Archiwum dla Maj, 2019

Wojskowy ruch oporu w KL Auschwitz

Za datę powstania KL Auschwitz przyjmuje się 14 czerwca 1940 r., kiedy do tworzonego przez Niemców obozu przywieziono pierwszy transport 728 polskich więźniów politycznych z więzienia w Tarnowie. Wkrótce potem w kolejnych transportach okupanci skierowali więźniów z więzienia w Nowym Wiśniczu, obozu przejściowego w Sosnowcu, więzienia Montelupich w Krakowie oraz z więzienia na Pawiaku w Warszawie. Znaczną część spośród pierwszych więźniów obozu Auschwitz stanowili Polacy zaangażowani w działalność konspiracyjną. W pierwszych transportach z Warszawy przybyli członkowie Tajnej Armii Polskiej (TAP) − organizacji konspiracyjnej założonej przez mjr. Jana Włodarkiewicza, przy współpracy m.in. z ppor. Witoldem Pileckim. To właśnie m.in. ci więźniowie będą stanowili trzon wojskowego ruchu oporu w obozie Auschwitz.

Zobacz: wystawa internetowa o konspiracji wojskowej w KL Auschwitz

Witold Pilecki – żołnierz, konspirator, ochotnik do Auschwitz

Witold Pilecki, uczestnik wojen w 1920 i 1939 r. dobrowolny więzień i twórca konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, uciekinier z obozu, oficer AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, jeniec obozów w Lamsdorf i Murnau, po wojnie w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa we Włoszech, w okresie terroru komunistycznego w Polsce skazany na śmierć i zamordowany strzałem w tył głowy w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej, pod koniec sierpnia 1939 r., ppor. rez. Witold Pilecki otrzymał rozkaz mobilizacji. Kampania wrześniowa zakończyła się dla niego dopiero 17 października tegoż roku, ponieważ on i niektórzy jego kawalerzyści podjęli walkę z Niemcami jako oddział partyzancki. Zadaniem dla zdemobilizowanych żołnierzy i oficerów polskich było dotarcie do Warszawy. Jesienią 1939 r. Witold Pilecki ukrywał się pod przybranym nazwiskiem Tomasz Serafiński, rozpoczynając w Warszawie działalność wspomnianej już Tajnej Armii Polskiej. Ta powstała w listopadzie 1939 r. organizacja grupowała głównie wojskowych i w 1941 r. scaliła się ze Związkiem Walki Zbrojnej (ZWZ), przekształconym w następnym roku w Armię Krajową (AK). Pierwsze jej władze to: komendant: mjr Jan Włodarkiewicz ps. „Darwicz” i inspektor organizacyjny: ppor. Witold Pilecki ps. „Witold”.

Gdy latem 1940 r. kilku członków TAP deportowano do KL Auschwitz mjr Jan Włodarkiewicz podjął decyzję o wysłaniu jednego z oficerów TAP do niemieckiego obozu koncentracyjnego, aby utworzył w nim konspiracyjną organizację wojskową i zbadał możliwość uwolnienia osadzonych tam więźniów.

Wykonanie tej niebezpiecznej misji powierzył Witoldowi Pileckiemu, który dał się dobrowolnie ująć Niemcom podczas łapanki w Warszawie. Pod przybranym nazwiskiem jako Tomasz Serafiński został przywieziony do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r. Jesienią 1940 r. Witold Pilecki rozpoczął tworzyć w KL Auschwitz tajną siatkę pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej  (ZOW).

Należeli do niej przede wszystkim członkowie TAP, oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego, przedwojenni działacze polityczni oraz studenci i harcerze, wyłącznie Polacy, ponieważ w tym okresie nie przywożono jeszcze do obozu więźniów z innych krajów.

Organizacja wojskowa miała na celu pomoc więźniom przebywającym w KL Auschwitz, podtrzymywanie ich na duchu przez rozpowszechnianie wiadomości z frontów II wojny światowej, potajemne zdobywanie żywności, odzieży i lekarstw oraz przekazywanie wiadomości z obozu na zewnątrz, organizowanie ucieczek, a także przygotowanie własnych oddziałów do opanowania obozu we współpracy z partyzanckimi oddziałami Armii Krajowej.

W związku z inwigilowaniem więźniów i ścisłym ich nadzorowaniem przez funkcyjnych, przeważnie kryminalistów niemieckich, ZOW opierał się na systemie „piątek”. Były to małe grupy konspiracyjne, które powstawały i działały niezależnie, prawie nic wzajemnie o sobie nie wiedząc. W razie dekonspiracji, a w dalszej kolejności ciężkiego śledztwa, ograniczona liczba osób była w stanie przekazać informacje o innych zaangażowanych w konspirację.

Witold Pilecki osobiście utworzył pięć górnych „piątek” w latach 1940-1941. Nazwa „piątka” była umowną, ponieważ zdarzało się, że liczyła ona więcej członków niż pięciu. Stanowiły one najważniejsze ogniwa ZOW i ich powstawanie odbywało się wolniej niż tworzenie niższych struktur konspiracji wojskowej w KL Auschwitz.

Pierwsza górna „piątka” ZOW: Władysław Surmacki (nr 2759), Władysław Dering (nr 1723), Jerzy de Virion (nr 3507), Eugeniusz Obojski (nr 194), Roman Zagner (brak danych dotyczących numeru).

Druga górna „piątka” ZOW: Władysław Kupiec (nr 793), Tadeusz Pietrzykowski (nr 77), Bolesław Kupiec (nr 792), Mikołaj Skortowicz (nr 940). Ponadto członkami tej „piątki” ZOW byli: Jan Kupiec (nr 790), Antoni Rosa (nr 923), Tadeusz Słowiaczek (nr 1069), Witold Szymkowiak (nr 938), Antoni Woźniak (nr 5512).

Trzecia górna „piątka” ZOW: Stanisław Gutkiewicz (nr 11003), Stanisław Stawiszyński (13689), Wincenty Gawron (nr 11237), Włodzimierz Makaliński (nr 12710), Eugeniusz Triebling (nr 6995).

Czwarta górna „piątka” ZOW: Stefan Bielecki (nr 12692), Stanisław Kazuba (nr 1630), Henryk Bartosiewicz (nr 9406), Konstanty Piekarski (nr 4618), Tadeusz Lech (nr 9235).

W październiku 1941 roku Witold Pilecki utworzył piątą górną „piątkę”. W jej skład wchodzili: Bernard Świerczyna (nr 1393), Mieczysław Wagner (nr 5831), Tadeusz Szydlik (nr 2198), Zbigniew Różak (nr 6609), Zbigniew Ruszczyński (nr 1360).

Edward Kowalski (nr 1701) w swoich wspomnieniach twierdzi, że w komandzie mierników, zaprzysiężeni przez ppłk. Władysława Surmackiego, najaktywniej działali następujący więźniowie: Kazimierz Jarzębowski (nr 115), Bogusław Ohrt (nr 367), Leon Rajzer (nr 399), Florian Basiński – w obozie Józef Rotter (nr 365), Janusz Pogonowski – w obozie Skrzetuski (nr 253) i Stanisław Stawiński (nr 6569). Wszyscy oni działali zgodnie z wytycznymi Pileckiego. Głównym celem tych kontaktów był przerzut żywności i lekarstw do obozu, a także wymiana informacji.

Tadeusz Pietrzykowski podaje, że wstępując do ZOW, przysięgę składał w „Alei Brzozowej” naprzeciwko bloku nr 11, a odbierał ją Pilecki, który potem kontaktował się z nim, dając mu sekretne polecenia za pośrednictwem innego członka ZOW, Stanisława Barańskiego (nr 132).

Edward Ciesielski natomiast w swoich wspomnieniach napisał: „Nadszedł czerwiec 1941 r. (…). W kilka dni potem zostałem członkiem podziemnej organizacji oświęcimskiej. Wśród zwału cegieł przy nowo budowanym bloku złożyłem przysięgę na wierność organizacji. Odebrał ją ode mnie mój majster ze stolarni. Był nim major WP Trojnicki. Świadkiem przysięgi był więzień pracujący w ambulansie”.

W swojej powojennej relacji Konstanty Piekarski przekazał, iż Pilecki wśród nowo przybyłych więźniów starał się dotrzeć do osób godnych zaufania, szczególnie takich jak on właśnie, młodych oficerów zawodowych lub rezerwy.

Meldunki członków ruchu oporu, wysyłane były początkowo poprzez więźniów zwalnianych z obozu, a potem także przez wtajemniczonych robotników cywilnych zatrudnionych przez esesmanów przy rozbudowie obozu i zaufanych mieszkańców Oświęcimia. Zaczęły one systematycznie docierać do Warszawy co najmniej od końca 1940 r. Z powodu zniszczenia akt  Śląskiego Okręgu Armii Krajowej szczegóły tych kontaktów nie są znane, nie wiadomo też jaką drogą trafiały do agend Delegatury Rządu na Kraj. Brak jest również relacji osób prawdopodobnie najbardziej zaangażowanych w zbieranie i przekazywanie informacji o KL Auschwitz, gdyż w końcu 1942 r. Niemcy aresztowali, a potem zamordowali w obozie niemal całe kierownictwo sztabu obwodu oświęcimskiego Armii Krajowej. Wiadomo natomiast, iż meldunki te stanowiły podstawę do opracowania w Warszawie sumarycznych sprawozdań okresowych, raportów sytuacyjnych i innych dokumentów, sporządzanych bądź to z intencją przesłania ich do Rządu Polskiego w Londynie, bądź wykorzystania w bieżącej działalności propagandowej i informacyjnej.

Informacja o KL Auschwitz – oparta na pierwszym meldunku Witolda Pileckiego wysłanym z obozu drogą konspiracyjną – została przekazana do Londynu w tajnej poczcie komendanta ZWZ, gen. „Grota” – Stefana Roweckiego, za pośrednictwem bazy „Anna” w Sztokholmie w marcu 1941 r. Takich raportów z obozu Pilecki przesłał znacznie więcej, informując o zbrodniach SS.

Obozową konspirację wojskową Pilecki stopniowo rozszerzył też na grupy polityczne. Przede wszystkim byli to osadzeni w KL Auschwitz członkowie Stronnictwa Narodowego (Piotr Kownacki, Roman Frankiewicz, Bolesław Świderski) oraz Polskiej Partii Socjalistycznej (Stanisław Dębski-Dubois, Konstanty Jagiełło).

Więźniowie należący do ZOW starali się tworzyć w blokach, w których mieszkali, elementy wojskowej siatki konspiracyjnej („plutony” – jeden na parterze, drugi na piętrze). Jej członkowie w momencie rozpoczęcia walki mieli zachęcić do niej  jak najwięcej pozostałych więźniów, którzy nie byli zorganizowani. Kilka bloków miało stanowić „bataliony”.

W pierwszych miesiącach 1942 r. udało się Witoldowi Pileckiemu przyłączyć do ZOW konspiracyjne grupy wojskowe tworzone przez płk. Aleksandra Stawarza i ppłk. Karola Kumunieckiego, a także rtm. Włodzimierza Kolińskiego. Latem 1942 r. płk Jan Karcz, podczas kampanii wrześniowej w 1939 r. dowódca Mazowieckiej Brygady Kawalerii, na prośbę Pileckiego przyjął propozycję objęcia kierownictwa nad tajną siatką ZOW w nowo powstałym obozie KL Auschwitz II-Birkenau.

Jednym z głównych filarów konspiracji wojskowej stał się szpital więźniarski, gdzie ogromną rolę odegrał dr Władysław Dering oraz dr Rudolf Diem. Obydwaj wymienieni lekarze kierowali izbą przyjęć, czyli ambulatorium, i stąd mieli duży wpływ na przyjmowanie chorych więźniów do szpitala więźniarskiego, w którym „likwidowano” również obozowych konfidentów. Lekarzami, należącymi do ZOW, ratującymi w wielu wypadkach życie innym, byli m.in. następujący więźniowie: Marian Dipont, Władysław Fejkiel, Henryk Suchnicki czy  Władysław Tondos.

Do grupy więźniów wypisywanych ze szpitala obozowego przychodził tzw. Arbeitsdienst, który przydzielał ich do poszczególnych komand roboczych. Był nim kryminalista niemiecki Otto Küssel (nr 2), bardzo przychylnie nastawiony do polskich więźniów, którego pomoc na rzecz konspiracji wojskowej miały ogromne znaczenie, ponieważ rodzaj pracy decydował w wielu wypadkach o przetrwaniu. Jego współpracownikiem był Mieczysław Januszewski (nr 711), członek ZOW, mający na niego bardzo duży wpływ. Również poprawnie do podległych im Polaków odnosili się jeszcze inni funkcyjni niemieccy więźniowie kryminalni: Fritz Biessagen (nr 4), Hans Bock (nr 5) i Johann Lechenich (nr 19). Ułatwiali także członkom ZOW nawiązywanie potajemnej łączności z przyobozowym ruchem oporu.

W lutym 1941 r. w Auschwitz została także utworzona organizacja Związku Walki Zbrojnej, której twórcą był ppłk. Kazimierz Rawicz (w obozie Jan Hilkner). W wyniku porozumienia Witold Pilecki przekazał ppłk. Rawiczowi jesienią 1941 r. jako oficerowi wyższemu stopniem formalnie dowództwo, pozostając nadal kierownikiem organizacyjnym całości konspiracji obozowej ZOW.

Konspiracyjne zasługi i bohaterski trud Witolda Pileckiego docenił Komendant Główny ZWZ, gen. Stefan Rowecki – „Grot”, awansując go 11 listopada 1941 r. do stopnia porucznika. Z ogromnym trudem tworzona obozowa siatka ZOW już od 1941 r. zaczęła się rwać. Powodem były zgony więźniów − członków ZOW, spowodowane tragicznymi warunkami panującymi w obozie, a także rozstrzeliwaniami i wywożeniem ich do innych obozów koncentracyjnych. Jako pierwsi m.in. zmarli: dr Adam Hrebenda i prof. dr Teofil Staniszkis.

W 1942 r. egzekucje członków ZOW w KL Auschwitz miały charakter przypadkowy lub wykonywano je w powiązaniu z innymi sprawami i nie były one wynikiem rozpracowania organizacji Pileckiego przez obozowe gestapo. Przykładowo pod Ścianą Straceń w odwetowej egzekucji za sabotaż i udane akcje partyzanckie na Lubelszczyźnie 28 października 1942 r. wśród rozstrzelanych było kilku członków ZOW. Latem 1942 r. wybuchła natomiast w KL Auschwitz największa epidemia tyfusu plamistego. W jej wyniku zmarło kilkunastu członków ZOW.

Ppłk. Kazimierz Rawicz w dniu 7 lipca 1942 r. został wywieziony do obozu Mauthausen. Kierownictwo ZOW objął po nim ppłk. Juliusz Gilewicz, natomiast mjr Zygmunt Bohdanowski (w obozie Bończa) przejął dowództwo bojowe nad całością konspiracji wojskowej w KL Auschwitz. Zygmunt Bohdanowski – Bończa, nr obozowy 30959, przed wojną był dowódcą 5. Dywizjonu Artylerii Konnej, który od wiosny 1939 r. stacjonował w Oświęcimiu.

Informacje o KL Auschwitz przekazywane były przez Witolda Pileckiego także za pośrednictwem więźniów, którzy zbiegli z obozu.  Liczniejsze ucieczki organizowane przez konspirację wojskową rozpoczęły się natomiast dopiero w 1942 r. Poprzednio nie znajdowały one aprobaty członków ZOW ze względu na odpowiedzialność zbiorową, którą stosowały władze obozowe SS, dokonując „wybiórki” dziesięciu lub więcej więźniów na śmierć głodową. Pierwszą z takich ucieczek zrealizowali Wincenty Gawron i Stefan Bielecki 16 maja 1942 r.

Uciekinierzy z Auschwitz, zgodnie z poleceniem dowództwa konspiracji obozowej, mieli przekazywać Komendzie Głównej Armii Krajowej w Warszawie dane dotyczące sytuacji w obozie Auschwitz. Meldunki te docierały do Warszawy z miesięcznym lub nawet dwumiesięcznym opóźnieniem. Jako że w pierwszych dwóch latach istnienia KL Auschwitz liczba Żydów była w nim nieznaczna, początkowo w raportach prawdopodobnie nie wymieniano ich jako odrębnej grupy narodowej. W połowie maja 1942 roku zaczęły jednak przybywać do obozu masowe transporty Żydów polskich z Zagłębia Dąbrowskiego (głównie Sosnowca, Będzina, Dąbrowy Górniczej), których bezzwłocznie zabijano w bunkrze I, tzw. „czerwonym domku” w KL Auschwitz II-Birkenau lub w komorze gazowej przy „starym krematorium” nr 1 w KL Auschwitz I. Tak wielkich zbrodni esesmani nie byli już w stanie ukryć. W meldunkach przesyłanych do Warszawy od końca czerwca napotkać zatem można na liczne wzmianki zarówno o morderstwach dokonywanych na Żydach w komorach gazowych, jak i o gwałtownym wzroście liczby więźniów Żydów rejestrowanych w obozie. W pochodzącym z tego okresu sprawozdaniu odnotowano dość precyzyjnie zarówno najwyższe numery wydane dotąd w obozie dla mężczyzn i kobiet, jak również pierwsze informacje o zabijaniu w komorach gazowych Żydów, nieujętych w obozowych rejestrach, oraz o zakopywaniu ciał w masowych grobach. Ich liczbę oceniano na około 10 000 , zaznaczając, że dane te są jak na razie niepewne. Sprawozdanie, zawierające po raz pierwszy tak alarmistyczne, lecz zarazem dokładne informacje, zostało wkrótce wysłane kurierem poprzez Budapeszt do Londynu.

Stanisław Jaster, uczestnik ucieczki z obozu, dokonanej przez czterech więźniów wykradzionym samochodem SS w dniu 20 czerwca 1942 r., był również kurierem Witolda Pileckiego. Z jego polecenia przekazał kolejny meldunek przedstawicielowi KG AK w Warszawie z sugestią, że więźniowie mogą podjąć walkę z obozową załogą SS i ZOW oczekuje tylko na rozkaz.

Zaniepokojony brakiem reakcji Komendy Głównej AK na wysyłane raporty i pragnąc osobiście zabiegać o zbrojną pomoc dla więźniów, Witold Pilecki podjął decyzję o ucieczce z obozu. Nastąpiła ona w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Pozostałymi więźniami, którzy uczestniczyli w tej ucieczce byli Edward Ciesielski (nr 12969) i Jan Redzej (nr 5430). Po ucieczce przez ponad trzy miesiące Pilecki przebywał w Nowym Wiśniczu, skąd wyjechał w sierpniu do Warszawy. Jednak Komenda Okręgu AK w Krakowie odmówiła zbrojnej pomocy więźniom. Nie zaakceptowała również planu walki o obóz dowództwo AK w Warszawie.

Komenda Główna AK  długo nie mogła zdecydować się na zbrojny atak na załogę niemiecką w obozie. „Złożyło się na to szereg przyczyn, a przede wszystkim – jak ocenił po latach Edward Ciesielski – trudności natychmiastowego przewiezienia takiej masy ludzkiej w bezpieczne miejsce, wyżywienia jej i przyjścia z pomocą chorym”.

Po ucieczce z obozu jesienią 1943 r. Pilecki przekazał do Komendy Głównej AK w Warszawie tajny „Raport W” (występujące w nim nazwiska około więźniów, którzy byli członkami ZOW, zastąpił liczbami).

W „Raporcie W” rotmistrz Pilecki pisał nie tylko o zbrodniach niemieckich nazistów dokonywanych w KL Auschwitz na Polakach, lecz także na Romach, jeńcach sowieckich i więźniach innych narodowości, a przede wszystkim na Żydach, których zagłada rozpoczęta została wiosną 1942 r. Sam o sobie Pilecki napisał: „Chcąc związać możliwie większą ilość dobrych Polaków, nie chciałem wprowadzać do pracy jakichkolwiek momentów, które by ich różniły. Podchodziłem do ludzi apartyjnie i wiązałem na płaszczyźnie tylko żołnierskiej, tłumacząc, że interesy partyjne należy zostawić na czas po zdobyciu niepodległości.”

Relacje na temat swoich przeżyć z KL Auschwitz napisali także latem 1943 r. pozostali współuciekinierzy rotmistrza: Jan Redzej i Edward Ciesielski. Wspomniane relacje także były znane Komendzie Głównej AK w Warszawie. Teksty te – napisał po wojnie Ciesielski: ”[…] przetłumaczono […] na język niemiecki, angielski i francuski. Miały być potem przekazane za granicę, aby powiadomić i zaalarmować opinię publiczną świata o zbrodniach hitlerowskich dokonywanych w Oświęcimiu”.

Ucieczka Witolda Pileckiego z Auschwitz nie zahamowała działalności konspiracji wojskowej. Za moment taki można uznać dopiero dzień 11  października 1943 r., kiedy pod Ścianą Straceń rozstrzelano 54 więźniów. Znaleźli się wśród nich przywódcy ZOW: ppłk Juliusz Gilewicz, mjr Zygmunt Bohdanowski-Bończa, ppłk Teofil Dziama, Jan Mosdorf, kpt. Tadeusz Paolone-Lisowski i ppłk Kazimierz Stamirowski. Do ujęcia ich przyczynili się szpicle obozowi. Po egzekucji działalność ZOW uległa poważnemu osłabieniu, chociaż kontynuowali ją Bernard Świerczyna, Stanisław Kazuba i Henryk Bartosiewicz.

Witold Pilecki nadal interesował się KL Auschwitz, mimo że misja, z którą przybył do Warszawy, stawała się coraz mniej realna. Pracując konspiracyjnie w Warszawie, zajmował się m.in. udzielaniem z funduszów AK pomocy finansowej rodzinom więźniów Auschwitz i Majdanka zarówno żyjących, jak i tych, którzy zginęli. Przykładowo pomoc taką otrzymała matka Konstantego Jagiełły i siostra rozstrzelanego płk. Kazimierza Stamirowskiego.

W lutym 1944 r. Pileckiemu przekazano do wiadomości, że został awansowany do stopnia rotmistrza ze starszeństwem od 11 listopada 1943 r. Formalnie pracował w Kierownictwie Dywersji KG AK do chwili wybuchu Powstania Warszawskiego. Faktycznie jednak zajęty był jeszcze inną pracą konspiracyjną, ponieważ wiosną 1944 r. został wyznaczony na jednego z organizatorów nowo powstałej organizacji pod nazwą „NIE”. Miała ona zastąpić Armię Krajową i działać po zakończeniu okupacji niemieckiej na terenach polskich zajętych przez Armię Czerwoną.

Na początku 1944 roku Komenda Główna AK po raz pierwszy zaczęła jednak skłaniać ku propozycji przedstawionej uprzednio przez Pileckiego – zorganizowania w obozie powstania. Podczas jednej z odpraw w Warszawie wiosną 1944 r. Tadeusz „Bór” – Komorowski, Komendant Główny AK oraz mjr Zygmunt Walter – Janke, dowódca Okręgu Śląskiego AK,  doszli do wniosku , że zbrojne uderzenie na niemiecką załogę KL Auschwitz może nastąpić w wypadku powszechnego powstania w Polsce lub przy podjęciu próby wymordowania wszystkich więźniów przez opuszczających obóz esesmanów.

W związku z tymi planami pod koniec lipca 1944 r. w komendzie Okręgu Śląskiego AK zameldował się skoczek spadochronowy – cichociemny, ppor. Stefan Jasieński ps. „Urban”, który przywiózł pismo gen. „Bora” −  Tadeusza Komorowskiego , datowane na 26 lipca 1944 r. W piśmie tym Komendant Główny AK,  gen. „Bór”  nakazywał zwrócić  szczególną uwagę na obóz w Oświęcimiu komendantom Okręgów AK: Śląskiego i Krakowskiego. Gen. Komorowski pozostawił obydwu komendantom swobodę decyzji i polecił wzajemne uzgodnienie ewentualnej akcji zbrojnej przeciwko załodze SS w KL Auschwitz.

„Urban” przebywając w okolicach KL Auschwitz, nawiązał kontakt z obozową konspiracyjną Radą Wojskową Oświęcim (RWO), która składała się m.in. z dawnych członków ZOW. Dzięki temu zdobył szczegółowe informacje o funkcjonowaniu obozu, zwyczajach strażników i stanie kompanii wartowniczych SS. Prowadzone przez niego prace nad planem uwolnienia jak największej liczby więźniów przerwało tragiczne wydarzenie − ppor. Stefan Jasieński w nocy z 28 na 29 września 1944 r. został postrzelony w Malcu koło Oświęcimia przez żandarmów niemieckich. Rannego „Urbana” przywieziono do KL Auschwitz, gdzie zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w pierwszych dniach stycznia 1945 r.

„Urban” kontaktował się za pomocą grypsów z Józefem Cyrankiewiczem (nr 62933) ps. „Rot”, który aktywnie działał w tajnej Radzie Wojskowej Oświęcim. W jednym z tych grypsów, z datą 22 sierpnia 1944 r., „Rot” pisał do „Urbana”: „Desant (atak na obóz – zaopatrzenie w broń). Ta ewentualność daje obozowi jak największą szansę, czyniąc jednocześnie ze Śląska teren powstania. Na oznaczony poprzednio sygnał zarządzamy pogotowie i czekamy na łączność z oddziałami lądującymi”. Przytoczone powyżej zdanie z obszernego raportu świadczy o tym, jak dużą wagę RWO przywiązywała do działalności „Urbana”.

W ramach sił Okręgu Śląskiego AK, już po aresztowaniu Jasieńskiego, nadal brano pod uwagę zbrojne uderzenie na obozową załogę SS. Dowodem tego może być zachowana nominacja „Rota” na dowódcę tajnych sił AK w KL Auschwitz, którą 14 października 1944 r. podpisał mjr dypl. „Zygmunt” (Walter − Janke). Wiadomość o tej nominacji nie dotarła jednak do Józefa Cyrankiewicza, ponieważ uciekinier z obozu, Stanisław Chybiński (nr 6810), będący wówczas zastępcą Inspektora Bielskiego AK, nie przekazał jej do obozu, a oryginał nominacji przekreślił i opatrzył adnotacją „nieaktualne”. Swoją decyzję uzasadnił m.in. tym, że ostatnio jego łączność z konspiracją obozową została zupełnie przerwana.

Konspirację w KL Auschwitz zainicjowali Polacy, bowiem to dla nich został założony ten obóz i początkowo, czyli do połowy 1942 r., to oni głównie byli jego więźniami. Tworząc struktury konspiracji wojskowej, działali w niej następnie przez cały okres istnienia obozu. Tworzyły ją grupy wojskowe, a także ugrupowania polityczne socjalistów i narodowców. Konspiracja ta uznawała zwierzchnictwo rządu polskiego na emigracji w Londynie oraz jego przedstawicielstwo w okupowanym kraju − Delegaturę Rządu RP na Kraj i podziemną armię  – Związek Walki Zbrojnej/Armia Krajowa.

Współpraca na polu wojskowym doprowadziła następnie do konsolidacji z innymi grupami narodowymi, czego dowodem było utworzenia latem 1944 r. Rady Wojskowej Oświęcim. W ten sposób powstała międzynarodowa samoobrona przed terrorem, wyniszczeniem i planowaną przez załogę SS całkowitą zagładą więźniów przed nadejściem żołnierzy Armii Czerwonej.

To m.in. dzięki jego zaangażowaniu  w konspirację obozową świat dowiedział się o zbrodniach niemieckich nazistów − udało się zorganizować ucieczki więźniów, którzy przekazywali następnie prawdę o Auschwitz. Do efektów działań ZOW można zaliczyć także: zastraszanie więźniów funkcyjnych, wpisywanie fikcyjnych zawodów nowo przybyłym więźniom (zastępowanie zawodów inteligenckich typowo robotniczymi lub rzemieślniczymi), czy wpisywanie w karty chorych więźniów chorób, które w przypadku selekcji w szpitalu dawały szansę na to, iż więzień taki nie zostanie skierowany do komory gazowej.

Rotmistrz Witold Pilecki w historii wojskowej konspiracji obozowej na zawsze pozostanie jej głównym twórcą i sztandarową postacią jako dobrowolny więzień KL Auschwitz.

Adam Cyra

Oświęcim, 20 maja 2019 r.

Brak komentarzy

Bo wolność krzyżami się mierzy …

Ppor. Edmund Wilkosz spoczywa wśród 1072 poległych wówczas polskich żołnierzy na najwyższym stopniu Polskiego Cmentarza Wojennego na Monte Cassino. Warto przypomnieć jego postać.

Urodził się 30 listopada 1912 r. w Oświęcimiu. Mieszkał w pobliskich Babicach. Naukę po ukończeniu szkoły powszechnej kontynuował w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym im. ks. Stanisława Konarskiego (dzisiejsze Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego). Następnie rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym UJ w Krakowie i po ich ukończeniu podjął pracę jako urzędnik administracji państwowej w starostwie powiatowym w Stryju, gdzie pracował do 18 września 1939 r.

Pasją Edmunda Wilkosza było harcerstwo. W latach 1933-1938 pełnił nawet funkcję komendanta Hufca Męskiego w Oświęcimiu. Na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty.

We wrześniu 1939 r. ze Stryja, gdzie – jak już było wspomniane – pracował na Kresach, został ewakuowany do pobliskiej Rumunii, skąd przedostał się poprzez Węgry, Jugosławię, Grecję i Turcję do Palestyny, wstępując do tworzonej tam Brygady Strzelców Karpackich. W 1941 r. uczestniczył w walkach pod Tobrukiem i za udział w nich został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Na początku 1944 r., ppor. Edmund Wilkosz, jako oficer 2. Korpusu Polskiego został przetransportowany do Włoch, gdzie później brał udział w walkach pod Monte Cassino i wtedy to, 14 maja, został ciężko ranny.

Czytaj więcej …

Adam Cyra

Oświęcim, 18 maja 2019 r.

 

Brak komentarzy

Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i więzień Auschwitz

Prof. Marian Zgórniak (1924-2007)

Prof. dr hab. Marian Zgórniak urodził się 5 grudnia 1924 r. w Nowodworzu koło Gorlic, w rodzinie ziemiańskiej. Jego matka, Władysława, po rozwodzie z pierwszym mężem wyszła powtórnie za mąż za Stanisława Zgórniaka, który adoptował Mariana w 1935 r. Marian Zgórniak w okresie międzywojennym  zdążył ukończyć trzy klasy gimnazjum w Gorlicach.

Po wybuchu II wojny światowej został członkiem ZWZ-AK, gdzie pełnił funkcję łącznika, w konspiracyjnej grupie zorganizowanej Stanisława Zgórniaka. Bezpośrednią przyczyną aresztowania siedemnastoletniego Mariana wraz z ojcem 2 czerwca 1942 r. było załamanie się podczas śledztwa jednego z członków Armii Krajowej w powiecie gorlickim.

Śledztwo w naszej sprawie – relacjonował po wojnie Marian Zgórniak – prowadzone było przez gestapo w Gorlicach i trwało do końca czerwca 1942 r., kiedy to przewieziono nas do więzienia w Jaśle, gdzie jeszcze dodatkowo przesłuchiwano mojego ojca. Końcem listopada 1942 r. wywiezieni zostaliśmy do więzienia w Tarnowie, a stamtąd 19 stycznia 1943 r. do KL Auschwitz, gdzie otrzymałem numer 90788, ojciec zaś nr 90789. (…) Obóz oświęcimski opuściłem wraz z ojcem 25 października 1944 r.

Marian Zgórniak wraz ze Stanisławem Zgórniakiem został ewakuowany do KL Gross-Rosen, a następnie w lutym 1945 r. do obozu w Buchenwaldzie, gdzie jego ojciec po kilku dniach zmarł. W trakcie ewakuacji z tego obozu udało mu się zbiec wraz z kilkoma innymi współwięźniami. Po zakończeniu wojny przebywał w amerykańskiej strefie okupacyjnej.

Do Polski wrócił w czerwcu 1946 r. Zdał maturę, a potem ukończył historię i prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie uzyskał stopień doktora historii w 1959 r., habilitując się w 1966 r. Jego żoną była Izabela Nowosielska, z którą miał syna Marka oraz doczekał się wnuka.

Niestrudzoną pracą i talentem zdobywał kolejne szczeble drogi naukowej do profesury włącznie w 1982 r. Był badaczem polskich oraz obcych archiwów i bibliotek.

Jest autorem ponad trzystu publikacji w wielu językach. Jego książki i artykuły dotyczą historii nowoczesnej i najnowszej, historii wojskowości, dyplomacji i dziejów społecznych.

Uczony i wychowawca całych pokoleń studenckich. Był mistrzem dla ponad 260 magistrantów, 28 doktorów, z grona których 14 uzyskało stopień naukowy doktora habilitowanego, a czterech tytuł profesora. Należę również do uczniów niezapomnianego Profesora, pod którego kierunkiem napisałem pracę magisterską na temat: „Doktryna wojenna armii II Rzeczypospolitej (1918-1939)”.

Pogrzeb Profesora Mariana Zgórniaka

Marian Zgórniak zmarł 18 listopada 2007 r. w Krakowie. Na wiadomość o Jego śmierci Dyrekcja i Pracownicy Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego napisali w nekrologu: W osobie Profesora żegnamy Człowieka o wyjątkowej osobowości i nieprzemijających zasługach dla nauki historycznej, pełnego dobroci i przychylności dla innych.

Takim pozostanie również w mojej pamięci serdeczny, uśmiechnięty i życzliwy dla wszystkich Profesor, okazujący studentom zrozumienie, którego odejście stanowiło wielką stratę dla polskiego środowiska naukowego.

Jego pogrzeb, który zgromadził również wielu wychowanków Profesora, odbył się na cmentarzu na Salwatorze w Krakowie 24 listopada 2007 r.

Adam Cyra

Oświęcim, 13 maja 2019 r.

———————————

Relacja prof. dr. hab. Mariana  Zgórniaka, złożona 24 listopada i 9 grudnia 1966 r. na temat jego działalności konspiracyjnej i pobytu w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych: Auschwitz, Gross-Rosen i Buchenwald.

W okresie okupacji należałem w Gorlicach do nielegalnej organizacji, która później przyjęła nazwę ZWZ (Związek Walki Zbrojnej). Pełniłem w niej funkcję łącznika. W zasadzie już od 1939 r. wykorzystywano mnie do różnych zleceń organizacyjnych, ale dopiero na wiosnę 1942 r. zostałem zaprzysiężony do ZWZ. Ojciec mój, Stanisław Zgórniak[x], był jednym z organizatorów tej nielegalnej grupy. W ZWZ pełnił dość istotne stanowisko na terenie powiatu gorlickiego.

W lecie 1941 r. (maj-czerwiec) organizacja uległa częściowemu rozbiciu na skutek aresztowania kilkudziesięciu członków. Wśród aresztowanych znaleźli się ludzie pełniący odpowiedzialne funkcje w organizacji: rotmistrz Waldeck (dowódca okręgu, zginął w Oświęcimiu), Jamrowicz (też zginął w tym obozie), Chrząścik (zginął w Oświęcimiu) i Gaik (zginął, ale nie jestem pewny czy w Oświęcimiu).

Protokoły śledcze niektórych dokonanych wówczas przesłuchań prawdopodobnie obciążyły w jakimś stopniu mego ojca. Bezpośrednią przyczyną aresztowania ojca i mnie, które nastąpiło w Gorlicach w dniu 2 czerwca 1942 r., były zeznania Edwarda Jantasa  (zginął prawdopodobnie w Sachsenhausen albo w Mauthausen, przeniesiony tam z Oświęcimia), członka jednej z komórek ZWZ w powiecie gorlickim. Razem z nami aresztowany został w tej samej sprawie Adam Ludwin, zamieszkały wówczas w Gorlicach (…).

Śledztwo prowadzone było przez Gestapo w Gorlicach i trwało do końca czerwca 1942 r., kiedy to przewieziono nas do więzienia w Jaśle. W więzieniu przesłuchano jeszcze dodatkowo ojca.

Końcem listopada 1942 r. wywieziono nas do więzienia w  Tarnowie, a stamtąd, w dniu 19 stycznia 1943 r., do Oświęcimia.

Marian Zgórniak, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W obozie otrzymałem nr 90788, ojciec zaś nr 90789. Po przyjęciu, które odbywało się w bloku nr 26, skierowano nas wraz z ojcem do bloku nr 8a (wg nowej numeracji), gdzie odbywała się kwarantanna. Blok nr 8 był bardzo przeludniony. Na jednej pryczy spały przeważnie 3 osoby. Dodatkową niedogodnością były wielkie ilości pcheł. Podczas dnia odbywaliśmy „ćwiczenia gimnastyczne”, a więc: hüpfen, rollen, laufer, druhen itp.

W końcu stycznia lub w pierwszych dniach lutego 1943 r. na bloku nr 8 odbyła się „wybiórka”. Pytano, kto nie chce lub nie może pracować, ewentualnie  kto jest chory. Tych, którzy zgłosili się i wystąpili, zabrano. Ponadto przeprowadzono przegląd pozostałych więźniów, wyłączając niektórych z nich z szeregu, między innymi mojego ojca. Na skutek interwencji Schreibera bloku nr 8a, Zbyszka – jago nazwiska niestety nie pamiętam, ojciec został z powrotem odesłany do szeregu. Jak się później dowiedziałem, wybranych skierowano do komory gazowej.

Po pewnym czasie zostałem wraz z ojcem przeniesiony na dalszą kwarantannę do bloku nr 2. Tutaj warunki były znacznie gorsze, aniżeli na bloku nr 8a. Przede wszystkim ostrzejszy był personel funkcyjny. Dużą surowością odznaczał się blokowy, jego nazwiska nie pamiętam. Nosił czerwony trójkąt bez litery „P”, ale rozmawiał po polsku. Brutalność szczególnie cechowała sztubowych. Pamiętam, jak pewnego razu wszedłem do umywalni podczas jej sprzątania i zostałem dotkliwie pobity łopatką od węgla. W czasie pobytu w bloku nr 2 wychodziłem kilkakrotnie do pracy przy Königsgraben. Kwarantanna trwała w sumie trzy tygodnie, po czym zostałem przeniesiony do bloku nr 23a (wg nowej numeracji).

Zatrudniono mnie w dużym komandzie – mogło liczyć kilkaset więźniów – które pracowało poza obozem, przy pracach ziemnych. Już w pierwszych dniach tej pracy przeziębiłem się. Dzięki protekcji więźniów – Jana Dziopka z Gorlic (obecnie także mieszka w Gorlicach), zatrudnionego w Häftlingsschreibstube i Jana Krokowskiego z Nowego Sącza, uzyskałem przeniesienie do Drückerei – sekcji komanda SS-Unterkunfstkammer, ojciec zaś przeszedł do Kartoffelkomando. Komando SS-Unterkunfstkammer składało się z wielu sekcji obsługujących poszczególne magazyny dostarczające różne artykuły personelowi SS. W jego skład wchodziły magazyny bielizny pościelowej, koców, środków kosmetycznych, mebli. Był także plac węglowy (Kohlenplatz) oraz mydlarnia. Magazyn koców oraz mydlarnia mieściły się w Theatergebäude, natomiast inne magazyny znajdowały się głównie w  dwupiętrowym budynku, położonym przy ulicy Topolowej obok bocznicy kolejowej. SS-Unterkunfstkammer zaopatrywała w poszczególne artykuły tzw. „Kanada” (stara i nowa). Na strychu budynku SS-Unterkunfstkammer segregowane były pod kierunkiem Vorarbeitera Bogdana, którego nazwiska nie pamiętam; jego zachowanie w obozie pozostawiało wiele do życzenia, szczególnie sposób odnoszenia się do Żydów, przywożone różnego rodzaju szczotki, mydło, pasta do zębów, materiały na ubrania i suknie. Część mydła przerabiano następnie w mydlarni. Kierownikiem mydlarni był więzień Gadomski, posiadający nr około 6000. Bieliznę pościelową segregowano na drugim piętrze budynku SS-Uterkunfstkammer pod kierunkiem Vorarbeitera Brunona, nazwiska nie pamiętam, Ślązaka posiadającego nr około 1100, a następnie magazynowano na parterze.

Schreiberem komanda SS-Unterkunfstkammer i właściwie magazynów był Józef Klimczok o numerze około 3000. Jeśli chodzi o strukturę organizacyjną, miał on wiele do powiedzenia. W stosunku do mnie Klimczok był życzliwy, jednak niektórym więźniom dawał się we znaki. Z innych więźniów zatrudnionych w SS-Unterkunfstkammer pamiętam dwóch braci Binkiewiczów z Warszawy (jeden z nich, Tadeusz, przeżył obóz (…); Zdzisława – nazwiska nie pamiętam, posiadał nr około 180, później uciekł z obozu; Jerzego Dyląga z Sanoka ( nie wiem, co się z nim stało); Jerzego Obraniaka z Warszawy – oznaczony był numerem około 74000, został rozstrzelany na bloku nr 11; Kościelniaka z sekcji Drückerei i Tadeusza Przybylskiego (…). Natomiast z SS-manów pełniących tam funkcje, przypominam sobie Breitwiesera, SS-Scharfuhrera Schirka, pochodzącego z Bielska oraz zatrudnionego przez pewien okres Rapportführera Clausena. Ich stosunek do więźniów był różny. Należało szczególnie wystrzegać się Breitwiesera – był fałszywy. Wspomniani SS-mani podlegali bezpośrednio oficerowi SS.

Jak wyżej zaznaczyłem, zatrudniony zostałem w Drückerei, która w tym czasie była sekcją SS-Unterkunfstkammer. W późniejszym okresie drukarnia została prawdopodobnie wydzielona w osobne komando. Przy Drückerei znajdowała się sekcja naprawy maszyn biurowych. Pracowali tam Cichocki i Stanisław Kamiński. Ten ostatni pochodził z Warszawy i był jednym z nielicznych, który podobno przeżył 6 miesięcy w karnej kompanii. Zdaje się, że Kamiński został skierowany do  SK (Strafkompanie) wraz z całym transportem, z którym przybył.

Do moich obowiązków w Drückerei należało przenoszenie beli papierowych na strych. Nie trwało to zresztą długo. Rozwijające się przeziębienie spowodowało zapalenie opłucnej. Zmuszony zatem byłem w marcu 1943 r. udać się do HKB (Häftlingskrankenbau) na blok nr 28. Przebywając w szpitalu spotkałem się z serdeczną opieką polskiego personelu funkcyjnego. Spośród tych ludzi szczególnie mile wspominam lekarza Kowalskiego z Katowic. Właśnie dzięki niemu uniknąłem śmierci w komorze gazowej. Mianowicie podczas „wybiórki do gazu” przeprowadzanej przez oficera SS – nazwiska nie znałem; był  wysokiego wzrostu, nie jestem pewien, czy był lekarzem SS, Kowalski ukrył mnie w Waschraumie bloku nr 28. W okresie rekonwalescencji opiekował się mną lekarz o nazwisku bodajże Szczęsny, którego przeniesiono później do obozu cygańskiego na Brzezince. Pomagał mi też pielęgniarz Stanek, były znany piłkarz ze Śląska. Pewną pomoc otrzymywałem także od dr. Diema z ambulatorium bloku nr 28. Rekonwalescencję ułatwiły mi paczki od rodziny, na otrzymywanie których władze obozowe wydały w tym czasie zezwolenie.

W okresie pobytu w szpitalu poznałem m.in. więźnia Jana Mosdorfa, przedwojennego działacza młodzieżowego ONR-u. Na bloku nr 28 pełnił on funkcję chyba Pflegera. Mosdorf miał szerokie znajomości w obozie, cieszył się dużą sympatią otoczenia. Przychodziło do niego wiele osób. Ja osobiście miałem okazję kilkakrotnie z nim rozmawiać. W rozmowach poruszaliśmy m.in. różne kwestie polityczne. Mosdorf wspominał swój pobyt w Berezie, mówił o propozycjach współpracy z III Rzeszą, jakie w okresie międzywojennym przedstawiali mu agenci reżimu hitlerowskiego. Bazą, na której miało dojść do współpracy, był prawicowy charakter ONR-u oraz głoszony antysemityzm. Naturalnie Mosdorf nie przyjął propozycji. Jest mi wiadomo, że Mosdorf został w obozie  rozstrzelany.

Po wyjściu ze szpitala, które nastąpiło w początkach maja 1943 r., zostałem dzięki protekcji Jana Dziopka gońcem Häftlingsschreibstuby i zamieszkałem w bloku nr 24a. Häftlingsschreibstuba kierowana była przez byłego więźnia z Sachsenhausen Diestela, noszącego zielony trójkąt. Istotną rolę w tym biurze odgrywał Erwin Olszówka. Spośród więźniów tam zatrudnionych przypominam sobie m.in. inż. Ajdukiewicza z Muszyny, Franciszka Rusinka z Gorlic, Żarlikowskiego z Muszyny oraz wspomnianego już Dziopka. Oprócz mnie był jeszcze jeden goniec, ale jego nazwiska niestety nie przypominam sobie. Razem z tym kolegą utrzymywaliśmy służbowe kontakty przede wszystkim ze Schreiberami poszczególnych bloków, którzy podlegali Häftlingsschreibstubie i do niej składali raporty o stanie personalnym bloków. Tak więc miałem wtedy okazję poznać wszystkich aktualnych Schreiberów. Pamiętam, że w bloku nr 13a funkcję tę pełnił Józef Cyrankiewicz, w bloku nr 23 Stanisław, nazwiska nie przypominam sobie, pochodzący z Piwnicznej, przybyły do Oświęcimia pierwszym transportem; w bloku nr 18a Jerzy Dyrowicz – osobiście ze mną zaprzyjaźniony; w bloku nr 17 albo 17a dr Matuszewski lub Matuszyński, lekarz z Krakowa (…) oraz w bloku nr 11 Jan Pilecki. W ogóle stanowiska Schreiberów poza nielicznymi wyjątkami – jak np. Jugosłowianin o imieniu Rudi, nazwiska nie pamiętam, jego nr około  22000 – były skoncentrowane w rękach Polaków. Natomiast blokowi rekrutowali się w dużej ilości z Niemców. Na przykład w bloku nr 24, w którym ja mieszkałem, funkcję blokowego pełnił Niemiec o nazwisku Ochse, noszący zielony trójkąt.

————————————————-

W nawiązaniu do poprzedniej relacji, złożonej  24 listopada 1966 roku dla Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, składam w dniu 9 grudnia tegoż roku drugą dotyczącą swego pobytu w obozie. Będzie to dalszy ciąg relacji uprzednio spisanej.

Otóż początkiem czerwca 1943 r. zostałem wyrzucony z Häftlingsschreibstuby. Nastąpiło to na skutek przekręcenia przeze mnie meldunku otrzymanego od Lagercapo, Niemca noszącego zielony trójkąt. Moja pomyłka polegała na tym, że transport liczący kilkuset więźniów, który w tym dniu miał opuścić obóz, skierowałem do pracy.

Po wyrzuceniu z Häftlingsschreibstuby zostałem ponownie przyjęty do do SS-Unterkunfstkammer. Tam pracowałem początkowo w składzie bielizny, potem w magazynie z meblami. Ten ostatni mieścił się na strychu budynku SS-Unterkunfstkammer. W magazynie z meblami oprócz mnie zatrudnieni byli jeszcze: Zbigniew Wiśniewski z Radomia, Jerzy Dyląg oraz kilku Żydów greckich.

O Unterkunfstkammer mówiłem w poprzedniej relacji. Teraz ograniczę się raczej do podania kilku szczegółów związanych z tym komandem. Mianowicie wczesną jesienią 1943 r. (mogło to być również jeszcze lato) kilku więźniów z SS-Unerkunfstkammer – byli to: magazynier Bogdan, Schreiber Klimczok, następnie pewien tapicer z Warszawy o niskim numerze obozowym oraz jeszcze paru innych – zostało użytych przy zdobywaniu bunkra w pewnej miejscowości, położonej w okolicy obozu. W bunkrze tym ukrywali się jacyś Żydzi cywile. Ludzie ci bronili się. W końcu jednak opór został przełamany i Żydów wybito.

Z komanda SS-Unterkunfstkammer kilku więźniów pod eskortą SS-manów jeździło do pralni w Bielsku. Poprzez zatrudnionych w pralni cywilów więźniowie zdołali nawiązać kontakty ze swymi rodzinami. Tą drogą wysyłali z obozu wiele grypsów (i na odwrót – otrzymywali je). Ja osobiście kilkakrotnie skorzystałem z ich pośrednictwa, przesyłając do rodziny nielegalne listy. Wiem, że Tadeusz Bińkiewicz wysłał w ten sposób swój portret namalowany w obozie przez Kościelniaka. Na temat tej drogi kontaktowej z cywilami mógłby niewątpliwie wiele powiedzieć wymieniony wyżej Tadeusz Bińkiewicz. On wraz ze swoim bratem jeździł właśnie do pralni. Jest mi wiadomym, że wysyłano z obozu z bielizną do Bielska również Klimczoka i Bogdana.

W grudniu 1943 r. nastąpiła z komanda SS-Unterkunfstkammer ucieczka więźnia inż. Eugeniusza Lacheckiego (…). Lachecki wykorzystał m.in. Theatergebäude, gdzie przez pewien czas się ukrywał, zdaje się w magazynie koców. Ucieczka, jak się później okazało, zakończyła się niepowodzeniem. Lachowski (czy Lachecki) został złapany poza obozem przez żołnierzy należących chyba do niemieckiej obrony przeciwlotniczej (Flacku). Na domiar złego podczas ucieczki odmroził sobie nogi. Po przywiezieniu do obozu nie został stracony, tylko wysłano go do Buchenwaldu. Wydaje mi się, że Lachowski (jak wyżej) uratował swoje życie na skutek jakiejś pomyłki ze strony SS.

W zimie 1943/1944 r. zostałem wyrzucony z Unterkunfstkammer i umieszczono mnie na liście karnego transportu. Spowodował to SS-man Breitwieser, który przyłapał mnie w komandzie na drobnym przekroczeniu przepisów obozowych. Dokładnie, o jakie to „przestępstwo” chodziło, już nie pamiętam. Aby uniknąć karnego transportu, zgłosiłem się do szpitala. Tam uzyskałem zwolnienie i skreślenie mnie z owej listy. Przeniosłem się na blok nr 18a, gdzie, jak wspomniałem w poprzedniej relacji, mój przyjaciel, Jerzy Dyrowicz, pełnił funkcję Schreibera (…). Człowiek ten wiele mógłby powiedzieć o KL Auschwitz. Jestem przekonany, że posiada również pewne informacje o konspiracji w obozie. W Oświęcimiu utrzymywał chyba kontakt z pewną nielegalną grupą o zabarwieniu lewicowym. (…).

Przebywając na bloku nr 18a, figurowałem na liście więźniów zatrudnionych w DAW (Deutsche Ausrüstungswerke). Do pracy jednak nie chodziłem. Po prostu ukrywałem się na bloku. W podobnej do mojej sytuacji znajdowało się jeszcze kilku więźniów, wśród których był Andrzej Gąsienica. W lecie 1944 r. Gąsienica zbiegł z Oświęcimia. W związku z tą ucieczką był przesłuchiwany przez Bogera Dyrowicz.

Ponieważ pomiędzy liczbą więźniów wychodzących do pracy oraz ilością więźniów posiadających zwolnienia lekarskie istniała różnica kilkudziesięciu osób w porównaniu ze stanem obozu, SS-mani urządzali po blokach „łapanki”. W czasie jednej z nich zostałem złapany przez Rapportführera Kaduka, który zapisał mój numer. Na szczęście podałem numer odwrócony, należący do więźnia już nieżyjącego. Dzięki temu uniknąłem represji. Na bloku nr 18a przebywałem aż do końca swego pobytu w obozie. Przez ten czas nigdzie nie pracowałem.

W poprzedniej relacji napomknąłem, że mój ojciec był zatrudniony w Kartoffelnkommando. W późniejszym okresie przeniósł się na Bauhof i pracował tam w magazynie szkła, kierowanym przez Edwarda Salomona z Biecza, posiadającego nr ok. 5000. Magazyny ułatwiały kontakty z cywilami, które były dość ożywione. Ojciec mieszkał na bloku nr 25. Z jego opowiadań dowiedziałem się, że o mało nie uległ prowokacjom Ołpińskiego, działającego m.in. wśród więźniów tego bloku. Ojciec poinformował mnie o zbrodniczej działalności tego prowokatora (m.in. o aresztowaniu z jego przyczyny Kozioł-Poklewskiego, Domanieckiego – byłego pilota, bezrękiego, i wielu innych więźniów) oraz o jego zasłużonej śmierci. Wiadomości te potwierdzają na ogół relacje opublikowane na ten temat po wojnie (m.in. kolegi Fejkla).

Obóz oświęcimski opuściłem wraz z ojcem w dniu 25 października 1944 r. Na kilka dni przed wyjazdem zostałem wraz z wieloma innymi Polakami przeniesiony na Brzezinkę. Tam oczekiwaliśmy na transport. Nie mieliśmy jednak pewności, czy rzeczywiście chodzi o ewakuację, czy skierowanie do komory gazowej. Obawy przed zagazowaniem wystąpiły szczególnie mocno wtedy, kiedy prowadzono nas do dezynfekcji obok krematoriów. Nasz transport ewakuacyjny rekrutował się przeważnie spośród więźniów zatrudnionych w magazynach Bauhofu. Liczył około 250 osób.

Po opuszczeniu Oświęcimia przewieziono nas do „Breslau-Lissa”, obozu położonego na zachodnich przedmieściach Wrocławia a należącego do KL Gross-Rosen. Führerem „Breslau-Lissa” był Hauptscharführer (?) Fischer. Spośród więźniów znajdujących się w tym obozie przypominam sobie nazwisko Gnoińskiego, byłego wojewody krakowskiego. Mój pobyt (miałem numer 77290) w „Breslau-Lissa” trwał do 25 stycznia 1945 r., bowiem postępy ofensywy radzieckiej doprowadziły do ewakuacji obozu. Po trzydniowym pieszym marszu dotarliśmy do Gross-Rosen, gdzie w okropnych warunkach przepełnienia i głodu przebywaliśmy do 6 lutego. W dniu tym zostaliśmy załadowani do wagonów towarowych i na stojąco odbyliśmy kilkudniowy transport do Buchenwaldu, przeżywając po drodze naloty samolotowe. Do Buchenwaldu przybyliśmy w dniu 9 lutego. Okazało się, że dla nas nie ma miejsca. Zmuszeni byliśmy wobec tego przez kilka dni przebywać pod gołym niebem. Później ulokowano nas w tzw. „małym obozie”, gdzie panowały potworne warunki. Ojciec, który zachorował w czasie transportu, zmarł w dniu 21 lutego. Dzięki protekcji znajomych kolegów z Oświęcimia, którzy przybyli do  Buchenwaldu wcześniej, zostałem przeniesiony z „małego obozu” na blok nr 37 i zatrudniony w Lagerkommando. Zbliżanie się wojsk amerykańskich spowodowało w dniu 7 kwietnia częściową ewakuację obozu.

Władysława Zgórniak, matka Prof. Mariana Zgórniaka

Wraz z kilkoma bliższymi kolegami znalazłem się w transporcie kolejowym (ewakuacyjnym), który w dniu następnym został zaatakowany przez samoloty amerykańskie. Na skutek zniszczenia lokomotywy, konwojujący SS-mani wyładowali nas z pociągu i dalej prowadzili pieszo. Na odcinku szosy pomiędzy Jeną a Bürgel udało mi się wraz z kilkoma kolegami zbiec z transportu. Po rozbrojeniu kilku Volkssturmanów i połączeniu się z inną grupą zbiegłych więźniów, opanowaliśmy lotnisko w pobliżu Jeny, gdzie utrzymywaliśmy się aż do przyjścia wojsk amerykańskich.

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Zespół „Oświadczenia” t. 53, k. 193-197 i 198-201, relacja b. więźnia Mariana Zgórniaka.

———————————————————————————–

[x] Stanisław Zgórniak był ojczymem Mariana Zgórnika. Po aresztowaniu Stanisława i Mariana Zgórniaków (w czerwcu 1942 r.) Władysława Zgórniakowa podejmowała bezskuteczne próby uwolnienia męża i syna. Okres ów   relacjonuje w swym pamiętniku: Moje wspomnienia spod więzienia 1942-1945, Kraków 2006.

 

Brak komentarzy

Mój wujek był Woldenberczykiem

Dobiegniew - pomnik-Woldenberczyka

W czasie wojny w dzisiejszym Dobiegniewie koło Krzyża Wielkopolskiego znajdował się największy w Polsce obóz jeniecki Oflag II C Woldenberg. Przetrzymywano w nim około 6,5 tysiąca podoficerów i oficerów Wojska Polskiego. Żołnierze w obozie prowadzili bardzo aktywną działalność kulturalno – oświatową. Organizowane były zawody sportowe oraz liczne seminaria i wykłady.

Kiedy wiadomo było, że Niemcy w tej wojnie będą stroną pokonaną 25 stycznia 1945 roku podjęto decyzję o ewakuacji obozu. Wtedy też nastąpił wymarsz jeńców w kierunku na zachodnim. 29 stycznia 1945 roku większość ewakuowanych została oswobodzona przez żołnierzy Armii Czerwonej w miejscowości Dziedzice niedaleko Barlinka. Część jeńców ewakuowano dalej w okolice Hamburga. Ostatnia grupa została wyswobodzona przez aliantów 3 maja 1945 roku.

Po wojnie byli więźniowie obozu nie zapomnieli o Dobiegniewie i chętnie pomagali mieszkańcom miasta. Na cokole pomnika stoi granitowy Woldenberczyk wzorowany na postaci byłego jeńca Witolda Domańskiego.

Jednym z jeńców polskich więzionym w Oflagu II C Woldenberg był porucznik rezerwy Stanisław Urbanik, pochodzący ze Sławkowa, uczestnik kampanii wrześniowej w 1939 roku, który przez wiele lat po wojnie pracował jako inżynier, główny mechanik w Olkuskiej Fabryce Naczyń Emaliowanych. Był on moim wujkiem. Zmarł 12 maja w 2001 roku, mając osiemdziesiąt dziewięć lat i jest pochowany na cmentarzu w Olkuszu. Ponad czteroletni pobyt w niewoli niemieckiej w Oflagu II C Woldenberg interesująco opisał w obszernych wspomnieniach (czytaj w PDF-ie), które są w posiadaniu jego rodziny.

Wymowny fragment tych wspomnień warto przytoczyć: Drugim ważnym momentem 1943 roku, było podanie przez Niemców, do naszej wiadomości „zbrodni katyńskiej” dokonanej przez ZSRR na oficerach polskich. W gazecie obozowej wydawanej przez Niemców w języku polskim – zwanej pospolicie „gadzinówką”, ukazywały się nazwiska ekshumowanych oficerów polskich. Wówczas większość z nas rzucała się do czytania tej gazety by odszukać nazwiska znajomych lub krewnych. Ja czytając kolejną listę zamordowanych w Katyniu, znalazłem dwa bliskie mi nazwiska. Jedno to ppor. Czajka Stefan – kolega i przyjaciel – nauczyciel w szkole podstawowej nr 1 w Olkuszu, a w pracy społecznej, w której i ja uczestniczyłem, był komendantem Powiatowym Związku Strzeleckiego w Olkuszu. Drugie to: ppor. Michał Ornatkiewicz – inżynier i profesor w PSGH w Dąbrowie Górniczej – kierownik Wydziału Elektryczno-Mechanicznego i wychowawca naszego rocznika studiów.

Zdjęcie ślubne Stanisława Urbanika, Olkusz 1946 r.

Tragedia ta bardzo wstrząsnęła nami i wielu z tych, którzy dotąd cieszyli się ze zwycięstwa Armii Czerwonej, zaczęło się zastanawiać nad tym co zrobią z nami „rusy”, gdy dostaniemy się w ich ręce. Wówczas przypomniało mi się to co mówił mój plutonowy i byłem zadowolony, że mnie uświadomił, aby nie  poddać się Sowietom, bo może i ja znalazłbym się na tej tragicznej liście. Coraz większa ilość oficerów zastanawiała się, gdzie by ewentualnie wyemigrować, aby nie strać się łupem zwycięskiej Armii Czerwonej. Wielu też zaczęło intensywnie uczyć się języka angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego itp. Ja też idąc za podmuchem zacząłem uczyć się języka hiszpańskiego, ale po kilku miesiącach zrezygnowałem z dalszej nauki.

Dziesięć lat temu, uroczystość odsłonięciu Pomnika Woldenberczyka w Dobiegniewie – 2 września 2009 roku – połączona była z obchodami 70. rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. To wyjątkowe święto rozpoczęło się projekcją filmów o tematyce obozowej na terenie Muzeum Woldenberczyka w Dobiegniewie. Główne uroczystości odbyły się na rynku w centrum miasta. Na uwagę zasługuje fakt, że udział w nich wzięło trzech byłych jeńców Oflagu II C Woldenberg. Po odsłonięciu pomnika odprawiona została Msza św. oraz odczytano apel poległych. Imprezie towarzyszyła w dniu następnym Ogólnopolska Konferencja Naukowa pod hasłem „Polski rok 1939″.

Adam Cyra

Oświęcim, 2 maja 2019 r.

Brak komentarzy