w październiku tegoż roku do Warszawy i natychmiast włączył się w nurt walki konspiracyjnej pod przybranym nazwiskiem Tomasz Serafiński. Wkrótce stał się współorganizatorem Tajnej Armii Polskiej, która później weszła w skład ZWZ/AK.

Latem 1940 r. podjął dobrowolną decyzję przedostania się do obozu oświęcimskiego w celu utworzenia tam siatki konspiracyjnej, zorganizowania łączności Podziemia z uwięzionymi w nim Polakami i przesyłania wiarygodnych danych o zbrodniach SS, a później przygotowania obozu do walki, gdyby nadarzyła się sprzyjająca ku temu okazja. Pilecki dał się ująć podczas łapanki na Żoliborzu, aby zostać wywiezionym do Oświęcimia, gdzie przybył w drugim transporcie warszawskim w nocy z 21 na 22 września 1940 r.

Dzięki poświęceniu i działalności Pileckiego polska konspiracja wojskowa stała się faktem, o którym jednak długie lata po wojnie milczano. Utworzony w obozie z jego inicjatywy Związek Organizacji Wojskowej nawiązał kontakt z przyobozowym ruchem oporu, za pośrednictwem którego m.in. wysyłano raporty do Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej (później przekształcony w Armię Krajową) w Warszawie. Następnie informacje te przekazywane były do Londynu, aby świat dowiedział się o zbrodniach popełnianych przez niemieckich nazistów w Oświęcimiu.

Pilecki sądził, że istnieje możliwość uwolnienia więźniów i chciał taką propozycję osobiście przedstawić Komendzie Głównej Armii Krajowej w Warszawie. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. wraz z dwoma współwięźniami uciekł z obozu. Kiedy jednak dotarł do Warszawy, nie podzielono jego poglądu, że opanowanie obozu oraz uwolnienie tak dużej liczby więźniów jest możliwe i powierzono mu konspiracyjną pracę w Kierownictwie Dywersji KG AK. W tym czasie napisał raport o swoich przeżyciach i dokonaniach konspiracyjnych w KL Auschwitz.

Potem czekał go udział w Powstaniu Warszawskim, pobyt w obozach jenieckich w Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau, a także służba po wojnie w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa. W ostatnich miesiącach 1945 r. rotmistrz Pilecki za namową oficerów Oddziału II sztabu II Korpusu Polskiego podjął się utworzenia w niesuwerennym Kraju, rządzonym przez komunistów, siatki informacyjnej i przesyłania zebranych wiadomości do Włoch. Wykonując powierzone mu zadanie, został wiosną 1947 r. aresztowany w Warszawie, a w rok później po długotrwałym śledztwie i procesie skazany na karę śmierci.

Komiks o rotmistrzu Pileckim oparty na rzetelnym przekazie historycznym, wydany w atrakcyjnej szacie graficznej, napisany jest żywym językiem, dając Czytelnikowi możliwość pełniejszego wyobrażenia tragizmu tamtych wydarzeń, związanych w dużej mierze z historią KL Auschwitz.

Adam Cyra
Oświęcim, 7 października 2009 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Odsłonięcie Pomnika Woldenberczyka

W czasie wojny w dzisiejszym Dobiegniewie koło Krzyża Wielkopolskiego znajdował się największy w Polsce obóz jeniecki Oflag II C Woldenberg. Przetrzymywano w nim około 6,5 tysiąca podoficerów i oficerów Wojska Polskiego. Żołnierze w obozie prowadzili bardzo aktywną działalność kulturalno – oświatową. Organizowane były zawody sportowe oraz liczne seminaria i wykłady.

Kiedy wiadomo było, że Niemcy w tej wojnie będą stroną pokonaną 25 stycznia 1945 r. podjęto decyzję o ewakuacji obozu. Wtedy też nastąpił wymarsz jeńców w kierunku na zachodnim. 29 stycznia 1945 r. większość ewakuowanych została oswobodzona przez żołnierzy Armii Czerwonej w miejscowości Dziedzice niedaleko Barlinka. Część jeńców ewakuowano dalej w okolice Hamburga. Ostatnia grupa została wyswobodzona przez aliantów 3 maja 1945 r.

Po wojnie byli więźniowie obozu nie zapomnieli o Dobiegniewie i chętnie pomagali mieszkańcom miasta. Na cokole pomnika stoi granitowy Woldenberczyk wzorowany na postaci byłego jeńca Witolda Domańskiego.

Dobiegniew - pomnik Woldenberczyka

Dobiegniew - pomnik Woldenberczyka

Jednym z jeńców polskich więzionym w Oflagu II C Woldenberg był porucznik rezerwy Stanisław Urbanik, pochodzący ze Sławkowa, uczestnik kampanii wrześniowej w 1939 r., który przez wiele lat po wojnie pracował jako inżynier, główny mechanik w Olkuskiej Fabryce Naczyń Emaliowanych. Był on moim wujkiem. Zmarł w 2001 r., mając osiemdziesiąt dziewięć lat i jest pochowany na cmentarzu w Olkuszu. Ponad czteroletni pobyt w niewoli niemieckiej w Oflagu II C Woldenberg interesująco opisał w obszernych wspomnieniach, które są w posiadaniu jego rodziny.

Uroczystość odsłonięciu Pomnika Woldenberczyka w Dobiegniewie – 2 września 2009 r. – połączona była z obchodami 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. To wyjątkowe święto rozpoczęło się projekcją filmów o tematyce obozowej na terenie Muzeum Woldenberczyka w Dobiegniewie. Główne uroczystości odbyły się na rynku w centrum miasta. Na uwagę zasługuje fakt, że udział w nich wzięło trzech byłych jeńców Oflagu II C Woldenberg. Po odsłonięciu pomnika odprawiona została Msza św. oraz odczytano apel poległych. Wieczorem na terenie Muzeum Woldenbergu młodzież przygotowała ognisko patriotyczne. Imprezie towarzyszyła w dniu następnym Ogólnopolska Konferencja Naukowa pod hasłem „Polski rok 1939″.

Adam Cyra
Oświęcim, 1 października 2009 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Kolega szkolny esesmana z KL Auschwitz

Wydany niedawno komiks „Miłość w cieniu zagłady”, przedstawia historię obozowej miłości Edka Galińskiego i Mali Zimetbaum, którzy podjęli 65 lat temu ucieczkę z KL Auschwitz w dniu 24 czerwca 1944 r.

O tej romantycznej historii dowiedział się niedawno pan Franciszek Kramarczyk, mający obecnie dziewięćdziesiąt lat, który mieszka w Brzeszczach. Ze zdumieniem przeczytał, że ta sensacyjna ucieczka była możliwa dzięki pomocy, której udzielił Edkowi i Mali podczas przygotowań do jej realizacji esesman Edward Lubusch, pochodzący z Bielska. Pan Franciszek Kramarczyk był jego kolegą szkolnym i obydwaj uczęszczali w latach 1936-1939 do zawodowej szkoły mechanicznej w tym mieście.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , ,

Brak komentarzy

Bolesław Staroń wspomina …

Bolesław Staroń, ur. 9 maja 1919 r. w Adlershof-Berlin, zamieszkały w Warszawie, emerytowany starszy radca Departamentu Postępu Technicznego i Nadzoru Budowlanego w Komitecie Budownictwa Urbanistyki i Architektury w Warszawie, były więzień KL Auschwitz (nr 127829) i Leitmeritz (nr 30512), złożył relację dotyczącą Jego pobytu w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych. Z inż. Bolesławem Staroniem, który niedawno ukończył dziewięćdziesiąt lat, rozmawiał Adam Cyra, starszy kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Bolesław Staroń wspomina:

Bolesław Staroń wspomina:

Moim współtowarzyszem niedoli w bunkrze bloku nr 11 latem 1944 r. był dwudziestoletni Edek Galiński (nr 531), pochodzący z Jarosławia, który w przebraniu esesmana i z bronią uciekł z obozu w Brzezince wraz z belgijską Żydówką, pochodzącą z Polski – Malą Zimetbaum. Niestety po kilku dniach zostali schwytani. Edek opowiadał mi, że stało się to już w pobliżu granicy ze Słowacją. Mala chciała w jednej z miejscowości – jeszcze po polskiej stronie – kupić coś do jedzenia, oferując jako zapłatę złoto, które wynieśli z obozu. Zwróciła tym na siebie uwagę kogoś, kto doniósł o jej pobycie Niemcom. Aresztowano ją, kiedy wracała ze sklepu do znajdującego się w pobliżu Edka. Przyrzekli sobie, że nigdy się nie rozstaną i wzajemnie nie opuszczą. Edek nie uciekał i wykonał polecenie żandarma niemieckiego: „Mützen ab!”, zdejmując czapkę i pokazując ogoloną głowę, czym zdradził, że jest więźniem, który zbiegł z obozu. Zostali przywiezieni na powrót do obozu oświęcimskiego.

Mala Zimetbaum

Przebywając w jednej celi z Edkiem, nigdy od niego nie dowiedziałem się, że Mala też była więziona w bloku nr 11. Zastanawiało mnie jednak zachowanie Edka, który zawsze po wieczornym apelu, odbywającym się podobnie jak apel poranny w celi, stawał przy skośnym otworze okiennym i pięknie śpiewał włoską piosenkę „Serenata in Messico”. Podobno skomponował, czy też przed wojną napisał do niej słowa Claudio Villa, o czym dowiedziałem się dopiero niedawno. Do dzisiaj potrafię zanucić i zagrać jej melodię, nie pamiętając już słów, które Edek śpiewał podczas wielu więziennych nocy w Bloku Śmierci. W ciszy nocnej jego śpiew lub czasami tylko gwizd mocnym echem wracał do bunkra. Nie domyślałem się wtedy, że w ten sposób daje o sobie Mali znak życia, a także kolegom współwięźniom, których miał tak wielu w obozie. Edek był przystojny, wysoki i dobrze zbudowany. Nic więc dziwnego, że podobał się tej dziewczynie.

Nikolaus Engel

Nikolaus Engel

W celi, w podziemiach bloku nr 11, gdzie przebywałem tylko z Edkiem, umieszczono około 20 lipca 1944 r. jeszcze trzeciego więźnia. Okazał się nim Żyd słowacki o nazwisku Nikolaus Engel, który uciekł z bloku nr 11, wydostając się poza obóz, lecz wkrótce schwytano go i z powrotem osadzono w bunkrze. Był to młody i silnie zbudowany mężczyzna, oficer armii czechosłowackiej. Edek dobrze rozumiał Engla, mówiącego po słowacku lub czesku, ja trochę mniej. Mówił o nim, że przywieziono go do bloku nr 11 z jakiejś kopalni (prawdopodobnie Jawiszowice). Nie wtajemniczał mnie jednak w bliższe okoliczności aresztowania Engla.

Edek Galiński

Edek Galiński

Pewnego dnia w lecie 1944 r. usłyszeliśmy odgłosy zbijania szubienicy na placu obozowym. Nerwy mieliśmy napięte do granic wytrzymałości, lecz nie wiedzieliśmy, kto będzie skazańcem. Zdążyliśmy jednak, na wszelki wypadek, wzajemnie pożegnać się. Z naszej celi zabrano Nikolausa Engla, natomiast ja z Edkiem Galińskim nadal w niej pozostałem. Po krótkim odstępie czasu od jego wyprowadzenia obydwaj usłyszeliśmy bardzo donośny okrzyk więźniów stojących na placu apelowym w obozie macierzystym w Oświęcimiu i zmuszonych obserwować przebieg egzekucji, co było dotychczas niespotykane w obozie: „aaa…!”

Myślałem, że wśród więźniów wybuchł bunt, bo na apelu zgromadzono ich co naj-mniej kilka tysięcy i powiedziałem do Edka Galińskiego, który wraz ze mną był więziony w bunkrze bloku nr 11, że chyba bramę wyważają i uciekają z obozu, a o nas mogą zapomnieć. Nagle jednak zapanowała cisza, przerwana po niedługim czasie krokami kilku osób idących w kierunku celi, w której przebywaliśmy zupełnie zdezorientowani, co to wszystko ma znaczy.

Zaświeciło się światło i drzwi celi otwarto. Ku naszemu zdumieniu do jej wnętrza wprowadzono Engla z krwawym i sinym obrzękiem na szyi. Była to pręga – jak nam powiedział – po sznurze, na którym krótko zawisł na szubienicy, lecz ten zerwał się pod ciężarem jego ciała. Ucieszyliśmy się, że żyje i zacząłem Engla pocieszać, aby się nie martwił, bo prawo międzynarodowe w takich wypadkach skazańcowi darowuje życie. Niedługo trwała nasza radość, bo na nowo usłyszeliśmy odgłos zbliżających się kroków. Pożegnałem się z Englem i byliśmy pewni, że esesmani idą po jednego z nas. Po otwarciu drzwi ponownie został zabrany Engel, który tym razem już nie wrócił. Okazało się, że jeszcze w tym samym dniu przewieziono go do Brzezinki i tam stracono.

Dowiedzieliśmy się później, że Engla miał wieszać kalefaktor Jakub, który celowo zrobił za długą pętlę, która nie wytrzymała ciężaru skazańca. Po nieudanej egzekucji zamknięto Jakuba w celi nr 17 zarzucając mu, że on ten sznur nadciął. Jakub zdołał się jednak wybronić od tego zarzutu i wkrótce wypuszczono go z bunkra i przywrócono do poprzednich obowiązków.

Nigdy nie zdradziłem ani Englowi, ani Edkowi, że uwięziono mnie w bunkrze za „organizowanie” ubrań do ucieczek. Edek domyślał się jednak tego i raz znacząco, wymownie artykułując to słowo, powiedział: „messengrupa” (grupa pomiarowa), dodając jeszcze: „wiadomo”. W miarę upływu czasu staliśmy sobie bliżsi, szczególnie po tragicznej śmierci Engla, z którym zdążyliśmy się już zaprzyjaźnić i jego utratę odczuliśmy boleśnie. Dotyczyło to szczególnie Galińskiego, który rozmawiał zawsze z Englem jak z bliskim sobie „kumplem”. Świetnie się obydwaj rozumieli, mnie zaś Edek uważał za więźnia mniej doświadczonego i był w stosunku do mnie bardzo opiekuńczy. Później Edek powiedział mi, że wiedział o planowanej egzekucji Engla, ale nie chciał o tym mówić.

Siedząc w ciemnościach bunkra marzyliśmy o tym, żeby znowu zobaczyć słońce. Edek doradził mi, żebym zameldował o swej rzekomej gruźlicy, co nierozważnie uczyniłem. Wprawdzie na pewien czas opuściłem bunkier, zaprowadzony przez eskortującego mnie esesmana do bloku szpitalnego, gdzie wykonano mi prześwietlenie płuc. Kiedy jednak rentgen wykazał mój dobry stan zdrowia, esesman „walnął” mnie tak mocno kilka razy, że ledwie się dowlokłem z powrotem do celi. Byłem wściekły na Edka. Ten jednak umiejętnie rozładował mój gniew stwierdzeniem: „Ciesz się, że nie masz gruźlicy!” Tym powiedzeniem Edek bardzo wzmocnił mnie psychicznie, bo wtedy uzmysłowiłem sobie, że śpiąc na betonie, rzeczywiście mogłem się jej nabawić. Nawet byłem mu za to wdzięczny, że tak się nie stało i przez kilka dni powtarzałem w duchu jego słowa, które dodały mi tyle otuchy.

Edek przypuszczał, że zostanę uwolniony z bunkra i jako bardziej doświadczony ode mnie w sprawach obozowych wiedział, że każdy zwalniany nie może stąd wyjść, je-żeli nie otrzyma wcześniej dwadzieścia pięć uderzeń bykowcem na „koźle” w pośladki. Stąd też instruował mnie jak należy zachować się podczas tego bicia. Edek radził mi, abym nie naprężał pośladków, bo wtedy po wymierzeniu kary chłosty następuje ropienie i gnicie ciała oraz wdać się może gangrena. Mięśnie pośladków muszą być odprężone – mówił – uderzając mnie po tej części ciała, aby sprawdzić, czy potrafię je właściwie rozluźnić.

Niedługo przed moim zwolnieniem z bunkra Jakub zorganizował po apelu wieczornym półgodzinne spotkanie Edka Edka i Mali Zimetbaum. Pamiętam, że Edek razem z nim wyszedł z celi, ale nie wiem, gdzie ono się odbyło. Przypuszczam jednak, że to spotkanie miało miejsce w bloku nr 11. Po tym krótkim widzeniu Galiński był niesamowicie smutny. Powiedział, że widział się z Malą, ale więcej nie chciał nic mówić. Przypominam sobie, że jeszcze tego samego wieczoru Edek zaczął w tynku celi nr 18 wykonywać rysunek twarzy jakiejś kobiety. Przypuszczam, bo tego w rozmowie ze mną nie zdradził, że to był portret Mali. Miał również zwyczaj wykonywania napisów w tynku ścian cel, w których przebywaliśmy, m.in. często wydrapywał w tynku przy pomocy łyżki swoje imię i nazwisko oraz Mali Zimetbaum, ich numery obozowe oraz datę ich schwytania w pobliżu granicy słowackiej: „6 VII 1944 r.”

Zgodnie z przypuszczeniami Edka przed zwolnieniem z bunkra przeszedłem „ceremoniał” chłosty, którą wymierzono mi na „koźle”, ustawionym w pomieszczeniu na parterze w bloku nr 11. Uderzania były tak mocne, że oprócz doznawanego bólu aż mi huczało w głowie. Spadające razy musiałem liczyć w języku niemieckim. Na szczęście nie pomyliłem się w liczeniu i nie zemdlałem, otrzymując dwadzieścia pięć uderzeń w pośladki. W przeciwnych sytuacjach, karę chłosty wymierzono by mi od nowa.

Wcześniej Edek często mi powtarzał, że otrzymam karę chłosty odchodząc z bunkra. „To masz jak w banku” – żartował. Wraz ze mną kara ta została wymierzona także kilku innym więźniom, których przyprowadzono z obozu lub też z bunkra. Na tym ona dla mnie jednak nie skończyła się, bowiem podnosząc się z „kozła” nierozważnie popatrzyłem na umundurowanego oprawcę, któremu nie spodobało się moje spojrzenie. Esesman ten wówczas tak mnie uderzył w twarz, że straciłem przytomność i odzyskałem ją dopiero, kiedy byłem już z powrotem w celi, nie wiadomo przez kogo tam zaniesiony.

W bunkrze przebywałem jeszcze dwa dni, nie mogąc ani siedzieć, ani leżeć, po czym przeniesiono mnie na pierwsze piętro bloku nr 11 do dużej celi, w której znajdowały się dwupiętrowe prycze. Jeszcze przez dwa tygodnie miałem spuchnięte pośladki i odczuwałem piekący ból. Dzięki instrukcjom Edka uniknąłem jednak poważniejszych komplikacji, przed którymi mnie tyle razy ostrzegał. Z celi nr 18 – w tym samym dniu, kiedy ją opuściłem, lecz nieco wcześniej ode mnie – wyprowadzono także Edka Galińskiego i dopiero po wojnie dowiedziałem się o dramatycznych okolicznościach jego egzekucji przez powieszenie w Brzezince, gdzie również stracona została Mala Zimetbaum.

Relację spisał:

Adam Cyra

Oświęcim, 28 lipca 2009 r.

, , ,

Brak komentarzy

Nieznane karty zgonu Aleksandra Aleksiejewa i Wiesława Jagodzińskiego z Olkusza

Kartoteka więźniów obozu Mauthausen, położonego na terenie Austrii, który został wyzwolony przez wojska amerykańskie 5 maja 1945 r. i inne akta z tego niemieckiego nazistowskiego obozu, o czym już pisałem poprzednio w tekście o Konradzie Juszczyku, od ponad pół wieku znajdują się w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Wśród nich jest nie tyko zachowana karta zgonu Konrada Juszczyka, ale także dalsze nieznane dokumenty związane z innymi mieszkańcami Olkusza i ziemi olkuskiej, zamordowanymi w KL Mauthausen-Gusen. W sumie są to źródła archiwalne bardzo cenne dla historyków i coraz bardziej przez nich wykorzystywane, chociaż przypuszczam, że mało wiedzą o nich również żyjący jeszcze więźniowie KL Mauthausen, a także współcześni badacze martyrologii Polaków w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych.

Wiesław Jagodziński. który urodził się 3 lipca 1907 r. w Skarżysku, był nauczycielem gimnazjalnym w Kowlu na Wołyniu, a także profesorem matematyki w gimnazjum olkuskim od 15 września 1939 r. do zamknięcia szkoły przez niemieckich nazistów 15 stycznia 1940 r. Za działalność konspiracyjną w ZWZ/AK został aresztowany 11 lutego 1943 r. i zesłany do Mauthausen-Gusen, nr 14499, gdzie go rozstrzelano 8 lipca 1943 r.

Z kolei jego żona Teresa Jagodzińska (z domu Schmidt), urodzona 11 października 1911 r. w Warszawie, była w latach 1920-1928 uczennicą Gimnazjum Polskiej Macierzy Szkolnej w Olkuszu. Podczas okupacji mieszkała wraz z mężem Wiesławem Jagodzińskim oraz córeczką Ewą w Olkuszu. Aresztowano ją również za działalność konspiracyjną w ZWZ/AK i od 12 lutego 1943 r. więziono na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu w bloku nr 2a, który był oddany do dyspozycji więzienia śledczego w Mysłowicach. W dniu 5 marca 1943 r. oznaczono ją numerem 37564 i przeniesiono do KL Auschwitz-Birkenau, gdzie zginęła 25 czerwca 1944 r.

Córka Teresy i Wiesława Jagodzińskich, posiadająca wiele dokumentów, związanych z pobytem i śmiercią Jej rodziców w niemieckich obozach koncentracyjnych, mieszka w Olkuszu.

Wśród zachowanych kart zgonów olkuszan w KL Mauthausen, które są przechowywane w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu warto także zwrócić uwagę na kartę zgonu Aleksandra Aleksiejewa, urodzonego 26 marca 1914 r. w Sułoszowej i zamieszkałego w Olkuszu, który wraz z żoną Anną należał do „Orła Białego”. Za działalność konspiracyjną w tej organizacji został aresztowany 12 lutego 1943 r. i przewieziony do obozu Auschwitz, gdzie został skazany na karę śmierci. Po trzech tygodniach wywieziono go do Mauthausen i rozstrzelano 17 kwietnia 1943 r.

Z kolei jego żona Anna Goc (z domu Krzyżanowska, w obozie Aleksiejew), urodzona 20 lipca 1919 r. w Charsznicy, zamieszkała w Olkuszu, aresztowana została wraz z mężem12 lutego 1943 r. i przewieziona do Auschwitz, gdzie otrzymała nr 37537. W dniu 21 sierpnia 1944 r. z tego obozu przeniesiono ją do Natzweiler (podobóz Ebingen), a potem ewakuowano ją do Ravensbrück, gdzie odzyskała wolność w pierwszych dniach maja 1945 r. Anna Goc (nazwisko powojenne po drugim mężu) zmarła w Olkuszu kilka lat temu.

Stanisław Nogaj, były więzień Mauthausen-Gusen, w swoich wspomnieniach, zatytułowanych „Gusen”, Katowice 1945, część II, na stronie 81-82 opisuje, jak zginął Aleksander Aleksiejew, który w dniu 17 kwietnia 1943 r. został rozstrzelany w tym obozie wraz z dwoma innymi Polakami: Kazimierzem Fabrowiczem, urodzonym 1 października 1910 r. i Aloizym Laszczakiem, urodzonym 22 listopada 1899 r.

Nogaj tak pisze na ten temat:

Delikwenci oczekiwali wykonania wyroku przez cały dzień, stojąc pod ścianą. Komendant Ziereis przybył niespodziewanie już o godz. 5-tej po południu, zamiast o godzinie 6-tej. Egzekucję trzeba było przyśpieszyć. Seidler zaofiarował się osobiście, dopilnować, by pluton egzekucyjny przybył na miejsce jak najprędzej.

- Nie potrzeba! – krzyknął za nim Ziereis.

- Załatwimy to sami – dodał do swego otoczenia, które służalczo oczekiwało dalszych jego rozkazów.

Ziereis zarządził następnie, by skazani na śmierć więźniowie położyli się na piasku, twarzą do ziemi. Potem podszedł kolejno do każdego przyłożył browning do tyłu czaszki, mordował każdego osobiście, śmiejąc się przy tym do przyglądających mu się SS-manów. Więźniowie, pracujący w krematorium, przyglądali się tej scenie.

- Sprzątnijcie to ścierwo! – rzucił rozkaz Ziereis kapie krematorium Józefowi Szwendemanowi, wskazując na zabitych. Trupy zabitych wrzucono na wózek i odwieziono do krematorium. Po odejściu Ziereisa poszliśmy obejrzeć piasek krwią więźniów zbroczony.

Następnego dnia opowiadał mi dr Kamiński, że przyglądając się wyrzucaniu zabitych z wózka do chłodni w krematorium widział, jak jeden z rzekomych trupów podniósł się na cementowej posadzce. Żył jeszcze i był przytomny. Kula Ziereisa nie uśmierciła go. Żywego wrzucono razem z trupami do chłodni, gdzie było kilkadziesiąt trupów. Niewątpliwie zmarł z zimna albo z przerażenia, gdy chłodnię zamknięto.

Warto jeszcze dodać, że morderca wspomnianych powyżej więźniów, Franz Ziereis, komendant KL Mathausen, zmarł po wyzwoleniu tego obozu w maju 1945 r., postrzelony przez żołnierzy amerykańskich.

Adam Cyra
Oświęcim, 22 lipca 2009 r.

, , , , , ,

Brak komentarzy

Mordy w żwirowni w czerwcu 1941 r.

W latach 1940-1941 egzekucje w obozie macierzystym w Oświęcimiu (KL Auschwitz I) były wykonywane głównie w żwirowniach, położonych poza ogrodzeniem obozu. Największa ze żwirowni znajdowała się obok tzw. budynku teatru („Theatergebäude”), który powstał w okresie pierwszej wojny światowej i w latach 1984 -1993 stanowił siedzibę Klasztoru Sióstr Karmelitanek Bosych w Oświęcimiu. Składała się ona co najmniej z dwóch dołów, w których wydobywano żwir. Dzisiaj pozostał tylko jeden z nich – największy, na którym ustawiony jest tzw. „krzyż papieski”.

Krzyż papieski

Krzyż papieski

W dniu 27 czerwca 1941 r. na terenie żwirowni koło „Theatergebäude” zamordowano w okrutny sposób czterech księży Salezjanów. Wspomniani księża zostali przywiezieni do obozu dzień wcześniej z więzienia Montelupich w Krakowie. W sumie przywieziono ich tego dnia dwunastu (jeden z nich był tylko bratem) w transporcie liczącym pięćdziesięciu więźniów. Znajdowało się wśród nich również pięciu polskich Żydów. Księży i Żydów z tego transportu wcielono do karnej kompanii.

Każdy z nas – wspomina ks. Walenty Waloszek – otrzymał ciężką, żelazną taczkę, kilof i łopatę. Zapowiedziano nam, że pracować musimy bardzo szybko, stale biegiem, bez oglądania się i odpoczywania. Praca nasza polegała na tym, że musieliśmy kilofami rozbijać kamienie, ładować je na taczkę razem ze żwirem i wywozić do dołu, głębokiego na 7 metrów, oddalonego od nas o jakie 50 metrów.

W dniu 27 czerwca 1941 r. jako pierwszy poniósł męczeńską śmierć w żwirowni ks. Jan Świerc (nr 17352), proboszcz Parafii św. Stanisława Kostki na Dębnikach w Krakowie i dyrektor Zakładu Salezjańskiego w tym mieście. Wkrótce po nim zakatowany został wikary z tej parafii, ks. Ignacy Dobiasz (nr 17364). Warto tutaj przypomnieć, że ks. Ignacy Dobiasz cztery miesiące wcześniej, 21 lutego 1941 r., prowadził kondukt pogrzebowy na Cmentarz Rakowicki w Krakowie, odprowadzając na miejsce wiecznego spoczynku Karola Wojtyłę. Za trumną szedł jego syn Karol, przyszły papież Jan Paweł II.

W godzinach popołudniowych tego samego dnia śmierć w podobnych okolicznościach poniósł ks. dr Franciszek Harazim (nr 17375), profesor Salezjańskiego Instytutu Teologicznego w Krakowie oraz jeszcze jeden wikary Parafii św. Stanisława Kostki, ks. Kazimierz Wojciechowski (nr 17342). Ponadto w wyniku ciężkiego pobicia i znęcania się wtedy, zmarł później w obozie ks. dr Ignacy Antonowicz (nr 17371), rektor wspomnianego Salezjańskiego Instytutu Teologicznego.

Jeszcze potworniejszy mord został dokonany na więźniach karnej kompanii cztery dni wcześniej, 23 czerwca, poza ogrodzeniem obozu, w dołach żwirowni, które znajdowały się naprzeciwko bloku nr 20 (obecnie nr 28) i w pobliżu baraku kierownictwa obozu (Blockführerstube). Jego ofiarą padli Żydzi przebywający w karnej kompanii. Po porannym apelu w tym dniu – komendant obozu Rudolf Hőss oświadczył, że wieczorem wśród więźniów nie powinno być już Żydów, ponieważ oni są rzekomo winni za rozpoczęcie wojny niemiecko-sowieckiej. W euforii pierwszych zwycięstw tej wojny najpierw zamordowano chorych Żydów, którzy jako więźniowie karnej kompanii, nie mając już sił wyjść do pracy, pozostawieni byli w bloku nr 13 (obecnie 11). Pozostałych wymordowano podczas pracy we wspomnianej żwirowni. W sumie zginęło wówczas 176 Żydów. Byli to głównie polscy Żydzi. Po raz pierwszy zabitych wtedy na terenie przyobozowej żwirowni nie zwożono do obozowej kostnicy, lecz wprost do krematorium.

Mord ten znajduje także potwierdzenie w relacji byłego więźnia Stanisława Kamińskiego, lecz jego lokalizacja jest nieco inna:

W dniu tym wykończono wszystkich Żydów przebywających w obozie. (…) Rozpoczęła się masakra, niektórych posyłano w kierunku drutów. Jeden z kapów chciał uchronić młodego Żyda Jakubka i próbował w tej sprawie interweniować, lecz bez skutku. Wydarzenie to miało miejsce w żwirowni koło Theatergebäude.

W dniu następnym po dokonanej masakrze, 24 czerwca 1941 r., w transporcie z Opola przywieziono trzydziestu więźniów, w tym jedenastu Żydów polskich. Można przypuszczać, że zginęli oni wkrótce jako więźniowie karnej kompanii.

Kolejnych pięciu polskich Żydów przybyło do obozu dwa dni później – 26 czerwca 1941 r. – we wspomnianym transporcie krakowskim wraz z księżmi Salezjanami. Byli to: Gerszon Brand (nr 17339) – ur. w Sanoku (robotnik), Mendel Zucker (nr 17343) – ur. w Krakowie (grawer), Mendel Rosenwasser (nr 17346) – ur. w Chrzanowie (krawiec), Julian Traub (nr 17347) – ur. w podkrakowskiej wsi Wróżenice (fryzjer) i Szulim Rojzman (nr 17348 – ur. w Mińsku Mazowieckim (krawiec), którzy nazajutrz w składzie karnej kompanii – podobnie jak Salezjanie – pracowali, wykonując ciągle biegiem pracę ponad siły, w żwirowni koło „Theatergebäude”. Już do południa czterech z nich zamordowano, a piątego, którego przed śmiercią zdążył ochrzcić Salezjanin – ks. Józef Wybraniec – pozbawiono życia podczas pracy w tej żwirowni po przerwie obiadowej.

Warto wspomnieć, że wymieniony powyżej Julian Traub pochodził ze spolonizowanej rodziny żydowskiej. Po przejściu na katolicyzm ożenił się z Polką i pracował jako fryzjer na Dębnikach w Krakowie. Powodem jego aresztowania był fakt nieoddania przez niego władzom niemieckim posiadanego wcześniej radioodbiornika. Żona Juliana Trauba po jego śmierci otrzymała od władz obozowych zawiadomienie, że jej mąż zmarł w KL Auschwitz w dniu 27 czerwca 1941 r. Poinformowano ją także, że otrzyma pozostałe po nim w obozie rzeczy, a także po uiszczeniu odpowiedniej opłaty zostanie na jej adres przesłana urna z prochami jej męża. Julian Traub osierocił sześcioletniego syna Alfreda. Pan Alfred Traub ma dzisiaj już ponad siedemdziesiąt lat, mieszka w Krakowie i w każdym roku przyjeżdża do Oświęcimia, uczestnicząc w „Marszu Żywych”.

Adam Cyra
Oświęcim, 26 czerwca 2009 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Nieznana karta zgonu Konrada Juszczyka z Olkusza

Kartoteka więźniów KL Mauthausen, położonego na terenie Austrii, który został wyzwolony przez wojska amerykańskie 5 maja 1945 r. i inne akta z tego niemieckiego nazistowskiego obozu od ponad pół wieku znajdują się w archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. W bliżej nieznanych okolicznościach zaraz po wojnie przewieziono je do Łodzi i przechowywane były w mieszkaniu rodziny adwokata Henryka Kurnatowskiego, byłego więźnia KL Mauthausen, który zmarł w Warszawie w drugiej połowie 1953 r. Po jego śmierci, w wyniku korespondencji między Główną Komisją Badania Zbrodni Hitlerowskich w Polsce, Ministerstwem Kultury i Sztuki w Warszawie oraz Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau, zostały one przewiezione z Łodzi do Oświęcimia w styczniu 1954 r. Od tego czasu są starannie przechowywane w zbiorach archiwalnych Muzeum oświęcimskiego.

Nieznana karta zgonu Konrada Juszczyka z Olkusza

Nieznana karta zgonu Konrada Juszczyka z Olkusza

Wspomnianą kartotekę i inne akta z KL Mauthausen utrzymuje się we wzorowym porządku i w większości jest ona zeskanowana, co ogromnie pomaga w badaniach historycznych, związanych z tragicznym losem więźniów KL Mauthausen, którzy często wcześniej przebywali w KL Auschwitz. Wśród przechowywanych kartotek jest także obozowa kartoteka więźniów zmarłych w KL Mauthausen.

W sumie są to źródła archiwalne bardzo cenne dla historyków i coraz bardziej przez nich wykorzystywane, chociaż przypuszczam, że mało wiedzą o nich również żyjący jeszcze więźniowie KL Mauthausen i jego podobozów, w tym pierwszego i największego z nich Gusen. Ostatnio udało się w tych materiałach odnaleźć kartę zgonu Konrada Juszczyka, pochodzącego z Olkusza, z której wynika, że zginął on w KL Mauthausen sześćdziesiąt sześć lat temu, 8 lipca 1943 r.

Konrad Juszczyk to bohaterska i godna przypomnienia postać. Urodził się 19 lutego 1915 r. w Sosnowcu, był uczniem Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Olkuszu, gdzie zdał maturę w 1933 r., a następnie studiował prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, uzyskując tytuł magistra w 1938 r. W tymże samym roku rozpoczął aplikację w Sądzie Grodzkim w Olkuszu. We wrześniu 1939 r. razem z kolumną ratowniczo-sanitarną PCK przemierzył jako sanitariusz szlak wojenny z Olkusza pod Rozwadów Lubelski. Podczas okupacji hitlerowskiej, mieszkając w Olkuszu, aplikował u adwokata niemieckiego, który miał swoją kancelarię w Sosnowcu. W tym czasie był członkiem konspiracyjnej organizacji „Orzeł Biały”, co stało się powodem jego aresztowania w styczniu 1943 r. i osadzenia w Gusen, a potem w Mauthausen, gdzie został rozstrzelany 8 lipca 1943 r.

Jego obszerny biogram i wspomnienia o nim znajdują się w „Księdze Pamiątkowej Liceum w Olkuszu 1916-1956″, wydanej w 1957 r., gdzie można zapoznać się ze świadectwem złożonym przez Lucjusza Juszczyka, który tak pisze:

Konrada znałem od bardzo dawna. (…) Zarówno koleżanki, jak i koledzy darzyli go zaufaniem i szacunkiem. Był on swojego rodzaju autorytetem w naszym szkolnym społeczeństwie. Nie przypominam sobie Konrada uganiającego się na nartach po olkuskich wzgórzach, nie pamiętam, aby w ogóle z pasją oddawał się jakimś rozrywkom właściwym młodemu wiekowi, po prostu ciągle miał na to za mało czasu. Dla innych miał go zawsze pod dostatkiem. Ze szkołą był zawsze bardzo ściśle związany. (…) Podczas okupacji był członkiem organizacji podziemnej „Biały Orzeł”. Komórki te były powiązane z ośrodkiem centralnym w Warszawie. Główne ich zadania to wywiad i przygotowanie zbrojnego wystąpienia przeciw Niemcom. Z grupami tymi i Konradem straciłem bezpośredni kontakt na wiosnę 1941 r. W styczniu 1943 r. Konrad został aresztowany przez gestapo (…), przewieziono go do obozu Gusen (Austria), a później do sąsiedniego Mauthausen, gdzie w grupie 45 więźniów, przeważnie Ślązaków, został rozstrzelany w dniu 8 lipca 1943 r. Dane dotyczące śmierci Konrada stwierdziłem na podstawie oświadczeń więźnia obozu Gusen Stanisława Nogaja z Katowic oraz wydanej przez niego broszury pt. Gusen Cz. II 1946 r. str. 82 (wyd. Zw. Byłych Więźniów Ideowo-politycznych. Katowice, Dyrekcyjna 9).

Liceum Ogólnokształcące im. Króla Kazimierza Wielkiego w Olkuszu w 1956 r., podczas jubileuszu czterdziestolecia szkoły oraz II Zjazdu Absolwentów i Nauczycieli, ufundowało oraz wmurowało w ścianę szkoły marmurową tablicę pamiątkową z nazwiskami nauczycieli i uczniów poległych w pierwszej i drugiej wojnie światowej, wśród których jest wymienione nazwisko Konrada Juszczyka. Ponadto jego nazwisko jest wyryte na jednej z płyt pomnika, poświęconego mieszkańcom Ziemi Olkuskiej, zamordowanym w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych, którego odsłonięcie nastąpiło na starym cmentarzu w Olkuszu 12 czerwca w 2005 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 23 czerwca 2009 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Ucieczka Niemca i trzech Polaków z KL Auschwitz

W tym roku, 16 maja, mija setna rocznica urodzin więźnia KL Auschwitz, Otto Küsla i z tej okazji Monika Bernacka w jednym z artykułów w majowym wydaniu miesięcznika „Oś” przypomina obszernie jego niezwykłą postać. Tekst ten warto przeczytać, ale moim zdaniem zawarte są w nim nieścisłości i nieprawdziwe ustalenia, dlatego poniżej przedstawiam własną wersję zdarzeń, związanych z Otto Küslem i brawurową ucieczką z oświęcimskiego obozu, której był uczestnikiem.

Otto Küsel

Otto Küsel

W dniu 29 grudnia 1942 r. z obozu uciekło czterech więźniów: Niemiec Otto Küsel (nr 2) oraz Polacy – Jan Komski (nr 564), w obozie przebywał jako Baraś, a także Bolesław Kuczbara (nr 4308) i Mieczysław Januszewski (nr 711). Ucieczka ta została zorganizowana przy pomocy Heleny Stupki z Oświęcimia i współudziale nauczycielki Janiny Kajtoch z pobliskich Babic.

O przygotowaniach do niej informowano rtm. Witolda Pileckiego (nr 4859), twórcy konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, ponieważ jednym z jej realizatorów był członek tej konspiracji, wspomniany Mieczysław Januszewski. Ucieczka przebiegła zgodnie z opracowanym starannie planem, z którym wcześniej zapoznano także Andrzeja Harata (ps. „Wicher”) z Libiąża, który wraz z kilkoma innymi żołnierzami Armii Krajowej czekał w Broszkowicach koło Oświęcimia na uciekinierów, zapewniając im bezpieczne ukrycie się. Jeden z nich, Antoni Tomera, mieszka do dzisiaj w Libiążu, mając obecnie dziewięćdziesiąt trzy lata. Ponadto w Krakowie mieszka obecnie córka Andrzeja Harata, Wacława Rzepecka, która jako siedemnastoletnia dziewczyna była wówczas zaprzysiężonym członkiem Armii Krajowej i uczestniczyła czynnie w tych wydarzeniach.

Otto Küsel, znany z tego, że w KL Auschwitz pomagał Polakom, mógł swobodnego poruszać się w strefie obozowej, nie budząc żadnych podejrzeń, bowiem był tzw. Arbeitsdienstem, czyli odpowiedzialnym za właściwą organizację pracy więźniów. W związku z powyższym przygotował on platformę z zaprzęgiem konnym i podjechał w tym dniu pod blok nr 24 w obozie macierzystym w Oświęcimiu, a następnie polecił przypadkowo spotkanym więźniom znieść z jego strychu cztery szafy. Po dokonaniu załadunku przejechał bez kontroli bramę z napisem „Arbeit macht frei”. Dwie z tych szaf już na terenie gospodarczych interesów obozu przekazał czekającemu na ich przywóz esesmanowi, natomiast z dwoma pozostałymi pojechał dalej, zabierając po drodze swego zastępcę, również Arbeitsdiensta, Mieczysława Januszewskiego oraz Barasia-Komskiego i Kuczbarę, który przebrany za esesmana udawał ich konwojenta. Kiedy dotarli do podoświęcimskiej miejscowości Broszkowice, czekał tam na nich wspomniany Andrzej Harat z obstawą, przejmując opiekę nad uciekinierami, którzy otrzymali ubrania cywilne, porzucając pasiaki i mundur esesmański oraz pozostawiając wóz i konie. Schronienie znaleźli w Libiążu, u rodziny pomagającego im w tej ucieczce Harata, o czym tak napisał Jan Komski:

Tam spędziliśmy około tygodnia. W tym czasie odwiedził nas pierwszy kontakt podziemia z Warszawy i przejął od nas zabrane przez Kuczbarę z obozu dokumenty rozstrzelanych i zmarłych, w szczególności w odniesieniu do pierwszych transportów warszawskich.

Komski i Januszewski wyjechali po kilku tygodniach do Krakowa, gdzie na dworcu kolejowym oczekiwała ich łączniczka Halina Siennicka. Wszyscy troje zostali wówczas zatrzymani podczas przypadkowej łapanki. Januszewski popełnił najprawdopodobniej samobójstwo w pociągu, którym wieziony był z powrotem do KL Auschwitz, natomiast Siennicka została osadzona w obozie kobiecym w Brzezince, a Komski ponownie w obozie macierzystym w Oświęcimiu. Stamtąd później przewieziono go do obozów Buchenwald, Groß-Rosen, i Dachau, gdzie uwolniony został przez wojska amerykańskie wiosną 1945 r. Po wojnie wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie współpracował jako grafik z gazetą „The Washington Post”. Zmarł w USA w 2002 r.

Z kolei Küsel i Kuczbara udali się do Warszawy, gdzie później zostali obydwaj aresztowani. Okoliczności śmierci Kuczbary do dzisiaj nie są w pełni wyjaśnione. Wiadomo jednak, że 20 marca 1943 r. przy próbie zatrzymania na ulicy stawiał opór gestapowcom, próbując się ostrzeliwać. Otrzymał postrzał w brzuch. Ciężko rannego przewieziono na Pawiak i pod nazwiskiem Janusz Kapur został zarejestrowany w szpitalu więziennym, gdzie odwiedziła go jego żona Dobrosława, którą prosił za pośrednictwem jednej z sióstr szpitalnych, aby dostarczyła mu truciznę. Kiedy doszło do spotkania, zdążył zaledwie zadać jej pytanie, czy mu ją przyniosła, gdy wbiegła wspomniana siostra i szepnęła, aby natychmiast uciekała, bo gestapowcy są na jej tropie. W popłochu musiała opuścić szpital, nie mogąc nawet pożegnać się z mężem. Później Dobrosławę Kuczbarową władze niemieckie oficjalnie poinformowały, że jej mąż zmarł w wyniku odniesionych ran. Najprawdopodobniej umarł jednak w wyniku działania trucizny, którą potajemnie działacze konspiracji zdołali mu jednak dostarczyć do szpitala.

W obozie natomiast rtm. Witold Pilecki otrzymał wiadomość od dr. Władysława Deringa (nr 1723), że w kolejnym transporcie z Warszawy przyjechali więźniowie Pawiaka, którzy przekazali informację o tym, że Kuczbara przebywa w tym więzieniu. Kuczbara znający Pileckiego i innych przywódców konspiracji obozowej stanowił poważne zagrożenie, w wypadku załamania się podczas śledztwa. Istniała możliwość, że w każdej chwili nastąpi „wsypa”. Faktycznie Bolesław Kuczbara nikogo nie zdradził, a przekazana z Warszawy informacja była nieprawdziwa, bowiem nikt ze znanych mu więźniów nigdy nie był z jego powodu w obozie represjonowany.

Rtm. Witold Pilecki, po otrzymaniu wspomnianej wiadomości, przekazał swoje obowiązki konspiracyjne mjr. Zygmuntowi Bończy-Bohdanowskiemu (nr 30959), o czym tak później napisał:

Mając na względzie moje „wyjście” z obozu, odbyłem parę rozmów z Bończą-Bohdanowskim oraz kolegą Henrykiem Bartosiewiczem, informując ich o tym i powierzając im dalszą pracę. W dniu 13 kwietnia 1943 r. rozmawiałem z kolegą kpt. Stanisławem Machowskim, któremu powiedziałem, że po dwu i pół letnim wyczekiwaniu nie mam już teraz chęci, ani potrzeby zostawać tu dłużej. Może uda się z zewnątrz prędzej przyjść z pomocą kolegom w lagrze.

Brawurowa ucieczka Pileckiego miała miejsce w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. (o jej przebiegu pisałem na stronach „Kasztelanii” 14 kwietnia ubiegłego roku, w tekście zatytułowanym „Ucieczka rotmistrza”).

Otto Küsel po ponownym aresztowaniu w Warszawie został odesłany do KL Auschwitz, a następnie przeniesiony do KL Flossenbürg, gdzie doczekał wyzwolenia. W 1981 r. otrzymał Złoty Krzyż Zasługi, nadany mu przez Prezydenta Rzeczypospolitej na Emigracji. Mieszkał w tym czasie w małej wiosce na terenie Bawarii, gdzie zmarł 17 listopada 1984 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 14 maja 2009 r.

, , ,

Brak komentarzy

Życiorysy z kartki papieru

Pracownicy Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu znają już autora napisu na kartce, która została zabetonowana w zakorkowanej butelce przez więźniów KL Auschwitz na terenie dzisiejszej Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej w Oświęcimiu. Stało się to możliwe dzięki informacjom przekazanym przez Iwonę Maciejewską z Bydgoszczy.

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Warto przypomnieć, że do niecodziennego znaleziska doszło 20 kwietnia 2009 r. Odkrycie zostało dokonane podczas prac wyburzeniowych prowadzonych w drugim budynku Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej, który jest obecnie remontowany na potrzeby oświęcimskiej uczelni.

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Autorem napisu jest Bronisław Jankowiak, ur. 5 lutego 1926 r., pochodzący z Poznania, który 20 września 1944 r., podczas prac przy budowie w tym budynku schronu przeciwlotniczego dla esesmanów, napisał na kartce, stanowiącej fragment papierowego worka po cemencie, numery obozowe i nazwiska siedmiu więźniów, budujących ten schron. Wymienił wśród nich również swój numer i nazwisko: „No 121313 Jankowiak Bronisław z Poznania”. Wspomniana Iwona Maciejewska rozpoznała charakter jego pisma.

Bronisław Jankowiak został aresztowany przez niemieckich nazistów w Poznaniu na skutek sąsiedzkiegogo donosu jakoby był pochodzenia żydowskiego. W dniu 11 maja 1943 r., przywieziono go do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer 121313. W obozie był oznaczony jako Polak. Pod koniec istnienia KL Auschwitz został ewakuowany do jednego z tych trzech niemieckich obozów: Sachsenhausen, Buchenwald lub Ravensbück, skąd w kwietniu 1945 r., dzięki staraniom hrabiego Folke Bernardotte, przewodniczącego Szwedzkiego Czerwonego Krzyża wraz z innymi więźniami i więźniarkami różnych narodowości został wysłany po uwolnieniu na leczenie do Szwecji. Tam poznał byłą więźniarkę KL Auschwitz, Marię Czernak (nr 45072), a potem Ravensbrück, z którą później ożenił się. Zamieszkali w tym kraju i do Polski już nigdy nie wrócili. Bronisław Jankowiak zmarł 21 czerwca 1997 r., a jego żona Maria, która była Polką, zmarła 24 listopada 1999 r., mając 73 lata. Ich dzieci i wnukowie podobno nie mówią już po polsku. Mieszkają w Szwecji. Można z nimi porozumieć się po szwedzku lub po angielsku.

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Również dramatyczna jest historia innego więźnia, wymienionego na tej kartce: „No 151090 Czekalski Karol z Łodzi”. Na początku 1943 r. został on aresztowany wraz z bratem Antonim za udział w łódzkiej konspiracji niepodległościowej AK, której członkami byli najprawdopodobniej także ich rodzice.

Ojca zamordowali gestapowcy podczas przesłuchania w areszcie przy ulicy Anstadta w Łodzi, natomiast matka Józefa Czekalska została wywieziona z łódzkiego więzienia dla kobiet przy ulicy Gdańskiej do KL Auschwitz, gdzie w transporcie wraz z innymi więźniarkami przybyła 18 września 1943 r. W obozie Birkenau otrzymała numer 62664 i przebywała w nim ponad dwa miesiące, ginąc 23 listopada tegoż roku.

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Życiorysy z kartki papieru. Fot. Jarosław Praszkiewicz

Braci Antoniego i Karola Czekalskich przywieziono z łódzkiego więzienia przy ulicy Sterlinga do KL Auschwitz 17 września 1943 r. Antoni już w następnym miesiącu został skierowany do KL Buchenwald, gdzie doczekał wyzwolenia wiosną 1945 r., natomiast młodszy Karol, wymieniony na znalezionej kartce papieru, trafił w KL Auschwitz do szkółki murarskiej dla młodocianych (Maurerschule). Przeżył obóz w dużej mierze dzięki pomocy i opiece starszego współwięźnia i jego kolegi Stanisława Zydlera (nr 120251), deportowanego transportem łódzkim z 6 maja 1943 r. W dniu 28 październiku 1944 r. przeniesiono go do podobozu KL Flossenbürg w Litomierzycach (Leitmeritz) na terenie Czech, gdzie ciężko chory na tyfus doczekał wolności w maju 1945 r. Karol Czekalski ma dzisiaj 83 lata i mieszka w Łodzi. W zbiorach archiwalnych Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau są przechowywane jego powojenne wspomnienia, w których napisał:

Murarskiego zawodu uczyli nas na poddaszu bloku nr 7 inżynierowie, technicy i mistrzowie, przeważnie francuscy Żydzi. (…) Z nadejściem wiosny 1944 r. część „uczniów” uznano za nadających się do pracy i zorganizowano komando „Luftschutzbunkerbau”, aby budować schrony przeciwlotnicze.

Ostatnio o znalezisku dowiedzieć się miała również rodzina Alberta Veissida, który był francuskim Żydem z Lyonu i jako jedyny nie-Polak jest wymieniony wśród siedmiu więźniów na tej kartce. Albert Veissid urodził się 22 maja 1924 r., przywieziono go z obozu przejściowego Drancy we Francji do KL Auschwitz 2 czerwca 1944 r. i oznaczono numerem A-12063, żyje i mieszka we Francji.

Losy pozostałych czterech więźniów, których nazwiska znajdują się na odnalezionej kartce również częściowo są do ustalenia. Stanisław Dubla (nr 130208) i Jan Jasik (nr 131491 został wywiezieni z KL Auschwitz do Litomierzyc (Leitmeritz) na terenie Czech, dalszy ich los jest nieznany. Wacława Sobczaka (nr 145664) także przeniesiono z KL Auschwitz do bliżej nieustalonego obozu na terenie Niemiec, gdzie wyzwolili go żołnierze Armii Czerwonej w okolicach Rostocku w kwietniu 1945 r. Mieszka we Wrąbczynie w woj. wielkopolskim. Waldemar Białobrzeski (nr 157582) także został przeniesiony do Litomierzyc 28 października 1944 r., dalszy jego los jest nieznany.

Być może, że jednak ktoś z nich jeszcze żyje do dzisiaj i oni sami lub ich rodziny odezwą się oraz uzupełnią swoim przekazem te dramatyczne losy.

Adam Cyra

Oświęcim, 29 kwietnia 2009 r.

, , ,

Brak komentarzy

Zapomniany bohater z Libiąża

Podczas okupacji hitlerowskiej w Libiążu, obok istniejącej do dzisiaj kopani „Janina”, powstał we wrześniu 1943 r. podobóz KL Auschwitz, noszący nazwę „Janinagrube”.

Jednym z więźniów tego podobozu był austriacki Żyd, Adolf Volk, który po wojnie, 22 listopada 1945 r., złożył kilkustronicowe oświadczenie w wiedeńskiej kancelarii adwokata dr. Marcina Hőberle na temat uratowania mu życia przez mieszkańca Libiąża o nazwisku Piotr Dulowski.

Adolf Volk urodził się 21 grudnia 1923 r. i pochodził z Wiednia. Tam aresztowany został przez gestapo 3 maja 1942 r. Przez ponad jedenaście miesięcy przebywał w wiedeńskim areszcie śledczym, gdzie skazano go na rok karnego więzienia za „zhańbienie rasy”. Po kilku tygodniach pobytu w policyjnym więzieniu w Wiedniu został 24 czerwca 1943 r. przywieziony transportem zbiorowym do KL Auschwitz i oznaczony numerem obozowym 124652.

Podobóz Janinagrube. Drewniany barak, w którym mieściła się wartownia obozu.

Podobóz Janinagrube. Drewniany barak, w którym mieściła się wartownia obozu.

W połowie listopada tegoż roku przydzielono go do komanda zewnętrznego w kopalni „Janina” w Libiążu, gdzie po jakimś czasie udało mu się nawiązać łączność z miejscowym robotnikiem cywilnym Janem Bocharkiem, a następnie za pośrednictwem Piotra Dulowskiego, rzeźnika z Libiąża, porozumieć się korespondencyjnie ze swoją matką Anną Volk w Wiedniu, która już po miesiącu przyjechała do Libiąża i powtarzała te odwiedziny co dwa tygodnie. Podczas swojego pobytu mieszkała stale u rodziny Dulowskich.

Przy jej pomocy Piotrowi Dulowskiemu udało się przekupić SS-Rottenführera Maxa Illiga, szefa kuchni dla esesmanów w podobozie „Janinagrube”, który spowodował przeniesienie jej syna i zatrudnienie go jako pomocnika kucharza we wspomnianej kuchni SS. W ten sposób Adolf Volk uwolniony został od morderczej pracy, ponad siły, wykonywanej w libiąskiej kopalni przez więźniów podobozu „Janinagrube”, która z pewnością w krótkim czasie spowodowałaby jego śmierć.

Jako pomocnik kucharza Adolf Volk, dwa lub trzy razy w tygodniu, kupował mięso u Piotra Dulowskiego w Libiążu dla obozowej kuchni SS. Przy nabywaniu towaru rodzina Dulowskich przekazywała Adolfowi Volkowi duże ilości żywności w celu potajemnego jej rozdzielenia wśród więźniów.

Dzięki tym podarkom w naturze – zeznał w swoim powojennym oświadczeniu Adolf Volk – uratowało się przed śmiercią głodową wielu więźniów obozu koncentracyjnego. Poza tym przy sposobności zakupu towaru miałem możność rozmawiać ze swoją matką, która zawsze wykorzystywała tę sposobność i zatrzymywała się właśnie w tym czasie u rodziny Dulowskich, i dzięki jej słowom pełnym pociechy odzyskiwałem hart ducha i moc wewnętrzną.

Oświadczenie Adolfa Volka, przetłumaczone 6 grudnia 1945 r. z języka niemieckiego na język polski przez tłumacza przysięgłego z Krakowa, dr. Kazimierza Bulasa, dopiero niedawno zostało przekazane pracownikom Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu i stanowi ono cenny dokument, świadczący o jeszcze jednym, dotychczas nieznanym przypadku, uratowaniu życia Żydowi przez Polaków.

Adam Cyra
Oświęcim, 23 kwietnia 2009 r.

, , , , , , , , ,

Brak komentarzy

Michał Ziółkowski (1919-2009)

Zmarł jeden z ostatnich członków organizacji wojskowej rtm. Witolda Pileckiego w KL Auschwitz, który m.in. sprzątając pomieszczenia biur obozowych, kiedy nie było w nich esesmanów, zajmował się słuchaniem radia i wiadomości, uzyskane z londyńskich audycji BBC, przekazywał wtajemniczonym więźniom z wojskowej siatki konspiracyjnej.

Michał Ziółkowski urodził się 28 września 1919 r. w Tarnowie, gdzie ukończył gimnazjum humanistyczne im. Adama Mickiewicza. W latach szkolnych był harcerzem. Po zdaniu matury w 1938 r. zgłosił się ochotniczo do Szkoły Podchorążych Rezerwy Artylerii we Włodzimierzu Wołyńskim. Uczestniczył w kampanii wrześniowej 1939 r. Uniknął niewoli i postanowił w listopadzie tegoż roku przekroczyć granicę węgierską, aby wstąpić do formującej się armii polskiej na Zachodzie. Został zatrzymany przez patrol niemieckiej straży granicznej i osadzony w sanockim więzieniu, a następnie na Montelupich w Krakowie i w więzieniu w Nowym Wiśniczu, skąd 20 czerwca 1940 r. został przewieziony w drugim transporcie polskich więźniów politycznych do KL Auschwitz, gdzie oznaczono go numerem 1055.

Michał Ziółkowski (1919-2009)

Michał Ziółkowski (1919-2009)

W końcu października 1944 r. wywieziono go do obozu koncentracyjnego Flossenbürg – komando zewnętrzne Leitmeritz, gdzie pracował najpierw w sztolniach, a potem jako nosiciel trupów w szpitalu obozowym. Uciekł podczas marszu śmierci z tego obozu w pierwszych dniach maja 1945 r.

Jego pobyt w niemieckich, nazistowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych trwał ponad pięć lat, z tego ponad cztery lata w KL Auschwitz. Strach przed śmiercią i poniżeniem oraz swoją działalność w obozowym ruchu oporu opisał we wstrząsających wspomnieniach, „Byłem od początku w Auschwitz”, wydanych w Gdańsku w 2007 r.

Rok wcześniej książka ta, zatytułowana „Ich war von Anfang an in Auschwitz”, ukazała się Niemczech. W jej wydaniu pomogła Fundacja Maksymiliana Kolbego z Freiburga zajmująca się od 1973 r. sprawą pojednania polsko-niemieckiego i pomocą dla byłych więźniów obozów koncentracyjnych.

W tych wspomnieniach pełen wzburzenia opisuje m.in. olbrzymie transporty Żydów, które w większości prosto z rampy kolejowej w Birkenau były kierowane do komór gazowych czterech wielkich krematoriów. Na temat swojej działalności w organizacji rtm. Pileckiego napisał: „Przede wszystkim informowaliśmy świat o tym, co dzieje się w Auschwitz. Zakładano, że w końcu alianci zbombardują te krematoria”. Do takich bombardowań nigdy jednak nie doszło. Dla aliantów ważniejsze były cele o znaczeniu militarnym.

Michał Ziółkowski po wojnie ukończył Wyższą Szkołę Handlu Morskiego. Był wybitnym specjalistą handlu i transportu: w latach 1961-1965 zatrudniony w Indiach (New Delhi), w latach 1965-1971 w Republice Federalnej Niemiec.

W ubiegłym roku uczestniczył w uroczystościach w Tarnowie, Nowym Wiśniczu i w Oświęcimiu, związanych z przybyciem pierwszego transportu więźniów Polaków z więzienia w Tarnowie do KL Auschwitz w dniu 14 czerwca 1940 r.. Był honorowym członkiem Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem. Zawsze był zdania, „że obecnie żyjąca generacja musi przyjąć na siebie odpowiedzialność, aby takie zbrodnie nigdy więcej się nie powtórzyły”.

Ostatnio pięć miesięcy spędził w szpitalu, skąd powrócił do domu w Sopocie 10 lutego 2009 r. W tym dniu odwiedził go Kazimierz Piechowski, również z transportu wiśnickiego (nr 918), słynny uciekinier z KL Auschwitz, który zbiegł z tego obozu wraz trzema współwięźniami, wykradzionym samochodem SS. Spędzili czas na bardzo serdecznej rozmowie. Niestety, było to ich ostatnie spotkanie. Nazajutrz Michał Ziółkowski niespodziewanie zmarł, mając osiemdziesiąt dziewięć lat. Jego pogrzeb odbędzie się w Sopocie w dniu 18 lutego 2009 r.

Adam Cyra
16 lutego 2009 r.

, , , , ,

Brak komentarzy

Pomnik w Olewinie koło Olkusza

Piotr Kocjan (1913-1945)

Piotr Kocjan (1913-1945)

Obok zabytkowej kapliczki Olewinie koło Olkusza odsłonięty został w 1991 roku  pomnik z nazwiskami czterech poległych i zamordowanych mieszkańców tej miejscowości w czasie drugiej wojny światowej. Na płycie pomnika wymienione jest również nazwisko Piotra Kocjana, który zginął ponad siedemdziesiąt lat temu, mając zaledwie trzydzieści jeden lat.

Pomnik przed kapliczką w Olewinie k. Olkusza

Pomnik przed kapliczką w Olewinie k. Olkusza

Piotr Kocjan urodził się 28 maja 1913 roku w Olewinie, gdzie jego rodzice mieli niewielkie gospodarstwo rolne. Wychowany w trudnych warunkach w wielodzietnej rodzinie jako eksternista zdał egzaminy z zakresu 6 klas gimnazjalnych w Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Olkuszu.

W latach 1936-1937 odbył służbę wojskową w 11. pułku piechoty w Tarnowskich Górach. Po przeniesieniu do rezerwy podjął w 1938 roku pracę radiotelegrafisty na dworcu kolejowym PKP w Jaworznie-Szczakowej. Jego jednostką przydziałową był 16. pułk piechoty w Tarnowie, do którego nie został zmobilizowany ze względu na pracę w PKP. We wrześniu 1939 roku wraz z innymi kolejarzami z Jaworzna-Szczakowej został ewakuowany w głąb wschodniej Polski.

Po powrocie do rodzinnego domu w Olewinie zaangażował się w 1941 roku konspiracyjnie w organizacji „Orzeł Biały”, a potem w ZWZ/AK. Równocześnie pracował jako dróżnik na pobliskim przejeździe kolejowym znajdującym się między Rabsztynem i Troksem, położonym w pasie granicznym pomiędzy Rzeszą i Generalnym Gubernatorstwem, utrzymując kontakty z działającymi w tym rejonie oddziałami partyzanckimi.

Tablica pamiątkowa na pomniku

Tablica pamiątkowa na pomniku

Konspiracyjna grupa do której należał została rozbita wskutek „wsypy” latem 1944 roku. Żandarmi hitlerowscy aresztowali go w jego rodzinnym domu w Olewinie nad ranem 29 sierpnia.

Więziony był w Olkuszu, Sosnowcu i w Mysłowicach, skąd po upływie półtora miesiąca skierowano go w transporcie więźniów do obozu koncentracyjnego Gross-Rosen. Przywieziony tam został pod koniec października 1944 roku, otrzymując numer 80894.

Po kilku dniach spędzonych w obozie macierzystym Gross-Rosen przeniesiony został do podobozu „Arbeitslager Breslau II” we Wrocławiu, gdzie zmuszono go do niewolniczej pracy przy produkcji części do czołgów w zakładach „Linke Hoffman Werke A.G.”.

Kartka pocztowa z więzienia w Mysłowicach

Kartka pocztowa z więzienia w Mysłowicach

W Olewinie pozostawił żonę Zofię i dwoje maleńkich dzieci – syn Józef, ur. wiosną 1943 roku i córka Elżbieta, ur. jesienią 1944 roku, kiedy ojciec przebywał już w obozie koncentracyjnym.

W ostatnim grypsie wysłanym z podobozu we Wrocławiu do żony Zofii, noszącym datę 30 grudnia 1944 roku, napisał:

List, który otrzymałem od Ciebie sprawił mi wielką radość z powodu, że mam wiadomość od Ciebie i że mamy małą Elżunię, którą z imienia już pokochałem. Ale później ogarnął mnie wielki smutek i żal. Bo możesz sobie wyobrazić ojca, który ma dziecko i nie zna go, nie może do niego przemówić i uścisnąć go. Elżuniu, ty mój skarbie, bądź zdrowa i rośnij Bogu i nam na pociechę. Pragnę, abyś była kropla w kroplę podobna do Twojej mamusi i przejęła od niej wszystkie cechy charakteru. Teraz muszę coś powiedzieć temu mojemu łobuzowi, którego prawdopodobnie rozpieściła Babunia. Ty mały łobuzie módl się do Bozi, żeby Tatuś powrócił, bo Tatuś modli się do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy, aby dała Wam zdrowie i miała Was w swojej opiece.

Pomnik na starym cmentarzu w Olkuszu

Pomnik na starym cmentarzu w Olkuszu

W drugiej połowie stycznia 1945 roku, podczas ewakuacji więźniów z wrocławskiego podobozu do KL Gross-Rosen, Piotr Kocjan został zastrzelony na przez esesmana z konwoju, kiedy z wyczerpania nie mógł już iść o własnych siłach. Został pochowany w bezimiennej mogile na trasie „Marszu Śmierci”.

Jego nazwisko jest wymienione na pomniku, upamiętniającym mieszkańców Ziemi Olkuskiej, zamordowanych w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych, którego odsłonięcie nastąpiło na starym cmentarzu w Olkuszu 12 czerwca 2005 roku.

Wdowa po Piotrze Kocjanie – Zofia Kocjan zmarła 16 marca 2012 roku i  została pochowana 19 marca.  na nowym cmentarzu w Olkuszu. Miała 91 lat.

Adam Cyra
Oświęcim, 6 lutego 2009 r.

, , , ,

1 komentarz

Antoni Szlachcic (1919-1945)

Sześćdziesiąt cztery lata temu – 5 stycznia 1945 r. – w bloku nr 11 odbyło się ostatnie posiedzenie “sądu doraźnego” pod przewodnictwem szefa gestapo katowickiego dr. Johannesa Thümmlera, który skazał wtedy na śmierć kilkadziesiąt osób. Jedną z jego ostatnich ofiar był Antoni Szlachcic. Zginął on w dniu następnym w Brzezince, rozstrzelany w krematorium nr 5. Krematorium to hitlerowcy wysadzili w powietrze dopiero w przeddzień wyzwolenia KL Auschwitz, w nocy z 25 na 26 stycznia 1945 r.

W podziemiach Bloku Śmierci pozostały napisy, które Antoni Szlachcic wyrył w tynku celi nr 20: “Babice” (miejsce zamieszkania), “Maria” (imię matki) i “Laura” (jego pseudonim konspiracyjny). Rodzina zamordowanego odkryła ich istnienie wkrótce po wyzwoleniu. Następna informacja o podobnym odkryciu została przekazana bliskim Antoniego Szlachcica dopiero czterdzieści lat później, kiedy w 1986 r. został zauważony, tym razem na ścianie celi nr 19, jeszcze jeden napis jego autorstwa: “Antoni Szlachcic, ur. 2.3.1919 r., Babice, p. Oświęcim, 18.V. – 22.V. 1944 r.” Krótkie, lakoniczne, a tak wymowne zapisy minionej tragedii.

Antoni Szlachcic

Antoni Szlachcic

Antoni Szlachcic urodził się 2 marca 1919 r. w Babicach. Pochodził z rodziny kolejarskiej. Do szkoły powszechnej uczęszczał w Oświęcimiu, a następnie kontynuował naukę w Państwowej Szkole Handlowej w Białej Krakowskiej, którą ukończył w 1937 r. Egzamin maturalny złożył jako eksternista w X Państwowym Gimnazjum im. Królowej Jadwigi w Krakowie. Rozpoczęcie studiów prawniczych uniemożliwiła mu napaść w 1939 r. Niemiec hitlerowskich na Polskę.

W czasie okupacji mieszkańcy Babic zostali przez Niemców wysiedleni. Młody i pełen odwagi Antoni zamieszkał wraz z rodzicami w Oświęcimiu przy ulicy Kościelnej. Pracował jako laborant fotograficzny w pobliskiej drogerii, która znajdowała się w Rynku Głównym, noszącym wówczas nazwę Adolf Hitler Platz. Był już wtedy żołnierzem konspiracji i wchodził w skład sztabu obwodu oświęcimskiego ZWZ/AK, który został utworzony wiosną 1940 r. Obwód ten odegrał doniosłą rolę w niesieniu pomocy więźniom KL Auschwitz.

Jego brat, lekarz Marian Szlachcic, wspominał:

Mając dostęp do amatorskich filmów przynoszonych do wywoływania przez gestapowców i żołnierzy niemieckich tworzył on potajemnie archiwum, dokumentując zbrodnie hitlerowskie (…) brał osobisty udział w przyjmowaniu zrzutów lotniczych oraz zajmował się organizowaniem ucieczek z KL Auschwitz. Byłem niejednokrotnie świadkiem rozmów i narad ustalających trasę ewakuacji zbiegłych z obozu oraz przygotowanie dla nich dokumentów, ubrań i żywności.

W wyniku zdrady, mającej miejsce w obwodzie oświęcimskim ZWZ/AK jesienią 1942 r., nastąpiło niespodziewane i tragiczne w skutkach uderzenie ze strony gestapo. Aresztowani zostali: komendant Alojzy Banaś oraz Marian Feliks, Maksymilian Niezgoda, Jan Jakuczek, Bronisława Kubisty, Jadwiga Dylik i inni. W sumie ponad trzydzieści osób. Niemal wszystkich wówczas ujętych rozstrzelano w KL Auschwitz 25 stycznia 1943 r.

Zdrajcy – Stanisław Dembowicz i Mieczysław Mólka-Chojnowski, zostali skazani na śmierć przez Wojskowy Sąd Specjalny AK. Dembowicz został zastrzelony na ulicy w Sosnowcu, natomiast rzekomego uciekiniera z obozu oświęcimskiego, za jakiego uchodził Mólka-Chojnowski, wytropiono w Wiśle, gdzie wypoczywał w pensjonacie zamieszkałym przez Niemców. Pracownica tego ośrodka, będąca członkiem AK, wpuściła potajemnie do jego wnętrza polskich żołnierzy podziemia, którzy wykonali wyrok.

Antoni Szlachcic zdołał dzięki przypadkowi uniknąć aresztowania spowodowanego przez obydwu zdrajców.

Zdając sobie sprawę, że jest poszukiwany, skorzystał z przygotowanych wcześniej dokumentów – podaje dalej Marian Szlachcic – i ukrywał się na terenie Kańczugi i Łęk koło Kęt, kontynuując działalność konspiracyjną. Wiosną 1944 r. został podstępnie zwabiony obietnicą przekazania broni i wydany w ręce gestapo przez pracownika urzędu gminnego w Brzeszczach, za co zdrajca uzyskał podobno 3000 marek nagrody. Mimo ciągłych tortur i przesłuchań prowadzonych przez obozowe gestapo Antoni Szlachcic osadzony w podziemiach bloku nr 11 nie wydał nikogo ze swoich konspiracyjnych współtowarzyszy.

Opis egzekucji, podczas której Antoni Szlachcic został zamordowany w dniu 6 stycznia 1945 r., zawarty jest we wspomnieniach byłego więźnia KL Auschwitz, zmarłego po wojnie w Rumuni, lekarza Miklosa Nyszli:

Gdzie tylko spojrzeć, wszędzie śnieg, cała okolica w bieli. Wychodzę na krótki spacer po podwórzu krematorium. Ciszę przerywa warkot motoru. Mija zaledwie kilka chwil i przez bramę wjeżdża pomalowany na brązowo, wielki kryty samochód – więźniarka z oświęcimskiego kacetu. Stu Polaków przyjechało na śmierć. Grupa składa się z samych mężczyzn. Esesmani prowadzą ich do pomieszczenia obok kotłowni. Tam pada rozkaz: natychmiast rozebrać się! Esesmani prowadzą ofiary przed Muhsfeldta. Ich zdaniem wykonano tylko wyrok trybunału wojennego. Wprawdzie znów masowo mordowano, ale za to zgodnie z prawem!

Bezpośredni zabójca Antoniego Szlachcica, wspomniany SS-Oberscharführer Erich Muhsfeldt, wyrokiem Najwyższego Trybunału Narodowego w Krakowie, podczas procesu czterdziestu członków załogi SS obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau, został skazany 22 grudnia 1947 r. na karę śmierci. Wyrok wykonano.

Adam Cyra
Oświęcim, 7 stycznia 2009 r.

, , ,

Brak komentarzy

Nowe martyrologium Jerzego Klistały

Ukazała się kolejna książka Jerzego Klistały z dziedziny biografistyki, zatytułowana „Martyrologium mieszkańców Bielska, Białej, Bystrej, Czechowic, Dziedzic, Jasienicy, Jaworza, Komorowic, Kóz, Mikuszowic, Porąbki, Szczyrku, Wilamowic, Wilkowic, Zabrzega w latach 1939-1945 – słownik biograficzny”.

Jerzy Klistała (ur. 1935 r.) – obecnie mieszka w Bielsku-Białej. W czasie okupacji niemieckiej osobiście doświadczył skutków terroru hitlerowskiego. Jego ojciec za działalność konspiracyjną w ZWZ/AK został rozstrzelany w KL Auschwitz pod „Ścianą Straceń” w 1943 r.

Książka pt. "Martyrologium mieszkańców Bielska, Białej, Bystrej, Czechowic, Dziedzic, Jasienicy, Jaworza, Komorowic, Kóz, Mikuszowic, Porąbki, Szczyrku, Wilamowic, Wilkowic, Zabrzega w latach 1939-1945 – słownik biograficzny"

Książka pt. "Martyrologium mieszkańców Bielska, Białej, Bystrej, Czechowic, Dziedzic, Jasienicy, Jaworza, Komorowic, Kóz, Mikuszowic, Porąbki, Szczyrku, Wilamowic, Wilkowic, Zabrzega w latach 1939-1945 – słownik biograficzny"

Młody Jurek po raz pierwszy zwiedził były obóz Auschwitz-Birkenau jako dwunastoletni uczeń z wycieczką szkolną. Było to dwa lata po wojnie. Nie przypuszczał wówczas, że miejsca masowych zbrodni hitlerowskich wpłyną na jego późniejsze życie w tak wyjątkowy sposób. Świeże jeszcze ślady po byłym obozie, podziałały wówczas na jego dziecinną świadomość bardzo mocno – przyjechał bowiem do miejsca, w którym zginął jego ojciec, mając zaledwie trzydzieści dwa lata. W życiu dorosłym Jerzy Klistała, już po przejściu na emeryturę, zajął się biografistyką więźniów obozów koncentracyjnych, nie pozwalając, aby pozostali oni bezimienni.

Niniejsza książka w formie słownika biograficznego przedstawia w krótkich notach biograficznych losy ponad 1300 Polaków i Żydów, więźniów niemieckich obozów i więzień oraz obozów jenieckich z terenów bliskich miejsca zamieszkania Autora. Wśród nich są także Polacy, którzy zginęli na „nieludzkiej ziemi”, rozstrzelani przez NKWD w Katyniu i Charkowie.

Biogramy więźniów w nowo wydanej książce Jerzego Klistały poprzedzone są cennym wstępem, zatytułowanym „Metody zatajania zbrodni”. Wstęp ten napisał Kazimierz Smoleń, mający dzisiaj osiemdziesiąt osiem lat – wyjątkowy znawca tematu oświęcimskiego, były więzień KL Auschwitz i KL Mauthausen, długoletni dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, który ojca również stracił w obozie koncentracyjnym. Opracowanie to nawiązuje do nakazu tajemnicy, w jakiej obozowe władze SS starały się utrzymać to wszystko, co czynione było w zakresie unicestwiania więźniów od powstania KL Auschwitz do ostatnich dni jego funkcjonowania.

Polacy i Żydzi z terenów nie tak odległych od KL Auschwitz, którzy zginęli i ich biogramy są utrwalone w martyrologium Jerzego Klistały, poza nielicznymi wyjątkami, nie mają mogił. W Oświęcimiu ich prochy rozrzucano m.in. na terenach przyległych do KL Auschwitz i wsypywano do rzeki Soły. „I tak – pisze w przedmowie do swojej książki Jerzy Klistała – przyobozowa ziemia i rzeka stały się miejscem Ich wiecznego spoczynku”.

Ta cenna publikacja, która ukazała się m.in. dzięki finansowemu wsparciu Urzędu Marszałkowskiego Województwa Śląskiego, Fundacji Pamięci Ofiar Obozu Zagłady Auschwitz-Birkenau i Chrześcijańskiego Stowarzyszeniu Rodzin Oświęcimskich nie pozwala o Nich zapomnieć.

Adam Cyra
Oświęcim, 1 grudnia 2008 r.

, , , , , , ,

Brak komentarzy

”Wołyń i Polesie” – 4/2008

W Oświęcimiu od kilkunastu lat aktywnie działa Koło Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia, liczące kilkunastu członków. Oprócz kontaktów z Polakami na Wołyniu od prawie piętnastu lat w Oświęcimiu wydawany jest kwartalnik „Wołyń i Polesie”, który redaguje Halina Modła-Ziółkowska, pochodząca z Równego na Wołyniu, emerytowana polonistka szkół średnich i prezes oświęcimskiego Koła.

„Wołyń i Polesie” jest unikalnym kwartalnikiem we współczesnym czasopiśmiennictwie polskim, starającym się przekazać prawdę na temat historii kresów przedwojennej Polski i tragicznych losów ich mieszkańców w czasie drugiej wojny światowej. Jest to szczególnie ważne dzisiaj, kiedy prawda ta w dużej mierze ulega zapomnieniu.

Obecnie ukazał się już sześćdziesiąty numer tego unikalnego kwartalnika („Wołyń i Polesie” 2008 nr 4), zawierający kilka interesujących artykułów, z których jeden, autorstwa Marii Biel, zatytułowany „Zdążył tylko krzyknąć: Jezu!”, przypomina, że w przyszłym roku przypada 65. rocznica męczeńskiej śmierci i setna rocznica urodzin o. Kamila Gleczmana, karmelity bosego rodem z Polanki Wielkiej k. Oświęcimia.

O. Kamil Gleczman

O. Kamil Gleczman

Ten zapomniany dzisiaj zakonnik urodził się 27 czerwca 1909 r. Po ukończeniu szkoły powszechnej w rodzinnej wiosce wstąpił do alumnatu Karmelitów Bosych w Wadowicach, a następnie w Czernej k. Krzeszowic, gdzie w 1927 r. złożył śluby zakonne. Sześć lat później otrzymał w Krakowie święcenia kapłańskie i wyjechał na dalsze studia do Wilna. Po ich ukończeniu udał się do Wiśniowca na Wołyniu, gdzie początkowo pracował jako katecheta, a w 1939 r. został przeorem tamtejszego karmelitańskiego klasztoru.

Wiśniowiec – to dziś niewielka wioska w obwodzie tarnopolskim na Ukrainie, która ma jednak bardzo bogatą historie. Z tej miejscowości wywodził się król polski Michał Korybut Wiśniowiecki. Był tam też zamek, który dopiero podczas wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. został doszczętnie zniszczony i obrabowany. W pobliżu tego zamku znajdował wspomniany klasztor, który po 17 września 1939 r. karmelici opuścili. Na jego straży pozostali tylko przeor o. Kamil i br. Cyprian (Jan Lasoń, ur. 3 sierpnia 1879 r. w Nowej Górze niedaleko Czernej). Podczas okupacji, najpierw sowieckiej a potem niemieckiej, zdrowie obu karmelitów było w opłakanym stanie – niedożywieni i zestresowani, uskarżali się na różne choroby.

W 1943 r. zaczęły dochodzić budzące grozę wieści o mordach dokonywanych przez nacjonalistów ukraińskich na kresowych Polakach. 28 października tegoż roku w ostatnim swoim zachowanym liście, o.Kamil donosił prowincjałowi we Lwowie: „Cała parafia Wiśniowiecka jest zniszczona, gospodarstwa polskie popalone w liczbie ok. 600. Parafianie – jedni wyjechali z rodzinami do Niemiec, inni wyjechali do Galicji, a obecnie jest jeszcze 750 osób. Nocują w naszym kościele, zgłodniali, obdarci, bosi”.

Od nieuchronnej śmierci z rąk banderowców, tamtejszych Polaków na razie chronili żołnierze węgierscy, którzy na polecenie Niemców stacjonowali w Wiśniowcu do dnia 7 lutego 1944 r. Jeszcze tego samego dnia wieczorem, kiedy w tej miejscowości już nie było Węgrów, Ukraińcy łomami i siekierami wyważyli klasztorna furtę. Zmuszono o. Kamila, aby wszedł do piwnicy, gdzie schronili się miejscowi Polacy.

W karmelitańskim archiwum w Czernej zachowało się takie świadectwo:

Po wejściu do piwnicy dał się słyszeć krzyk o. Kamila „Jezu” i rozległ się strzał. To było hasło mordu. Po o. Kamilu wywleczono brata Cypriana, który usiłował się schronić do szpitala będącego w budynku klasztornym, ale tam nie puszczono go. Brat Cyprian został zamordowany jako drugi z kolei w piwnicy.

Po obrabowaniu klasztoru i kościoła, mordercy podpalili zabudowania. Po kilku tygodniach do Wiśniowca weszli żołnierze sowieccy i im pozostali przy życiu nieliczni Polacy, wskazali miejsce zbrodni, popełnione na czterdziestu dwóch osobach. Wśród zamordowanych Polaków, rozpoznano ciała obu zakonników.

Michał Dzianott z Wiśniowca, przyjaciel o. Kamila, takie pozostawił o nim świadectwo:

Był to człowiek dobry i kochany, jak wyjeżdżaliśmy każdemu z nas dał obrazek na drogę i pobłogosławił na drogę; i mówił, jak przeżyjecie i powrócicie, to będziecie szukać mojej mogiły.

Mogiły nie ma, ale na Ziemi Oświęcimskiej, gdzie urodził się w Polance Wielkiej i wychował, powinno się uratować o Nim pamięć. Czy takie starania będą miały miejsce ? – czas pokaże.

Należy również podkreślić, że na kartach „Wołynia i Polesia” utrwalane zostają przede wszystkim opisy wydarzeń związanych z przeżyciami Polaków zamieszkałych kiedyś na Wołyniu i Polesiu, którzy obecnie są już w podeszłym wieku i dla nich niejednokrotnie jest to jedyna możliwość opublikowania swoich wspomnień i pozostawienia po sobie niezwykłego świadectwa dla dzisiejszych i przyszłych pokoleń Polaków.

W ten sposób ci historycy-świadkowie utrwalają swoją gehennę, zbrodnicze działania ukraińskich nacjonalistów spod znaku OUN-UPA, walki 27 Dywizji Wołyńskiej AK, wojenną oraz powojenną deportację na Sybir i do łagrów sowieckich, a także młodzieńcze przeżycia na Kresach w przedwojennej Polsce.

Adam Cyra
Oświęcim, 24 listopada 2008 r.

, , , , , , ,

Brak komentarzy

Święto Niepodległości w KL Auschwitz w 1941 r.

W dniu 11 listopada w 1941 r. na podwórzu bloku nr 11 pod Ścianą Straceń w KL Auschwitz odbyła się pierwsza egzekucja dokonana przez strzał w tył głowy z broni małokalibrowej. Skazańcy rozebrani do naga, ze skrępowanymi z tyłu rękami, byli rozstrzeliwani pojedynczo. Przed egzekucją wypisano każdemu z nich numer obozowy na piersiach. Jej przebieg obserwował komendant obozu Rudolf Höss oraz kierownik obozu i lekarz obozowy. Rozstrzeliwał podoficer raportowy Gerhard Palitzsch, każdorazowo ładując do karabinka nowy nabój. W tym dniu rozstrzelał on 151 więźniów, prawie samych Polaków.

Wśród rozstrzelanych było 80 Polaków, przywiezionych z więzienia śledczego w Mysłowicach, których przed egzekucją umieszczono w celach aresztu obozowego w podziemiach bloku nr 11. Blok ten zwany był „Blokiem Śmierci”. Ponadto stracono wówczas 27 więźniów, osadzonych w tych celach przez władze obozowe w dniach od 10 października do 2 listopada 1941 r. Dodatkowo gestapo obozowe wezwało z różnych bloków więźniarskich na terenie KL Auschwitz 44 więźniów, których również wtedy stracono. Zwłoki rozstrzelanych spalono w krematorium nr 1 na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu.

W archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau jest przechowywany wykaz wspomnianych 44 więźniów, sporządzony potajemnie przez obozowy Ruch Oporu. Zawiera on daty i miejsce urodzenia zamordowanych oraz adresy ich rodzin. Na liście tej wymieniony jest m.in. Tadeusz Lech, ur. 4 marca 1913 r. w Szarowie koło Bochni, rzeźbiarz.

W swoim powojennym raporcie z 1945 r. rotmistrz Witold Pilecki, dobrowolny więzień KL Auschwitz i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie, napisał, że wśród ofiar tej egzekucji, celowo przeprowadzonej przez niemieckich nazi-stów w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, był por. rez. Tadeusz Lech, nr obozowy 9235, pochodzący z okolic Bochni, który na kilka godzin przed śmiercią powiedział do niego: „Cieszy mnie chociaż to, że zginę 11 listopada”.

Sam rotmistrz Witold Pilecki, nr 4859, wprawdzie przeżył totalitaryzm nazistowski, lecz zginął w okresie terroru stalinowskiego, rozstrzelany w warszawskim więzieniu na Mokotowie 25 maja w 1948 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 10 listopada 2008 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Ppłk lotnictwa Juliusz Gilewicz (1890-1943)

Sześćdziesiąt pięć lat temu, 11 października 1943 r. pod Ścianą Straceń w KL Auschwitz, rozstrzelano pięćdziesięciu czterech więźniów. W grupie rozstrzelanych byli Polacy, wybitni wojskowi, działacze społeczni i polityczni.

Jednym z nich był ppłk Juliusz Gilewicz, który urodził się 19 października 1890 r. w Białopolu (gubernia kijowska), gdzie jego ojciec był administratorem majątku ziemskiego. Do rosyjskiego gimnazjum uczęszczał w Żytomierzu, skąd wydalono go za przynależność do tzw. „Polskiej Korporacji Samokształceniowej”. Już jako ekstern zdał egzamin dojrzałości w Wiaźmie na Ukrainie, a następnie podjął studia na Uniwersytecie w Kijowie, na którym zdołał ukończyć sześć semestrów medycyny i cztery semestry prawa. Znał cztery języki obce: rosyjski, ukraiński, czeski i niemiecki.

Studia przerwał w 1914 r., ponieważ powołano go do armii rosyjskiej i skierowano 5 marca 1915 r. do szkoły lotniczej w Gatczynie, którą ukończył 1 sierpnia 1915 r. Wkrótce wyruszył na front. W lotnictwie carskim Gilewicz odbył blisko 200 lotów bojowych i dwukrotnie był ranny podczas walk powietrznych, otrzymując wysokie rosyjskie odznaczenia wojenne m.in. czterokrotnie Krzyż Orderu św. Jerzego.

Ppłk lotnictwa Juliusz Gilewicz (1890-1943)

Ppłk lotnictwa Juliusz Gilewicz (1890-1943)

Latem 1917 r. dowiedział się o formowaniu polskich oddziałów wojskowych na Białorusi i na własną prośbę został przeniesiony do oddziału lotniczego formowanego przy I Korpusie Polskim gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Jego zadaniem, po objęciu funkcji oficera technicznego, było zebranie w Brodach wszystkich Polaków, służących w lotnictwie 11. armii rosyjskiej.

W listopadzie 1917 r. Gilewicz w rejonie Starokonstantynowa znalazł się wśród cofających się zbolszewizowanych wojsk rosyjskich, skąd udało mu się jednak przedostać do Kijowa opanowanego przez Ukraińców. W marcu 1918 r. miasto to opanowali bolszewicy i Gilewicz postanowił wówczas z powrotem dołączyć do I Korpusu. W trakcie realizacji tego zamiaru 14 marca 1918 r. został aresztowany na stacji kolejowej Konotop w guberni czernichowskiej przez wkraczające na Ukrainę oddziały niemieckie. Po kilku tygodniach udało mu się zbiec i wyruszył w głąb Rosji, gdzie na terytorium kontrolowanym przez bolszewików przebywała jego rodzina. Ci zatrzymali go i zmusili w czerwcu 1918 r. do wstąpienia do Armii Czerwonej, gdzie otrzymał nominację na dowódcę 3. eskadry artyleryjskiej, z którą miał odejść na front. Formując swoją jednostkę starał się pozyskać do niej jak najwięcej nastawionych antybolszewicko Polaków, aby w przyszłości wraz z nimi przedostać się do Wojska Polskiego, co udało mu się dopiero 7 lipca 1919 r. W sumie wraz z nim szeregi bolszewickie opuściło 17 ludzi: 14 Polaków, 1 Francuz, 1 Rosjanin i 1 Gruzin. Wszyscy uczestniczyli później po stronie polskiej w wojnie z bolszewikami w 1920 r. Gilewiczowi i jeszcze dwuosobowej załodze drugiego samolotu udało się wówczas szczęśliwie przelecieć na stronę polską i wylądować w Nowych Święcianach wśród żołnierzy 1. DP Legionów, dowodzonej przez gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

W dniu 7 stycznia 1920 r. Gilewicz został mianowany dowódcą 5. eskadry lotniczej, którą dowodził aż do 17 kwietnia 1921 r. W sumie podczas wojny polsko-bolszewickiej wykonał około 40 lotów bojowych, zostając za okazane bohaterstwo podczas ich wykonywania odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. W jego wniosku o to odznaczenie można przeczytać: „W akcji pod Żmerynką i Barem kierując działaniem w zastępstwie Szefa Lotnictwa 6. Armii osobiście odpiera atak nieprzyjaciela atakując pociąg pancerny i powracając do oddziału z uszkodzonym przez kule samolotem”.

W okresie międzywojennym zajmuje odpowiedzialne stanowiska w lotnictwie polskim, awansując do stopnia podpułkownika i pełniąc funkcję komendanta parku w 4. Pułku Lotniczym w Toruniu. W 1937 r. został przeniesiony w stan spoczynku i przeszedł do pracy w lotnictwie cywilnym jako naczelnik ruchu w Polskich Liniach Lotniczych „LOT” w Warszawie.

Podczas okupacji hitlerowskiej został aresztowany przez warszawskie gestapo w styczniu 1942 r. za działalność w Związku Walki Zbrojnej. Więziony był najpierw na Pawiaku, a następnie 18 kwietnia tegoż roku przywieziony do KL Auschwitz i oznaczony numerem 31033.

W obozie ppłk Juliusz Gilewicz został wkrótce członkiem konspiracji wojskowej, utworzonej przez rtm. Witoda Pileckiego jeszcze jesienią 1940 r. pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej. Latem 1942 r. Gilewicz objął kierownictwo tej organizacji, zaś dowództwo bojowe nad całością przejął mjr Zygmunt Bohdanowski (w obozie zarejestrowany pod nazwiskiem Bończa, nr 30959), który w okresie międzywojennym przez pewien czas był oficerem 5. dywizjonu artylerii konnej w Krakowie i znał dobrze teren w pobliżu Oświęcimia. Z kolei młodszy brat szefa Związku Organizacji Wojskowej, Kazimierz Gilewicz, nr 71886, w powiązaniu z obozem macierzystym w Oświęcimiu prowadził wojskową konspirację w podobozie w Monowicach. Na trop tej organizacji, której celem ostatecznym było wywołanie powstania w obozie i uwolnienie więźniów, gestapo obozowe wpadło dopiero ponad rok później.

We wrześniu 1943 r. w KL Auschwitz osadzono w bunkrach bloku nr 11 siedemdziesięciu czterech więźniów. Obozowe gestapo po śledztwie połączonym z intensywnymi przesłuchaniami i biciem część więźniów zwolniło. Pozostałych w liczbie pięćdziesięciu czterech rozstrzelano po Ścianą Straceń w dniu 11 października 1943 r. Znalazło się wśród nich 28 członków Związku Organizacji Wojskowej w obozie, w tym czołowi jej przywódcy: ppłk Juliusz Gilewicz oraz jego brat mjr Kazimierz Gilewicz, mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, ppłk lotnictwa Teofil Dziama, Jan Mosdorf, kpt. Tadeusz Paolone i ppłk Kazimierz Stamirowski.

Wszyscy zginęli mężnie. Dziama i Paolone (w obozie zarejestrowany pod nazwskiem Lisowski) zażądali, by strzelano do nich nie w tył głowy, lecz prosto w twarz, jak do żołnierzy. Żądanie to zostało spełnione przez dokonującego egzekucję Rapportführera Wilhelma Clausena. który aresztowany po wojnie, w trakcie przygotowań do procesu, zmarł w więzieniu w Krakowie w 1948 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 13 października 2008 r.

, , ,

Brak komentarzy

Cenna pamiątka na makulaturze

W punkcie skupu makulatury zostało znalezione „Świadectwo Państwowej Odznaki Sportowej nr 1562 z 1933 r.”, należące do Edmunda Wilkosza, które kiedyś uprawniało go do noszenia Państwowej Odznaki Sportowej klasy III stopnia pierwszego. Znalazca tej cennej pamiątki przekazał mi ją, zdając sobie sprawę z jej historycznej wartości i z bezmyślności jakiegoś oświęcimianina, który nie przywiązując do niej żadnego znaczenia, przyniósł ją wraz ze starymi gazetami i innymi papierzyskami na makulaturę.

Ten niezwykły dokument jest w moim posiadaniu już od wielu miesięcy. O tym zdarzeniu piszę jednak dopiero teraz, ponieważ za kilka dni zamierzam odwiedzić cmentarz żołnierzy polskich, którzy zginęli we Włoszech podczas walk o zdobycie, bronionego przez niemieckich spadochroniarzy, kluczowego punktu oporu, jakim był dla hitlerowców – klasztor na wzgórzu Monte Cassino. Edmund Wilkosz spoczywa wśród 1072 poległych wówczas polskich żołnierzy na najwyższym stopniu Polskiego Cmentarza Wojennego na Monte Cassino. Warto przypomnieć jego postać.

Edmund Wilkosz urodził się 30 listopada 1912 r. w Oświęcimiu. Mieszkał w pobliskich Babicach. Naukę po ukończeniu szkoły powszechnej kontynuował w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym im. ks. Stanisława Konarskiego (dzisiejsze Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego). Następnie rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym UJ w Krakowie i po ich ukończeniu podjął pracę jako urzędnik administracji państwowej w starostwie powiatowym w Stryju, gdzie pracował do 18 września 1939 r.

Pasją Edmunda Wilkosza było harcerstwo. W latach 1933-1938 pełnił nawet funkcję komendanta Hufca Męskiego w Oświęcimiu. Na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty.

Świadectwo Państwowej Odznaki Sportowej

Świadectwo Państwowej Odznaki Sportowej

We wrześniu 1939 r. ze Stryja, gdzie – jak już było wspomniane – pracował, został ewakuowany do pobliskiej Rumunii, skąd przedostał się poprzez Węgry, Jugosławię, Grecję i Turcję do Palestyny, wstępując do tworzonej tam Brygady Strzelców Karpackich. W 1941 r. uczestniczył w walkach pod Tobrukiem i za udział w nich został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Na początku 1944 r., ppor. Edmund Wilkosz, jako oficer 2. Korpusu Polskiego został przetransportowany do Włoch, gdzie później brał udział w walkach pod Monte Cassino i wtedy to, 14 maja, został ciężko ranny. W wyniku odniesionych ran zmarł w szpitalu polowym 18 maja 1944 r. W dniu jego śmierci, patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich zatknął biało-czerwoną flagę na ruinach zdobytego klasztoru. Na Monte Cassino odegrany został hejnał Mariacki, co stanowiło obwieszczenie zwycięstwa polskich żołnierzy.

Nie wiem, jakie będą moje odczucia, kiedy na polskim cmentarzu pod Monte Cassino, stanę za kilka dni przy grobie ppor. Edmunda Wilkosza, ale przypominając sobie opisaną powyżej historię ze znalezieniem pamiątki po Nim w skupie makulatury, będę się wstydził za czyn tego oświęcimianina, który ją tam przyniósł, jako bezwartościowy i nikomu już niepotrzebny papier.

Adam Cyra
Oświęcim, 26 września 2008 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Publikacja o Romach

Ostatnio dużo pisało się i mówiło o obchodach 64. rocznicy likwidacji obozu cygańskiego w KL Auschwitz-Birkenau w dniu 2 sierpnia 1944 r. Łącznie w tym obozie w Brzezince zginęło około dwadzieścia tysięcy Romów, w tym wiele dzieci, wśród których było 378 noworodków.

Przesladowania i masowa zagłada Romów podczas II wojny światowej w świetle...

Przesladowania i masowa zagłada Romów podczas II wojny światowej w świetle...

Z okazji tej tragicznej rocznicy ukazała się na rynku księgarskim okolicznościowa publikacja, autorstwa Jerzego Dębskiego i Joanny Talewicz-Kwiatkowskiej, zatytułowana „Prześladowania i masowa zagłada Romów podczas drugiej wojny światowej w świetle relacji i wspomnień”, wydana przez Stowarzyszenie Romów w Polsce – Romski Instytut Historyczny w Oświęcimiu.

Przed kilku laty z inicjatywą wydania tej cennej publikacji wystąpił dr Jerzy Dębski, kustosz Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, jeden z jej autorów , której ukazanie się było możliwe dzięki dofinansowaniu przez Ministerstwo Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Przygotowania do wydania tej książki wymagały licznych kwerend w archiwach: Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, Romskiego Instytutu Historycznego w Oświęcimiu, Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie oraz Centralnej Rady Niemieckich Sinti i Romów w Heidelbergu.

Efektem tych poszukiwań jest wybór dwudziestu pięciu relacji świadków prześladowań oraz zagłady Romów, dokonanej przez niemieckich nazistów podczas drugiej wojny światowej, które zostały opublikowane w omawianej pozycji. Wszystkie one są wstrząsające.

Niemiecka Cyganka, Elizabeth Guttenberger, więziona w KL Auschwitz-Birkenau, wspomina:

Osobiście straciłam w Auschwitz około 30 krewnych. Zmarły tam obydwie babcie. Była tam ciocia z dziesięciorgiem dzieci. Przeżyła tylko dwójka (…). Była także w Auschwitz druga ciocia z pięciorgiem dzieci. Nikt z nich nie przeżył Auschwitz. Jeszcze inna ciocia została pod sam koniec zabita gazem. Ojciec zmarł dosłownie z głodu zaraz w pierwszych miesiącach po przybyciu do obozu. Najstarsza siostra zachorowała na tyfus i zmarła na skutek powikłań. Oczywiście niedożywienie, głód odgrywały tu pewną rolę. Potem zmarł mój najmłodszy brat. Miał 13 lat. Musiał nosić ciężkie kamienie, aż wychudł jak szkielet. Mama zmarła kilka miesięcy później. Wszyscy umierali z głodu. Nie da się Auschwitz porównać z niczym. Nie jest przesadą stwierdzenie: „Auschwitz – to piekło.

Wspomniane relacje są poprzedzone omówieniem stanu literatury i źródeł w odniesieniu do prześladowań i masowej zagłady Romów, dokonanym przez autorów tego opracowania. Ponadto przedstawiona jest historia Zigeunerlager (obóz cygański) w KL Auschwitz-Birkenau również ich autorstwa

Roman Kwiatkowski, Prezes Stowarzyszenia Romów w Polsce, stwierdził:

Sama publikacja jest hołdem dla wszystkich ofiar romskich z okresu II wojny światowej oraz dla ocalałych z zagłady świadków.

Adam Cyra
Oświęcim, 8 sierpnia 2008 r.

, , , , , ,

Brak komentarzy

Pomnik w Nowej Słupi

Podczas wakacyjnej wędrówki na Święty Krzyż – na początku lipca 2005 r. – odwiedziłem Antoniego Ponikowskiego, liczącego wtedy dziewięćdziesiąt lat, który na zdjęciu jest on widoczny przed swoim domem w Nowej Słupi.

Pomnik

Pomnik

Stoi on obok pomnika, upamiętniającego Jego brata Stanisława Ponikowskiego, żołnierza Batalionów Chłopskich i więźnia KL Auschwitz, zmarłego po wyzwoleniu obozu w szpitalu Polskiego Czerwonego Krzyża w Oświęcimiu 24 kwietnia 1945 r.

Stanisław Ponikowski został pochowany na cmentarzu ofiar obozu, znajdującym się w pobliżu Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Stanisław Ponikowski

Stanisław Ponikowski

Wspomniany pomnik, jak powiedział mi wtedy sędziwy jego fundator, został wybudowany w 1984 r.

Antoni Ponikowski tak napisał o swoim bracie w opracowaniu wydanym przez Koło Przyjaciół w Nowej Słupi w 1997 r.:

Stanisław Ponikowski, pseudonim „Staszek”, urodzony 27 kwietnia 1917 r. w Trzciance, gmina Nowa Słupia, województwo kieleckie, brał udział w ruchu oporu w czasie okupacji hitlerowskiej. Przeszedł wyszkolenie strzeleckie w 1940 r., a następnie szkolił grupy chłopców z placówki BCh rejonu Trzcianki i Wólki Milanowskiej.

„Spalony” w 1942 r. działał dalej w ukryciu. Śledzony przez Frantza Witka, szefa kieleckiej siatki szpiegowskiej gestapo, został wykryty i ujęty w daleszyckim młynie Kobrynów i osadzony w więzieniu kieleckim w dniu 26 czerwca 1943 r. jako „Personen feststellung” – osobnik niebezpieczny.

Po miesięcznych katorgach w Kielcach przewieziony został do KL Auschwitz-Birkenau w dniu 23 sierpnia 1943 r. W obozie tym oznaczony był numerem 137 570.

Dalej w swoim opracowaniu Antoni Ponikowski wyjaśnia znaczenie symboliczne elementów pomniczka:

Oryginalny kamień młyński. Całość pomnika oparta jest na młyńskim kamieniu z XIX wieku, wyprodukowanym w Nietulisku pod Kunowem. Kamień pochodzi z wodnego młyna w Trzciance, czynnego do roku 1936, gdzie „Staszek’ się urodził i w rodzinnym młynie pracował. W ostatnich miesiącach przed aresztowaniem pracował także w młynie wodnym w Daleszycach, gdzie miał swoją „melinę”. Tu został schwytany przez granatową policję i żandarmów z Daleszyc.
Model pistoletu maszynowego.
Jest to symbol walki z okupantem niemieckim. Z bronią chłopiec nie rozstawał się, sypiając z nią w domu, w stodole, w lesie. Jeden z długich karabinów, które miał pod opieką od jesieni 1939 r., wymienił na pistolet z grupą akowską w Nowej Słupi. Zakodował to w pamięci zdrajca konspiracji nowosłupskiej Bronisław Stefar, który potem poszedł na służbę gestapowca F. Witka zw. „Szpicbródką”. Sporządził on Witkowi „czarną listę”, na której znalazł się „Staszek” – że należy do konspiracji i posiadał broń. Tak więc ułatwiono Niemcom wychwytanie polskich partyzantów i patriotów.
Otwarta księga – symbol poszukiwania wiedzy.
Stanisław Ponikowski ukończył szkołę powszechną w 1933 r. i pragnął uczyć się dalej. Był jednym z czworga rodzeństwa, których w dzieciństwie rodzice odumarli. Postanowił szukać szkoły, która by przygarnęła biednego chłopca wiejskiego. Z tobołkiem i boso przewędrował kilka miast Polski środkowej aż pod Konin. Na próżno – w szkole zabrakło miejsc. Czytywał pilnie książki z biblioteki szkolnej, a także te wędrujące po wsi, przy nikłym świetle lampki naftowej. Ciekawsze próbował przepisywać, bo na własność kupić nie było pieniędzy. Książkę uważał, jak wielu na wsi, za prawdziwą świętość i chłonął zawartą w niej wiedzę. Skromny dorobek książkowy w Trzciance, po dokonanej rewizji w dniu 30 czerwca 1942 r., Niemcy zniszczyli rzuconym granatem w środek mieszkania. W drugiej połowie lat trzydziestych otwarła się w centralnej Polsce „ziemia obiecana” dla świętokrzyskich bandosów. „Staszek” dostał się do pracy i stał się jednym z pierwszych robotników w Hucie Stalowa Wola w latach 1938-1939. Pracował w kuźni jako kowal. Po zajęciu fabryki przez hitlerowców odmówił pracy i ucieka do rodzinnego domu w Trzciance, gdzie włącza się w nurt konspiracji.
Model skrzypiec z zerwaną struną.
Staszek miał ogromne zamiłowanie do muzyki. Uczył się gry na pożyczonych skrzypcach. Ponieważ nie było pieniędzy na kupno instrumentu, postanowił sam zmajstrować skrzypce. Prostymi narzędziami domowymi wyczarował prawdziwe skrzypce. Chodził na naukę muzyki do znakomitego muzykanta ludowego w Trzciance Wawrzyńca Majewskiego. Żandarmi niemieccy w czasie rewizji w rodzinnym domu zdemolowali mieszkanie, a skrzypki rozdeptali na podwórku.
Godło Polskie – Orzeł.
Symbolizuje ono ukochanie Ojczyzny przez „Staszka”. Wojskowy orzełek, przyniesiony przez brata po powrocie z wojny wrześniowej z Warszawy, nosił przypięty do cywilnej czapki, a w miejscach niebezpiecznych – ukryty pod marynarką. Był ziarenkiem w bohaterskim ruchu świętokrzyskiej wsi, które pchnęło jak lawinę setki i tysiące innych, a ich walka i poświęcenie odrodziły wolną Ojczyznę. W krótkich młodzieńczych latach nie zdążył dokonać więcej. Oddał swe życie, abyśmy my żyli.

To zdarzenie też wartało opisać.

Adam Cyra
Oświęcim, 5.08.2008 r.

, , , , , ,

Brak komentarzy

Tadeusz Joachimowski o obozie cygańskim

Tadeusz Joachimowski, ur. w 1908 r., nie zdążył przed śmiercią ukończyć swych wspomnień z obozowych przeżyć. Oznaczony był w KL Auschwitz numerem 3720. Najpierw był pisarzem (Schreiberem) w obozie macierzystym w Oświęcimiu, a następnie od wiosny 1943 r. pisarzem w obozie cygańskim w Brzezince, którego całkowita zagłada nastąpiła sześćdziesiąt cztery lata temu, w dniu 2 sierpnia 1944 r. Łącznie w KL Auschwitz-Birkenau zginęło około dwadzieścia tysięcy Cyganów.

Tadeusz Joachimowski aktywnie działał w konspiracji wojskowej więźniów, której twórcą był rotmistrz Witold Pilecki. W lipcu 1944 r. wraz z dwoma współwięźniami Polakami – Ireneuszem Pietrzykiem i Henrykiem Porębskim – ukrył w ziemi wyniesione z kancelarii obozowej księgi ewidencyjne Romów. Zakopano je w obozie cygańskim obok baraku nr 31. Zawinięte były w ubranie i włożone do wiadra. Odkopane zostały w jego obecności w styczniu 1949 r. i są przechowywane w zbiorach archiwalnych Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. W 1993 r. opublikowano je drukiem jako „Księga Pamięci. Cyganie w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau”.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , ,

Brak komentarzy

„Uciekinier” zdobywa nagrody

„Uciekinier”, dokumentalny film Marka Tomasza Pawłowskiego zrealizowany w 2006 r., który obrazuje niezwykłe losy Kazimierza Piechowskiego, mieszkającego obecnie w Gdańsku – jedynego żyjącego uczestnika najsłynniejszej oraz najbardziej brawurowej ucieczki z KL Auschwitz, zdobywa kolejne nagrody i jest coraz bardziej znany w świecie.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , ,

Brak komentarzy

Leonard Grosicki (1926-2008)

Leonard Grosicki, były więzień KL Auschwitz, nr obozowy 62441, przed kilkunastoma dniami odwiedził po raz ostatni Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, bo jak mówił, nie mógł zapomnieć tego, co przeżył ponad sześćdziesiąt pięć lat temu w obozie, gdzie został za działalność w ruchu oporu osadzony jesienią 1942 r., mając zaledwie szesnaście lat:

Dzięki pracy gońca mogłem się poruszać po całym obozie. Na rękawie miałem opaskę z napisem „Läufer” (goniec). Zajmowałem się kartoteką zmarłych więźniów. Zmarłych w szpitalu, których Leichentragerzy wywozili codziennie dużym drewnianym wozem do krematorium, meldowałem w trzech miejscach: w Schreibstubie w bloku nr 24, gdzie wciągano ich na listę nieżyjących, w baraku przy bramie głównej i w bloku, na którego stanie był zmarły więzień.

Spisałem wiele relacji, wysłuchując wspomnień byłych więźniów KL Auschwitz, ale Leonard Grosicki pozostanie w mojej pamięci jako wyjątkowy świadek historii.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , ,

Brak komentarzy

Egzekucja na Żwirowisku

W latach 1940-1941 egzekucje w obozie macierzystym w Oświęcimiu były wykonywane głównie w żwirowniach, położonych poza ogrodzeniem obozu.

Największa ze żwirowni znajdowała się obok tzw. budynku teatru („Theatergebäude”), który powstał w okresie pierwszej wojny światowej i w latach 1984 -1993 stanowił siedzibę Klasztoru Sióstr Karmelitanek Bosych w Oświęcimiu. Składała się ona co najmniej z dwóch dołów, w których wydobywano żwir. Dzisiaj pozostał tylko jeden z nich – największy, na którym ustawiony jest tzw. „krzyż papieski”. W 1941 r. m.in. na terenie tej żwirowni rozstrzeliwano Polaków, więzionych w obozie macierzystym w Oświęcimiu. Na temat tych egzekucji i ich ofiar zachowały się nieliczne dokumenty niemieckie, które w dodatku częściowo są zafałszowane. Próbę odtworzenia tamtych tragicznych zdarzeń można jedynie z dużym trudem podjąć w oparciu o relacje, wspomnienia i zeznania byłych więźniów. W oparciu o te źródła nie można jednak ustalić dat wszystkich egzekucji, jak również nie sposób podać dokładnej liczby rozstrzelanych i wyszczególnić ich nazwiska.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , ,

2 komentarzy

Audycja o rtm. Witoldzie Pileckim

W dniu 24 maja 2008 r. razem z Jackiem Pawłowiczem byłem gościem audycji radiowej Hanny Marii Gizy poświęconej współzałożycielowi Tajnej Armii Polskiej, żołnierzowi Armii Krajowej, dobrowolnemu więźniowi i organizatorowi ruchu oporu w KL Auschwitz-Birkenau – rtm. Witoldowi Pileckiemu.

Aby pobrać audycję, proszę kliknąć tutaj.

Adam Cyra,
Oświęcim, 24 maja 2008 r.

, , , ,

Brak komentarzy

Rotmistrz Witold Pilecki (1901-1948)

7 maja 2008 r. Senat Rzeczypospolitej Polskiej przyjął uchwałę w sprawie uznania bohaterstwa Witolda Pileckiego i przywrócenia Jego postaci zbiorowej pamięci Polaków. W Oświęcimiu dawna Kolonia Lenina, położona obok Muzeum Auschwitz-Birkenau, została przemianowana w 1991 r. na Osiedle rtm. Witolda Pileckiego. Warto przypomnieć tę niezwykłą postać, bo rotmistrz Pilecki zasługuje na to, jak mało kto.

Sześć twarzy europejskiego ruchu oporu

Angielski historyk Michael Foot w swojej książce „Six Faces of Courage”, wydanej w 1978 r., określił Witolda Pileckiego jako jedną z sześciu najwybitniejszych postaci europejskiego ruchu oporu w latach drugiej wojny światowej. Mimo to przez wiele lat po wojnie, zarówno w kraju jak i na emigracji, prawie o nim nie pisano. Jego nazwisko pojawiło się w Polsce w drugiej połowie lat pięćdziesiątych, kiedy za-przestano czynnie prześladować byłych żołnierzy Armii Krajowej.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , ,

Brak komentarzy

Egzekucja w Olkuszu w dniu 3 marca 1942 r.

W pierwszych dniach września 1939 r. hitlerowcy po zajęciu powiatu olkuskiego, który był położony w południowej części Wyżyny Krakowsko-Częstochowskiej i graniczył z Zagłębiem Dąbrowskim, Górnym Śląskiem i ziemią krakowską, przystąpili do budowy własnego aparatu władzy opartego na terrorze oraz eksterminacyjnych i zbrodniczych działaniach. Z części ziem polskich włączonych do III Rzeszy, na mocy dekretu Adolfa Hitlera z 8 października tegoż roku, utworzono m.in. rejencję katowicką, która później weszła w skład prowincji górnośląskiej. Przyłączono do niej południowo-zachodnią część powiatu olkuskiego wraz z Olkuszem, któremu nadano w 1941 r. niemiecką nazwę Ilkenau. Tereny te traktowano jako integralną część państwa niemieckiego. Pozostałą, północno-wschodnią część powiatu olkuskiego, włączono do Generalnego Gubernatorstwa, które utworzono 26 października 1939 r.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , ,

1 komentarz

Niezwykłe „Wspomnienia”…

Książka Danuty Mosiewicz-Mikuszowej „Wspomnienia” (Zabrze-Katowice 2008), która właśnie ukazała się dzięki staraniom jej córki, Danuty Mikusz-Oslisko, zainteresuje z pewnością każdego czytelnika:

Nie pamiętam momentu, gdy Mama rozpoczęła spisywanie na maszynie swoich wspomnień. Byłam wtedy bardzo mała. Wynikało to z „potrzeby serca”, które musiało być wielkie, skoro potrafiła pogodzić wieczorne wystukiwanie kolejnych stron z wychowaniem trójki dzieci, pracą zawodową, prowadzeniem domu i dodatkowym zarabianiem pieniędzy.

Danuta Mosiewicz-Mikuszowa urodziła się w Jaśle 10 lutego 1920 r. Egzamin dojrzałości złożyła w jednym z przemyskich gimnazjów na trzy miesiące przed wybuchem drugiej wojny światowej. We wrześniu 1939 r. pracowała jako ochotniczka w 10. Szpitalu Wojskowym w Przemyślu.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , , ,

Brak komentarzy

Wyróżnienie dla oświęcimianina

W dniu 4 marca 2008 r. w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu odbyła się niecodzienna uroczystość. Jej bohaterem był oświecimianin Marek Księżarczyk, który został uhonorowany francuskim odznaczeniem Złotym Medalem Gwiazdy Obywatelskiej.

Pasją Marka Księżarczyka jest historia KL Auschwitz-Birkenau i działalność na rzecz upamiętnienia śladów tej tragicznej przeszłości na Ziemi Oswiecimskiej. Jest on zasłużonym działaczem Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, pełniąc w tej organizacji funkcję członka Zarzadu Głównego oraz wiceprezesa Oddziału Miejskiego TOnO w Oświecimiu.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , ,

Brak komentarzy

Członkowie KG ZWZ/AK więzieni w KL Auschwitz

W 1995 r. z inicjatywy Światowego Związku Żołnierzy AK z Okręgu Śląskiego przy wejściu do bloku nr 15 na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, w którym mieści się wystawa, zatytułowana „Walka i martyrologia narodu polskiego w latach 1939-1945”, została odsłonięta tablica pamiątkowa z następującym napisem: „W hołdzie żołnierzom AK i ludziom niosącym pomoc więźniom. Towarzysze walki 1995”.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , ,

Brak komentarzy

Film ”Uciekinier”

W ubiegłym roku skromna premiera dokumentalnego filmu „Uciekinier” w sali kinowej Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu nie wzbudziła większego zainteresowania. Obecnie „Uciekinier”, dokumentalny film Marka Tomasza Pawłowskiego, pokazujący niezwykłe losy Kazimierza Piechowskiego – jedynego żyjącego uczestnika najsłynniejszej i najbardziej brawurowej ucieczki z KL Auschwitz, jest coraz bardziej znany w świecie.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , ,

Brak komentarzy

Prof. dr hab. Marian Zgórniak (1924-2007)

Śp. prof. dr hab. Marian Zgórniak urodził się 5 grudnia 1924 r. w Ropnicy Polskiej k. Gorlic. Był żołnierzem ZWZ/AK należącym do konspiracyjnej grupy zorganizowanej przez jego ojca Stanisława Zgórniaka. Bezpośrednią przyczyną aresztowania siedemnastoletniego Mariana wraz z ojcem 2 czerwca 1942 r. było załamanie się podczas śledztwa jednego z członków Armii Krajowej w powiecie gorlickim.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , ,

Brak komentarzy

Mord w żwirowni – 27 czerwca 1941 r.

W kościele salezjańskim pod wezwaniem Miłosierdzia Bożego na Zasolu można oglądać wystawę o Salezjanach zamordowanych na żwirowisku obok KL Auschwitz w dniu 27 czerwca 1941 r.

W dniu 27. czerwca 1941 r. jako pierwszy poniósł męczeńską śmierć w żwirowni ks. Jan Świerc (nr 17352), proboszcz Parafii św. Stanisława Kostki na Dębnikach w Krakowie i dyrektor Zakładu Salezjańskiego w tym mieście. Wkrótce po nim zakatowany został wikary z tej parafii, ks. Ignacy Dobiasz (nr 17364). W godzinach popołudniowych tego samego dnia śmierć w podobnych okolicznościach poniósł ks. dr Franciszek Harazim (nr 17375), profesor Salezjańskiego Instytutu Teologicznego w Krakowie oraz jeszcze je-den wikary Parafii św. Stanisława Kostki, ks. Kazimierz Wojciechowski (nr 17342). Ponadto w wyniku ciężkiego pobicia i znęcania się wtedy, zmarł później w obozie ks. dr Ignacy Antonowicz (nr 17371), rektor wspomnianego Salezjańskiego Instytutu Teologicznego w Krakowie.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , ,

Brak komentarzy

Marian Batko – historia z Auschwitz

Marian Batko pochodził z Krakowa. Urodził się 1901 roku. Przed wojną pracował w gimnazjum w Chorzowie. 30 stycznia 1941 roku został aresztowany przez Niemców, gdy szedł na tajną lekcję. Trafił do krakowskiego więzienia przy Montelupich. 5 kwietnia został deportowany do KL Auschwitz. Otrzymał numer obozowy 11795.


Adam Cyra, historyk, zbadał dokładnie przebieg wydarzeń w dniu 23 kwietnia 1941 r. Jego zdaniem historia śmierci Mariana Batki miała następujący przebieg.


Z dużym zainteresowaniem czytam biografie działaczy śląskich przygotowywane do druku i wydawane nakładem Katowickiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego w Katowicach, Są to wartościowe publikacje i starannie redagowane, a ich autorami w wielu wypadkach są znani historycy.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , ,

Brak komentarzy

„Los jest bez uczuć i miłości…” Napisy wykonane przez jeńców niemieckich w bloku nr 11

Blok nr 11 na terenie byłego obozu macierzystego KL Auschwitz w Oświęcimiu zwany jest Blokiem Śmierci. Na jego dziedzińcu znajduje się Ściana Straceń, pod którą rozstrzelano co najmniej kilka tysięcy więźniów, głównie Polaków, jak również ginęli tutaj m.in. jeńcy sowieccy, Żydzi i sporadycznie Niemcy, przeciwnicy niemieckiego nazizmu.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , , ,

Brak komentarzy

Pomnik na starym cmentarzu w Olkuszu

W dniu 12 czerwca 2005 r. nastąpiło odsłonięcie na starym cmentarzu w Olkuszu pomnika poświęconego pamięci mieszkańców ziemi olkuskiej zamordowanych w czasie drugiej wojny światowej w hitlerowskiej w więzieniach i obozach koncentracyjnych.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , , ,

1 komentarz