Archiwum dla Czerwiec, 2019

Zegarek z Auschwitz

Mieczysław Zawadzki, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zdarzyło się to ponad dwadzieścia lat temu. Był jesienny dzień 5 października 1998 roku, kiedy na terenie Muzeum Auschwitz spotkałem byłego więźnia Mieczysława Zawadzkiego (nr 8012) z Warszawy, który opowiedział mi niezwykłą historię zegarka, pokazując mi go na swoim ręku. Jego właścicielem w obozie był Stanisław Dobrowolski (nr 16061), który został rozstrzelany 28 października 1942 roku. Mieczysław  Zawadzki opowiadał: Przyjaźniłem się ze Stasiem Dobrowolskim, który pracował w kuchni. Od czasu do czasu podrzucał mi margarynę, którą przechowywałem i on później dzielił ją między swoich kolegów. Pochodził podobno z okolic Zamościa. Był to chłopak bardzo przystojny, czarny, ślicznie grał na harmonii: „A mnie jest szkoda lata”. Kiedy słyszę tę piosenkę, to od razu przypomina mi się Stasiu Dobrowolski i aż mnie serce ściska, bo bardzo się lubiliśmy.

W dniu 28 października 1942 r. wstałem rano, dzień był dosyć pogodny, była ciepła jesień. Przebywaliśmy wtedy na bloku nr 25 a. Pobiegłem się umyć. Mieliśmy się myć w faskach,  myło się po dziesięć osób, więc starałem myć się pierwszy. Umyłem się, wychodzę, a z prawej strony ze sztuby wyskakuje w kalesonach Stasiu Dobrowolski i mówi: „Mietek, rozwalą mnie dzisiaj!”. I pobiegł do ubikacji. Zastanowiłam się nad tym, stojąc pod ścianą, on wybiegł z ubikacji i mówi: „Słuchaj Mietek, zobaczysz, że mnie dzisiaj rozstrzelają”. I poszedł na sztubę.

Zacząłem się zastanawiać, czy może on coś wie, bo może już Hubert wrócił ze Schreibstube i coś powiedział. Poszedłem do pokoju, gdzie mieszkał blokowy oraz schreiber i pytam się: „Kolego, czy Hubert wrócił?”, a on mi na to: „Nie, jeszcze nie. Coś długo nie wraca”. Wychodziłem po schodach na korytarzu, bo mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, a tu wraca Hubert. Nazywał się Hubert Skolik, był Ślązakiem, to także szlachetna postać, dużo młodzieży uratował. Wysłał na wolność wiele osób, które były Erziehungshäftlinge (więźniowie wychowawczy) i miały terminowy pobyt  w obozie. On był na ich bloku schreiberem i jeśli któryś z tych häftlingów umierał, to Hubert  z obozu brał swoich kolegów, zamieniał im ich numery  i tamci wychodzili na wolność, kiedy przyszedł termin zwolnienia. W dodatku kombinował chleb od Mietka Kotlarskiego, który pracował w magazynie, nieraz całe tragi i rozdawał go przeważnie młodym ludziom.

Hubert mówi do mnie: „Pierona, Mietek! Gdzie też tyle ludzi od nas idzie! Co ja mam robić?”. A jak z rana miało się wezwanie, to znaczyło to, że na rozstrzelanie. Mówię mu: „Zobacz, czy jest tam Dobrowolski Stasiu?”. „Jest! – mówi. – I Maryś, ten nasz Maryś! Ten młody chłopak, szesnaście lat. Co ja mam robić? Mietek, doradź. Powiedzieć im?”. Ja mówię: „Hubert, ja się nie włączam, to jest twoja sprawa, jak zrobisz. Ja nie mogę ci doradzić”.

Jest apel. Stoję jak zwykle na lewym skrzydle. Hubert jednak nie powiedział nikomu, co ich czeka, wyczytuje numery, wszyscy oni idą na lewą stronę. Kiedy wyczytał numer Dobrowolskiego, ten wybiegł z szeregu   i podbiegł do mnie: „Mietek, mówiłem ci, że mnie rozwalą?”. Zdejmuje zegarek i mówi: „Masz ten zegarek. Jeżeli byś przeżył, to odnajdź moich rodziców, mieszkają koło Zamościa, tam wskażą ci Dobrowolskich, oddaj im ten zegarek i powiedz, jak zginąłem”.  I poszedł.

Stanisław-Dobrowolski

Rozstrzelali ich chyba wtedy około dwieście osiemdziesiąt osób. Zaprowadzili ich na 11 blok, zaczęli strzelać, załatwili ich do godziny dwunastej i później wywozili ich na wozach, które ciągnęli więźniowie, przykrytych kocami. Krew wtedy płynęła aż do rynsztoku na 11 bloku,  a krew, która się lała z nich, tworzyła czerwoną strugę od 11 bloku aż do krematorium.

Pech chciał, że stałem na górze w oknie 25 bloku. Wiozą ich, buja się to wszystko, te ciała. Odwija się koc i widzę, że nogami do mnie, a głową do 19 bloku, leży Staszek Dobrowolski. Jeszcze go zobaczyłem. Jego twarz mam do tej pory przed oczami, taką okrutnie pokrwawioną. Nie wiem, czy zakrwawili go, gdy go rzucali, czy jak go zastrzelili. Długi czas nie mogłem tego przeboleć. Do tej pory, kiedy gdzieś zagrają tę piosenkę „A mnie jest szkoda lata”, to od razu mi się przypomina Dobrowolski Stasio i jego twarz leżącego na tym wozie, na samej górze, przykrytego kocem.

Ten zegarek mam do tej pory. Jeździłem, szukałem w Zamościu i koło Zamościa, ale okazało się, że tam w 1942 r. były pacyfikacje i wiele wsi spalono, a ludzi wybito. Tak, że żadnego kontaktu z rodziną Stasia Dobrowolskiego nie udało mi się nawiązać.

W kilka lat później, już po śmierci Mieczysława Zawadzkiego, odnalazłem rodzinę Stanisława Dobrowolskiego w Tomaszowie Lubelskim.  Zegarka nie byłem jednak im w stanie już przekazać. Zabrała go najprawdopodobniej z sobą wdowa po Mieczysławie Zawadzkim, która na stałe wyjechała do Stanów Zjednoczonych, nie podając swojego nowego miejsca zamieszkania za Oceanem.

Adam Cyra

Oświęcim, 28 czerwca 2019 r.

Brak komentarzy

Przedostatni więzień z pierwszego transportu Polaków do KL Auschwitz

W ubiegłym roku zmarł przedostatni więzień z pierwszego transportu polskich więźniów politycznych, który przybył z więzienia w Tarnowie do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku. Był nim Aleksander Giermański, nr obozowy 716.

Dowiedziałem się tym z listu, który napisała do mnie Jego córka, pani Joanna Giermańska:  Z ciekawością przeczytałam artykuł na Pana blogu o pierwszym transporcie do Oświęcimia, jak również o egzekucji, w której zginął Eugeniusz Obojski  Zakończył go Pan zdaniem, że z tego transportu żyje już tylko jedna osoba – Kazimierz Albin, nr obozowy 118. W momencie kiedy pisał Pan to zdanie, żył jeszcze inny były więzień Oświęcimia z pierwszego transportu – mój Ojciec Aleksander Giermański. Zmarł on 13  września ubiegłego roku we Wrocławiu. Ojciec był znanym wrocławskim radiologiem.

Piszę do Pana, żeby zawiadomić o projekcie wydania Wspomnień mojego Ojca, nakładem Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, (…), gdyż wydaję mi się, że mają one dużą wartość historyczną. Wspomnienia te Ojciec spisał na moją prośbę, po moim wyjeździe na stałe do Francji. Wysyłał mi je w postaci listów w latach 1992-93.

Wspomnienia obejmują następujące okresy jego życia: młodość w Brzozowie na Podkarpaciu do wybuchu wojny, ucieczkę na Wschód i powrót do domu po wkroczeniu wojsk rosyjskich, ukrywanie się, aresztowanie i trzyletnie uwięzienie w obozie Kl. Auschwitz, „cudowne” ocalenie w momencie skazania na śmierć (dali się złapać z Gienkiem Obojskim w momencie przekazywania grypsu), przeniesienie do obozu pracy w Pasewalku i  dwuletni w nim pobyt, a także studia na wydziale lekarskim w powojennym, odzyskanym  Wrocławiu i początki pracy w Akademii Medycznej. Kończą się mniej więcej w momencie mego urodzenia (koniec lat 50-tych). Ten ostatni okres powojenny uzupełnił dziesięć lat później na moją prośbę. Były to już zapiski w zeszycie, które zakończył kilkoma luźnymi uwagami, również dotyczącymi okresu wojny. Życiorys w skróconej formie napisał również dla naszych przyjaciół, na ich prośbę. I wreszcie jestem w posiadaniu kopii sprawozdania jakie sporządził w 1972 roku dla archiwum Muzeum Auschwitz w Oświęcimiu.

Wspomnienia są więc składanką tych kilku źródeł.  Pomysł wydania przyszedł mi do głowy już po śmierci Taty, kiedy je na nowo przeczytałam. Jest tego około 40 stron po przepisaniu na komputerze (czcionka 12 oraz 1.5 interlinii).  Moje poprawki są minimalne. Wprowadziłam je, aby uniknąć powtórzeń i zachować chronologię. Opuściłam też kilka bardzo osobistych uwag dotyczących naszej rodziny oraz zdania w których zwracał się bezpośrednio do mnie. Czasem dodałam jakieś pojedyncze słowo, żeby zachować płynność tekstu. Wspomnienia te uzupełniłam adnotacjami historycznymi, posłowiem i zdjęciami. (…) wreszcie dodałam kilka listów, jakie Ojciec napisał z obydwu obozów do swoich Rodziców.

Przygotowując Wspomnienia, poznałam historię rotmistrza Pileckiego i dowiedziałam się, że Gienek Obojski, przyjaciel Ojca, był w pierwszej „piątce” zaprzysiężonej przez Rotmistrza. Ojciec był więc w łańcuchu przekazu informacji i jego bezpośrednim kontaktem był Obojski. Niestety nie wiem czy Ojciec znał historię Rotmistrza. I czy zdał sobie sprawę, że był w tą historię wplatany. Mam wrażenie, że nie.

Ojciec ma żywy język, zwięzły styl, subtelne poczucie humoru. Okres obozowy opisuje raczej od pozytywnej strony tzn. wszystko to co pozwalało na trwanie i zachowanie godności ludzkiej w tych strasznych warunkach. (…) Sądzę, że potencjalnymi czytelnikami byłoby środowisko medyczne Wrocławia ( Ojciec był też pedagogiem).  Napisałam też do Muzeum Auschwitz w Oświęcimiu z zapytaniem, czy byliby zainteresowani sprzedażą książki, bo szukam argumentów  dla wydania Wspomnień. Pragnę również przekazać obozowe listy Ojca do archiwum Muzeum, ale już po opublikowaniu książki. (…)

List pani Joanny Giermańskiej szczególnie mnie zainteresował, ponieważ niewiele dotychczas wiedziałem na temat Jej Ojca, o którym sądziłem, że już nie żyje od wielu lat. Wspomnienia, które pozostawił Aleksander Giermański, z pewnością mają dużą wartość historyczną i powinny zostać opublikowane.

Adam Cyra

Oświęcim, 24 czerwca 2019 r.

Brak komentarzy

„Ochotnik” w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii

Po trzech latach prowadzenia badań pisarz i dziennikarz angielski Jack Fairweather ukończył pracę nad książką pod tytułem „Ochotnik”, która co dopiero ukazała się w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Jej bohaterem jest rotmistrz Witold Pilecki, dobrowolny więzień KL Auschwitz i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie. Dzieła Jacka Fairwethera nie udałoby się napisać m.in. bez mojego wsparcia historycznego i licznych porad. Promocja książki odbędzie się na początku lipca w Domu Spotkań z Historią przy ulicy Karowej w Warszawie.

Podczas spotkania Hanna Radziejowska z Instytutu Pileckiego zaprezentuje projekt międzynarodowej wystawy o Witoldzie Pileckim. Jej otwarcie odbędzie się jesienią bieżącego roku w Berlinie, a następnie będzie eksponowana w Nowym Jorku.

Jack Fairweather był kierownikiem biura brytyjskiego dziennika „Daily Telegraph” w Bagdadzie i fotoreporterem amerykańskiego „Washington Post” w Afganistanie.  Jest autorem dwóch innych książek, „The Good War” i „The War of Choice” o wojnach w Afganistanie i Iraku oraz laureatem prestiżowych nagród dziennikarskich.

„Ochotnik” otrzymał już kilka świetnych recenzji, zostanie zaprezentowany w najważniejszych stacjach radiowych i telewizyjnych, będzie również przetłumaczony na język holenderski, hiszpański, portugalski, czeski oraz litewski. Przekład polski zostanie wydany przez Instytut Wydawniczy ZNAK w styczniu 2020 roku.

Harper Collins, który książkę wydało, o „Ochotniku” pisze: „znakomicie napisana” opowieść o „przetrwaniu, zemście i zdradzie w najmroczniejszym okresie historii”.

Zobacz: Witold Pilecki – żołnierz, konspirator, ochotnik do Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim, 23 czerwca 2019 r.

Brak komentarzy

Ściana Straceń – miejsce hołdu i modlitwy

KL Auschwitz w początkowym okresie istnienia był miejscem kaźni przede wszystkim Polaków. Byli to przedstawiciele polskiej inteligencji, członkowie ruchu oporu i Polacy schwytani w łapankach oraz w niewielkiej liczbie polscy Żydzi, przywożeni w transportach wraz z Polakami. Masowa zagłada ludności żydowskiej przywożonej z różnych krajów europejskich podbitych przez hitlerowców, rozpoczęta została w komorach gazowych Birkenau wiosną 1942 r.

Równocześnie transporty Polaków kierowane były nadal do KL Auschwitz aż do końca istnienia obozu. Przywożono tu m.in. mieszkańców wysiedlonych wiosek z Zamojszczyzny oraz ludność powstańczej Warszawy. Spośród więzionych w obozie oświęcimskim około stu pięćdziesięciu tysięcy Polaków, połowa z nich w nim zginęła. Symbolem zagłady Polaków w KL Auschwitz jest blok nr 11 (początkowo nr 13), zwany Blokiem Śmierci i znajdująca się na jego dziedzińcu Ściana Straceń, pod którą rozstrzelano co najmniej kilka tysięcy Polaków.

Parter i podziemia bloku nr 11

Na parterze tego bloku do maja 1942 r. przebywali więźniowie karnej kompanii, natomiast jego piwnice zamieniono na centralny areszt obozowy,  w którym były cele zwane bunkrami. W 1941 r. zdarzało się, że w celach tych więźniowie ginęli śmiercią głodową. Były tam również cztery małe cele do stania. Umieszczano jednak w nich głównie  więźniów, których podejrzewano o działalność konspiracyjną przed aresztowaniem lub w obozie, sabotaż w pracy, przekazywanie grypsów lub więźniów podejmujących próby ucieczek, a także ujętych uciekinierów.  Przebywały w nim również osoby aresztowane za pomoc niesioną więźniom. Brutalne śledztwo kończyło się najczęściej dla osadzonych wyrokiem śmierci przez rozstrzelanie.

„Powrót niepożądany”

Niektórzy więźniowie przybywali do obozu, mając kartach personalnych zapis: „powrót niepożądany” lub mieli naniesiony czerwony krzyżyk. Esesmani z obozowego gestapo, co pewien czas przeglądali akta więźniów z takimi adnotacjami i sporządzali  wykazy ich nazwisk. Takich więźniów wzywano do kancelarii obozu w celu sprawdzenia danych personalnych i w tym samym dniu rozstrzeliwano.

Strzał w tył głowy

"Wybiórka" więźniów na rozstrzelanie, obraz byłego więźnia Władysława Siwka

Więźniowie skazani na śmierć byli umieszczani na parterze w bloku nr 11, gdzie po rozebraniu się do naga w umywalni oczekiwali na egzekucję. Kiedy wśród skazańców były więźniarki,  wprowadzano je do drugiej, małej umywalki, gdzie tak samo przed rozstrzelaniem musiały się rozebrać.

W pierwszej kolejności rozstrzeliwane były kobiety, w następnej dopiero mężczyźni. Zdarzało się także, że więźniów zabijano pojedynczo  w umywalni. Do końca 1942 r. rozstrzeliwanym przeważnie krępowano ręce przed egzekucją drutem kolczastym, później tego zaniechano ze względu na nie stawianie oporu  i spokojne zachowywanie się skazańców. Należy zaznaczyć także, że przed okresem tatuażu, wprowadzonym w 1943 r., oczekującym na śmierć pisano kopiowym ołówkiem obozowy numer na piersi w celu uniknięcia ewentualnych pomyłek. Kiedy miała odbyć się egzekucja, przeprowadzano więźniów  z pomieszczeń, których okna wychodziły na dziedziniec, gdzie była Ściana Straceń, na przeciwną stronę. Skazańcy byli wyprowadzani na śmierć nago i boso bez względu na porę roku.

Esesman Pery Broad opisuje

Rozbieranie się przed egzekucją, obraz byłego więźnia Władysława Siwka

Esesman z wydziału politycznego (obozowe gestapo), Pery Broad, sądzony     w latach sześćdziesiątych we Frankfurcie nad Menem, tak opisał przebieg tych egzekucji: „Pod kamiennym murem na podwórzu bloku nr 11 ustawiona jest czarna ściana.. Ściana ta, składająca się z czarnych płyt izolacyjnych, stała się końcowym kamieniem milowym istnienia tysięcy niewinnych ludzi: patriotów, którzy nie chcieli w zamian za korzyści materialne zdradzić ojczyzny; więźniów, którym udało się zbiec z oświęcimskiego piekła, lecz gorzki los chciał, że zostali ujęci; świadomych narodowo mężczyzn i kobiet z wszystkich krajów okupowanych przez Niemców. Rozstrzeliwuje Rapportführer lub dozorca aresztu. By nie zwracać uwagi przechodniów na szosie, biegnącej nieopodal muru, używają małokalibrowego karabinku (…), stoją rozparci, upojeni świadomością władzy. W głębi kilku zastraszonych grabarzy czeka z noszami, by spełnić smutny obowiązek. Nie potrafią ukryć przerażenia, które maluje się na ich twarzach. (…)  Inny więzień-siłacz, wybrany spośród sprzątaczy, sprowadza biegiem dwie ofiary. Trzyma je za ramiona i przyciska twarzami do ściany. <Preste> (prosto) – rzuca ktoś rozkaz, gdy odwracają głowy. Mimo, że to chwiejące szkielety – niejeden z nich miesiącami wegetował w cuchnącej piwnicznej celi, w jakiej nie wytrzymałoby nawet zwierzę – ledwo trzymają się na nogach, wielu z nich woła jeszcze  w ostatniej sekundzie: <Niech żyje Polska!> lub <Niech żyje wolność!>. W takich wypadkach katowski pachołek spieszy się ze strzałem w potylicę bądź też usiłuje ich zmusić do milczenia brutalnymi ciosami. (…) Nosiciele zwłok pędzą tam i z powrotem, ładują trupy na nosze  i rzucają je na kupę w drugim końcu podwórza”.

Najbardziej znane egzekucje pod Ścianą Straceń

Egzekucja pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, obraz byłego więźnia Władysława-Siwka

11 listopada w 1941 r., w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości     w 1918 r., odbyła się pierwsza egzekucja pod Ścianą Straceń. Jej przebieg obserwował komendant obozu Rudolf Höss oraz kierownik obozu i lekarz obozowy. Rozstrzeliwał podoficer raportowy Gerhard Palitzsch, każdorazowo ładując do karabinka nowy nabój. W tym dniu rozstrzelał on kilkudziesięciu więźniów, prawie samych Polaków. W wielu późniejszych egzekucjach ten obozowy kat również najczęściej rozstrzeliwał więźniów.

27 maja 1942 r. rozstrzelano pod Ścianą Straceń 168 więźniów przywiezionych z Krakowa. Wśród zamordowanych znajdowali się aktorzy, malarze, rzeźbiarze i oficerowie rezerwy. Jedną z ofiar tej egzekucji był znany rzeźbiarz i malarz Ludwik Puget.

18 sierpnia 1942 r. odprowadzono pod Ścianę Straceń 56 więźniów, pochodzących z rejencji katowickiej. Skazani na rozstrzelanie w bloku nr 11 śpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”.

28 października 1942 r. pod Ścianą Straceń rozstrzelano około 280 Polaków więzionych w KL Auschwitz. Była to największa egzekucja w historii tego obozu, która miała charakter odwetu na więźniach za sabotaż i akcje partyzanckie prowadzone na terenie Lubelszczyzny, a ofiarami jej byli głównie więźniowie przywiezieni z więzień w Lublinie oraz Radomiu w latach 1941 i 1942. Wśród rozstrzelanych był legionista i nauczyciel, Mikołaj Siemion, ojciec znanego powojennego aktora Wojciecha Siemiona.

25 stycznia 1943 r. pod Ścianą Straceń rozstrzelano 53 więźniów, podejrzanych o działalność w obozowym ruchu oporu. Wśród nich byli podchorążowie i oficerowie WP oraz przedstawiciele inteligencji polskiej.  Zginął wówczas płk Jan Karcz, dowódca Mazowieckiej Brygady Kawalerii.

Wpędzanie więźniów do bloku nr 11, obraz byłego więźnia Władysława Siwka

15 lutego 1943 r. został rozstrzelany na dziedzińcu bloku nr 11 słynny polski biegacz Józef Noji, który uzyskał piąte miejsce w biegu na  5 kilometrów na olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. Obecnie w Oświęcimiu, na terenie Osiedla Chemików, jego imieniem nazwana jest jedna z ulic.

11 października 1943 r. pod Ścianą Straceń rozstrzelano 54 więźniów. W grupie zamordowanych byli Polacy, wybitni wojskowi, działacze społeczni   i polityczni. Zginęło wówczas wielu członków konspiracji wojskowej w obozie, utworzonej pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej przez rtm. Witolda Pileckiego. Znajdowali się wśród nich: mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, kpt. Tadeusz Paolone (w obozie Lisowski), płk lotnictwa Juliusz Gilewicz i jego brat mjr Kazimierz Gilewicz, ppłk lotnictwa Teofil Dziama; znani adwokaci Wacław Szumański z Warszawy i dr Józef Woźniakowski z Krakowa; znany ze swoich przedwojennych narodowo-radykalnych poglądów Jan Mosdorf, który w obozie pomagał swoim żydowskim współwięźniom.

Były więzień KL Auschwitz, Ludwik Rajewski, tak opisał przebieg powyższej egzekucji: „Jako pierwsi poszli pod <ekran> pułkownik Dziama i kapitan Lisowski-Paolone. Szli jak przystało na żołnierzy. Gdy podeszli pod <ekran> Dziama zwrócił się do katów (…) z prośbą o niestrzelanie w tył głowy, lecz jak do żołnierzy – z pistoletów i prosto w twarz. Widać, że docenili odwagę tych żołnierzy, bo uwzględnili ich prośbę. Lisowski jeszcze krzyknął: Niech żyje Wolna i Niep… to było jego ostatnie słowo”.

Więźniowie policyjni – dwie minuty i wyrok

"Sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz byłego więźnia Władysława-Siwka

W pierwszych miesiącach 1943 r. pomieszczenia na parterze bloku nr 11 przeznaczono dla tzw. więźniów policyjnych (Polizeihäftlinge), których już od 1942 r. przywożono do KL Auschwitz na stracenie. Pochodzili oni z rejencji katowickiej i częściowo opolskiej.  Więźniami policyjnymi byli prawie wyłącznie sami Polacy, których podejrzewano o działalność w ruchu oporu. Więźniowie ci pozostawali do dyspozycji gestapo katowickiego, oczekując na wyrok sądu doraźnego (Polizeistandgericht), którego posiedzenia odbywały się co kilka tygodni w bloku nr 11.  „Sądowi doraźnemu”  przewodniczył każdorazowo szef katowickiego gestapo – od czerwca 1942 r. do września 1943 r. dr Rudolf Mildner, a potem jego następca   dr Johannes Thümmler, pełniący tę funkcję do stycznia 1945 r. Oskarżonych, z małymi wyjątkami, obydwaj wspomniani szefowie katowickiego gestapo skazywali na śmierć. Liczba ich ofiar jest szacowana na ponad 3000 osób. Byli wśród nich mężczyźni, kobiety i dzieci.

Warto dodać, że bezpośrednio przed rozpoczęciem posiedzenia „sądu doraźnego” otwierano sale na parterze w bloku nr 11, w których przebywali więźniowie policyjni i wyczytywano nazwiska. Wywołani wychodzili z sal i ustawiali się w korytarzu w dwóch lub więcej szeregach. Następnie wzywani pojedynczo wchodzili na salę rozpraw. Każdemu z oskarżonych poświęcano od jednej do dwóch minut. Policyjny „sąd doraźny” skazywał więźniów przeważnie na rozstrzelanie, a egzekucję przeprowadzano po jego zakończeniu  na dziedzińcu bloku nr 11.

Rozebranie Ściany Straceń w 1944 r.

Ściana Straceń pod którą rozstrzeliwano więźniów do listopada 1943 r. została rozebrana w ostatnich dniach lutego 1944 r. Od tego czasu skazańców wywożono do KL Auschwitz II-Birkenau, gdzie zabijano ich w komorach gazowych lub rozstrzeliwano na terenie krematoriów.

Miejsce hołdu i modlitwy

Dzisiaj na dziedzińcu bloku nr 11 znajduje się rekonstrukcja Ściany Straceń, pod którą setki tysięcy odwiedzających rokrocznie tereny byłego obozu Auschwitz-Birkenau składają kwiaty, zapalają znicze i modlą się. Hołd   w tym miejscu pomordowanym oddał także Jan Paweł II w czerwcu 1979 r.,  Benedykt XVI w maju 2006 r. i Franciszek w lipcu 2016 r.

Adam Cyra

Oświęcim, 12 czerwca 2019 r.

Brak komentarzy

Za brzozowym laskiem

77 lat temu, w czerwcu 1942 r., Niemcy zawieźli na śmierć Żydów z Olkusza. Byli jednymi z pierwszych, którzy zginęli w „czerwonym domku”: pierwszej komorze gazowej w obozie Birkenau. W dwóch transportach kolejowych wywieźli ok. 3 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci z olkuskiego getta. Byli wśród nich także liczni Żydzi z Chorzowa, przesiedleni do Olkusza jeszcze w 1940 r. Wszyscy zginęli w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau.

Żydzi olkuscy na dworcu kolejowym przed deportacją, czerwiec 1942 r.

Zachowały się za to zdjęcia Żydów oczekujących na pociąg, którym mieli pojechać z dworca w Olkuszu. Razem z Żydami, pilnowanymi przez Niemców i żydowskich policjantów, na jednym ze zdjęć sfotografowany został niejaki Friedrich Kuczynski. Stoi w mundurze, podparty lewą ręką pod bok, w prawej trzyma pałkę. Przygląda się Żydom, których wcześniej, współpracując z gestapo, selekcjonował na śmierć – jako tych, którzy nie nadają się na wywiezienie do obozów pracy.

Program uroczystości w Brzezince 13.o6.2019

Kuczynski był Niemcem, urodził się w 1914 r. w rumuńskiej Suczawie. Z zawodu nauczyciel gimnazjalny, władał też francuskim i rumuńskim. Podczas wojny został pracownikiem urzędu, który w 1940 r. utworzył Reichsführer SS Heinrich Himmler – powołując Specjalnego Pełnomocnika Reichsführera SS i Szefa Niemieckiej Policji ds. Zatrudnienia Obcych Narodowości na Górnym Śląsku. Funkcję pełnomocnika powierzono SS-Oberführerowi Albrechtowi Szmeltowi, prezydentowi policji we Wrocławiu. Zaś kierownikiem Wydziału „J” – dla spraw żydowskich w tym urzędzie, mieszczącego się w Sosnowcu – został właśnie Kuczynski, mający 26 lat. Swoją rolę pełnił gorliwie – zdjęcie z Olkusza jest jednym z tego dowodów.  Po wojnie został osądzony i stracony w 1949 r., w więzieniu w Sosnowcu.

Czerwony domek

Dwa pociągi, których odjazd nadzorował Kuczynski, przez Szczakową i Mysłowice, w odstępach dwudniowych, zawiozły olkuskich Żydów na dworzec towarowy w Oświęcimiu. W jego obrębie w 1942 r. uruchomiono tzw. „Alte Judenrampe” (stara rampa żydowska). Znajdowała się między obozami Auschwitz i Birkenau. Tu przybywała większość pociągów z Żydami w latach 1942-44 (do maja).

Żydów olkuskich, po pozostawieniu przez nich na rampie bagaży, pieszo lub samochodami przewieziono do nowo powstałej pierwszej komory gazowej w Birkenau. Znajdowała się w odległości ok. 2 km, za brzozowym lasem, poza aktualnymi granicami byłego obozu. Stał tam dom, należący wcześniej do polskiej rodziny, kiedyś mieszkającej w wysiedlonej przez Niemców wsi Brzezinka. Niemcy dom zarekwirowali i wczesną wiosną 1942 r. zaadaptowali na komorę gazową. Od koloru ścian, z czerwonej cegły, zwany był „czerwonym domkiem”.

Uczennice szóstej klasy szkoły powszechnej w Olkuszu (rocznik 1931/32), szesnaście uczennic tej klasy to Żydówki (wszystkie zginęły w Birkenau), w pierwszym rzędzie siedzi Janina Kocjan (po mężu Cyra), szósta od lewej strony.

W czerwcu 1942 r. Niemcy uruchomili tu pierwszą zakamuflowaną komorę gazową. Na drzwiach „domku”, którego okna zamurowano, umieścili napis „Do łaźni”. Tak urządzoną komorę gazową nazwano bunkrem nr 1. Na powierzchni ok. 90 metrów kw., podzielonej na dwie komory gazowe, w latach 1942-43 zamordowali dziesiątki tysięcy Żydów – przy pomocy cyklonu B, z którego kryształków wydzielał się cyjanowodór (po szczelnym zamknięciu drzwi, Niemcy wrzucali kryształki cyklonu przez otwory w ścianach).

Ukryte ślady zbrodni

Tam właśnie zaprowadzili Żydów z Olkusza. Najpierw do sąsiadujących z „czerwonym domkiem” dwóch baraków, gdzie musieli się rozebrać. Potem, pod pozorem kąpieli, wprowadzili ich do „domku”, gdzie jednorazowo można było uśmiercić 800 osób. Ciała zamordowanych olkuskich Żydów zakopano w pobliżu „domku”. Później odkopano je wraz z ciałami innych zamordowanych w 1942 r. i spalono, w  specjalnie przygotowanych dołach.

Jako miejsce do zabijania „czerwony domek” funkcjonował do kwietnia 1943 r., gdy oddano do użytku cztery duże krematoria i komory gazowe (ich ruiny stoją dziś na terenie Muzeum). Wtedy „czerwony domek” rozebrano. Dla ukrycia śladów zbrodni, położone obok doły spaleniskowe zasypano, a teren zniwelowano.

Dziś stoją tam trzy granitowe tablice z napisami po polsku, hebrajsku i angielsku. Odwiedzający to miejsce mogą sobie tylko wyobrazić, że tutaj, na tym niewinnie wyglądającym terenie, stał sobie kiedyś nieotynkowany dom. I że gdzieś tu, wkoło, leżą także prochy Żydów z Olkusza – jednych z pierwszych, którzy zginęli w „czerwonym domku”.

W dniu 13 czerwca 2019 r. w miejscu, gdzie zginęli Żydzi olkuscy i spoczywają ich prochy, członkowie Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau złożyli wieniec z napisem „Pamięci Żydów olkuskich”.

W uroczystości tej uczestniczył Jerzy Sawicki, prezes  Zarządu Głównego TOnO z Warszawy oraz Marek Księżarczyk, prezes Oddziału Miejskiego tej organizacji z Oświęcimia.

Uroczystość zaszczyciła również swoją obecnością trzyosobowa delegacja z Olkusza, na czele z Profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, Michałem Ostrowskim, zapalając znicz. Zebrani chwilą milczenia uczcili pamięć o pomordowanych Żydach olkuskich.

Profesor Michał Ostrowski prowadzi prywatny portal internetowy, zatytułowany „Olkuscy Żydzi. Ludzie, imiona i pamięć”.

„Tygodnik Powszechny” z 4.07.2017 r.

Adam Cyra

Oświęcim, 10 czerwca 2019 r.

Brak komentarzy

Umożliwił lądowanie aliantów w Normandii

Siedemdziesiąt pięć lat temu  nastąpiło lądowanie w Normandii. Była to największa pod względem użytych sił i środków operacja desantowa w historii wojen. Miała na celu otwarcie w zachodniej Europie tzw. drugiego frontu w europejskim teatrze działań II wojny światowej. Operacja została przeprowadzona we wtorek 6 czerwca 1944 roku pod dowództwem gen. Eisenhowera, a trzon sił inwazyjnych stanowiły wojska amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie.

Mało znane są sukcesy wywiadu lotniczego Komendy Głównej Armii Krajowej, którym kierował Antoni Kocjan. Jego osiągnięcia w polskim wywiadzie  przyczyniły się do tego, że lądowanie to mogło być możliwe, co potwierdzają słowa wielkich dowódców drugiej wojny światowej. Dwight Eisenhower, naczelny dowódca alianckich sił inwazyjnych w Normandii, w swoich wspomnieniach pt. „Wyprawa Krzyżowa w Europie” napisał:

Gdyby Niemcom udało się udoskonalić nową broń V-1,V-2 sześć miesięcy wcześniej, nasza inwazja Europy spotkałaby na ogromne trudności, ba, nawet w pewnych okolicznościach stałaby się niemożliwa.

Z kolei brytyjski marszałek sił powietrznych z tego okresu Philip Jonbert w swej książce, zatytułowanej „Rockets” oświadczył:

Niemcy mogli wygrać drugą wojnę światową gdyby wcześniej zastosowali rakiety V-1, V-2. Pięcioma tysiącami pocisków skierowanymi przeciw urządzeniom inwazyjnym przygotowanymi w południowej Anglii można było nawet powstrzymać inwazję.

Winston Churchill, komentując w swoich pamiętnikach cytowaną powyżej wypowiedź D.D. Eisenhowera napisał:

To oczywiście jest przesada. Przeciętna niedokładność obu tych broni wynosiła około dziesięciu mil.

Dalej jednak w swoich wspomnieniach stwierdza:

Nalot na Peenemünde, który wymagał tylu ofiar, wywarł poważny  i decydujący wpływ na dalsze losy wojny. Gdyby nie ten nalot (…) Hitler rozpocząłby bombardowanie Londynu rakietami na początku 1944 roku. Tymczasem uległo ono opóźnieniu do września.

W artykule wstępnym „The Times” z dnia 28 listopada 1944 roku napisał:

Brytyjscy ministrowie (…) wiedzą, z jakim bohaterstwem polskie siły zbrojne przyczyniły się do zwycięstwa zarówno w polu, jak i na odcinku równie niebezpiecznej pracy podziemnej, której wynikiem było m.in. dostarczenie w porę informacji o niemieckich przygotowaniach do użycia przeciwko Wielkiej Brytanii  broni V-1 i V-2.

Michał Wojewódzki w swojej książce „V-1 i V-2”, wydanej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku,  pisze:

Po wojnie strona angielska usiłowała pomniejszyć i zdyskontować na swoją korzyść osiągnięcia Polaków na tym tak niebezpiecznym i ważnym froncie walki.

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W tym roku przypada siedemdziesiąta piąta rocznica śmierci Antoniego Kocjana, wybitnego konstruktora szybowcowego z okresu międzywojennego, więźnia KL Auschwitz i oficera wywiadu AK.  Na szczególne uznanie zasłużył sobie, po zwolnieniu go z obozu oświęcimskiego w 1941 roku, kierując akcją rozszyfrowania tajnych broni niemieckich  „V”.

Czytaj więcej …

Zobacz także: Człowiek, który zatrzymał rakiety

Człowiek, który wygrał wojnę

Oficer polski Roman Czerniawski

Słynna operacja „Overlord” rozpoczęła się 6 czerwca 1944 r. Na normandzkich plażach lądują brytyjskie, kanadyjskie i amerykańskie oddziały żołnierzy. Ten sukces przypisywany jest także polskiemu oficerowi super-szpiegowi Romanowi Czerniawskiemu, któremu skutecznie udało się zmylić Niemców  i przekonać ich, że lądowanie aliantów nie nastąpi w Normandii, lecz w rejonie Calais.

Lądowanie aliantów na francuskich plażach w Normandii zmieniło bieg historii XX wieku. Czerniawski skutecznie dezinformował Abwehrę. To dzięki jego fałszywym informacjom m.in. Niemcy zrzucali rakiety V-2 na słabo zaludnionych terenach na północ od Londynu, co spowodowało, że  straty ludności w centrum miasta były dalece mniejsze.

Czytaj więcej …

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 7 czerwca 2019 r.

Brak komentarzy

Ukrywał się na zamku w Pieskowej Skale koło Olkusza

August Kowalczyk, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W dniu 29 lipca 2012 roku zmarł August Kowalczyk (nr obozowy 6804), znany powojenny aktor, który bardzo zabiegał w ostatnich latach swojego życia o to, aby upamiętnić swojego kolegę obozowego Mieczysława Kaweckiego (nr obozowy 3673) z Mysłowic, który razem z nim uczestniczył w buncie więźniów karnej kompanii w KL Auschwitz-Birkenau i wówczas został zastrzelony przez esesmanów 10 czerwca 1942 roku Warto przybliżyć okoliczności tego buntu więźniów Polaków sprzed siedemdziesięciu siedmiu lat.

W 1942 roku zaczęły się nasilać egzekucje, przeprowadzane na dziedzińcu bloku nr 11, których ofiarami pod Ścianą Straceń coraz częściej stawali się członkowie konspiracyjnego Związku Organizacji Wojskowej w KL Auschwitz, której twórcą w obozie oświęcimskim był rotmistrz Witold Pilecki.

Jako jeden z pierwszych zginął por. Włodzimierz Makaliński, który przebywał w karnej kompanii w Brzezince. Przeniesiona ona została z obozu macierzystego w Oświęcimiu do KL Auschwitz II-Birkenau 8 maja 1942 roku Kierowano do niej głównie więźniów politycznych Polaków, uważanych przez Politische Abteilung, czyli obozowe gestapo za szczególnie niebezpiecznych.

W dniu 27 maja 1942 roku skierowano do karnej kompanii około czterystu młodych Polaków, którzy byli przywiezieni do KL Auschwitz z dystryktu warszawskiego i krakowskiego w latach 1940-1941. Wśród nich był por. Makaliński, którego wraz z kilkoma innymi więźniami wezwano z Birkenau i rozstrzelano w dniu 4 czerwca.

W dwa dni później na polecenie obozowego gestapo odbyła się pod Ścianą Straceń następna egzekucja kilkuosobowej grupy więźniów z karnej kompanii. Pozostali zdawali sobie sprawę z tego, że zginą w wyniku morderczych warunków w niej panujących lub zostaną rozstrzelani, a więc nie mają żadnych szans na przeżycie.

W dniu 10 czerwca 1942 roku z miejsca pracy w Brzezince rzuciło się do ucieczki pięćdziesiąt osób. Podczas pościgu większość uciekinierów schwytano, a w trakcie jego trwania zastrzelono trzynastu więźniów, m.in. Stanisława Maringe i Mieczysława Kaweckiego. Jedynie dziewięciu uczestnikom buntu udało się zbiec. Wśród nich ucieczka powiodła się Augustowi Kowalczykowi i Tadeuszowi Lucjanowi Chrościckiemu. Ojciec tego ostatniego nie zdecydował się na nią. Zginął w dniu następnym, kiedy to w odwet za bunt rozstrzelano dwudziestu i zabito w komorze gazowej bunkra nr 1 w Brzezince (tzw. „czerwony domek”) około trzystu dwudziestu więźniów karnej kompanii.

Mieczysław Kawecki, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zmarły siedem lat temu August Kowalczyk wiedział, że jego obozowy kolega Mieczysław Kawecki będzie upamiętniony w Mysłowicach, ale nie dożył do tej uroczystości, która odbyła się w Dzień Święta Niepodległości 11 listopada 2012 roku. Odsłonięcie tablicy pamiątkowej, poświęconej Mieczysławowi Kaweckiemu nastąpiło w Mysłowicach na skwerze u zbiegu ulic Mickiewicza i Oświęcimskiej, któremu nadano Jego imię.

Niestety mimo usilnych starań organizatorów tej uroczystości nie udało się odnaleźć nikogo z rodziny bohaterskiego Mysłowiczanina, który był sportowcem i działaczem Klubu Sportowego „Siła Mysłowice” i nikt  z  rodziny Mieczysława Kaweckiego w niej nie uczestniczył.

August Kowalczyk po ucieczce z KL Auschwitz ukrywał się w zbożu, gdzie został odnaleziony przez okoliczne kobiety z Bojszów na Śląsku, które zapewniły mu kobiece przebranie i wskazały miejsce bezpiecznego schronienia. Przebywał się przez siedem tygodni w kryjówce na poddaszu jednego z domów w tej miejscowości. Następnie z fałszywymi dokumentami przedostał się do Generalnego Gubernatorstwa. Początkowo ukrywał się na zamku w Pieskowej Skale, a później do końca wojny działał w szeregach AK w powiecie miechowskim, przebywając w miejscowości Czaple Wielkie.

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku jeszcze raz przyjechał do Pieskowej Skale, wcielając się w postać austriackiego generała w serialu telewizyjnym „Janosik”, w reżyserii Jerzego Passendorfera. Serial kręcono od maja 1972 do marca 1973 roku Zdjęcia realizowano m.in.    na zamku w Pieskowej Skale i w okolicach Ojcowa.

August Kowalczyk (w środku), z lewej Adam Cyra. Fot. M. Księżarczyk

August Kowalczyk w latach 1968-1981 był dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Polskiego w Warszawie. Znany jest również z wielu innych ról filmowych. Był także wieloletnim wiceprezesem Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, jak również przewodniczącym Rady Fundacji Pomnika-Hospicjum Miastu Oświęcim oraz członkiem Rady Fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”.

W 1995 r. po raz pierwszy została wydana książka jego autorstwa, zatytułowana „Refren kolczastego drutu: Trylogia prawdziwa”, będąca wspomnieniami z pobytu w KL Auschwitz-Birkenau, jego ucieczki oraz z okresu ukrywania się. Swoją książkę prezentował kilkanaście lat temu na spotkaniu autorskim w Miejskim Ośrodku Kultury w Olkuszu.

Adam Cyra

Oświęcim, 3 czerwca 2019 r.

Brak komentarzy