Archiwum dla Marzec, 2018

Wielki Piątek w KL Auschwitz

Siedemdziesiąt sześć lat temu, w Wielki Piątek – 3 kwietnia 1942 roku – religijnej żałobie niespodziewanie towarzyszyła w obozie żałoba po rozstrzelanych w tym dniu Polakach. Jednym z nich był Marian Bieniek z Nowego Sącza, z zawodu prawnik, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Czy ktoś jeszcze żyje z Rodziny Mariana Bieńka, czy pracownicy Urzędu Skarbowego w Nowym Sączu, gdzie kiedyś pracował, pamiętają o Nim?

Czytaj więcej

Adam Cyra

Oświęcim, 30 marca 2018 r.

Brak komentarzy

Miłość w piekle

Historia opisana w niedawno wydanej książce Ireneusza Wawrzaszka  „Romeo i Julia z KL Auschwitz” wydaje się nieprawdopodobna.

Był rok 1939. On miał niecałe 16 lat i był uczniem szkoły marynarskiej w Pińsku na Polesiu. Ona przebywała w tym czasie w odległej Belgii. Rozpoczęła się wojna, która doprowadziła do ich poznania się w niesamowitej, koszmarnej scenerii KL Auschwitz. Narodziło się uczucie, które było równie wielkie i jeszcze bardziej tragiczne niż miłość legendarnych kochanków z Werony.

Bolesław Staroń urodził się 9 maja 1919 r., był więźniem KL Auschwitz (nr 127829) i Leitmeritz (nr 30512), rozmawiałem z nim ponad dziesięć lat temu, Edka Galińskiego poznał w niezwykłych okolicznościach, kiedy więziono go wraz z nim w celi aresztu obozowego w podziemiach bloku nr 11:

Bolesław Staroń wspominał ...

Bolesław Staroń wspominał ...

Moim współtowarzyszem niedoli w bunkrze bloku nr 11 latem 1944 r. był dwudziestoletni Edek Galiński (nr 531), pochodzący z Jarosławia, który w przebraniu esesmana i z bronią uciekł z obozu w Brzezince wraz z belgijską Żydówką, pochodzącą z Polski – Malą Zimetbaum. Niestety po kilku dniach zostali schwytani. Edek opowiadał mi, że stało się to już w pobliżu granicy ze Słowacją. Mala chciała w jednej z miejscowości – jeszcze po polskiej stronie – kupić coś do jedzenia, oferując jako zapłatę złoto, które wynieśli z obozu. Zwróciła tym na siebie uwagę kogoś, kto doniósł o jej pobycie Niemcom. Aresztowano ją, kiedy wracała ze sklepu do znajdującego się w pobliżu Edka. Przyrzekli sobie, że nigdy się nie rozstaną i wzajemnie nie opuszczą. Edek nie uciekał i wykonał polecenie żandarma niemieckiego: „Mützen ab!”, zdejmując czapkę i pokazując ogoloną głowę, czym zdradził, że jest więźniem, który zbiegł z obozu. Zostali przywiezieni na powrót do obozu oświęcimskiego.

Przebywając w jednej celi z Edkiem, nigdy od niego nie dowiedziałem się, że Mala też była więziona w bloku nr 11. Zastanawiało mnie jednak zachowanie Edka, który zawsze po wieczornym apelu, odbywającym się podobnie jak apel poranny w celi, stawał przy skośnym otworze okiennym i pięknie śpiewał włoską piosenkę „Serenata in Messico”. Podobno skomponował, czy też przed wojną napisał do niej słowa Claudio Villa, o czym dowiedziałem się dopiero niedawno. Do dzisiaj potrafię zanucić i zagrać jej melodię, nie pamiętając już słów, które Edek śpiewał podczas wielu więziennych nocy w Bloku Śmierci. W ciszy nocnej jego śpiew lub czasami tylko gwizd mocnym echem wracał do bunkra. Nie domyślałem się wtedy, że w ten sposób daje o sobie Mali znak życia, a także kolegom współwięźniom, których miał tak wielu w obozie. Edek był przystojny, wysoki i dobrze zbudowany. Nic więc dziwnego, że podobał się tej dziewczynie.

W celi, w podziemiach bloku nr 11, gdzie przebywałem tylko z Edkiem, umieszczono około 20 lipca 1944 r. jeszcze trzeciego więźnia. Okazał się nim Żyd słowacki o nazwisku Nikolaus Engel, który uciekł z bloku nr 11, wydostając się poza obóz, lecz wkrótce schwytano go i z powrotem osadzono w bunkrze. Był to młody i silnie zbudowany mężczyzna, oficer armii czechosłowackiej. Edek dobrze rozumiał Engla, mówiącego po słowacku lub czesku, ja trochę mniej. Mówił o nim, że przywieziono go do bloku nr 11 z jakiejś kopalni (prawdopodobnie Jawiszowice). Nie wtajemniczał mnie jednak w bliższe okoliczności aresztowania Engla.

Nikolaus Engel

Nikolaus Engel

Pewnego dnia w lecie 1944 r. usłyszeliśmy odgłosy zbijania szubienicy na placu obozowym. Nerwy mieliśmy napięte do granic wytrzymałości, lecz nie wiedzieliśmy, kto będzie skazańcem. Zdążyliśmy jednak, na wszelki wypadek, wzajemnie pożegnać się. Z naszej celi zabrano Nikolausa Engla, natomiast ja z Edkiem Galińskim nadal w niej pozostałem. Po krótkim odstępie czasu od jego wyprowadzenia obydwaj usłyszeliśmy bardzo donośny okrzyk więźniów stojących na placu apelowym w obozie macierzystym w Oświęcimiu i zmuszonych obserwować przebieg egzekucji, co było dotychczas niespotykane w obozie: „aaa…!”

Myślałem, że wśród więźniów wybuchł bunt, bo na apelu zgromadzono ich co naj-mniej kilka tysięcy i powiedziałem do Edka Galińskiego, który wraz ze mną był więziony w bunkrze bloku nr 11, że chyba bramę wyważają i uciekają z obozu, a o nas mogą zapomnieć. Nagle jednak zapanowała cisza, przerwana po niedługim czasie krokami kilku osób idących w kierunku celi, w której przebywaliśmy zupełnie zdezorientowani, co to wszystko ma znaczy.

Zaświeciło się światło i drzwi celi otwarto. Ku naszemu zdumieniu do jej wnętrza wprowadzono Engla z krwawym i sinym obrzękiem na szyi. Była to pręga – jak nam powiedział – po sznurze, na którym krótko zawisł na szubienicy, lecz ten zerwał się pod ciężarem jego ciała. Ucieszyliśmy się, że żyje i zacząłem Engla pocieszać, aby się nie martwił, bo prawo międzynarodowe w takich wypadkach skazańcowi darowuje życie. Niedługo trwała nasza radość, bo na nowo usłyszeliśmy odgłos zbliżających się kroków. Pożegnałem się z Englem i byliśmy pewni, że esesmani idą po jednego z nas. Po otwarciu drzwi ponownie został zabrany Engel, który tym razem już nie wrócił. Okazało się, że jeszcze w tym samym dniu przewieziono go do Brzezinki i tam stracono.

Dowiedzieliśmy się później, że Engla miał wieszać kalefaktor Jakub, który celowo zrobił za długą pętlę, która nie wytrzymała ciężaru skazańca. Po nieudanej egzekucji zamknięto Jakuba w celi nr 17 zarzucając mu, że on ten sznur nadciął. Jakub zdołał się jednak wybronić od tego zarzutu i wkrótce wypuszczono go z bunkra i przywrócono do poprzednich obowiązków.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy