Spadochron, colt i KL Auschwitz


Ostatni żyjący cichociemny, kpt. Aleksander Tarnawski, ma 96 lat.

Ostatni żyjący cichociemny, kpt. Aleksander Tarnawski, ma 96 lat.

Zobacz filmy:

Cichociemni. Historia bez cenzury

My Cichociemni

Ostatni Cichociemny

W latach 1941-1944 do okupowanej Polski wysłano trzystu szesnastu cichociemnych – skoczków spadochronowych AK. Pierwszy lot ze zrzutami do okupowanego Kraju odbył się, siedemdziesiąt sześć lat temu, w nocy z 15 na 16 lutego 1941 roku. Losy siedmiu cichociemnych są nierozłącznie związane z tragiczną historią KL Auschwitz.

Zamów: Ostatni. Historia cichociemnego Aleksandra Tarnawskiego pseudonim Upłaz

Ppor. Stefan Jasieński ps. „Urban”, którego życiorys obszernie przedstawiłem w książce „Spadochroniarz Urban”, Oświęcim 2005, w obozie zginął  w niewyjaśnionych  okolicznościach na początku stycznia 1945 roku, kiedy wolność była już tak blisko.

Pozostała szóstka cichociemnych (Janusz Jarosz, Wincenty Michalczewski, Kazimierz Smolski, Jerzy Sokołowski, Tadeusz Stocki i Tadeusz Śmigielski) przeżyła gehennę zarówno tego obozu, jak również i innych, położonych w głębi Rzeszy, do których esesmani ewakuowali ich z KL Auschwitz przed oswobodzeniem obozu przez żołnierzy Armii Czerwonej w dniu 27 stycznia 1945 r. Z tej szóstki odszedł na wieczną wartę trzydzieści siedem lat temu mjr Jerzy Sokołowski, pseudonim „Mira”, którego życiorys jest niezwykle dramatyczny i mógłby posłużyć do zrealizowania sensacyjnego filmu.

Jerzy Władysław Sokołowski

Jerzy Władysław Sokołowski

Jerzy Władysław Sokołowski, syn Janusza i Marii z Jurskich, urodził się 12 października 1910 r. w Naukat na terenie Turkiestanu, gdzie w bezdrożach azjatyckich stepów jego ojciec pracował jako inżynier przy budowie linii kolejowej. Mały Jurek o odległej ojczyźnie podzielonej między zaborców słyszał tylko z opowiadań rodziców, którzy na wieść o odzyskaniu wyśnionej niepodległości podjęli decyzję wyjazdu do Polski, co nie było jednak łatwe do wykonania, ponieważ na wielu obszarach Rosji Sowieckiej trwały jeszcze walki. Kilkunastoletni chłopiec podczas tej powrotnej wędrówki trwającej dwa lata, zdążył zaznać twardego dzieciństwa.

Za kilka lat miała się rozpocząć dla niego równie twarda żołnierska służba, do której przygotowywał się najpierw w latach 1929-1933 w Korpusie Kadetów we Lwowie, a następnie w Szkole Podchorążych Kawalerii w Grudziądzu, gdzie otrzymał promocję na podporucznika 15 października 1935 r.

Jako oficer zawodowy służył w 14. Pułku Ułanów Jazłowieckich we Lwowie, awansując 19 marca 1939 r. do stopnia porucznika. W szeregach tego pułku, dowodząc plutonem, uczestniczył w nierównych zmaganiach z hitlerowcami w wojnie obronnej Polski. Następnie szlakiem tysięcy ochotników-zapaleńców, zwanych przez Niemców ironicznie „turystami gen. Sikorskiego”, dotarł do Francji, gdzie już w styczniu 1940 r. był żołnierzem 10. Brygady Kawalerii Pancernej. W obronie tego kraju kontynuował walkę z Niemcami wiosną 1940 r.

Po klęsce Francji ewakuował się do Anglii, aby na Wyspach Brytyjskich ponownie znaleźć się w 10. Brygadzie Kawalerii Pancernej i zostać spadochroniarzem, po wstąpieniu 19 sierpnia 1941 r. do 1. Samodzielnej Brygady Spadochronowej. Stąd został powołany na kurs szkoleniowy cichociemnych. W ten sposób rozpoczął szczególnie niebezpieczną służbę, do której zgłosił się ochotniczo, chcąc jak najkrótszą drogą powrócić do okupowanego Kraju. Cel jego działania określały dwa słowa: „Tobie, Ojczyzno!”, które były wyryte na wewnętrznej stronie Znaku Spadochronowego, ustanowionego rozkazem gen. Władysława Sikorskiego w czerwcu 1941 r.

Na marginesie warto zaznaczyć, że znak ten, przedstawiający orła spadającego do walki, w formie niewiele zmienionej noszą dzisiaj współcześni żołnierze polskich wojsk spadochronowych. Jego autor, artysta grafik Marian Walentynowicz, skopiował go kiedyś z zaprojektowanej przez siebie okładki do emigracyjnego, wojennego wydania książki Józefa Kisielewskiego „Ziemia gromadzi prochy”. Należy dodać, że twórca Znaku Spadochronowego ilustrował także m.in. znane opowiadanie Kornela Makuszyńskiego „Przygody Koziołka-Matołka”.

Kiedy por. Jerzy Sokołowski przystał do cichociemnych, szkolenie spadochronowe miał już za sobą. Teraz pozostało terenoznawstwo, zasady minowania i sabotażu, a przede wszystkim dalsza zaprawa kondycyjna i strzelanie, które należało tak opanować, aby colt o kalibrze 9 mm, z którym przyjdzie skakać do Polski, bezbłędnie trafiał w cel.

Ta ostatnia umiejętność wśród skoczków siadających 30 marca 1942 r. na lotnisku Tempsford pod Londynem do czteromotorowego „Halifaxa” oznaczonego numerem 9613, nie budziła u nikogo zastrzeżeń. Nawet sam mjr Harold Perkins, szef polskiej sekcji SOE (Kierownictwo Operacji Specjalnych), o por. Jerzym Sokołowskim i jego kolegach zwykł był mawiać: „Moja olimpijska reprezentacja”. On to również udzielił im ostatnich instrukcji, wręczył pasy z ukrytymi dolarami i żegnał podniesionym do góry kciukiem, gdy wsiadali do samolotu, który „najkrótszą drogą” do okupowanej Kraju miała prowadzić polska załoga pod dowództwem kpt. Antoniego Voellnagla.

Jeden z cichociemnych, który wówczas brał udział w tym locie, por. Jan Jokiel ps. „Ligota”, po latach wspominał:

Moim cichym marzeniem było, ażeby lot do Polski odbyć z Antkiem Voellnaglem, moim kuzynem, a zarazem szefem lotniczym polskiej grupy przerzutowej. Marzenie ziściło się. On właśnie został wyznaczony na dowódcę „Halifaxa” numer 9613, z szachownicą Polskich Sił Powietrznych… Powrót z lotu z 30 na 31 marca 1942 r. był ostatnim dla Antka i prawie całej jego załogi. W dniu 21 kwietnia 1942 r. w niebywale ciężkim locie; graniczącym z najwyższej rangi bohaterstwem i kuszeniem szczęścia, to ostatnie zawiodło Antka i jego załogę. Zginęli w południowo-wschodniej części Alp, rozbijając się o granitową ścianę gór na skutek oblodzenia. Doczesne szczątki tych wspaniałych ludzi spoczywają na angielskim cmentarzu wojskowym w Durnbach koło Monachium.

W ten ostatni dzień marca 1942 r., na kilka godzin przed nadejściem świtu, z samolotu kpt. Antoniego Voellnagla, któremu pozostały jeszcze trzy tygodnie życia, skakali oprócz „Miry” i „Ligoty” trzej inni cichociemni: por. Stefan Majewicz ps. „Hruby”, por. Piotr Motylewicz ps. „Krzemień”, mjr dypl. Tadeusz Sokołowski ps. „Trop” oraz kurier polityczny ppor. Jerzy Mara-Meyer ps. „Filip”. Nikomu z tej czwórki nie dane było przeżyć wojny. Zginęli w walce lub zostali zamordowani przez gestapo.

Na razie szczęście wszystkim dopisywało. Lot na placówkę odbiorczą „Kopyto”, położoną 8 km na północny wschód od Końskich przebiegł pomyślnie. Załoga pomyłkowo wykonała jednak zrzut o kilka kilometrów na zachód od zabezpieczającej teren lądowania miejscowej placówki AK, na terenie poligonu, w pobliżu oświetlonego obozu jeńców sowieckich w Baryczy.

Nasze lądowanie – jak podaje dalej Jan Jokiel – nie było w pełni szczęśliwe, znaleźliśmy się w bezpośrednim sąsiedztwie obozów jeńców radzieckich. W każdej chwili groziło nam wykrycie przez załogę esesmańską. Trzeba było szybko, jeszcze w nocy, „upłynnić” nasze kontenery, zakopać spadochrony i zatrzeć wszelkie ślady. Czekaliśmy jedynie na naszych opiekunów ze zrzutowiska oddalonego od naszego obecnego miejsca pobytu o jakieś 7 km (…). W południe znajdujemy się już na >melinie< w Końskich (…). W nocy wyjeżdża do Warszawy pierwsza grupa naszych kolegów. Druga trójka: Jurek Sokołowski, Piotr Motylewicz i ja jedziemy nad ranem przez Skarżysko-Kamienną. Nie obyło się bez przygód. Ostatecznie jednak cała nasza szóstka znalazła się w Warszawie (…)

Do Warszawy dotarli, mając przy sobie tylko ausweisy na fałszywe nazwiska, które przygotowano im jeszcze w Anglii. Delegat Komendy Głównej Armii Krajowej wcześniej odebrał od nich pasy z dolarami, broń osobistą oraz najcenniejszą przesyłkę: szyfry i instrukcje Naczelnego Wodza – gen. Władysława Sikorskiego dla Komendanta Głównego AK – gen. Stefana Roweckiego ps. „Grot”. Oddzielne pojemniki pochodzące ze zrzutu, zawierające broń, granaty i amunicję dla oddziałów partyzanckich, zabezpieczyła wspomniana placówka odbiorcza „Kopyto”. Część z nich wpadła jednak w ręce niemieckie. Ponadto nastąpiła defraudacja 28 tysięcy dolarów, dokonana przez członka tej placówki, plut. „Groma”. W trzy tygodnie później sprawę powyższego nadużycia rozpatrzył Wojskowy Sąd Specjalny AK. W stosunku do winnego zapadł wyrok śmierci.

W swoich wspomnieniach Jan Jokiel zawarł jeszcze jeden interesujący szczegół:

Według informacji uzyskanych już po wojnie w Londynie, zespół cichociemnych, z którymi leciałem do Polski, przerzucił jedną z największych przesyłek dolarowych skierowanych z Londynu do Komendy Głównej AK w Warszawie. W sześciu pasach znajdowało się bowiem około 840 tysięcy dolarów papierowych, głównie w odcinkach 100 i 50-dolarowych oraz 9600 dolarów w złotych monetach. Może się to dzisiaj wydać informacją zaskakującą, ale z ogólnej sumy dolarów przerzuconych do kraju przez cichociemnych ok. 13.500.000 dolarów przekazano, zgodnie z intencją organizacji żydowskich na Zachodzie, na potrzeby Żydowskiej Organizacji Bojowej.

Do Warszawy przybył Jerzy Sokołowski już jako rotmistrz, ponieważ po wylądowaniu w okupowanej Polsce następował w większości wypadków awans o jeden stopień wyżej. „Mira” po zaledwie trzy tygodniowym okresie „aklimatyzacji” otrzymał przydział do „Wachlarza”. Była to organizacja stanowiąca wydzielony pion ZWZ-AK, a działająca przez niespełna półtora roku (od listopada 1941 do lutego 1943 r.) na zajętych przez hitlerowców obszarach Związku Sowieckiego. Jej głównym zadaniem było organizowanie wielkiej dywersji na linie kolejowe skierowane na wschód, przeprowadzanej w zasadzie poza wschodnimi granicami Polski z 1939 r.

Na odcinek IV „Wachlarza”, w pierwszej dekadzie maja 1942 r., przerzucono transportem samochodowym i kolejowym kilkudziesięciu nowych ludzi. Byli wśród nich oprócz „Miry” trzej inni cichociemni, w tym dwaj jego koledzy z tego samego zrzutu: mjr „Trop” – Tadeusz Sokołowski i por. „Krzemień” – Piotr Motylewicz, a także kpt. „Mak” – Bohdan Piątkowski. Członkowie tej grupy już wkrótce, w pierwszej dekadzie maja 1942 r., serią czterech wybuchów wokół Mińska wyłączyli na kilka dni z normalnego ruchu ten ważny węzeł kolejowy, a po odskoku stworzyli zalążki baz dywersyjnych w samym Mińsku, Lidzie, Baranowiczach, Nieświeżu i innych miastach.

Odcinek ten w pełni zaczął demonstrować swoją aktywność późną jesienią 1942 r. Rozpoczęto wówczas dywersję kolejową, którą prowadzono prawie co drugi dzień. Została ona przerwana dopiero w grudniu 1942 r. potworną wsypą. W jej wyniku w celach więziennych znalazło się siedemnastu kolegów „Miry”, w tym czterech cichociemnych. Wśród aresztowanych w Mińsku konspiratorów z IV odcinka „Wachlarza” nie było „Miry”, który w tym czasie tworzył bazę dywersyjną w Słucku. Wkrótce jednak i on został ujęty. W więzieniu w Słucku, które dotąd znał tylko z zewnątrz, poddano go wyjątkowo bestialskiemu śledztwu. Prowadzony przez konwojenta z budynku gestapo do więziennej celi, wprawnym ciosem, wyuczonym kiedyś na kursie cichociemnych, powalił gestapowca i szczęśliwie zbiegł.

Z wysoką gorączką, chory i osłabiony pobytem w więzieniu oraz przebytymi torturami, w grudniowe śnieżyce przedzierał się do Warszawy. A kiedy tutaj zapadła decyzja utworzenia ekipy, która miała pojechać z Warszawy do Mińska i próbować uwolnić aresztowanych, „Mira” zgłasza bez wahania swój akces. W dniu 18 stycznia 1943 r. wyjeżdża z szefem sztabu „Wachlarza”, mjr. Stefanem Rychterem ps. „Tumry”, dowódcą zamierzonych działań w Mińsku. Z trudem przygotowana akcja uwolnienia więźniów kończy się tragicznie. Pozyskany przez mjr. „Tumrego” ukraiński strażnik więzienny Iwan Demianowicz okazał się zdrajcą. Ponad dwa tygodnie później, 6 lutego 1943 r., w wyniku „wsypy” następuje masakra więźniów przygotowujących się już do współudziału w próbie ich odbicia. Mjr „Tumry”, atakowany przez Niemców, ginie w płonącym domu. „Mira” wymyka się hitlerowcom po raz drugi. Po dwóch tygodniach dociera do Warszawy, gdzie potwierdza wiadomość o tragicznej likwidacji IV odcinka. Równocześnie postanawia powrócić do swojego prawdziwego nazwiska, na które otrzymuje kennkartę w lecie 1943 r.

Na dywersyjnych kursach w Warszawie młodzież ciągle się zmieniała. Na jednym z kursów uwagę „Miry” zwrócił „Tadeusz”. Inteligentny, wysportowany, ukończył kurs z wynikiem bardzo dobrym. Interesowała go szczególnie struktura organizacyjna konspiracji. To wydało się „Mirze” podejrzane, tym bardziej że „Tadeusz” podał mu swój adres, telefon i prawdziwe nazwisko – Ganther, prosząc o przeniesienie z konspiracji do dywersji. O swoich podejrzeniach „Mira” zameldował natychmiast przełożonym.

Wieczorem, 2 października 1943 r., otrzymał wyjaśnienie swoich wątpliwości i niespodziewany rozkaz:

Ganther niebezpiecznym agentem gestapo. Dzisiaj pomiędzy 22:00 a 24:00 w „Gastronomii” ma spotkanie z oficerami z Alei Szucha. Wyrok wykonać natychmiast, B.

Zbigniew Kączkowski, b. więzień KL Auschwitz

Zbigniew Kączkowski, b. więzień KL Auschwitz

Zapadła już godzina policyjna. Rotmistrz wie, że rozkaz musi być wykonany, a jednocześnie na ulicy warszawskiej może o tej porze przebywać tylko Niemiec lub Polak z przepustką. Na rękaw cywilnego płaszcza zakłada zachowaną jeszcze z Mińska opaskę z napisem: „Im Dienst der Deutschen Wehrmacht”. Wie, że ma minimalną szansę na wykonanie rozkazu i że strzał oddany z niezawodnego colta w centrum miasta, które często patroluje żandarmeria niemiecka, zadecyduje o jego dalszych losach, które tym razem mogły mieć tragiczny finał.

Przewidywania i złe przeczucia sprawdziły się. Wykonując z rozkazu komórki likwidacyjnej wyrok na agencie, na skrzyżowaniu Alei Jerozolimskich i Nowego Świata, ratując innych od aresztowań i zagłady, zostaje ranny w nogę. Potworny ból przestrzelonego ścięgna Achillesa unieruchomił go zupełnie i oddał w ręce ścigających. Ci przewieźli schwytanego do centrali warszawskiego gestapo w Alei Szucha. Wytrzymał nieludzkie przesłuchania i tortury. Nikogo nie zdradził. Z wyrokiem śmierci, dotkliwie pobity i skatowany, został dołączony do olbrzymiego transportu około 1500 więźniów, który odszedł z Pawiaka do Oświęcimia 5 października 1943 roku.

Józef Cyrankiewicz (1911-1989)

Józef Cyrankiewicz (1911-1989)

Zaraz po umieszczeniu w KL Auschwitz II – Birkenau został oznaczony numerem 156692, który wytatuowano mu na lewej ręce. Później został przeniesiony do odległego o trzy kilometry obozu macierzystego w Oświęcimiu, gdzie wkrótce udało mu się nawiązać kontakt z obozowym ruchem oporu, który działał w warunkach szczególnie niebezpiecznych, o wiele trudniejszych niż na wolności. Jedną z bardzo ważnych form ruchu oporu było gromadzenie dowodów zbrodni popełnionych przez SS i przekazywanie ich poza obóz. Oprócz różnych odpisów z dokumentów wysyłano z KL Auschwitz również meldunki w formie grypsów. Podawano w nich np. liczbę przywożonych transportów, nazwiska rozstrzelanych więźniów oraz nazwiska katów SS z załogi obozowej, a także opisywano straszne warunki życia, ustalano terminy i trasy ucieczek więźniów.

Zobacz film: Zbigniew Kączkowski opowiada …

Grypsy zawierające ważniejsze wiadomości pisano szyfrem. Podpisywali je przeważnie swoimi pseudonimami: Józef Cyrankiewicz – „J”, „Tor”, „Cyr”, „Rot”, a także Stanisław Kłodziński – „St.”, „Stakło”, którzy pracując jako sanitariusze w bloku szpitalnym nr 20, szczególnie aktywnie działali w konspiracji obozowej. Były więzień Zbigniew Kączkowski (w KL Auschwitz przebywał pod nazwiskiem Kaczanowski), nr 125727, wspomina, że Jerzy Sokołowski w organizacji kierowanej przez Józefa Cyrankiewicza zajmował się: szyfrowaniem i rozszyfrowaniem korespondencji prowadzonej między organizacją obozową i krajem.

Terminy ucieczek ustalano w wysyłanych wcześniej grypsach. W dniu 19 lipca 1944 r. ucieka z obozu Lucjan Motyka, nr 136678. Jego ucieczka ma na celu wzmocnienie łączności z „wolnością” i rozważenie możliwości akcji zbrojnej na wypadek podjęcia przez SS zamierzonej likwidacji wszystkich więźniów. Wchodził on w skład w grupy więźniów-malarzy, pracujących na zewnątrz obozu przy odnawianiu budynku obozowej rzeźni. W pobliżu znajdowała się kuchnia esesmańska, w której był zatrudniony Piotr Piąty. Ten kolega z obozowej organizacji przygotował Lucjanowi Motyce schowek na jej strychu. Obydwaj słusznie przewidywali, że najlepiej ukryć się chwilowo w tym budynku, bo przecież nikomu nie przyjdzie na myśl, by szukać zbiega tuż obok jego wrogów. Uciekinier przeczekał tutaj trzy doby, aby dopiero po odwołaniu alarmu móc kontynuować ucieczkę. Zrealizował szczęśliwie ten plan w dniu 22 lipca 1944 r.

Adam Warchoł, nr obozowy 152651, w swojej relacji podaje:

Na wiosnę 1944 r. rozważaliśmy projekt zorganizowania ucieczki z obozu Józefa Cyrankiewicza, co nie zostało zrealizowane, ponieważ obawiano się, że jest on znany esesmanom i przy wychodzeniu przez bramę z komandem roboczym może być rozpoznany. W tej sytuacji na uciekiniera został wytypowany Lucjan Motyka. Po jego udanej ucieczce otrzymałem od Józefa Cyrankiewicza propozycję, aby „melina” wyszukana przez Piotra Piątego została ponownie wykorzystana do ucieczki równocześnie dwóch osób: Jerzego Sokołowskiego i Zbigniewa Kaczanowskiego. Po porozumieniu się z Piotrem Piątym i wyrażeniu przez niego zgody przystąpiono do zorganizowania ucieczki, postępując analogicznie, jak w poprzednim przypadku.

Początkowo ze Zbigniewem Kączkowskim zamierza uciekać Józef Cyrankiewicz. Rezygnuje jednakże, obawiając się rozpoznania, które było tym bardziej realne, że na ubraniu obozowym nosił on czerwony punkt, a znak ten oznaczał więźnia objętego zakazem wychodzenia poza ścisły obręb obozu.

Zbigniew Kączkowski wspomina:

Józef Cyrankiewicz skontaktował mnie z więźniem zatrudnionym w kuchni esesmanów… Według planu ucieczki przedstawionego mi przez Cyrankiewicza, miałem ukryć się nad jadalnią SS, w nocy przejść przez linię postów i w bród przedostać się na drugą stronę Soły, a następnie, idąc w górę rzeki, natknąć się w odległości około 2,5 km na most drewniany, przed którym znajdowały się zarośla wikliny. Dochodząc tam, miałem gwizdnąć melodię >Hej, góral ci ja, góral<. Oczekujący tam łącznik miał się mną dalej zaopiekować. Dokładną instrukcję dotyczącą drogi i skontaktowania się z łącznikiem otrzymałem bezpośrednio od więźnia Stanisława Kłodzińskiego.

Do realizacji skrupulatnie zaplanowanej ucieczki Jerzy Sokołowski przystąpił 28 lipca 1944 r. Pracował on w tym dniu poza obrębem obozu, na terenie magazynu budowlanego. W przerwie obiadowej niepostrzeżenie przebrał się w roboczy kombinezon i jako rzekomy monter dotarł do kuchni esesmańskiej. Piotr Piąty, podobnie jak uczynił to wcześniej w stosunku do Zbigniewa Kączkowskiego, wpuścił go na strych znajdujący się nad jadalnią SS i tam obydwaj uciekinierzy zaczęli już działać razem. Ucieczkę należało koniecznie kontynuować tej nocy, ponieważ „Mira” przewrócił się w ciemnościach panujących na strychu i wybił nogą dziurę w suficie z dykty. Zdając sobie sprawę z tego, że nie ma możliwości przeczekania alarmu, budynek należało natychmiast opuścić. Jak na złość na trasie ich ucieczki, pomiędzy dwoma strażniczymi wieżami, spacerował wartownik SS. Potknęli się o niski zasiek z drutu kolczastego. Hałas zwabił esesmana, który stanął w ich pobliżu i dostrzegł uciekinierów. Usłyszeli trzask odwiedzionego bezpiecznika.

Te dramatyczne chwile Jerzy Sokołowski tak zapamiętał:

I wtedy właśnie, kiedy pożegnałem życie, stało się coś, co przeszło wszystkie fantazje moich oczekiwań i wyobraźni. Żołnierz >narodu panówdobrego Niemca< spotkanego na drodze mojego życia.

Wolnością cieszyli się trzy dni. W ustalonym punkcie nie udało się im nawiązać kontaktu z umówionym łącznikiem z przyobozowego ruchu oporu. Ostrzyżeni, chudzi rzucali się z daleka w oczy, mimo że podejmując ucieczkę, zdążyli wcześniej przebrać się w robocze kombinezony i porzucić obozowe „pasiaki”. Wydał ich przypadkowo spotkany siedmioletni volksdeutsch. Ujęli ich ćwiczący w pobliżu niemieccy żołnierze artylerii przeciwlotniczej i odprowadzili na posterunek żandarmerii w Grojcu koło Oświęcimia. Tam ów mały chłopiec, nazwiskiem Bogdan Mikołajczyk, otrzymał od hitlerowców kilka cukierków w nagrodę za swój „szlachetny czyn”. Żandarmi powiadomili wkrótce o zatrzymanych uciekinierach Politische Abteilung, czyli obozowe gestapo.

W dniu 29 lipca 1944 r., przed wieczornym apelem, jak wspomina Zbigniew Kączkowski:

Zaprowadzono nas przed 24 blok, gdzie na środku obozowej ulicy ustawiono stół, na którym stanęliśmy obydwaj. Dano nam do rąk tablice z napisem: „Hurra, hurra, wir sind wieder da!”. Komanda wracające z pracy przedefilowały przed nami w ten sposób, iż piątki rozdzielały się przed naszym stołem, tak że znajdowaliśmy się wewnątrz nurtu idących więźniów.

Wśród przechodzących kolumn więźniarskich mignęła Jerzemu Sokołowskiemu znajoma twarz por. Kazimierza Smolskiego ps. „Sosna”, kolegi-zrzutka, jednego z nielicznych pozostawionych przez hitlerowców przy życiu po nieudanej próbie opanowania więzienia w Mińsku, jeszcze z obsady IV odcinka „Wachlarza”. W obozie przebywał pod zmienionym nazwiskiem Jerzy Adamowicz, oznaczony numerem 107698. Przeżył, po wojnie mieszkał w Szczecinie.

Uciekinierów czekała jeszcze kara chłosty, którą wymierzono im w postaci 25 razów „bykowcem” na specjalnym urządzeniu do bicia tzw. koźle. Po zakończeniu opisanego ceremoniału obozowego, z jakim zwykle przyjmowano schwytanych uciekinierów, obydwu skatowanych więźniów umieszczono w celi nr 19, w podziemiach „Bloku Śmierci”. Mieścił się tam areszt obozowy, w którym przebywali do połowy sierpnia 1944 r.

Jerzy Sokołowski i Zbigniew Kączkowski, oznaczeni numerami 125727 i 156692, chociaż obydwaj w bunkrze „Bloku Śmierci” przebywali niedługo – to organizacja obozowa jednak zdążyła im przekazać nieco żywności i gryps ukryty w papierosie, napisany przez Józefa Cyrankiewicza, z którego dowiedzieli się o wybuchu powstania w Warszawie

Grób Jerzego Sokołowskiego na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie

Grób Jerzego Sokołowskiego na Cmentarzu Wojskowym w Warszawie

15 sierpnia 1944 r. wywieziono ich karnym transportem z Oświęcimia do Buchenwaldu. Stąd po kilku dniach Jerzy Sokołowski trafił do Dory-Nordhausen. W tym obozie więźniowie ginęli w wykutych w skale tunelach, pracując w morderczych warunkach przy produkcji nowej, „cudownej” broni III Rzeszy – V-1, V-2. Sowieccy jeńcy wojenni montowali stateczniki do latających bomb. „Mira” miał kontrolować precyzję ich wykonania. Wkrótce razem zaczęli uprawiać sabotaż, wiedząc, że pociski te nie wejdą już na ustalony kurs, nie polecą na Londyn.

Nadszedł kwiecień 1945 roku. Hitlerowcy zamierzali zasypać więźniów Dory-Nordhausen w podziemnych sztolniach fabryki. Niespodziewanie schroniła się w nich ludność z sąsiedniego miasteczka bombardowanego przez aliantów. Szczęśliwy dla więźniów zbieg okoliczności zmusił esesmanów do zaniechania wykonania tego strasznego planu. Rozpoczęła się ewakuacja obozu. „Mira” trafił do jednej z nielicznych kolumn, której Niemcy nie wymordowali na trasie ewakuacyjnej. Ostatecznie w KL Bergen-Belsen uwolniły go 16 kwietnia 1945 r. czołgi 2. Armii Brytyjskiej, wśród których był zwiad 1. Dywizji Pancernej gen. Stanisława Maczka. Ważył wówczas 39 kg.

Przebywając w hitlerowskich obozach koncentracyjnych nie wiedział o tym, że za wyróżniające się męstwo w akcjach bojowych w okresie konspiracji został odznaczony przez Komendanta Głównego AK, gen. Leopolda Okulickiego, rozkazem z dnia 1 stycznia 1945 r., orderem wojennym Virtuti Militari V klasy. W rok później, 1 stycznia 1946 r., gen. Tadeusz Bór-Komorowski awansował rtm. Jerzego Sokołowskiego do stopnia majora. W tym samym również roku otrzymał brytyjski Medal Królewski za odwagę w sprawie wolności KMC (Kings Medal for Courage in the Case of Freedom). Posiadał także inne odznaczenia.

Napis na grobie mjr. Jerzego Władysława Sokołowskiego, Cmentarz Wojskowy na Powązkach w Warszawie

Napis na grobie mjr. Jerzego Władysława Sokołowskiego, Cmentarz Wojskowy na Powązkach w Warszawie

Za granicą przebywał dwanaście lat. Po demobilizacji pracował w Anglii jako instruktor jazdy konnej, robotnik na farmie rolnej, traktorzysta, stajenny i tokarz. Niespodziewanie powrócił do Polski. Zadecydował o tym przypadek. Uczestniczył w konkursie literackim ogłoszonym w Londynie i za wspomnienia o ucieczce z KL Auschwitz, zatytułowane „Pijany wolnością”, otrzymał pierwszą nagrodę w postaci dwutygodniowego pobytu w Monte Carlo z przelotem tam i z powrotem. Jerzy Sokołowski poprosił o zamianę na Warszawę. Po dwóch tygodniach wrócił do Anglii z powziętą decyzją: jego miejsce jest w Polsce.

16 czerwca 1958 r. znalazł się ponownie w swojej ojczyźnie – tym razem już na stałe. W Warszawie rozpoczął nowy, równie niełatwy etap życia, pracując jako brakarz w Polskich Zakładach Optycznych. Dopiero pod koniec życia, kiedy prowadził już samotną walkę z nieuleczalną chorobą, otrzymał rentę dla zasłużonych i nowe mieszkanie, z którego okna mógł oglądać odbudowany Zamek Królewski. Zmarł w Warszawie w dniu 8 stycznia 1980 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 17 lutego 2017 r.

 

Zobacz również:

  1. „Przeżyliśmy Auschwitz …”
  2. 11 listopada w KL Auschwitz
  3. Święto Niepodległości w KL Auschwitz w 1941 r.
  4. Doczekał wyzwolenia KL Auschwitz, wkrótce zmarł
  5. O legioniście, nauczycielu i więźniu KL Auschwitz. W 120. rocznicę urodzin.

Komentarze nie są dozwolone.