Archiwum dla Marzec, 2019

Zmarł więzień Auschwitz. Jan Kobylański (1923-2019)

Jan Kobylański (1923-2019)

Jan Kobylański (1923-2019)

W dniu 27 marca 2019 roku zmarł Jan Kobylański, pomysłodawca i wieloletni prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej. Miał 95 lat.

Jan Kobylański urodził się w Równem na Wołyniu 21 lipca 1923 roku.  Od lat mieszkał w Urugwaju, będąc przedsiębiorcą i dyplomatą. W 1993 roku z jego inicjatywy powołano do życia Unię Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej, która działała do 2016 roku.

W 1990 roku Jan Kobylański  uhonorowany został przez prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Trzy lata później otrzymał Krzyż Komandorski od prezydenta Lechy Wałęsy, a w 1997 roku – za wybitne zasługi w działalności polonijnej – prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

W 2002 roku z bardzo mieszanymi uczuciami przeczytałem artykuł Mikołaja Lizuta „Sponsor Leppera i Ojca Rydzyka. Podwójne życie don Juana”, opublikowany w „Gazecie Wyborczej” w numerze 149 z 28 czerwca 2002 roku.

Byłem wówczas członkiem Koła Miejskiego Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia w Oświęcimiu, które działało aktywnie do 2015 roku, wydając przez ponad dwadzieścia lat kwartalnik „Wołyń i Polesie”, którego redaktorem naczelnym była Halina Ziółkowska-Modła również pochodząca z Równego na Wołyniu.

W numerze 36 z 2002 roku tego kwartalnika opublikowałem tekst dotyczący Jana Kobylańskiego, więźnia KL Auschwitz, przywiezionego z więzienia na Pawiaku do tego obozu 5 października 1943 roku, gdzie otrzymał numer 156228. Za swoją obozową przeszłość Kobylański po latach został uhonorowany Krzyżem Oświęcimskim.

Numer Jana Kobylańskiego i nazwiska jego współtowarzyszy obozowej gehenny zostało opublikowane w wydanej w 2000 r. przez Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem i Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu trzytomowej „Księdze Pamięci. Transporty Polaków z Warszawy do KL Auschwitz 1940-1944″.

Numer obozowy Jana Kobylańskiego

O wystawienie formalnego zaświadczenia, potwierdzającego pobyt Jana Kobylańskiego w KL Auschwitz, zwróciła się za pośrednictwem miejscowej prokuratury w Oświęcimiu jego znajoma w 1997 roku. W zdekompletowanych aktach byłego obozu Auschwitz figurował jednak tylko numer obozowy Kobylańskiego, a na tej podstawie nie mogła ona otrzymać takiego zaświadczenia. Nie było natomiast i nie było nigdy podstaw, aby zaprzeczać, że Jan Kobylański posiadał w KL Auschwitz numer 156228.

Wprost przeciwnie, za prawdziwością jego pobytu w KL Auschwitz przemawiają następujące fakty; numery więźniom z jego transportu nadawano głównie w kolejności alfabetycznej, stąd też przed nim, Janem Kobylańskim, figuruje Kłusek Antoni – nr 156227, natomiast po nim Kok Stefan – nr 156229 (w swoim artykule Mikołaj Lizut mylnie podaje te nazwiska jako Kłoś i Klusek).  W zachowanym wykazie więźniów przywiezionych do KL Auschwitz 5 października 1943 roku brak jest jednak danych kilkudziesięciu więźniów, ponieważ istniejąca dokumentacja w dużej mierze została zniszczona przez SS przed ewakuacją obozu. Stąd też sprawa braku dokumentów potwierdzających pobyt Jana Kobylańskiego w Oświęcimiu nie jest odosobnionym przypadkiem.

Ponadto przez ponad pięćdziesiąt lat od chwili wyzwolenia KL Auschwitz nikt inny nie twierdził, że przebywając w obozie, był oznaczony tym numerem, a więć nie ma podstaw, aby wiązać ten numer z innym nazwiskiem niż Jan Kobylański. Koronnym argumentem przemawiającym za pobytem Jana Kobylańskiego w KL Auschwitz jest także jego numer obozowy, który miał wytatuowany na ramieniu.

Redaktor Halina Ziółkowska-Modła (1924-2015)

Redaktor Halina Ziółkowska-Modła (1924-2015)

Z powyższymi moimi rozważaniami zapoznał się sam Jan Kobylański, któremu redakcja „Wołynia i Polesia” przesłała numer 36 z 2002 roku z moim artykułem. Zaznaczam, że wcześniej tekst ten był również opublikowany jako list na łamach „Naszego Dziennika”.

Wkrótce wspomniana redakcja „Wołynia i Polesia” otrzymała list od Jana Kobylańskiego, datowany 28 stycznia 2003 roku. Przytaczam obszerne fragmenty tego listu: „Jestem bardzo wdzięczny za przesłanie mi egzemplarza wydawanego przez Państwa biuletynu ‘Wołyń i Polesie’ (nr 4/36 z listopada 2002 r.). Państwa biuletyn jest dla mnie publikacją o charakterze bardzo sentymentalnym, stanowi bowiem więź z Ziemią mojego dzieciństwa i wspomnieniami z nią związanymi. (…) Bardzo dziękuję Państwu za opublikowanie listu do redakcji autorstwa Adama Cyry, którego osobiście nie znam, ale któremu to chciałbym – za Państwa pośrednictwem – przekazać podziękowania w moim imieniu. (…) Powracając do listu Adama Cyry pozwolę sobie poinformować, iż służby specjalne postkomunistycznej Polski starały się usunąć moje nazwisko z listy więźniów Oświęcimia. Czynili to również inni przedstawiciele władz polskich. Jednakże na szczęście Międzynarodowy Czerwony Krzyż (…) a konkretnie działające przy nim Międzynarodowe Biuro Poszukiwań (…), odpowiadając na zapytanie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (nr ref. MSZ 390-11/95) poinformowało polskie ministerstwo w dniu 27 lipca 1998 (nr ref. 1 806 786), iż w archiwum Międzynarodowego Czerwonego Krzyża mają mnie zarejestrowanego jako więźnia politycznego nr 156228 obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Kopię owego dokumentu przesyłam Państwu w załączeniu.

Ponadto, 30 sierpnia 2002 r., w ramach programu odszkodowań za pracę przymusową i niewolniczą w Niemczech, biuro Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Genewie (International Organization for Migration – IOM) przyznało mi odszkodowanie za pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych. Kopię owej decyzji przesyłam Państwu w załączeniu. (…) wielokrotnie już bowiem wytwarzano i rozpowszechniano nieprawdopodobne kalumnie i oszczerstwa temat mojej osoby po to, aby osłabić i zniszczyć pozycję Polonii południowoamerykańskiej, która to zawsze staje w obronie przeszłości historycznej narodu polskiego. Czyniono to wszystko pod moim adresem, zważywszy na fakt, iż jestem prezesem Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej, prezesem zarządu Związku Polaków w Argentynie, skupiającego 32 organizacje polskie, oraz prezesem jedynych polskich organizacji patriotycznych w Urugwaju (Towarzystwo im. Marszałka Józefa Piłsudskiego i Unii Polsko-Urugwajskiej). My, Polacy, żyjący poza granicami kraju, mamy nadzieję, iż w najbliższej przyszłości powstanie patriotyczny rząd polski, działający w interesie całego narodu, również jego części rozsianej poza granicami kraju.

Jak Państwo widzą, z kopii dokumentów wynika (…), iż byłem więźniem obozu w Oświęcimiu i posiadałem nr obozowy 156228. (…) Wszystkich zainteresowanych chciałbym poinformować, że mój ojciec nazywał się Stanisław Kobylański i był adwokatem w Równem. Cała nasza rodzina uciekła z Wołynia tuż przed nadejściem okupacji sowieckiej. Wszystkie dane oraz dokumenty, które Państwu przesyłam, przekazuję do Państwa dyspozycji, mogą więc Państwo (…) opublikować je w części bądź w całości lub też przekazać innym organizacjom czy instytucjom”.

Dodatkowo chciałem wyjaśnić, że z zaświadczenia Biura Poszukiwań Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Arolsen z 27 lipca 1998 roku, udostępnionego przez Jana Kobylańskiego, wynika, iż był on nie tylko więźniem KL Auschwitz, lecz potem także KL Mauthausen-Gusen, KL Gross-Rosen, KL Flossenbürg, KL Natzweiler i ostatecznie został wyzwolony w KL Dachau przez żołnierzy amerykańskich wiosną 1945 roku. Zaświadczenie jest wprawdzie wystawione na nazwisko: Janusz Kobylański, ur. 21 lipca 1919 roku, a Jan Kobylański urodził się 21 lipca 1923 roku, lecz on sam zwraca uwagę na tę rozbieżność, tłumacząc ją pomyłką w ewidencji obozowej. Ponadto znany był również pod imieniem Janusz, na co w swoim artykule zwrócił uwagę wspominany już Mikołaj Lizut.

W archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau znalazłem opracowanie byłego więźnia KL Gross-Rosen, Romana Olszyny. Pochodzi ono z 1971 roku i zawiera częściowy spis więźniów KL Gross-Rosen za okres od 2 sierpnia 1940 r. do 9 maja 1945 roku. Wynika z niego, że Janusz Kobylański, ur. 21 lipca 1919 roku, był więźniem KL Gross-Rosen, skąd wywieziony został do KL Flossenbürg, gdzie otrzymał numer 49971. Numer ten jest także wymieniony we wspomnianym piśmie Biura Poszukiwań Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z Arolsen.

Wszelka ponowna próba zaprzeczania po śmierci Jana Kobylańskiego  jego pobytowi w niemieckich obozach koncentracyjnych jest zupełnie bezpodstawna i stanowi  tylko przejaw szkalowania pamięci o Zmarłym, który położył duże zasługi dla Polski i podtrzymywania polskości w organizacjach polonijnych.

Zobacz: 40 oszczerstw przeciw Janowi Kobylańskiemu

Adam Cyra

Oświęcim, 29 marca 2019 r.

Brak komentarzy

Mój stryj ratował Żydów. Tadeusz Cera (1894-1962)

Brat mojego ojca Tadeusz Cera był moim ojcem chrzestnym. Z okazji Narodowego Dnia Pamięci o Polakach ratujących Żydów, który obchodzony jest od ubiegłego roku w Polsce 24 marca, chciałem przypomnieć jego postać. Tekst poniższy napisałem na podstawie wspomnień mojego ojca Józefa Cyry, który na polecenie swoich przełożonych z Armii Krajowej, sporządził raport na temat zagłady Żydów ze Skały, której prawie że był naocznym świadkiem.

Tadeusz Cera (używał nazwiska zniekształconego, prawidłowo nazywał się Cyra) urodził się w Przybysławicach koło Minogi, obecnie powiat krakowski, w drugiej połowie października 1894 roku. W Minodze uczęszczał do szkoły powszechnej, z której wyniósł umiejętność czytania, pisania i rachunków. Rodzice nie posiadali gospodarstwa. Później dopiero kupili trzy morgi z folwarku „Laskowiec” w Przybysławicach, gdzie wybudowali swój dom rodzinny. W pracach tych pomagał im Tadeusz, który koło nowo wybudowanego domu rodziców zasadził sad, zniszczony przez mroźną zimę w 1929 roku.

Tadeusz Cera, fot. około 1913 r.

Tadeusz Cera był wyjątkowo pracowity i mając zaledwie osiemnaście lat wyjechał w 1912 roku do Niemiec (zabór pruski), gdzie pracował w okresie letnim w cegielni koło Kruszwicy. Na zimę powrócił do Przybysławic.

W 1915 roku wyjechał z kolei do Czech, gdzie podjął pracę w majątku ziemskim. Zabór rosyjski opuścił i przekroczył granicę, posiadając tylko przepustkę czasową, ważną na trzy dni. Faktycznie powrócił dopiero do Przybysławic za kilka miesięcy. W czasie przekraczania granicy w „komorze celnej” zmuszony był pozostawić dokument, zawierający jego dane personalne i miejsce zamieszkania. Po powrocie do Przybysławic został wkrótce aresztowany przez dwóch żandarmów rosyjskich jako przestępca, który nielegalnie przekroczył granicę rosyjską. Młodego Tadeusza umieszczono najpierw w miejscowym areszcie w Minodze, a potem tzw. „ciupasem” kolejno był przekazywany do aresztów w Sułoszowej, Rabsztynie, Wolbromiu i Miechowie. W końcu doprowadzono go do „komory celnej” (granicznej) w Michałowicach, gdzie po sprawdzeniu tożsamości został zwolniony i powrócił do Przybysławic.

W marcu 1914 roku powtórnie wyjechał do Niemiec. Mój ojciec Józef Cyra zapamiętał, jak opuszczał z walizką w ręku dom rodzinny. Wkrótce wybuchła pierwsza wojna światowa. Tadeusz jako poddany rosyjski został internowany przez Niemców i skierowany do pracy w gospodarstwie rolnym, położonym niedaleko granicy francuskiej, gdzie pracował aż do zakończenia wojny. Do Przybysławic wrócił dopiero w grudniu 1918 roku.

Dom rodzinny Tadeusza Cery i mojego ojca w Przybysławicach, obraz malarza amatora o nazwisku Maniura

W odrodzonej Polsce – po krótkim pobycie w domu rodzinnym – wstąpił w marcu 1919 roku do Policji Państwowej, gdzie po krótkim przeszkoleniu pracował jako posterunkowy najpierw w Grębynicach, a potem w Jangrocie i Ojcowie. W czasie tej służby przypadkowo został ostrzelany w nocy przez drugi patrol policyjny, otrzymując ranę postrzałową w rękę. Na szczęście nie doznał trwałych obrażeń i szybko się wyleczył.

Jesienią 1920 roku Tadeusz Cera został dyscyplinarnie zwolniony z Policji Państwowej. Powodem zwolnienia było zawarcie małżeństwa bez zezwolenia władz policyjnych z Marianną Nocoń, pochodzącą z Chełma, parafia Gołaczewy koło Wolbromia. Złożył wówczas podanie, aby umożliwiono mu podjęcie pracy w policji w Łucku na Terenia Wołynia. Z Komendy Policji w Łucku nadeszła jednak odpowiedź odmowna, ponieważ poprzednio został z tej służby usunięty dyscyplinarnie.

W 1921 roku Tadeusz Cera założył sklep w Przybysławicach, który prowadził ponad rok. Na początku 1923 roku przeprowadził się z żoną do Kobylan, gdzie również posiadał sklep, w którym pracował do 1927 roku.

W 1925 roku zakupił od właściciela ziemskiego Józefa Skarbka-Borowskiego trzynaście morgów ziemi w Zamłyniu koło Minogi. Na gruncie tym wybudował budynki mieszkalne i gospodarcze.

W czasie okupacji hitlerowskiej ukrywał w swoim gospodarstwie dwóch braci Żydów: Henocha i Joska Meitelesów, pochodzących ze Skały koło Ojcowa, którzy po wojnie wyjechali na Zachód (Niemcy i Stany Zjednoczone).

W latach 1947-1949 wydzierżawił gospodarstwo rolne w Zamłyniu i przeniósł się wraz z rodziną do Krakowa, gdzie prowadził sklep z artykułami gospodarstwa domowego.

Grób rodzinny Cerów na cmentarzu w Minodze

W nowej sytuacji ustrojowej zmuszony był jednak sklep zlikwidować. Powrócił do Zamłynia, gdzie pracował w swoim gospodarstwie rolnym aż do śmierci, która nastąpiła w marcu 1962 roku. Jego żona Marianna zmarła w czerwcu 1988 roku. Obydwoje są pochowani na cmentarzu w Minodze.

Ze związku z Marianną Nocoń posiadał dzieci: najstarsza córka zmarła w niemowlęctwie, potem urodził się syn Stanisław (1923 r.) i córki: Antonina (1926 r.), Janina (1929 r.) i Danuta (1932 r.).

Mój stryj ratował Żydów (listy pisane po wojnie przez uratowanych)

————————————————

- Polacy ratujący Żydów są wzorem patriotyzmu i przykładem solidarności, odwagi oraz wierności etosowi wolnej Rzeczypospolitej – w dniu 24 marca 2019 roku napisał prezydent Andrzej Duda w liście do uczestników warszawskich uroczystości z okazji Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

Adam Cyra

Oświęcim, 24 marca 2019 r.

Brak komentarzy

Aptekarz z Auschwitz

Marek Księżarczyk

Obecnie o Marku Księżarczyku, prezesie oświęcimskiego Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau powstaje książka, którą przygotowuję wraz z Ryszardem Tabaką. Jego niezwykła działalność na rzecz zachowania pamięci o więźniach KL Auschwitz mogłaby być również tematem interesującego filmu dokumentalnego.

Przypomnę jedno z odkryć historycznych Marka Księżarczyka. Kilka lat temu temu ten oświęcimski historyk-amator zupełnie przypadkowo spotkał swojego znajomego. Z jego ojcem przez wiele lat pracował w Walcowni Metali w Oświęcimiu. Ten poinformował go, że jeden z mieszkańców Oświęcimia w trakcie remontu swojego domu, którego właścicielem stał się dopiero wiele lat po wojnie, odkrył na strychu dokumenty, dotyczące głównie aptekarzy i lekarzy SS w KL Auschwitz.

Wśród nich były przeważnie oryginalne upoważnienia do pobrania przez nich dodatkowych przydziałów produktów żywnościowych. Na jednej z takich kartek znajduje się nazwisko lekarza oddziałów SS w KL Auschwitz, Horsta Fischera, sądzonego po wojnie w NRD i straconego w 1966 roku, na innej natomiast nazwisko Heinza Thilo, lekarz oddziałów SS i lekarza obozowego m.in. w obozie cygańskim w KL Auschwitz II-Birkenau, zmarłego 13 maja 1945 roku.

Przekazana wiadomość wywarła na Marku Księżarczyku duże wrażenie i postanowił za pośrednictwem wspomnianego znajomego, nawiązać kontakt z właścicielem niecodziennego znaleziska. Znalazca tych dokumentów pozwolił większość z nich zeskanować. Zachowało się ich – zdaniem Marka Księżarczyka  – ponad dwieście.

Obecnie w księgarniach pojawiła się książka, zatytułowana „Farmaceuta z Auschwitz” Patricii Posner (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego). Jest w niej przedstawiona  historia Victora Capesiusa, rumuńskiego Niemca, który przed wojną był przedstawicielem handlowym koncernu IG Farben (jego częścią była firma Bayer AG). W czasie wojny jego głównym zadaniem w KL Auschwitz była praca farmaceuty, ale wykonywał też inne zadania. Więźniowie zapamiętali go jako potwora, który wrzeszczał do osadzonych: „Jestem Capesius z Siedmiogrodu. Dzięki mnie poznacie, co to szatan”.

Wiktorowi Capesiusowi przydała się przedwojenna współpraca z koncernem Farben/Bayer. W książce „Farmaceuta z Auschwitz” przedstawiona jest mało znana historia współpracy tej firmy z niemieckimi nazistami. Koncern m.in. płacił za eksperymenty na więźniach. Testowanie nowych leków przeżywała najwyżej połowa „leczonych”, którzy na końcu trafiali do komór gazowych.

Niedawno Marek Księżarczyk dokładnie zapoznał się z powyższą książką, co spowodowało, że szczególną uwagę zwrócił na jedną z kartek żywnościowych. Pochodziła ona ze znaleziska na strychu i znajdowało się na niej  nazwisko dr. Victora Capesiusa, który dysponował cyklonem B i wydawał rozkazy zabijania nim w komorach gazowych, a mimo to do końca życia uważał się za niewinnego.

Victor Capesius, 1965 r.

Victor Capesius urodził się w 1907 r. w Reussmarkt na terenie Siedmiogrodu. W 1934 roku uzyskał tytuł doktora farmacji i wkrótce rozpoczął pracę w rumuńskim oddziale niemieckiej firmy IG Farben. W czasie drugiej II wojny światowej wstąpił do SS. Był zagorzałym nazistą. We wrześniu 1943 roku skierowano go do obozu koncentracyjnego w Dachau, a następnie w lutym 1944 roku do KL Auschwitz. Uczestniczył tutaj w eksperymentach farmakologicznych na więźniach, pełniąc służbę jako kierownik apteki SS do ewakuacji obozu w styczniu 1945 roku.

Apteka ta mieściła się na parterze piętrowego budynku, który był położony tuż obok ogrodzenia obozu macierzystego w Oświęcimiu, w bezpośrednim sąsiedztwie krematorium nr 1. Na piętrze tego budynku znajdowała się izba chorych SS, z łóżkami dla pacjentów-esesmanów.

Todesbescheinigung

Todesbescheinigung

Dr Victor Capesius po wojnie był początkowo przetrzymywany w obozach dla jeńców wojennych, skąd wypuszczono go na wolność w 1946 r. Cztery lata później na terenie Niemiec otworzył aptekę w Göppingen. W 1965 r. był sądzony w jednym z procesów nazistowskich zbrodniarzy we Frankfurcie nad Menem. Skazano go na dziewięć lat więzienia, lecz wolność odzyskał już w 1968 r. Zmarł w Göppingen w 1985 r.

Spośród wielu dokumentów, pochodzących z niecodziennego znaleziska w Oświęcimiu, Marek Księżarczyk pozyskał skan oryginalnego odpisu zaświadczenia.

Karta żywnościowa Hedwig Hőss, żony komendanta KL Auschwitz

Jest w nim urzędowo poświadczony zgon, poprzednika Victora Capesiusa na stanowisku kierownika apteki SS w KL Auschwitz. Był nim SS-Hauptsturmführer Adolf Krőmer, który wspomnianą funkcję pełnił od czerwca do września 1943 r. Potem chorował i zmarł na atak serca w szpitalu SS (powyżej z prawej Todesbescheinigung – akt zgonu). Został pochowany na cmentarzu w Opolu, gdzie kiedyś mieszkał i był właścicielem apteki.

W odnalezionym dokumencie odnotowana jest powyższa przyczyna jego śmierci, jak również podana jest data zgonu Krőmera, 18 lutego 1944 roku, potwierdzona przez naczelnego lekarza garnizonowego SS, dr. Eduarda Wirthsa.

Niezwykłe dokumenty, wśród nich odpis urzędowego poświadczenie śmierci Adolfa Krőmera, liczącego czterdzieści trzy lata, przeleżały w zapomnieniu ponad pół wieku.

Wśród nich jest także imienny przydział dodatkowej żywności dla Hedwig Hőss, żony komendanta obozu. Nadal wszystkie te dokumenty są w prywatnym posiadaniu ich znalazcy, który odkrył je na strychu swojego domu.

Adam Cyra

Oświęcim, 19 marca 2019 r.

Brak komentarzy

Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Kilka lat temu Stefan Zgliczyński napisał książkę „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali”, która do niedawna była jeszcze dostępna na półkach księgarskich.

Jej recenzent Artur Domosławski napisał:

„Mit Polski Niewinnej jest powielany od dziesięcioleci, wyrastają na nim kolejne pokolenia Polaków. Jan Tomasz Gross dotknął swoimi książkami zaledwie czubka góry – za co mu chwała. Z kolei prace zawodowych badaczy Zagłady, które obnażają polskie w niej wspólnictwo, nie są niestety znane szerszej publiczności. Szkoda, bo wywracają do góry nogami społeczną historię Polski – II RP, okupacji, PRL aż do dziś. W tym kontekście pojawia się książka Stefana Zgliczyńskiego, nie obciążona balastem prac naukowych, zaadresowana szczęśliwie – podobnie jak dzieła Grossa – do szerokiej publiki. Oby ta publika zdołała kiedyś przyjąć do wiadomości, że Polacy masowo donosili na żydowskich sąsiadów (tak, tak, to nie były pojedyncze zatrute jabłka), szantażowali, wymuszali haracze, mordowali. Cierpimy na niedostatek wiedzy i refleksji nad tym, co Polska i Polacy wyrządzili Żydom czy Polakom żydowskiego pochodzenia (odwieczny kłopot z definicją). Nie dlatego, że wiedza ta jest niedostępna, lecz dlatego że większość się przed nią broni. Może książki takie, jak mocna i poruszająca praca Zgliczyńskiego przyczynią się kiedyś w końcu do głębokiej zmiany? A może nie? Możliwe, że mit Polski Niewinnej jest nie do wykorzenienia. Ale próbować trzeba – i ta książka jest taką właśnie ważną, odważną i ambitną próbą”.

Odniosłem wrażenie, że  dalszym ciągiem wmawiania wszystkim Polakom, że byli mordercami jest praca pod redakcją Barbary Engelking, Jana Grabowskiego i Dariusza Libionki, zatytułowana „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” (dziewięć powiatów: bielski, biłgorajski, węgrowski, łukowski, złoczowski, miechowski, nowotarski, dębicki i bocheński), która ukazała się w ubiegłym roku nakładem Centrum Badań nad Zagładą Żydów w Warszawie. Obszerna, dwutomowa, licząca 1700 stron publikacja powstawała przez wiele lat. Badaniem każdego powiatu zajął się inna osoba, autorami poszczególnych rozdziałów są według kolejności Barbara Engelking, Jan Grabowski, Dariusz Libionka, Alina Skibińska, Jean-Charles Szurek, Anna Zapalec, Karolina Panz, Tomasz Frydel, Dagmara Swałtek-Niewińska.

Autorzy książki „Dalej niż noc” twierdzą, że likwidacje gett przetrwało od 200 do 300 tysięcy Żydów. Ukrywali się na ziemiach polskich okupowanych przez Niemców, rzekomo tych Żydów masowo mordowali Polacy.

Jeden z autorów tej książki, Jan Grabowski, podał liczbę 200.000 Żydów rzekomo zabitych przez Polaków, nie potrafił jednak przekonywająco uzasadnić, na czym oparł swoje szacunki.

Po zapoznaniu się z omawianymi książkami, postanowiłem na przykładzie rodziny mojego ojca napisać krótki tekst, zatytułowany:

„Jak Polacy Niemcom Żydów  mordować nie pomagali”.

Mój ojciec Józef Cyra odczas wojny był żołnierzem Armii Krajowej w Okręgu Krakowskim, posługiwał się pseudonimem „Dalkiewicz”. Za działalność konspiracyjną odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami.

Jego brat i dwóch bratanków, którzy mieszkali także w Przybysławicach koło Minogi (w pobliżu Krakowa) zginęło w KL Auschwitz, o czym tak wspominał:

„Chciałem zaznaczyć, że Antoni Mularczyk był moim przyrodnim bratem, natomiast Stefan Mularczyk i Józef Mularczyk byli jego synami, a moimi bratankami. Na wiadomość o ich śmierci, w intencji każdego z nich, w kościele parafialnym w Minodze ksiądz Piotr Pytlawski odprawił nabożeństwo żałobne”.

Tadeusz Cera, około 1913 r.

Z kolei jego brat Tadeusz ukrywał w swoim gospodarstwie dwóch Żydów – braci, którzy dzięki tej pomocy ocaleli. Jeden z nich po wojnie wyjechał do Monachium w Niemczech, natomiast drugi do Nowego Jorku w USA. Obydwaj dzisiaj już nie żyją.

Na temat pomocy udzielanej Żydom mój ojciec tak napisał po wojnie:

Henoch Meiteles z rodziną, Monachium około 1957 r.

„Jednym z niosących pomoc był mój brat, Tadeusz Cera (Cyra), zamieszkały wraz z rodziną (żona Marianna oraz dzieci: Stanisław, Janina, Danuta i Antonina) w Zamłyniu koło Minogi. Brat od dawna przyjaźnił się z rodziną Meitelsów ze Skały, która prowadziła sklep spożywczy i im to najczęściej sprzedawał zboże oraz nabiał ze swojego gospodarstwa rolnego. Czworo Meitelsów: ojciec, matka, córka i synowa za pośrednictwem mego brata zostało ukrytych w gospodarstwie Feliksa Hanarza w Minodze, a dwaj synowie: Henoch i Josef w gospodarstwie mojego brata, który przygotował dla nich specjalną kryjówkę w stodole. (…) Wiem też, że w Lubawce, w gospodarstwie Sobczyków, ukrywał się Żyd, któremu było na imię Borek. Żydzi byli również przechowywani we wsi Wielmoża w gospodarstwie Antoniego Kajcy, u niejakiego Korzonka ze Skały ukrywała się rodzina Kołataczów. Żadna z wymienionych polskich rodzin nie została wyróżniona za swoje szlachetne czyny. Minęło ponad pół wieku, czyny rolników spod Ojcowa, ratujących kilkudziesięciu Żydów ze Skały, prawie dotychczas nie zostały opisane. Pozostała jedynie w ich rodzinach pamięć o ludzkiej solidarności”. Zobacz: Historia pomocy Rodzina Janczarskich

Tadeusz Cera w latach 1919-1920 służył w polskiej Policji Państwowej, następnie był właścicielem sklepu w Przybysławicach, a potem w Kobylanach. W 1925 r. nabył w Zamłyniu 13 morgów ziemi ornej i na zakupionym gruncie pobudował zabudowania gospodarskie. Przyjaźnił się z żydowską rodziną Majtelesów ze Skały, która prowadziła sklep spożywczy i im to najczęściej sprzedawał zboże oraz nabiał ze swojego gospodarstwa rolnego.

W obliczu hitlerowskiego zagrożenia aktywnie udzielił  pomocy członkom tej rodziny, z której ojciec, matka, córka i synowa za jego pośrednictwem zostali ukryci w gospodarstwie Feliksa Hanarza w Minodze. Dwaj natomiast synowie z tej rodziny – Henoch i Josek znaleźli schronienie w gospodarstwie mojego brata Tadeusza Cery, który przygotował dla nich specjalną kryjówkę w stodole. Wszyscy wymienieni członkowie rodziny Majtelesów w ukryciu przetrwali okupację niemiecką i szczęśliwie doczekali wyzwolenia w dniu 17 stycznia 1945 r.

W kilkanaście dni później mój ojciec odwiedził swojego brata Tadeusza Cerę. Obydwaj ocaleni bracia, o czym wspominał powyżej w swojej relacji: Henoch i Josek Majteles mieszkali nadal w Zamłyniu i wówczas dopiero dowiedział się o ich pobycie w rodzinie swojego brata: Zaznaczam, ze Henocha, który był niewiele młodszy ode mnie, bardzo dobrze znałem jeszcze sprzed wojny, podobnie jak i pozostałych członków tej rodziny. (…) Wiem, ze rodzina Majtelesów, mieszkając potem w Niemczech i USA, prowadziła korespondencję z moim bratem, jak również czasami przesyłała mu paczki z różnymi podarunkami, przeważnie odzieżą - wspominał po wojnie.

Tadeusz Cera zmarł w 1962 r., natomiast jego żona Marianna   w 1988 r. Nigdy za swojego życia nie starali się, aby ich uhonorowano za ocalenie  innych.

Mój stryj ratował Żydów (listy dziękczynne pisane po wojnie przez uratowanych)

Ojciec wiele opowiadał mi także o zbrodniczej działalności w okolicach Skały komendanta policji granatowej w Miechowie o nazwisku Kazimierz Nowak, który dopuścił się wielu zbrodni na Żydach, Cyganach i Polakach, za co żołnierze Armii Krajowej wykonali na nim wyrok śmierci na ulicach Miechowa 24 czerwca 1943 roku.

Te zdarzenia przedstawił Roman Tomczyk w zbiorze opowiadań  Mali nadludzie (1967, Wydawnictwo Śląsk), pisząc m.in. o volksdeutschach i granatowych policjantach oraz innych podpisujących cyrografy współpracy  z niemieckim władzami okupacyjnymi, które odpowiedzialne są za zbrodnie popełnione na administrowanych przez nich terenach Generalnego Gubernatorstwa.

Na zakończenie trzeba zaznaczyć, że Stefan Zgliczyński (ur. 1967) – jest publicystą, dyrektorem edycji polskiej miesięcznika „Le Monde diplomatique”. Jego książka „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali” jest jednym z przykładów pomówień wszystkich Polaków, podobnie jak publikacje Jana Tomasza Grossa.

W okolicach Niemodlina mieszka rodzina niemieckiego żandarma Karola Boronia z Jedwabnego. Jego syn twierdzi, że ojciec otrzymał polecenie od niemieckich przełożonych, aby dostarczył kilku kanistrów z benzyną, którą oblano stodołę ze spędzonymi w jej wnętrzu Żydami i ją podpalono. Może Jan Tomasz Gross, jako autor „Sąsiadów”, podejmie się wyjaśnienia tej sprawy.

Zobacz: Zagłada Żydów w Olkuszu

Zagłada Żydów w Skale

Skała. Żydów wywieziono furmankami. Został tylko kirkut i jeden pomnik

Mój stryj ratował Żydówstrona 1 strona 2 strona 3 strona 4

Olkusz.  Zagłada i pamięć.  Dyskusja o ofiarach wojny i świadectwa ocalałych Żydów  (pod red.   I. Cieślika,   O. Dziechciarza i K. Kocjana). Olkusz 2007

Adam Cyra

Oświęcim, 12 marca  2019 r.

Brak komentarzy

Wysiedlenie Żydów z Oświęcimia

Siedemdziesiąt osiem lat temu, 26 lutego 1941 roku, zwierzchnik SS Heinrich Himmler wydał zarządzenie o wysiedleniu ludności żydowskiej z Oświęcimia do gett w Chrzanowie, Będzinie i Sosnowcu. Akcję wysiedleńczą rozpoczęto 9 marca 1941 roku.

Według  spisu  ludności,  który  Niemcy  przeprowadzili  jesienią  w 1940 roku, Oświęcim liczył 11,2 tys. mieszkańców, w tym 7613 Żydów.

Pierwsze transporty wysiedlonych Żydów z Oświęcimia skierowano do Chrzanowa. Kolejne deportacje zostały przeprowadzone od 2 do 7 kwietnia. Niemcy wywieźli wówczas do Będzina i Sosnowca ponad 5 tysięcy osób.

Z kolei te getta ostatecznie zlikwidowano w sierpniu 1943 roku. Większość oświęcimskich Żydów została zgładzona w KL Auschwitz, utworzonym przez Niemców w ich rodzinnym mieście. Nieliczni tylko przeżyli.

Wśród setek zeznań byłych więźniów KL Auschwitz, przechowywanych w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau, zawartych w ponad stu tomach akt z dwóch procesów przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Polsce – komendanta obozu Rudolfa Hőssa w Warszawie i czterdziestu członków załogi tego obozu w Krakowie – które toczyły się w 1947 roku, zwróciłem uwagę na zeznanie Żyda oświęcimskiego, Karola Lehrera.

Ten świadek, którego zeznanie jest zawarte w aktach procesu Rudolfa Hőssa, urodził się w Oświęcimiu 13 marca 1922 roku. Na to jego zeznanie powołuje się także kilkakrotnie Lucyna Filip w swojej książce, zatytułowanej „Żydzi w Oświęcimiu 1918-1941”, wydanej w 2003 roku.

Warto  przytoczyć  obszerne  fragmenty  z  zeznania Karola  Lehrera:       W chwili wkroczenia Niemców do Polski przebywałem w swoim rodzinnym mieście Oświęcimiu. Pierwsze miesiące były spokojne i poza drobnymi szykanami w odniesieniu do Żydów nic godnego uwagi nie działo się. W połowie kwietnia 1940 r. przyjechało dwóch członków SS (…), a po upływie tygodnia przyjechała już cała kompania SS. Oficerowie nie mieszkali na stałe w Oświęcimiu, dojeżdżali tylko samochodami. Zorganizowano wówczas przymusową pracę, która polegała na tym, że gmina żydowska musiała codziennie dostarczyć 250 do 300 osób do pracy nad uporządkowaniem byłych koszar, na terenie których powstał potem obóz. Mniej więcej trzy razy w tygodniu każdy mężczyzna z Oświęcimia, który był Żydem, musiał do niej chodzić. Zastępstwo było jednak możliwe i bogatsi wykupywali się. (…) Praca była bardzo uciążliwa, gdyż musieliśmy wszystko wykonywać biegiem, a najdrobniejsze uchybienia były karane biciem tak, że często musieliśmy nosić do domu od 10 do 12 pobitych, którzy nie mogli iść o własnych siłach. Na terenie koszar pracowaliśmy do czerwca 1940 r.

Dalej w swoich zeznaniach Karol Lehrer relacjonuje, że wykonując powyższą pracę, widział jak do Monopolu tytoniowego przywieziono pierwszy transport więźniów Polaków 14 czerwca 1940 roku: Ze słyszenia wiem, że prawie codziennie zaczęły przychodzić transporty więźniów Polaków. Czy między nimi byli Żydzi? – tego nie wiem, w każdym razie sam widziałem, że obóz zaczął się zaludniać. Gdy opuszczałem Oświęcim w dniu 7 kwietnia 1941 r. miało w nim już być około kilkudziesięciu tysięcy więźniów i również krematorium było już używane. Moniek Jurkowski chodził z ramienia gminy żydowskiej do obozu i wykupywał prochy spalonych Żydów. Było to jeszcze w 1940 r., ale trudno podać mi dokładną datę.

Karol Lehrer opisuje także aresztowania wśród inteligencji polskiej w Oświęcimiu wiosną i jesienią 1940 roku. Aresztowani zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Dachau. Z kolei jesienią tego roku kilkuset Żydów z Oświęcimia wywieziono do obozów pracy na Dolnym Śląsku. Zeznający podaje także, że: Również w marcu 1941 r. nastąpiły pierwsze przesiedlenia Polaków (…) z Oświęcimia do Generalnego Gubernatorstwa. Akcje te przeprowadzała specjalnie do tego wyznaczona policja z udziałem członków SS. Wolno było ze sobą zabrać 20 złotych oraz bagaż ręczny, czasu do pakowania dawano około 20 minut, zależało to od policjanta.

Sam Karol Lehrer wkrótce został także wywieziony: Na początku kwietnia 1941 r. wywieziono około pięć tysięcy Żydów z Oświęcimia do Sosnowca i Będzina, wśród których również i ja znalazłem się. (…) Pozwolono wówczas wszystko zabrać, były nawet pociągi na meble, o które wystarała się gmina żydowska. Od 2 do 7 kwietnia 1941 r. trwało to przewiezienie.

Wśród wywiezionych do Sosnowca był także Karol Lehrer, którego w nowym miejscu pobytu zatrudniono w instytucji, pracującej dla celów wojennych. Z końcem 1942 roku zaczęto w Sosnowcu i Będzinie tworzyć getta żydowskie, których ostateczna likwidacja nastąpiła 1 sierpnia 1943 roku:

W czasie tej akcji było bardzo dużo trupów, które zaraz wywożono samochodami ciężarowymi. Przy zastrzeleniu nikogo nie byłem. W czasie tej akcji zginął mój brat Leon Lehrer. Mnie wraz z dwustu młodymi Żydami (…) wywieziono do obozu pracy przymusowej w Annabergu. Z opowiadań wiem, że transporty, które wyszły z Sosnowca i Będzina w dniach 2 i sierpnia 1943 r. poszły do Oświęcimia wprost do komór gazowych.

Ostatecznie Karol Lehrer, przebywający w kilku obozach pracy na Śląsku, w październiku 1943 roku został przeniesiony do położonego w górach podobozu Gross-Rosen w Waldenburgu, gdzie wyzwolili go żołnierze Armii Czerwonej 8 maja 1945 roku.

Karol Lehrer swoje zeznania złożył 15 i 18 września 1945 roku w Wiesbaden na terenie Niemiec. Dalszych powojennych losów tego oświęcimskiego Żyda, który jako jeden z nielicznych przeżył Holocaust, nie udało mi się ustalić.

Adam Cyra

Oświęcim, 9 marca 2019 r.

Brak komentarzy

Albumy z Auschwitz

Marek Księżarczyk, długoletni oświęcimski prezes Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau, ostatnio pozyskał, nadesłane z Niemiec skany kilkudziesięciu fotografii, wykonanych podczas okupacji niemieckiej na terenie Oświęcimia.

Album doktora Barmeyera

Pochodzą one z albumu lekarza, oficera Wehrmachtu o nazwisku Barmeyer, który był zatrudniony w niemieckim szpitalu,  mieszczącym się w czasie wojny na terenie dzisiejszego Zakładu Salezjańskiego w Oświęcimiu. Zdjęcia te niewątpliwie mają dużą wartość historyczną i w większości są nieznane.

Pisząc o odkryciu tych fotografii warto przypomnieć historię innego albumu, na którego stronie tytułowej pod wspólnym zdjęciem komendanta obozu Richarda Baera oraz jego adiutanta Karla Höckera widnieje podpis: „Z komendantem SS Stubaf. Baerem, Auschwitz 21.6.44″.

Album fotograficzny Karla Höckera, zawierający ponad sto fotografii, znalazł na terenie Niemiec w 1945 roku oficer amerykańskiego wywiadu. Ponad sześćdziesiąt lat później przekazał go w darze do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie z zastrzeżeniem swojej anonimowości.

Zdjęcia w nim znajdujące się zostały wykonane w 1944 roku. Przedstawiają one m.in. oficerów SS śpiewających przy akompaniamencie akordeonu, czy Höckera zapalającego świeczki na choince.

Karl Höcker

Widoczni na nich są także rozbawieni liczni oficerowie SS w otoczeniu młodych niemieckich kobiet z pomocniczego korpusu żeńskiego SS. Pracowały one w  Międzybrodziu Bialskim nad Sołą 20 km od Auschwitz ośrodku zwanym Solahütte, gdzie esesmani relaksowali się i odpoczywali.

Karl Höcker uciekł z Oświęcimia przed wyzwoleniem obozu przez żołnierzy sowieckich. Po wojnie przebywał na terenie Niemiec, gdzie pracował jako urzędnik bankowy. W latach sześćdziesiątych został skazany za zbrodnie wojenne i odsiedział w więzieniu 5 lat, uzyskując wolność w 1970 roku.  Zmarł trzydzieści lat później w wieku 89 lat.

Adam Cyra

Oświęcim, 8 marca 2019 r.

Brak komentarzy

Doktryna wojenna armii II Rzeczypospolitej (1918-1939)

Plakat polski z 1939 roku

Całokształt prac prowadzonych w latach 1921-1939 nad ustaleniem założeń doktryny wojennej niewątpliwie znalazł praktyczny sprawdzian w tragicznych wydarzeniach kampanii wrześniowej 1939 roku. Nasuwa się tutaj pytanie, w jakim stopniu powyższe przygotowania zdecydowały o jej przebiegu? Ocena ta powoduje nową trudność.

Dramat 1939 roku zbyt głęboko zapadł w umysły całego narodu polskiego i stąd także sprawa polskiej doktryny wojennej należał do zagadnień najbardziej spornych i wywoływał najwięcej krytycznych uwag oraz zarzutów.

Niemniej wydaje się, że próba analizy tego ciekawego, lecz niełatwego tematu może stanowić pewien krok w lepszym poznaniu polskich przygotowań do wojny. Z drugiej strony ten ważny problem w całokształcie historii okresu międzywojennego w Polsce nie znalazł do dzisiaj należytego i pełnego opracowania. Zobacz: Myśl wojskowa i doktryna wojenna z lat 1919-1939

Dotychczasowe próby omówienia zagadnień związanych z kształtowaniem się doktryny wojennej II Rzeczypospolitej dotyczyły przede wszystkim niektórych jej aspektów oraz koncepcji użycia poszczególnych rodzajów sił zbrojnych, publikacje zachodnie natomiast rzadko uwzględniają materiały archiwalne i w większości są jedynie wyrazem osobistych przekonań autorów na powyższy temat.

80 lat temu, 4 marca 1939 roku, rozpoczęto przygotowywanie planu działań na wypadek wojny z Niemcami, tzw. planu operacyjnego „Zachód”. Wcześniej spodziewano się przede wszystkim uderzenia ze wschodu.

Nad planem „Zachód” intensywnie zaczęli pracować generałowie Tadeusz Kutrzeba, Juliusz Rómmel, Władysław Bortnowski i Leon Berbecki. Zadanie mieli dodatkowo utrudnione, gdyż sytuacja ciągle się zmieniała.

W dniu 15 marca 1939 roku Niemcy wkroczyli do Czechosłowacji, na północy zaś 23 marca niemiecka flota na Bałtyku zajęła Kłajpedę – pętla wokół Polski wyraźnie się zaciskała. Z tego powodu plan obrony ulegał zmianie. Początkowo sądzono, że niemieckie uderzenie nadejdzie w kierunku Warszawy z Prus Wschodnich. Po zajęciu przez Niemcy Sudetów w październiku 1938 roku, za bardziej prawdopodobne uznano uderzenie ze Śląska.

Zachęcam do lektury mojej pracy, napisanej pod kierunkiem b. więźnia KL Auschwitz, prof. dr. hab. Mariana Zgórniaka, zatytułowanej „Doktryna  wojenna  armii  II  Rzeczypospolitej  (1918-1939)”

Adam Cyra

Oświęcim, 7 marca 2019 r.

Brak komentarzy

Duchowieństwo w KL Auchwitz, pomoc i przejawy życia religijnego

Pierwszymi ofiarami Auschwitz byli Polacy, przywożeni do obozu od czerwca 1940 roku. Osadzono ich tu około 150 tys., połowa straciła życie w KL Auschwitz, ponadto wielu z nich zginęło po wywiezieniu ich do innych obozów koncentracyjnych, głównie na terenie Niemiec i Austrii.

W pięciotomowej pracy Wiktora Jacewicza i Jana Wosia w Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymskokatolickiego pod okupacją hitlerowską w latach 1939-1945, a wydanym w Warszawa 1977 roku, w tomie 3 znajdujemy informacje poświęcone duchownym, którzy zostali przywiezieni do obozu Auschwitz. Jest to, jak do tej pory, jedyna publikacja obejmująca wykazy nazwiskowe, krótkie biogramy oraz zestawienia statystyczne będące rezultatem wieloletnich badań.

Autorzy tej publikacji ustalili, że w KL Auschwitz osadzono 416 duchownych: kapłanów, kleryków, zakonników z różnych zakonów, siostry zakonne, z tej grupy zginęło  236 osób (166 w Auschwitz i 70 w innych obozach, do których zostali przeniesieni), w tym 190 kapłanów, 10 kleryków, 34 braci zakonnych, 2 siostry.

Temu tematowi poświęcił także swoje ostatnie opracowanie Jerzy Klistała, bielszczanin, który w czasie okupacji niemieckiej osobiście doświadczył skutków terroru hitlerowskiego. Jego ojciec za działalność konspiracyjną w ZWZ/AK został rozstrzelany w KL Auschwitz pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 w 1943 roku.

Jerzy Klistała, ur. w 1935 roku, dotychczas publikował pozycje, związane z martyrologią Polaków z terenu Małopolski, Śląska, Podbeskidzia i Zaolzia. Ostatnia jego opracowanie nosi tytuł „Duchowni ofiary niemieckiego zniewolenia”. Są jednak duże problemy z wydaniem tej publikacji, ponieważ Fundacja Pamięci Ofiar Obozu Auschwitz-Birkenau, nie uzasadniając swojego stanowiska, odmówiła Autorowi pomocy finansowej, która umożliwiłaby ukazanie się tej książki drukiem.

Należy zaznaczyć, że rozwój badań historycznych na przestrzeni ostatnich lat, pozwolił na zweryfikowanie i uściślenie szeregu informacji na temat martyrologii duchownych. Stąd liczba ta jest obecnie wyższa. Opublikowane dotąd  szacunki nie uwzględniały także duchownych innych narodowości (publikacje dotyczyły duchowieństwa polskiego). Dlatego należy przyjąć, że do Auschwitz  skierowano co najmniej 464 kapłanów, kleryków, zakonników oraz 35 sióstr zakonnych – z Polski, a także z innych krajów okupowanej Europy: Francji, Czech, Austrii. Większość osadzonych straciła życie w obozie Auschwitz, bądź w innych obozach, do których zostali przeniesieni.

Pierwsi polscy więźniowie polityczni zostali przywiezieni do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku. Była to grupa 728 mężczyzn, w większości uczniów gimnazjalnych, studentów, żołnierzy, członków konspiracji. Wśród nich znalazło się kilku duchownych katolickich -  księża: Józef Niemiec, Stanisław Węgrzynowski (numer obozowy 90), Stanisław Wolak (numer obozowy 327) oraz kleryk Wincenty Oberc (numer obozowy 222).

20 czerwcu 1940 roku, przywieziono do obozu kolejną grupę 313 więźniów politycznych z więzienia w Nowym Wiśniczu. Transport ten stanowili przedstawiciele inteligencji krakowskiej: nauczyciele, adwokaci, studenci a także inni młodzi ludzie, próbujący nielegalnie przekroczyć granicę i przedostać się na Węgry oraz pracownicy Zakładów Azotowych w Mościcach większości inżynierowie. W grupie tej przywieziono kolejnych duchownych (głównie jezuitów) wśród nich 10 księży, 9 kleryków i 14 braci zakonnych.

Duchowni byli przywożeni do Auschwitz aż do końca istnienia obozu. Nie stanowili tu jednak większej grupy, ponieważ znaczna ich część została osadzona w KL Dachau, który decyzją władz III Rzeszy stał się głównym miejscem koncentracji i odosobnienia duchowieństwa. Z tego powodu, 6 grudnia 1940 roku komendant obozu Auschwitz, Rudolf Höss, wydał rozkaz przeniesienia do Dachau pierwszej grupy pozostałych przy życiu 68 duchownych.

Do Dachau byli kierowani księża i zakonnicy z różnych okupowanych przez Niemcy krajów. Jednak polscy duchowni stanowili tam większość. Wśród 2720 osób z tej grupy  1780 było Polakami; 868 z nich straciło życie w obozie. Kolejną po względem liczebności grupą byli duchowni austriaccy – 447, dalej Francuzi – 154 i Czesi – 109 osób.

Duchowni w Auschwitz, podobnie jak pozostali więźniowie, poddawani byli  rejestracji, gdzie nadawano więźniom numer obozowy (w początkowym okresie istnienia obozu numerów nie tatuowano), określano kategorię więźnia, związaną z przyczyną aresztowania. Duchowni zazwyczaj oznaczani byli czerwonym trójkątem, przeznaczonym dla więźniów politycznych.

Nie posiadali oni w obozie żadnych przywilejów, a wręcz przeciwnie byli traktowani gorzej niż inni osadzeni. Jak wspominają byli więźniowie, kierownik obozu Karl Fritsch miał zwyczaj wygłaszania przemówienia do nowo przybyłych do obozu, w którym podkreślał że:

Przyjechaliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi to mają prawo żyć nie dłużej niż 2 tygodnie, księża (dosł. Pfaffen – klechy) miesiąc, reszta 3 miesiące.

O tym, że nie było to jedynie pusta słowa, niech świadczy fakt, iż w pierwszych latach istnienia obozu karna kompania (Strafkompanie), czyli grupa kierowana do najcięższych prac, w której śmiertelność więźniów była wyjątkowo wysoka a szykany nadzorców niezwykle brutalne, złożona była głównie z Żydów i księży katolickich. Więźniowie ci przebywali w bloku nr 11 od sierpnia 1940 r. do maja 1942 r. Później przeniesiono ich do KL Auschwitz II-Birkenau.

W dniu 27 czerwca 1941 roku na terenie żwirowni koło „Theatergebäude”, mieszczącej się poza ogrodzeniem obozu, zamordowano w okrutny sposób czterech księży Salezjanów. Wspomniani księża zostali przywiezieni do obozu dzień wcześniej z więzienia Montelupich w Krakowie. W sumie przywieziono ich tego dnia dwunastu (jeden z nich był tylko bratem) w transporcie liczącym pięćdziesięciu więźniów. Znajdowało się wśród nich również pięciu polskich Żydów.

Księży i Żydów z tego transportu wcielono do karnej kompanii: Każdy z nas – wspomina ks. Walenty Waloszek – otrzymał ciężką, żelazną taczkę, kilof i łopatę. Zapowiedziano nam, że pracować musimy bardzo szybko, stale biegiem, bez oglądania się i odpoczywania. Praca nasza polegała na tym, że musieliśmy kilofami rozbijać kamienie, ładować je na taczkę razem ze żwirem i wywozić do dołu, głębokiego na 7 metrów, oddalonego od nas o jakie 50 metrów”.

W dniu 27 czerwca 1941 r. jako pierwszy poniósł męczeńską śmierć w żwirowni ks. Jan Świerc (nr 17352), proboszcz Parafii św. Stanisława Kostki na Dębnikach w Krakowie i dyrektor Zakładu Salezjańskiego w tym mieście. Wkrótce po nim zakatowany został wikary z tej parafii, ks. Ignacy Dobiasz (nr 17364). W godzinach popołudniowych tego samego dnia śmierć w podobnych okolicznościach poniósł ks. dr Franciszek Harazim (nr 17375), profesor Salezjańskiego Instytutu Teologicznego w Krakowie oraz jeszcze jeden wikary Parafii św. Stanisława Kostki, ks. Kazimierz Wojciechowski (nr 17342). Ponadto w wyniku ciężkiego pobicia i znęcania się wtedy, zmarł później w obozie ks. dr Ignacy Antonowicz (nr 17371), rektor wspomnianego Salezjańskiego Instytutu Teologicznego.

Pomimo tak wielu represji, szykan wobec duchownych, większość z nich nie załamała się, a  wielu z nich zostało zapamiętanych przez współwięźniów jako osoby serdeczne,  podnoszące innych na duchu. Jerzy Kroczowski tak wspomina jednego z księży:

…Kiedy przebywałem w szpitalu obozowym, spotkałem księdza z Lublina. Nie znam jego nazwiska. Był to starszy człowiek, dopiero po jakimś czasie ujawnił swój stan duchowny. Tenże właśnie ksiądz zaproponował, że może odmówilibyśmy wieczorem modlitwę. Nauczył nas wtedy aktów strzelistych: „Wierzę w ciebie Boże żywy; Ufam  tobie boś ty wierny; Boże choć cię nie pojmuję, lecz nad wszystko miłuję”. Te akty strzeliste stały się moją modlitwą. Odmawialiśmy je wieczorem.

Księżom udawało się nawet, w ukryciu odprawiać Msze święte. Wspomina to ksiądz Władysław Puczka (numer obozowy 17041):

…W obozie były także odprawiane po kryjomu msze. Wiem, że zaczęto je odprawiać późną jesienią 1941 r. – w listopadzie i z początkiem grudnia 1941 r. (…) Ja także miałem możliwość odprawienia mszy, a stało się to o godzinie czwartej po południu w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1941 r. Mszę św. odprawiałem w pasiaku na strychu bloku nr 3 w obecności kilkunastu znanych i zaufanych współkolegów. Miałem hostie i wino, a zamiast kielicha musiała wystarczyć zwykła szklanka. Obecni przy mszy przystąpili do komunii świętej.

Nawet do bloku nr 11, tzw. Bloku Śmierci, dostarczano komunikanty, co było nie lada wyczynem, ze względu na zaostrzony jego dozór. Jedna z więźniarek przetrzymywana w celi, w podziemiach tego bloku, wspomina:

(…) Pamiętam, że raz przyjęłam komunię w czasie pobytu w bloku 11, ale nie pamiętam dokładnie kiedy to było. Hostie dostarczył nam jeden z kalifaktorów bloku 11. Pamiętam, że stałam przy drzwiach i ja przejęłam od niego kopertę, w której znajdowały się hostie. Kopertę odebrała ode mnie Wanda Pyka i ona rozdała współwięźniarkom hostie.

O tym, że kary za rozdawanie i przyjmowanie komunii były surowe i nie omijały więźniów niech świadczy fragment z relacji b. więźnia Pawła Brożka:

(…) W czasie Świąt Wielkanocnych, spędzonych w bloku 11 przebywający z nami ksiądz Kania (był proboszczem parafii św. Krzyża w Katowicach) zorganizował dla nas spowiedź, byliśmy też komunikowani. Słyszałem, że ksiądz Kania później zginął. Nie wiem, skąd zostały dostarczone do bloku nr 11 komunikanty. Ktoś musiał donieść władzom SS o spowiedzi, gdyż wszyscy więźniowie zostali za to ukarani chłostą. Ja dostałem, podobnie jak inni, 25 uderzeń.

Wiadomo ze zgromadzonych relacji, że więźniowie szukali także możliwości spowiedzi. Jeżeli w komandzie czy w bloku był ksiądz, szansa na osobistą rozmowę, jaką pozorowano spowiedź, była większa. Stąd w relacjach więźniowie wspominają o wielkiej uldze i pocieszeniu po odbytej, oczywiście dyskretnie, spowiedzi. Były więzień Władysław Lewkowicz przebywał w obozie w tym samym czasie co ojciec Kolbe, i tak wspomina swoje spotkanie z nim oraz odbytą spowiedź:

…  Pierwsze tygodnie mojego pobytu w obozie były nie tylko przygnębiające, ale wprost makabryczne. Z nadmiaru cierpienia szukałem instynktownie jakiegoś wsparcia moralnego o podłożu religijnym.(…) Ojciec Kolbe zgodził się bardzo chętnie na spotkanie i rozmowę. Staraliśmy się tak urządzić, ażeby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi esesmanów.(…) Przechadzając się z Ojcem Kolbe spowiadałem się u niego. W późniejszym czasie Ojciec Kolbe miał coraz to więcej szukających jego rad.

Zaangażowanie księży z parafii okolicznych w pomoc więźniom obozu

Kilka miesięcy po założeniu KL Auschwitz, w grudniu 1940 roku, metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha zwrócił się do komendanta obozu w sprawie zezwolenia na odprawienie Mszy św. dla więźniów katolickich z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Komendant obozu Rudolf Höß nie wyraził zgody, tłumacząc to sprzecznością z regulaminem obozowym. Zezwolił natomiast na dostarczenie 6 tys. jedno kilogramowych paczek żywnościowych dla wszystkich więźniów. Rozpoczęto zbiórkę datków pieniężnych jak również  żywności i odzieży. Księża zachęcali wiernych do przyłączenia się do zbiórki. Odzew społeczny był rzeczywiście ogromny, biorąc pod uwagę warunki okupacyjne i skromne przydziały żywnościowe dla ludności cywilnej. Duchownymi, którzy osobiście udali się w tej sprawie do komendanta obozu z listem od arcybiskupa Sapiehy byli księża parafii oświęcimskiej: Władysław Gross de Rosenburg i  Rudolf Schmidt.

Z kolei proboszcz ze wsi Poręba Wielka koło Oświęcimia, ksiądz kanonik Józef  Kmiecik często po dźwięku syren  rozpoznawał, że z obozu uciekł więzień. Ci, którzy przychodzili na plebanie dostawali cywilne ubranie, pasiak obozowy był palony i następnie wyruszali dalej. Gestapo często przeprowadzało rewizje i przesłuchiwało księdza, doskonała znajomość niemieckiego pozwoliła mu na uniknięcie aresztowania.

Przez cały okres okupacji duchowieństwo parafii miasta Oświęcim oraz sąsiednich parafii wykazywało się dużym zaangażowaniem w pomoc więźniom. Wszystkie działania odbywały się w największej konspiracji. Dostarczano więźniom żywność, naczynia liturgiczne i komunikanty, udzielano pomocy więźniom zbiegłym z obozu poprzez zaopatrywanie w cywilną odzież.

Dla lepszej organizacji tych działań założony został konspiracyjny Komitet Akcji Pomocy Więźniom Obozu Koncentracyjnego. Jego honorowym prezesem został ksiądz kanonik Jan Skarbek z Oświęcimia. Swoją działalność rozszerzał na inne parafie, zachęcając innych duchownych oraz wiernych do niesienia pomocy.

Związek Organizacji Wojskowej w KL Auschwitz

Rotmistrz Witold Pilecki, żołnierz 1920 i 1939 r., dobrowolny więzień KL Auschwitz (nr 4859) i twórca organizacji wojskowej w tym obozie, działającej konspiracyjnie pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej, zagrożony dekonspiracją, a także pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edmundem Ciesielskim (nr 12969). Zbiegowie zmierzali do Bochni, a potem do Nowego Wiśnicza, skąd po blisko czterech miesiącach udali się do Warszawy.

Podczas tej ucieczki szczęśliwie przekroczyli granicę Rzeszy i przeszli na teren Generalnego Gubernatorstwa dzięki pomocy księdza Jana Legowicza, ówczesnego gwardiana Klasztoru oo. Bernardynów w Alwerni.

To wydarzenie po latach tak wspominała Zofia Buczek, mieszkająca po wojnie w Alwernii: O uciekinierach z obozu oświęcimskiego dowiedziałam się wiosną 1943 r. od księdza Jana Legowicza, który przyszedł do naszego mieszkania w Porębie-Żegocie i opowiedział nam o ich pobycie na terenie Alwerni. Z jego słów wynikało, że kierowali oni swe kroki do kościoła w Porębie-Żegocie, gdzie proboszczem był ksiądz Karol Słowiaczek, którego brat i dwaj bratankowie byli więzieni w Oświęcimiu. Uciekinierzy liczyli, że powołując się na obozową znajomość ze Słowiaczkami uzyskają pomoc od spokrewnionego z nimi księdza. Celem ich marszu był kościół w Porębie-Żegocie, gdzie po uzyskaniu pomocy zamierzali przekroczyć granicę między Trzecią Rzeszą  a Generalnym Gubernatorstwem. Pomylili jednak wieże kościelne i dotarli do wzgórza, na którym znajdował się kościół i opuszczony przez zakonników klasztor oo. Bernardynów. Ukryli się we wgłębieniu na wzgórzu przyklasztornym, które otaczał las. Jeden  z uciekinierów poszedł na poranną mszę do kościoła. Miał poprosić księdza Słowiaczka o spowiedź i podczas niej wyjawić cel swego przybycia. Zobaczył księdza, który przyszedł do kościoła odprawić Mszę świętą. Spotkanym duchownym okazał się ksiądz Legowicz, a w trakcie rozmowy wyjaśniła się pomyłka. Był to kościół nie w Porębie-Żegocie, lecz w Alwerni.

Ksiądz Legowicz nawiązał kontakt z pozostałymi uciekinierami, dostarczając im niezbędną odzież  i żywność. Udało mu się także skontaktować z księdzem Słowiaczkiem z Poręby-Żegoty, lecz ten nie udzielił bezpośrednio pomocy, obawiając się najprawdopodobniej prowokacji ze strony – jak mógł sądzić – rzekomych zbiegów z obozu.

Cały dzień trójka uciekinierów spędziła we wgłębieniu na wzgórzu przyklasztornym. Wieczorem – na prośbę księdza Legowicza – przyszedł do nich mój mąż – wspomina dalej Zofia Buczek - który w tym czasie zakończył już pracę w lesie. Umówionym hasłem rozpoznawczym z jego strony było dwa razy zakaszleć i raz kichnąć. Mąż poprowadził ich lasami, umożliwiając przejście granicy w najbardziej bezpiecznym miejscu i doradził jak iść dalej..

Po dotarciu rtm. Witolda Pileckiego do Warszawy jesienią 1943 r., czekał go jeszcze udział w Powstaniu Warszawskim, pobyt w obozach jenieckich w Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau, a także służba po wojnie w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa. W ostatnich miesiącach 1945 r. rotmistrz Pilecki za namową oficerów Oddziału II sztabu II Korpusu podjął się utworzenia w nie suwerennym Kraju, rządzonym przez komunistów, siatki informacyjnej i przesyłania zebranych wiadomości do Włoch.

Wykonując powierzone mu zadanie, został wiosną 1947 r. aresztowany w Warszawie, a prawie rok później po długotrwałym śledztwie i procesie skazany na karę śmierci. Zbrodniczy wyrok wykonano 25 maja 1948 r. w więzieniu na Mokotowie.

Funkcję kapelana wojskowej organizacji konspiracyjnej, założonej w KL Auschwitz przez rtm. Witolda Pileckiego pod nazwą „Związek Organizacji Wojskowej” przez pewien czas pełnił ks. Zygmunt Ruszczak (nr 9842).

Członkowie tej tajnej organizacji wojskowej organizowali potajemne nabożeństwa i spowiedzi: Komunikanty – wspominał rtm. Witold Pilecki – otrzymywaliśmy od duchowieństwa z wolności przez kontakt z ludnością spoza obozu.

Organizatorem nabożeństw był głównie zakonnik Piotr Zdzisław Uliasz-Kozłowski (nr 12988), który odprawianie Mszy świętych polecał m.in. salezjaninowi ks. Zygmuntowi Kuzakowi (nr 39884).

Tego przejawu ruchu oporu w KL Auschwitz władze obozowe nigdy nie wykryły.

Powyższy tekst  opracowałem nie tylko na podstawie własnych ustaleń, lecz również przy jego pisaniu korzystałem z artykułu Teresy Wontor-Cichy, Duchowieństwo i życie religijne w KL Auschwitz, „Katecheta, miesięcznik poświęcony katechezie i wychowaniu religijnemu” 2011 nr 6.

Adam Cyra

Oświęcim, 6 marca 2019 r.

 

Brak komentarzy