Strach Jana Tomasza Grossa przed prawdą

Grudzień 7th, 2019

Z zainteresowaniem przeczytałem atykuł Marzeny Nykiel, zatytułowany „Kto się boi powrotu do Jedwabnego”?.  Mocne świadectwo archeologów mówi wszystko: „Od pokazania prawdy dzielił nas tylko krok”?,  który ukazał się na stronach portalu „wSieci”.

W pełni zgadzam się z Autorką tego tekstu,  że wobec książki Jana Tomasza Grossa „Sąsiedzi” należy być nastawionym krytycznie, ponieważ stwierdzenia w niej zawarte w świetle innych źródeł wydają się nie do końca prawdziwe lub nawet zupełnie fałszywe, jak np. ilość ofiar spalonych w stodole.

Czytaj więcej: Marzena Nykiel, „Kto się boi prawdy …”.

Jerzy Laudański, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Autor „Sąsiadów”, czyli Jan Tomasz Gross, za jednego z najstraszniejszych morderców Żydów w Jedwabnem w dniu 10 lipca 1941 roku uznał młodego mieszkańca tego miasteczka, dziewiętnastoletniego Jerzego Laudańskiego, skazanego po wojnie przez komunistyczny sąd na piętnaście lat więzienia.

Swoją ocenę oparł przede wszystkim na zeznaniach podejrzanych, spisywanych przez łomżyńskich funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa (UB), zanim rozpoczął się proces oskarżonych i zapadły wyroki w maju 1949 roku.

Prof. Gross czyni to jednak, nie zastanawiając się w ogóle nad prawidłowością tego procesu i sposobem uzyskiwania zeznań wymuszanych biciem i torturami.

Śledczy UB mówił np. do Jerzego Laudańskiego, tłukąc jego głową o ścianę: „Ty sk…, szkoda, że cię Niemcy w Auschwitz przez komin nie wypuścili, bo bym się teraz z tobą nie musiał tutaj męczyć”.

Jerzy Laudański, urodzony 13 kwietnia 1922 r., pochodził ze znanej polskiej rodziny w Jedwabnem. Osiemaście lat, w grudniu 2001 roku, temu nagrałem na taśmę magnetofonową i spisałem z nim obszerną relację. Był  członkiem ZWZ/AK, aresztowanym przez gestapo w Porębie nad Bugiem 28 maja 1942 roku i więzionym później na Pawiaku, w Auschwitz, Gross-Rosen i Sachsenhausen. W niemieckich obozach koncentracyjnych Jerzy Laudański przebywał prawie trzy lata, w stalinowskich więzieniach ponad osiem lat – od 1949 do 1957 roku. Zmarł 1 października 2018 roku.

Czytaj więcej: Jerzy Laudański opowiada …

Adam Cyra

Oświęcim, 7 grudnia 2019 r.

Miejsce hołdu i modlitwy w Muzeum Auschwitz

Grudzień 6th, 2019

Na dziedzińcu bloku nr 11 znajduje się rekonstrukcja Ściany Straceń, pod którą setki tysięcy odwiedzających rokrocznie tereny byłego obozu Auschwitz-Birkenau składają kwiaty, zapalają znicze i modlą się. Hołd  w tym miejscu pomordowanym oddał także Jan Paweł II w czerwcu 1979 roku,  Benedykt XVI w maju 2006 roku i Franciszek w lipcu 2016 roku.

Premier Mateusz Morawiecki i kanlerz Angela Merkel oddają hołd ofiarom obozu. Żródło: Kancelaria Premiera na Twitterze

W dniu 6 grudnia 2019 roku premier Polski Mateusz Morawiecki i kanclerz Niemiec Angela Merkel wspólnie złożyli wieńce pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, gdzie zostało rozstrzelanych kilka tysięcy więźniów, głównie Polaków.

Egzekucje pod Ścianą Śmierci trwały od listopada 1941 roku do grudnia 1943 roku.

Jednym z zamordowanych na dziedzińcu bloku nr 11 był młody polski więzień Jerzy Stoss (nr obozowy 7908), ur. 21 listopada 1909 roku w Petersburgu,  obdarzony dużym talentem poetyckim, który ułożył wiele wierszy, dedykowanych  głównie kolegom obowozym. Zachowały się dwa z nich: „Numery” i „Modlitwa” z datą   26 maja 1941 roku, które  prawie są nieznane.

Numery

„Dziś te wszystkie przydomki jednym wielkim zerem,

Gdy każdy z nich tutaj jest tylko numerem.

Boże, czy to kara, przekleństwo, czyśmy winni sami,

Pomóż nam znów być ludźmi, a nie numerami”.

Modlitwa

„Boże Miłosierny!

Przy Twojej pomocy wszelkie zniosę bóle,

Marian Jaszczuk (nr obozowy 12268), ur. 2.02.1926 r. w Częstochowie, uczeń, zginął 20.04.1942 r.

W to wierzę głęboko, ja, Schutzhafthäftling Pole”.

Jerzy Stoss zginął rozstrzelany pod Ścianą Śmierci, dokłanie data jego egzekucji nie jest znana.

„Tak bardzo tęsknił do matki – napisał w swoich wspomnieniach ks. Konrad Szweda (nr obozowy 7669) – której jednak nie zobaczył, ani jego wiersze  nie dotarły do niej.

Podobnie zginął Jaszczuk.

Szli na śmierć ze spokojem, skupieni, z szeptem modlitwy na ustach.

Żegnali się z nami, pogodnym obliczem, prosili o błogosławieństwo na ostatnią drogę”. Zobacz: Poruszające zdjęcie

Czytaj więcej: Ściana Strac- miejsce hołdu i modlitwy

Adam Cyra

Oświęcim, 6 grudnia 2019 r.

„Tajemnica Auschwitz. Prawdziwa historia” – fakty i mity

Grudzień 2nd, 2019

„Tajemnica z Auschwitz” to oparta rzekomo tylko na faktach i świadectwach bohaterów powieść, która ostatnio jest bardzo reklamowana w mediach. Nie jest to jednak reportaż, chociaż sporo w niej dokumentów i materiałów, z których korzystała Autorka.

W książce o tym tajemniczym tytule, zachęcającym czytelnika do jej przeczytania, jest opisana w formie zbeletryzowanej historia Stefanii Budniak, która powstała w oparciu o przekaz Ewy, jej córki.

Jej zdaniem matka Stefania Budniak trafiła do obozu przez działania swojego męża Floriana Budniaka, który ponad rodzinę stawiał walkę o ojczyznę.

Na temat tej książki, krytycznie wypowiedział sią Cezary Lis w recenzji udostępnionej mi do publikacji, którą poniżej przytaczam:

„Książka Niny Majewskiej-Brown „Tajemnica z Auschwitz – prawdziwa historia” opowiada historię obozowych przeżyć Stefanii Budniak, żony słynnego dowódcy oddziału partyzanckiego ziemi radomszczańskiej Floriana Budniaka ps. „Andrzej”. Trafiła do KL Auschwitz w wyniku aresztowania w leśniczówce w Kobielach Wielkich, położonych czternaście kilometrów od Radomska, jako zakładniczka, gdyż gestapowcom nie udało się ująć poszukiwanego „Andrzeja”, ukrytego w tym czasie w domowej skrytce.

Inspiracją Autorki do napisania książki stały się opowiadania na temat tamtych wydarzeń córki Budniaków, Ewy, która przekazała Autorce również zasłyszane od matki opowieści. Ewa Budniak nie ukrywa swojej niechęci, a nawet obsesyjnej nienawiści do ojca, obwiniając go o całe zło, które spotkało żonę i córki w wyniku tragicznego wydarzenia z 28 października 1943 r. W chwili aresztowania matki Ewa miała niespełna trzy lata. Nie może raczej pamiętać szczegółów tych wydarzeń. Przeżyła niewątpliwie traumę spowodowaną brakiem obecności rodziców we wczesnym okresie jej dzieciństwa. Pretensje do ojca rozciąga również na okres powojenny, a nawet na okres po jego śmierci: Ewa na grobie rodziców, znicz i kwiaty zawsze kładzie po stronie mamusi. Nigdy nie wybaczyła ojcu tego, co zrobił jej mamie (s. 356).

Jak pisze Autorka książka powstała dlatego, że jej przyjaciółka, Ewa: Marzy o tym, by o jej mamie i świństwie, które zrobił jej mąż, usłyszeli inni (s. 358).

Na czym polegało to „świństwo” Floriana Budniaka? W wywiadzie zamieszczonym na youtube Ewa odpowiada: Był zaciekłym patriotą, nie miał odwagi wyjść ze skrytki. Można przewidzieć co słałoby się gdyby wyszedł. Zostałby zakatowany na miejscu, albo po okrutnym śledztwie, a współpracująca z nim żona i tak trafiłaby do obozu. Taka bowiem była ta wojna, tak nieludzkie było postępowanie Niemców. To ojciec zadbał, aby córki po aresztowaniu matki znalazły bezpieczne schronienie w domu jego rodziców.

Przypadek rodziny Budniaków nie był odosobniony. Nieomal wszyscy leśnicy i gajowi na tym terenie zaangażowani byli w działalność konspiracyjną. Dzięki ich pomocy mogła przez całe miesiące i lata utrzymywać się działalność partyzancka. W konspiracji zaangażowane były także setki mieszkańców wiosek i miasteczek. Wszyscy oni mieli żony, córki, lub matki i siostry. Mieli więc nie angażować się tylko pilnować swych rodzin? Tak uważa pani Ewa B., a za nią Autorka książki.

W okolicach, gdzie działał Florian Budniak już wcześniej, bo w 1942 roku wydarzyła się podobna sytuacja, gdy gestapo aresztowało jako zakładniczkę żonę poszukiwanego dowódcy partyzanckiego Mieczysława Tarchalskiego „Marcina”. Jadwiga Tarchalska ps. „Dama” również została umieszczona w więzieniu w Częstochowie, a ich jedenastoletnią córkę, Marysię ukrywano przed Niemcami w różnych miejscach między innymi u państwa Tymowskich, właścicieli majątku ziemskiego w Ulesiu.

W nieodległej od Kobiel Wielkich leśniczówce koło Strzałkowa, 15 czerwca 1944 roku Gestapowcy próbowali aresztować Romana Plewińskiego za przynależność do AK. Udało mu się uciec, a zamordowani zostali żona i dwójka dzieci. Czy Tarchalski i Plewiński też byli „tchórzami”? W powszechnej opinii uchodzą oni wszyscy za bohaterów II wojny światowej na tym terenie. Pamięć o nich przechowuje się z czcią i szacunkiem.

Cała treść książki jest opisem „romantycznego związku”, jaki połączył więźniarkę z Auschwitz, Stefanię Budniak z esesmanem Jürgenem.

Mój Boże, jaki cudowny ten Jürgen – napisał jeden z internautów MM – co spotkało się z hejtem wobec niego. Pana nie stać by było na podanie ręki drugiemu człowiekowi, a wnoszę to z pańskiej kpiny i szydery. Obrzydliwej – odpowiedziała mu pani Ewa S. Na swojej stronie na facebooku w prezentacji pisze: Jeżeli znajdziesz się w sytuacji, w której nie wiesz jak się zachować – zachowaj się przyzwoicie (…).

Pani Nina pisze w swej książce, że Jürgen był jednym z trybików i wbrew swojej woli znalazł się w SS i w Auschwitz. Był czuły, troskliwy, bezinteresowny, uczuciowy i platonicznie zakochany  z wzajemnością. Tak przesłodzone, że nie łatwo się to czyta… Do SS nie wcielano z łapanki i  z przymusu. Należeli tam najbardziej fanatyczni wyznawcy nazizmu, uważający Polaków i Żydów za podludzi. Robienie więc bohatera z takiego człowieka jest co najmniej niegodziwe.

W wywiadzie zamieszczonym na youtube Autorka książki mówi, że rozpracowanie konspiracyjnej działalności Floriana nie zajęło gestapowcom dużo czasu i na początku wojny zjawili się aresztując jego żonę. Tymczasem Florian, który faktycznie od początku wojny uczestniczył w konspiracji, został wydany przez konfidenta i Gestapo zjawiło się w leśniczówce w Kobielach 28 października 1943 roku to jest ponad cztery lata od wybuchu wojny. Dalej Autorka podaje, że Stefania spędziła w Auschwitz niemal całą wojnę. Z dokumentów wynika, że przebywała tam od grudnia 1943 roku do sierpnia 1944 roku czyli osiem miesięcy.

Florian Budniak nie wierzył w możliwość wybuchu wojny, z uwagi na gwarancje Państw Zachodnich, stąd w lipcu 1939 roku udał się z całą rodziną do Borów Tucholskich – tak piszą biografowie  w oparciu o jego własne wspomnienia.

Autorka relacjonując rzekome przemyślenia jego żony pisze jakoby cieszył się tą wojną: 26 sierpnia 1939 roku dotarło wezwanie do 8 pułku artylerii ciężkiej w Toruniu. Byłam przerażona, natomiast z Floriana dosłownie wyskoczył patriota, który natychmiast przedłożył zew ojczyzny nad nasze bezpieczeństwo. Pożegnał się z nami krótko, zabrał kilka niezbędnych rzeczy i na swoim ukochanym motocyklu, który darzył bodaj większą miłością niż mnie, udał się na miejsce mobilizacji. Cieszył się, że nareszcie będzie mógł w praktyce zastosować i zaprezentować swoje umiejętności związane z łącznością radiową. (…) Nie nacieszył się jednak walką zbyt długo. 19. września podczas przekraczania Bzury dostał się do niemieckiej niewoli (…) mój Florian miał więcej szczęścia niż rozumu, bo objęło go rozporządzenie władz niemieckich o zwolnieniu do domów wszystkich urodzonych na terenie dawnego zaboru pruskiego (s. 32-34).

Nie jest uczciwe pisanie i wypowiadanie się jakgdyby w imieniu – nie żyjącej już przecież – Stefanii. Czy naprawdę tak źle myślała o mężu i tak czule o Jürgenie? Dziś czytelnik nie ma już możliwości skonfrontowania tych przemyśleń i osądów. Zdrowa logika każe jednak powątpiewać.

Nieprawdą jest, co podaje Autorka, że był dowódcą oddziału partyzanckiego już od połowy 1943 roku i z tego powodu prawie nigdy nie było go w domu. Do lasu poszedł po aresztowaniu żony i w listopadzie 1943 roku objął dowództwo oddziału w miejsce Stanisława Sojczyńskiego ps. „Zbigniew”. Wcześniej zatrudniony był oficjalnie jako leśniczy i mieszkał w domu.

Tyle razy prosiłam, żebyś nie robił z naszego domu ochronki! Stoję wściekła (…) pochylając się nad siedzącym Florianem – tak zareagowała żona na wieść, że Florian próbował ukryć ukraińskiego żołnierza. Myślisz, że nie wiedzą, że z tą swoją bandą łazisz po lasach – nie z bandą tylko oddziałem, trochę szacunku (…) – do diabła z szacunkiem, zastanów się wreszcie co robisz! Może w ogóle powinieneś siedzieć w lesie i się tu nie pokazywać, może tak byłoby bezpieczniej. (…) Naszym obowiązkiem jest walczyć za ojczyznę – odpowiedział Florian. (…) „Boże, jaki on jest głupi!” (s. 51).

Podczas gdy dla nas staje się z dnia na dzień coraz bardziej obcy, w oczach swoich partyzantów awansuje na jeszcze większego bohatera, przywódcę, wizjonera. Ostatnio wymyślili nawet piosenkę, która ma rozsławić jego czyny. Zupełnie jakby był jakimś cholernym rycerzem z legendy! Boże, jaka jestem na niego zła. (s. 53).

Myślałam, że mój mąż nie może być już głupszy i bardziej zawzięty, tymczasem się myliłam (s. 80) – tak reaguje żona na wiadomość od męża, że partyzanci zabili dwóch Niemców.

Stefania miała ogromną szansę na wyjście z więzienia w Częstochowie. Jej teść Franciszek z narażeniem życia uruchomił wszystkie znajomości i kontakty. Doprowadził do zawarcia tajnej umowy z Gestapo, na której mocy, oczywiście za odpowiednią łapówką, jego synowa miała zostać wypuszczona. 20 grudnia miała przejść do przekazania reszty pieniędzy i uwolnienia Stefy. Tak się jednak nie stało. Florian doskonale zdawał sobie sprawę z wysiłków czynionych przez ojca, mimo to, nie zważając na nic, kolejny raz przedłożył „dobro” ojczyzny nad rodzinę. Jako dowódca oddziału partyzanckiego zorganizował zasadzkę na wysokiego rangą funkcjonariusza Gestapo, który wizytował w tym czasie stacjonujące w okolicy oddziały niemieckie. Nieświadomy niczego Niemiec bez większej eskorty jechał bryczką przez zimowy, skąpany w słońcu las, gdy nagle padły śmiertelne strzały. Wraz z nim zginęło dwóch żołnierzy.

Zdarzenie to wywołało szok w armii niemieckiej, która na tych terenach czuła się dość pewnie. Dlatego bezwzględne represje i poszukiwania winnych zostały zakrojone na szeroką skalę i skończyły się tym, że podejrzenia padły na oddział Floriana. Wściekli Niemcy unieważnili „umowę” z Franciszkiem, a Stefanię wysłano pierwszym transportem do Auschwitz. Florian kolejny raz przełamał jej życie na pół (s. 124).

Nie było żadnego zamachu na wysokiego rangą funkcjonariusza gestapo wizytującego w okolicy oddziały niemieckie. Miał miejsce natomiast przygotowany dużo wcześniej zamach na bezwzględnego i okrutnego sadystę – komendanta posterunku żandarmerii w Gidlach – Georga Schwarzmayera. Udaną akcję likwidacyjną przeprowadził 15 grudnia 1943 roku oddział AK pod dowództwem „Alma” (J. Kasza-Kowalski), a Florian nie brał udziału w tej akcji. Decyzja o przesłaniu Stefanii z więzienia w Częstochowie do KL Auschwitz musiała zapaść już wcześniej.

Kolejne żale i pretensje jakie już po wojnie pod adresem Floriana kieruje Ewa (i ponoć jej mama) dotyczą tego, że ojciec otrzymawszy w październiku 1948 roku posadę w Ministerstwie Leśnictwa w Warszawie przeniósł się tam z całą rodziną.

Nie zważając na protesty żony przeprowadził całą rodzinę do Stolicy, zabierając Ewę z Wysokiej. Ich życie radykalnie się zmieniło. Zamieszkały w dużym mieszkaniu w luksusowej dzielnicy przy ulicy Filtrowej (…). Dziewczynki zaczęły edukację w dobrych szkołach. Jednak żadna nie była szczęśliwa. Przyzwyczajone od wiejskiego życia, dusiły się w wielkim mieście. Florian rzadko bywał w domu, całe dnie spędzając w Ministerstwie. Stefania czuła się odarta ze wszystkiego, samotna i pozostawiona sobie. Grudzień 1949 roku przyniósł kolejny dramatyczny przełom w życiu rodziny (s. 347).

Florian pod fałszywymi zarzutami został aresztowany i skazany na dożywocie, zamienione potem na 15 lat więzienia. Stefania została wyrzucona ze służbowego mieszkania, z którego mogła zabrać tylko rzeczy osobiste. Na mocy amnestii 22 sierpnia 1956 roku odzyskał wolność.

I kolejny raz, nie licząc się z tym, że dzieci mają w Warszawie przyjaciół, Stefania pracę i przyjaciółki (…) bezwzględnie, egoistycznie postanowił przenieść całą rodzinę do Poznania. Podjął pracę  w Instytucie Technologii Drewna gdzie pracował przez 28 lat, pod koniec kariery naukowej uzyskując tytuł profesora nadzwyczajnego (s. 351).

W zamieszczonych na końcu książki podziękowaniach Autorka pisze, że obawiała się, czy nie zrani swojej przyjaciółki Ewy. Nie przejmowała się, że zrani pamięć Floriana Budniaka, partyzantów, jego przyjaciół i wszystkich, którzy go znali lub choćby o nim słyszeli. Wbrew intencjom córki Ewy obie  zraniły też pamięć o matce, która była ofiarą nieludzkiego systemu hitlerowskiego, a nie ofiarą „egoistycznego” męża, który z „bandą” partyzantów prowadził swą „męską wojnę”.

Cezary Lis

Ahaus, 25 listopada 2019 r.

Po przeczytaniu powyższej recenzji, podobnie jak jej Autor, mam pewne zastrzeżenia co do prawdziwości zdarzeń przedstawionych w książce Niny Majewskiej-Brown „Tajemnica z Auschwitz – prawdziwa historia”. Jej główni bohaterowie są postaciami autentycznymi, z wyjątkiem esesmana o imieniu Jürgen, sympatyzującego ze Stefanią Budniak, co do którego istnienia jako prawdziwej postaci, zachowującego się bez zarzutu w stosunku do więźniarek mam wątpliwości.

Wyzwolone więźniarki z podobozu Zwodau z żołnierzami amerykańskimi 7 maja 1945 r. (Theresienstadt Memorial)

Bohaterkę tej książki w połowie sierpnia 1944 roku przeniesiono z KL Auschwitz do obozu Ravensbrück, a potem do Helmbrechts, który był jednym z podobozów KL Flossenbürg.

W kwietniu 1945 roku była ewakuowano z kolei do podobozu Zwodau (Svatava) na terenie Czech, gdzie 7 maja 1945 roku została wyzwolona przez żołnierzy amerykańskich.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się powojenne losy Stefanii Budniak, gdyby nie śmierć „jej esesmana” Jürgena, który został stracony przez żołnierzy 1. Dywizji Piechoty (USA) w dniu wyzwolenia podobozu Zwodau. Szkoda, że Nina Majewska-Brown nie podaje, czy też nie zdołała ustalić nazwiska Jürgena, co uprawdopodobniło dopiero opowieśc o dobrym Niemcu w mundurze SS, opiekującym się polską więźniarką, bo miała mu przypominać jego zmarłą żonę.

Opowieść córki Ewy Budniak o swojej matce i dobrym esesmanie nie wystarczy, aby uznać ją za  prawdziwą. Moim zdaniem należy dotrzeć do archiwów niemieckich i ustalić bliższe dane o Jürgenie.

Wtedy dopiero ta romantyczna historia obozowej przyjaźni między Niemcem i Polką, a może nawet miłości, stanie się w pełni wiarygodną.

Nie do końca to taka „true story”, podobnie jak książka Heather Morris „Tatuażysta z Auschwitz”która zawiera wiele niezgodnych z prawdą opisów.

Zobacz: „Tatuażysta z Auschwitz” - sprawdzamy fakty

Wspomnę jeszcze o książce Dominika Rettingera „Komando Puff”, nawiązującej do historii burdelu obozowego w KL Auschwitz w bloku nr 24.

Dla mnie ta powieść to szukanie sensacji w miejscu ogromnej ludzkiej tragedii i trudnego do wyobrażenia ludobójstwa.

O „Puffie” pisałem już na moim blogu, przedstawiając krótko historię jego powstania, o czym jeszcze raz poniżej przypomnę.

Założenie domu publicznego w KL Auschwitz wymyślił lekarz garnizonowy SS, Siegfried Schwela, który zebrał obozowych lekarzy – więźniów Polaków i oznajmił im, że taki zakład wpłynie na lepsze samopoczucie więźniów i ich lepszą wydajność w pracy.

W ten sposób koło bramy KL Auschwitz z napisem „Arbeit macht frei”,  w bloku  nr 24, na pierwszym piętrze, powstał obozowy burdel, zwany „Puffem” z  20-stoma „pracownicami”, którego działalność uruchomiono w 1943 r. Były to przeważnie zawodowe prostytutki niemieckie, polskie, ukraińskie i rosyjskie, chociaż zdarzały się też więźniarki „niewykwalifikowane”, chcące w ten sposób poprawić sobie warunki bytowe w obozie.

Ponieważ nowa instytucja miała służyć głównie klienteli niemieckiej i polskiej, gros pensjonariuszek stanowiły Niemki, na drugim miejscu były Polki, przeważnie „urzędujące” przed wojną na rogu Chmielnej i Marszałkowskiej w Warszawie. Wśród nich znalazły się dwie Ukrainki i jedna Rosjanka. Żydzi i Rosjanie wstęp do „Puffu” mieli zakazany.

„Urzędniczki” mieszkały w bloku nr 24, w jednej wspólnej sali, urządzonej z wyjątkowym  komfortem. Żywność otrzymywały z kuchni esesmańskiej. Ubranie – a zwłaszcza czystą jedwabną bieliznę – z „Kanady” z nagrabionych dóbr pożydowskich, których właściciele przeważnie zginęli w obozowych komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau. Używały najlepszych perfum i w ogóle paryskich kosmetyków, również z „Kanady”.

Godziny „pracy” trwały od 18.00 do 21.00. Liczba „interesantów” co najmniej 4-5 dziennie, pięciodniowy tydzień pracy, wizyta trwała 20 minut. Każda „pracownica” miała swój luksusowo urządzany „gabinet”. Na rozkaz Rudolfa Hőssa, komendanta obozu i lekarza garnizonowego SS, Siegfrieda Schweli, znani artyści – malarze więźniowie ozdobili poszczególne „gabinety” pięknymi malowidłami nastrojowymi o odpowiedniej tematyce. Tapczany były przykryte dywanami i poduszkami. Drzwi do „gabinetu” były otwierane tylko od zewnątrz i zaopatrzone w okienka z klapą od zewnątrz tzw. „judasze”. Do „gabinetów” wolno było wchodzić tylko w godzinach „urzędowania”. Warunkiem dostania się do „Puffu” było uzyskanie biletu wstępu, tj. bonu, wydawanego przez komendanturę.

„Zakład” cieszył się troskliwą opieką władz. W czasie „urzędowania” najwyżsi dostojnicy esesmani gromadzili się w korytarzu i z niezwykłym zainteresowaniem i zadowoleniem obserwowali przez „judasze” co działo się w pokojach.

Ruch w „zakładzie” podczas „urzędowania” regulowany był dzwonkiem. Na klientelę „zakładu” składali się przede wszystkim Niemcy, blokowi, kapowie i w ogóle śmietanka obozowa, tzw. prominenci zajmujący „stanowiska”, jednym słowem „arystokracja” KL Auschwitz.

Pomysłodawca obozowego „Puffu”, lekarz niemiecki, SS-Sturmbannführer Siegfried Schwela, odpowiedzialny także za liczne mordy dokonane na więźniach KL Auschwitz, zarażony prawdopodobnie przez działaczy obozowego ruchu oporu tyfusem, zmarł w Oświęcimiu 10 maja 1942 r.

Dominik Rettinger nadal szuka sensacji w tragicznej historii KL, publikując kolejną powieść związaną z „Puffem”, zatytułowaną „Sekret Elizy. Płatna miłość”.

Przedstawia w niej rzekomo prawdzie, dramatyczne losy młodej kobiety, która ratując się z koszmaru obozu Auschwitz-Birkenau, decyduje się pracować jako prostytutka w kommandzie Puff. Jej walka o przetrwanie i chora niebezpieczna najpewniej zmyślona przez Autora miłość oficera SS do niej, podobno nigdy wcześniej nie została opisana w literaturze.

Na czytanie tej książki szkoda mi było już czasu, jak również na sprawdzanie autentyczności wątpliwych dla mnie faktów.

Adam Cyra

Oświęcim, 2 grudnia 2019 r.

Sprawiedliwy spod Auschwitz

Listopad 28th, 2019

"Lagerhaus" - dawny magazyn żywnościowy załogi SS w KL Auschwitz

Obecnie ma być utworzone nowe muzeum w Oświęcimiu, które będzie mieścić się w budynku dawnego magazynu SS „Lagerhaus”. Powstanie tam ekspozycja. Będzie ona poświęcona mieszkańcom Ziemi Oświęcimskiej, którzy podczas okupacji niemieckiej pomagali więźniom KL Auschwitz. Jednym z nich był ppor. rez. Alojzy Banaś, o którym pamięć w tym muzeum powinna być szczególnie zachowana.

Postać komendanta obwodu oświęcimskiego Armii Krajowej, ppor. rez. Alojzego Banasia ps. „Zorza”, „Olcha” jest bowiem niezwykła.  Zginął rozstrzelany w KL Auschwitz za udział w konspiracji i niesienie pomocy więźniom niemieckiego obozu zagłady w pierwszych latach jego istnienia, kiedy terror w nim był największy i trudny dzisiaj nawet do wyobrażenia.

Jego żona Kazimiera Banaś (z d. Kubisty), nauczycielka, po wojnie mieszkająca w Bytomiu, do końca życia pamiętała tamte tragiczne chwile okupacyjne chwile, gdy Niemcy zabili jej męża i siostrę Bronisławę.

Alojzy Banaś wyrokiem niemieckiego „sądu doraźnego” w Katowicach za postawę patriotyczną został skazany na karę śmierci przez rozstrzelanie. Egzekucja odbyła się 25 stycznia 1943 r. pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, chociaż w niektórych publikacjach historycznych mylnie się podaje, że odbyła się ona w kostnicy, służącej również jako komora gazowa w krematorium nr 1 na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu

Banaś był jedną z ponad 20 osób działających w strukturach konspiracyjnych ZWZ/AK w Oświęcimiu i okolicy, które zostały aresztowane przez Niemców jesienią 1942 r.

Do masowych aresztowań doszło w wyniku działań agenta gestapo Stanisława Dembowicza i rzekomego uciekiniera z obozu Auschwitz, Mieczysława Mólki-Chojnowskiego, którzy przeniknęli w struktury akowskiej konspiracji. Ujęcia przez gestapo uniknęli tylko nieliczni.

Zdrajcy – Stanisław Dembowicz i Mieczysław Mólka-Chojnowski, zostali skazani na śmierć przez Wojskowy Sąd Specjalny AK. Dembowicz został zastrzelony na ulicy w Sosnowcu, natomiast rzekomego uciekiniera z obozu oświęcimskiego, za jakiego uchodził Mólka-Chojnowski, wytropiono w Wiśle, gdzie wypoczywał w pensjonacie zamieszkałym przez Niemców. Pracownica tego ośrodka, będąca członkiem AK, wpuściła potajemnie do jego wnętrza polskich żołnierzy podziemia, którzy wykonali wyrok.

Z oświęcimskiego aresztu gestapo, które znajdowało się w budynku obecnej plebanii parafii Wniebowstąpienia Najświętszej Maryi Panny, Alojzy Banaś został przewieziony do więzienia śledczego w Mysłowicach, gdzie przebywał przez trzy miesiące.

- W dniu 4 lutego 1943 r. otrzymałam wezwanie na gestapo, abym zgłosiła się z pięcioma świadkami – relacjonowała Kazimiera Banaś.  Byli ze mną: mój ojciec, ciocia i pani Dylikowa. Ojciec dostał takie wezwanie w sprawie córki Bronisławy Kubisty. W gestapo odczytano wyrok: za organizację wojskową i przygotowywanie powstania przeciw Niemcom zostali skazani na karę śmierci przez rozstrzelanie.

W momencie aresztowania Alojzy Banaś w stopniu  był komendantem obwodu oświęcimskiego Związku Walki Zbrojnej przekształconego potem  w Armię Krajową.

W działalność konspiracyjną był zaangażowany od wiosny 1940 r., a więc jeszcze przed powstaniem KL Auschwitz, do którego pierwszy transport więźniów Polaków przybył z Tarnowa 14 czerwca 1940 r.

Alojzy Banaś, komendant obwodu oświęcimskiego ZWZ-AK

Alojzy Banaś, rodem z Nakła Śląskiego był prezesem Związku Oficerów Rezerwy w Tarnowskich Górach i jednocześnie dyrektorem biur magistratu w tymże mieście. Miał przydział mobilizacyjny do 74. pułku górnośląskiego, który w składzie 7. Dywizji Piechoty stacjonował w Lublińcu.

Po zakończeniu kampanii wrześniowej w 1939 r. już nie powrócił na Śląsk, lecz zamieszkał w Oświęcimiu u rodziny żony, gdzie też uzyskał pracę jako urzędnik w magistracie.

Tragiczne wydarzenia rozegrały się jesienią 1942 r. Aresztowano wówczas kilkadziesiąt osób, będących żołnierzami obwodu oświęcimskiego Armii Krajowej wraz z komendantem Alojzym Banasiem. Umieszczono ich we wspomnianym już więzieniu śledczym w Mysłowicach.

Prawie siedemdziesiąt siedem lat temu gehenna oświęcimskich konspiratorów dobiegła końca.

„W dniu 25 stycznia 1943 r. – wspominała Kazimiera Banaś – przewieziono do Oświęcimia moją siostrę (Bronisława Kubisty), męża (Alojzy Banaś), Maksymiliana Niezgodę, Jadwigę Dylik, Mieczysława Jonkisza, Floriana Adamskiego. (…) Aresztowanych przywieziono pociągiem, skrępowanych sznurami. Doniósł mi o tym Dąbrowski, zamieszkały obok dworca i pracujący na kolei, gdyż rozpoznał siostrę Niusię (Bronisława Kubisty). Przywieziono ich około godziny dziewiątej rano i zaprowadzono do obozu. Cały dzień stali na dworze na mrozie. O godzinie szóstej wieczorem rozstrzelano ich na dziedzińcu bloku nr 11. Tę egzekucję widział więzień Apolinary Głąb. W tym czasie robił coś w bloku nr 10 i inniwięźniowie, którzy z nim byli, poznali moją siostrę i powiedzieli mu, że to oświęcimianka”.

Alojzy Banaś, kiedy zginął miał trzydzieści sześć lat.

Nigdy pośmiertnie nie został  uhonorowany jakimkolwiek odznaczeniem ani nie był awansowany na wyższy stopień wojskowy.

Upamiętnia go tablica pamiątkowa na cmentarzu parafilnym w Oświęcimiu (symboliczny grób).

Czytaj także: Jestem dumny ze swojego ojca

Zostali rozstrzelani w Auschwitz za walkę z okupantem i niesienie pomocy więźniom

Adam Cyra

Oświęcim, 28 listopada 2019 r.

Jeszcze o egzekucji 11 października 1943 r,

Listopad 22nd, 2019

Niedawno minęła 76. rocznica egzekucji dokonanej w KL Auschwitz na kilkudziesięciu polskich przedwojennych działaczach politycznych i  oficerach Wojska Polskiego, członkach wojskowej konspiracji obozowej, którzy w ręce gestapo obozowego zostali wydani w wyniku donosów trzech konfidentów obozowych (w tym jednego Niemca i dwóch Polaków).

Jerzy Krzyżanowski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Byli nimi: Ernst Malorny (nr 60368), Stefań Ołpiński (nr 6214) i Jerzy Krzyżanowski (nr 5715), notowany w obozie także jako Jelec, podoficer lotnictwa, pochodzący z Ostroga na Wołyniu. Z czasów służby wojskowej znał pilota ppłk. Juliusza Gilewicza (nr 31033), który w wyniku jego donosów,  stojąc na czele konspiracji wojskowej w obozie, zginął wraz ze swoim bratem Kazimierzem (nr 71886).

Stefana Ołpińskiego zlikwidował w KL Auschwitz obozowy ruch oporu. Losy Ernsta Malornego i Jerzego Krzyżanowskiego są nieznane, nie wiadomo nawet, czy przeżyli wojnę.

W dniu 11 października 1943 r. pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 esesmani rozstrzelali 54 więźniów, w tym wsmomnianych członków konspiracji wojskowej, działających w założonym przez rtm. Witolda Pileckiego w obozie Związku Organizacji Wojskowej.

Podczas trwania tej egzekucji, Henryk Kalinowski (nr 6395), stojąc już rozebrany w umywalni na parterze w bloku nr 11, niespodziewanie zaczął stawiać opór Jakubowi Kozalczykowi (nr 93830), który jako więzień funkcyjny, brutalnie przełamując ten opór, pośpiesznie wyprowadził go na rozstrzelanie.

W swoich wspomnieniach Józef Otowski (nr 10070), który w tym czasie był również więziony w bloku nr 11 i cudem uniknął śmierci, o tym dramatycznym zdarzeniu  napisał: Jakub przywitał nas wymysłami i przekleństwami. Wy cholery krzyczł, żeby nie ja to wszystkich by was wystrzelali jak psów. Patrzcie i pokazał pięść jak bochenek, gdzie były odciśnięte jakieś krwawe ślady, głęboko wgniecione. Ten wasz zasrany kolega Kalinowski, gdy się znalazł w umywalni zaczął krzyczeć i płakać, że jest niewinny, że powie kto jeszcze należał do organizacji, aby tylko go nie rozstrzelali. Wtedy trzasnąłem go w zęby i zawlokłem pod Ścianę. Szczęście, że nie było żadnego esemana w umywalni rozumiejącego po polsku. Odetchnęliśmy.

Henryk Kalinowski, zdjęcie wykonane przez obozowego gestapo

Można sądzić, że gdyby nie pozornie okrutna postawa Jakuba Kozalczyka, obozowe gestapo zebrałoby dalsze krwawe żniwo, rozstrzeliwując kolejnych więźniów, których nazwiska chciał podać Kalinowski, psychicznie w obliczu śmierci załamany i za wszelką cenę chcący ratować swoje życie.

Nie wiele o nim wiemy, bowiem w dokumentacji obozowej odnotowano tylko, że był ślusarzem, chociaż były więzień Michał Popczyk (nr 146102) w swojej relacji wymienia inny jego zawód: W czasie, kiedy przebywałem w celi nr 17 i 18 przyprowadzono do cel bloku nr 11 kilkunastu więźniów oficerów i adwokatów zatrudnionych w kuchni obozowej i wspóldziałających z tajną organizacją Rucu Oporu. Kilku z nich m.in. adwokata z Krakowa i jednego fryzjera z Jaworzna osadzono w celi, w której ja przebywałem. Któregoś dnia obydwaj zostali wyprowadzeni na rozstrzelanie. Fryzjera wycofano po jakimś czasie z powrotem do celi, opowiadał wówczas, że kiedy adwokat próbował stawiać opór Jakubowi, ten wybił mu zęby i zaprowadził pod Ścianę. Po kilku dniach fryzjer również został rozstrzelany”.

Józef Otowski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Józef Otowski dalej na temat Jakuba Kozalczyka w swoich wspomnieniach pisze: Ten okrutny więzień, pozornie wydawałoby się bez serca, nieczuły na śmierć czy krzywdy ludzkie, wyprowadzający skazańców Żydów czy Polaków na śmierć, asystując czy pomagając w okrucieństwach czy torturach karnej kompanii, potem w bunkrze, wykazał ludzki odruch. Jeśli zapisuje się gdzieś dobre uczynki, to jeden zapisany został na dobro Jakuba”.

Niełatwo jest pisać o dramatycznych wydarzeniach w KL Auschwitz, do której należy m.in. przdstawiona powyżej sprawa Kalinowskiego, i jeszcze trudniejsza jest ocena faktów i zachowań ludzkich z epoki nazistowskich pieców krematoryjnych – dlatego też opisanych  zdarzeń nie komentuję, pozostawiając ich ocenę Czytelnikom mojego bloga.

Adam Cyra

Oświęcim, 22 listopada 2019 r.

Zginęli podczas pierwszej egzekucji w KL Auschwitz 22 listopada 1940 roku

Listopad 18th, 2019

Przy wejściu do kościoła pw. Miłosierdzia Bożego w Oświęcimiu na Zasolu umieszczona jest tablica, na której wymienione są nazwiska czterdziestu Polaków rozstrzelanych w pobliżu siedemdziesiąt dziewięć lat temu, 22 listopada 1940 r.

Jednym z nich był Michał Dzida z Pszczyny.

Relacja jego córki Łucji Dzidy, która złożona została w 1981 roku,  przechowywana jest w Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Warto przytoczyć z niej obszerny fragment: Urodziłam się i wychowałam w Pszczynie, województwo katowickie. Przed wojną (…) ojciec nasz Michał Dzida, utrzymując liczną rodzinę zajmował się handlem, dostarczając m.in. raki do pałacu pszczyńskiego. Jakoś wiązał koniec z końcem i zachowałam o nim jak nalepsze wspomnienia. Ojciec nasz nigdy nie był karany przez polskie władze. Rodzina nasza składała się z następujących osób: ojciec Michał, ur. 2.08.1884 r. w Pszczynie; matka Maria (z d. Duda), ur. 3.08.1893 r.; bracia Wilhelm, Antoni, Teofil oraz siostra Dorota. W 1939 r. bezpośrednio po wkroczeniu Niemców do Pszczyny zaczęły się nieszczęścia naszej rodziny. Chodziło m.in. o uczęszczanie do szkoły. Mój ojciec Michał nie krył się z tym, że jest Polakiem i pragnie, aby jego dzieci uczęszczały do polskiej szkoły. Pewnego dnia, będąc pod wpływem alkoholu, wygrażał na ulicy pod adresem hitlerowców. Ktoś usłużny posłyszał to i doniósł na gestapo. W zwiążku z tym nastąpiło aresztowanie naszego ojca. Niestety, nie pamiętam dokładnie daty aresztowania, nastąpiło to w każdym razie jeszcze w 1939 r., niedługo po wkroczeniu Niemców na teren Śląska.

W czasie opisanego zajścia Michał Dzida podobno śpiewał także polski hymn „Jeszcze Polska nie zginęła”, o czym opowiadała mi osobiście jego córka Łucja Dzida na początku lat dwutysięcznych.

Były więzień Stefan Kępa (nr obozowy 799) w swojej relacji podaje, że 22 listopada 1940 r., kiedy zakończyła się egzekucja, podczas przerwy obiadowej w obozie polecono więźniom z komanda rollwagen, czyli grupy ciągnącej zamiast koni wóz przewożący różne rzeczy po obozie, aby udali się na teren wykopów pod fundamenty przyszłej rzeźni obozowej: W jednym z dołów ujrzeliśmy zwłoki rozstrzelanych mężczyzn. Jak się później zorientowaliśmy były to zwłoki czterdziestu Polaków ze Śląska rozstrzelanych w ramach akcji represyjnych. Polecono nam załadować zwłoki na rollwagę i przewieźć je do poblikiego krematorium, które w tym czasie ogrodzone było płotem z płyt betonowych. Przypadło mi w udziale dźwigać zwłoki mężczyzny w wadze około 100 kilogramów. Niosąc je w kierunku rollwagi czułem jak martwa ręka uderza mnie w tył głowy. Przed krematorium nastąpił wyładunek zwłok. Początkowo jedne zwłoki niosło dwóch więźniów trzymająć je za nogi i ręce. Był to nazywany przez nas „ludzki wyładunek”. Sposób ten nie spodobał się jednak Rapportführerowi Gerhardowi Palitzschowi. Na jego rozkaz musieliśmy ciągnąć zwłoki za nogi, Sam zresztą pierwszy zademonstrował sposób, w jaki mamy pracować. Po opróżnieniu rollwagi byliśmy wszyscy czerwoni od krwi. Na rozkaz Palitscha czym prędzej pobiegliśmy pod kran, aby zmyć jej ślady.

Ofiarą tej egzekucji był również pochodzący z ziemi oświęcimskiej, Leopold Zieliński, ur. 28 lutego 1911 r. w Pławach oraz dwaj mieszkańcy Olkusza: Antoni Jochymek i Ignacy Markiewicz, których nazwiska są też wymienione na tablicy przy wejściu do wspomnianego Kościoła Salezjanów na Zasolu w Oświęcimiu.

Komando egzekucyjne SS z 22.11.1940 r.

Komando egzekucyjne składało się z dwudziestu esesmanów z obozowej załogi  KL Auschwitz. Jednym z nich był Jakob Jochum, ur. w 1911 r., który później przeniesiony został do Warszawy, gdzie popęnił samobójstwo  30 lipca 1944 r. Wcześniej z tego komanda na terenie Rosji zginął Alfred Fröschke, miał dwadzieścia lat (poległ 23 listopada 1941 r.).

Po latach Instytut Pamięci Narodowej - Oddziałow Komisja w Katowicach wszczęła 28 sierpnia 2019 r. śledztwo w sprawie polegającej na spowodowaniu w dniu 22 listopada 1940 r. w Oświęcimiu pozbaienia życia w drodze egzekucji przez rozstrzelanie mężczyzn pozbawionych uprzednio wolności w więzieniu w Sosnowcu.

Czytaj więcej: Egzekucja w KL Auschwitz 22 listopada 1940 r.

Szósta rocznica śmierci Władysława Foltyna

Adam Cyra

Oświęcim, 18 listopada 2019 r.

Świat ptaków w Auschwitz

Listopad 15th, 2019

Twórcy wystawy „AVIUMY”, przedstawiającej portretowanie ptaków i innych obiektów latających, której interesujący wernisaż odbył w Międzynarodowym Spotkaniu Młodzieży w Oświęcimiu 15 listopada 2019 roku, zapewne słuchali nieraz ich pięknego śpiewu.

Willa komendanta KL Auschwitz

Nie wiemy, czy śpiewu ptaków słuchał także komendant Auschwitz, Rudolf Hőss, który wraz z rodziną mieszkał w willi położonej obok małego krematorium nr 1 oraz kolczastych drutów otaczających obóz, ale zapewne mogło mu to się zdarzyć.

Warunki mieszkaniowe – napisze w swoich wspomnieniach Rudolf Hőss – były doskonałe: Dzieci mogły szaleć do woli, żona miała tyle ulubionych kwiatów, że czuła się wśród nich jak w raju. Sama zaś Hedwig Hőss mawiała: Tu żyć i tu umierać.

Gabinet jej męża, którego rzemiosłem była śmierć, znajdował się w położonym obok willi piętrowym budynku komendantury obozu, z którego okien było widoczne również krematorium nr 1.

Wygląd biura komendanta Rudolfa Hőssa po wyzwoleniu obozu Auschwitz przez żołnierzy sowieckich w styczniu 1945 roku tak opisuje doktor Andrzej Zaorski, który wtedy jako student medycyny uczestniczył w akcji niesienia pomocy chorym i wycieńczonym, ocalałym więźniom: Zamieszkaliśmy w pokoju komendanta obozu w Oświęcimiu. To był bardzo obszerny gabinet, mieszczący się na pierwszym piętrze budynku, usytuowanego od strony rzeki. Był ogrzewany piecem, w którym sami paliliśmy sobie.

W gabinecie tym Zaorski znalazł książkę w języku niemieckim na temat obserwacji ptaków na terenie obozu, w której niemiecki ornitolog Günther Niethammer dziękuje komendantowi za umożliwienie mu przeprowadzenia obserwacji podczas służby w KL Auschwitz: Pamiętam to dobrze dlatego, że wywarł na mnie wstrząsające wrażenie fakt, iż w obozie śmierci można było chodzić pomiędzy umierającymi ludźmi i oglądać w górze ptaki na drzewach a równocześnie nie widzieć, co się dookoła dzieje – wspominał Zaorski.

Po latach niemiecki pisarz Arno Surmiński napisał powieść „Die Vogelwelt von Auschwitz”, która ukazała się również w przekładzie na język polski „Świat ptaków w Auschwitz”. Jej bohaterem jest esesman, z wykształcenia ornitolog, Hans Grote oraz polski więzień, były student historii sztuki, Marek Rogalski.

Dzieli ich właściwie wszystko, a łączą zamiłowania ornitologiczne, w tych badaniach Marek ma pomagać Grotemu. Młody więzień marzy o wolności, a esesman Grote zdaje się nie dostrzegać umierających codziennie setkami więźniów KL Auschwitz i zła panującego wokół siebie.

Niezwykłe losy tego niemieckiego esesmana stały się inspiracją do napisania przez Arno Sumińskiego wspomnianej książki. Podobną powieść napisał pisarz irańsko-austriacki Hamid Sadr, zatytułowaną „Der Vogelsammler von Auschwitz” (Zbieracz ptaków z Auschwitz).

Bohater tych powieści jest autentyczną postacią. Podczas wojny jako esesman z załogi Auschwitz, prowadził tam badania awifauny, publikując na ten temat wspomnianą pracę naukową.

Wcześniej Günther Niethammer uzyskał doktorat w Niemczech hitlerowskich w 1933 roku, pracował w muzeach przyrodniczych w Berlinie, Bonn i Wiedniu. Napisał wtedy podręcznik niemieckiego ornitologia, która składał się z trzech tomów. W 1937 roku wstąpił on do SS, a w trzy lata później, już w czasie wojny, rozpoczął służbę wartowniczą w esesmańskiej załodze KL Auschwitz.

Równocześnie komendant obozu Rudolf Höss wyraził zgodę, aby Niethamer zajmował się badaniami ornitologicznym w pobliżu obozu. Wkrótce  opublikował on opracowanie naukowe, zatytułowane „Uwagi na temat ptaków Auschwitz”, które podczas wojny ukazało się w tomie 52 czasopisma naukowego „Annals of Natural History Museum”, wydawanego przez Muzeum Przyrodnicze w Wiedniu.

Opracowanie Günthera Niethamera z lat okupacji zachowało się i obecnie jest przechowywane w bibliotece Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Po wojnie esesman ten ten był sądzony w Krakowie. Ze względu na przynależność do załogi SS w KL Auschwitz skazano go na osiem lat, a potem zmniejszono mu wymiar kary do trzech lat więzienia. Po jej odbyciu w polskich więzieniach powrócił do Republiki Federalnej Niemiec, gdzie podjął ponownie pracę w muzeum w Bonn.

W 1951 roku Günther Niethammer habilitował się, a w sześć lat później został w Bonn mianowany profesorem. Od 1968 do 1973 roku był przewodniczącym niemieckiego stowarzyszenia ornitologicznego. Napisał także kilkutomowe opracowanie, zatytułowane „Ptaki Europy”.

W 1971 roku autor tego dzieła zamieszkał w Meckenheim-Merl koło Bonn, gdzie zmarł podczas polowania 14 stycznia 1974 roku na niewydolność serca.

Zupełnie przypadkowo kilka lat temu uzyskałem, odnaleziony na terenie Oświęcimia, album„Aus Deutschlands Vogelwelt”, wydany w Niemczech w 1932 roku, z którego pochodzą załączone do tego tekstu rysunki ptaków.

Można przypuszczać, chociaż może to być nieprawdą, że książka ta kiedyś była własnością Günthera Niethamera i stanowiła dla niego cenną pomoc w prowadzonych przez niego badaniach ornitologicznych w epoce pieców krematoryjnych w Oświęcimiu podczas drugiej wojny światowej.

Adam Cyra

Oświęcim, 15 listopada 2019 r.

Oddali hołd rozstrzelanym pod Ścianą Straceń 11 listopada 1941 roku

Listopad 9th, 2019

W Libiążu koło Chrzanowa  od kilku lat aktywnie działa stowarzyszenie pod nazwą Szwadron Kawalerii Ochotniczej im. Rotmistrza Witolda Pileckiego (film) pod dowództwem podporucznika  kawalerii ochotniczej Marcina Kłosa. Zobacz także filmy: Manewry Szwadronu w UdorzuZbiórka Szwadronu Kawalerii Ochotniczej Pilecki.

W dniu 11 listopada 2019 roku, wyjątkowo pieszo po obchodach w Libiążu i Mszy św., ułani z tego Szwadronu udali się do Muzeum Auschwitz – Birkenau, składając hołd rozstrzelanym pod Ścianą Straceń. Przytaczam treść rozkazu okolicznościowego, który został odczytany na terenie byłego obozu przed oddaniem honorów oraz złożeniem kwiatów i zapaleniem zniczy:

Kawalerzyści, Strzelcy, pozostali goście…

Dziś spotykamy się w miejscowości Oświęcim na terenie niemieckiego obozu KL Auschwitz, który powstał na okupowanych polskich ziemiach za czasów II wojny światowej. Miejsca, które zna nie jedną krzywdę i nie jedną śmierć, miejsca, które choć wita napisem na bramie: PRACA CZYNI WOLNYM – to nigdy w tym miejscu uczciwa praca nie dała nikomu wolności! Miejsca, które jeden z pierwszych więźniów i autor książki Wiesław Kielar, nr obozowy 290, nazywa z łaciny Anus mundi. W dniu 11 listopada w 1941 r. na podwórzu bloku nr 11 pod Ścianą Straceń w KL Auschwitz, w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 r., odbyła się pierwsza egzekucja dokonana przez strzał w tył głowy z broni małokalibrowej. Skazańcy rozebrani do naga, ze skrępowanymi z tyłu rękami, byli rozstrzeliwani pojedynczo. Przed egzekucją wypisano każdemu z nich numer obozowy na piersiach. Jej przebieg obserwował komendant obozu Rudolf Höss oraz kierownik obozu i lekarz obozowy. Rozstrzeliwał podoficer raportowy Gerhard Palitzsch, każdorazowo ładując do karabinka nowy nabój. W tym dniu rozstrzelał on 151 więźniów, prawie samych Polaków.

Składam podziękowania dyrekcji Muzeum Auschwitz-Birkenau za zgodę na dzisiejszą apel.

Rozkaz podpisał dow. SKO ppor. kaw. och. Marcin Kłos. BACZNOŚĆ!

Uczcijmy  minutą ciszy wszystkie ofiary KL Auschwitz …

——————————————————————————————————————————–

Siedemdziesiąt osiem lat temu – w dniu 11 listopada w 1941 roku - na dziedzińcu bloku nr 11 pod Ścianą Straceń w KL Auschwitz, w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości w 1918 roku, odbyła się pierwsza egzekucja dokonana przez strzał w tył głowy z broni małokalibrowej. Rozstrzeliwał podoficer raportowy Gerhard Palitzsch. W tym dniu rozstrzelał  76  więźniów Auschwitz, prawie samych Polaków. Wśród rozstrzelanych wraz z Polakami był tylko jeden nie-Polak, homoseksualista niemiecki.

Zachowały się obozowe akty zgonów 49 rozstrzelanych wówczas więźniów, w których odnotowano w języku niemieckim: „Erschiessung wegen Widerstand gegen die Staatsgewalt” (rozstrzelany z powodu oporu przeciw władzy państwowej).

W dniu 11 listopada 1941 roku w obozie prawdopodobnie rozstrzelano również 80 Polaków przywiezionych z więzienia śledczego w Mysłowicach. Wspomina o tym w swojej relacji były więzień Ludwik Banach, ale jak dotychczas nie znalazło to potwierdzenia w ustaleniach historyków. Ponadto nie ma  nazwisk tych Polaków w obozowych aktach zgonów więźniów.

Tadeusz Lech, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W powojennym raporcie z 1945 roku Witold Pilecki, dobrowolny więzień KL Auschwitz i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie, napisał, że wśród ofiar egzekucji, celowo dokonanej przez niemieckich nazistów w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości, był jego bliski współpracownik z konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, por. rez. Tadeusz Lech, nr obozowy 9235, pochodzący z okolic Bochni, który na kilkanaście godzin przed śmiercią powiedział do niego: „Cieszy mnie chociaż to, że zginę 11 listopada”.

Piotr Borek, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Sam Rotmistrz Pilecki, nr obozowy 4859, wprawdzie przeżył totalitaryzm nazistowski, lecz zginął w okresie terroru stalinowskiego, rozstrzelany w warszawskim więzieniu na Mokotowie 25 maja w 1948 roku.

Jednym ze straconych w 23. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości był Piotr Borek (nr obozowy 9168), który urodził się w Chorzowie w 1987 roku, był uczestnikiem trzech Powstań Śląskich, pracował górnictwie jako sztygar, idąc na rozstrzelanie wznosił okrzyki: „Niech żyje Polska”. W ten sposób dawał przykład innym polskim więźniom, jak należy postępować w obliczu śmierci. Świadkiem jego patriotycznej postawy i nieugiętego hartu ducha był Erwin Olszówka (nr 1141), pochodzący także z Chorzowa.

Stanisław Wąsowicz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Wśród straconych 11 listopada 1941 roku pod Ścianą Straceń było także dwunastu więźniów, pochodzących z Nowego Sącza i okolic. Jednym z nich był sędzia Stanisław Wąsowicz, którego brat Tadeusz Wąsowicz (nr obozowy 20035) również był więziony w Auschwitz, a następnie w Buchenwaldzie, gdzie został  wyzwolony w kwietniu 1945 roku.

Tadeusz Wąsowicz (1906-1952)

Po wojnie Tadeusz Wąsowicz był współtwórcą i pierwszym dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu w latach 1947-1952.

Zmarł w listopadzie 1952 r., pełniąc wspomnianą funkcję dyrektora Muzeum. Miał 46 lat. Został pochowany na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie.

Na fasadzie zamieszkiwanego przez niego budynku w Krakowie przy ulicy Szlak nr 21 została odsłonięta jemu poświęcona tablica pamiątkowa w 1994 roku.

Wanda Zabielska, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Na zakończenie warto wspomnieć o tym, że rok później, w przeddzień Święta Niepodległości, 10 listopada 1942 roku w KL Auschwitz II-Birkenau zginęła Wanda Zabielska (nr obozowy 18302).

Była ona żoną cichociemnego Józefa Zabielskiego ps. „Żbik”.

Jej nazwisko jest wymienione w „Księdze Pamięci. Transporty Polaków z Warszawy do KL Auschwitz 1940-1944″, Warszawa-Oświęcim 2000.

Józef Zabielski – rotmistrz kawalerii Wojska Polskiego i adiutant Komendanta Głównego Policji Państwowej – to uczestnik pierwszego skoku cichociemnych do okupowanej Polski w lutym 1941 roku.

Na ten temat „Żbik” napisał wspomnienia „Pierwszy skok”, które opublikowane zostały przez Fundację im. Cichociemnych Sadochroniarzy Armii Krajowej w 2016 roku.

Ich syn Janusz Zabielski (ur. w 1939 r.) mieszka poza granicami Polski, mając obywatelstwo brytyjskie stara się obecnie o uzyskanie obywatestwa polskiego.

Adam Cyra

Oświęcim, 11 listopada 2019 r.

Niewinnie stracony przez polskich partyzantów

Listopad 6th, 2019

Kurt Pennewitz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Kurt Pennewitz (nr obozowy 3263), który był Niemcem, przestał pełnić jako więzień funkcję kapo aresztu obozowego w bloku nr 11 i został zwolniony z KL Auschwitz 19 stycznia 1942 roku.

W pierwszej połowie 1943 roku ponownie osadzono go tym razem w podobozie KL Auschwitz w Jaworznie, gdzie  pomocnikami SS-manów w nadzorowaniu więźniów był aparat funkcyjny, w skład którego wchodzili: kapowie, vorarbeiterzy, blokowi, sztubowi, pisarze itd.

Na jego czele stał starszy podobozu. Funkcję tę pełnił w tym podobozie kryminalista niemiecki Bruno Brodniewicz oznaczony obozowym numerem 1, znany z licznych morderstw w KL Auschwitz.

W 1944 roku jego miejsce  zajął Kurt Pennewitz,  który w stosunku do więźniów zachowywał się poprawnie. To stanowisko zajmował do 7 stycznia  1945 roku, tj. do czasu, kiedy zbiegł z podobozu w Jaworznie.

Po ucieczce Pennewitz nawiązał kontakt z polskim oddziałem partyzanckim, składającym się z członków przedwojennej Polskiej Partii Socjalistycznej (PPS).

Ci zaś zwrócili się drogą konspiracyjną do obozowego Ruchu Oporu w KL Auschwitz, co mają z tym Niemcem zrobić.

Odpowiedzi udzielił Jóżef Cyrankiewicz (nr obozowy 62933), zarzucając Pennewitzowi w grypsie, datowanym 12 stycznia 1945 roku, popełnienie rzekomo licznych zbrodni na wspólwięźniach w KL Auschwitz.

Tadeusz Uszyński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Po otrzymaniu takiej odpowiedzi partyzanci powiesili Pennewitza  w okolicach Tenczyna, powiat myślenicki.

Czynu tego dokonał przypuszczalnie oddział im. „Teodora” (Adama Rysiewicza), którym dowodził Stanisław Długosz ps. „Zamek”.

Niektórzy jednak twierdzą, że były to okolice nie Tenczyna, lecz Tenczynka koło Krzeszowic. Wydaje się to mniej prawdopodobne, chociaż nie można wykluczyć, że partyzanci z tego oddziału mogli się przemieszczać.

W grupie wspomnianych partyzantów był uciekinier z oświęcimskiego obozu Tadeusz Uszyński (nr 1880), który miał go osobiście stracić. Bardzo trudno jednak dzisiaj ustalić przebieg tamtych dramatycznych zdarzeń sprzed blisko siedemdziesięciu pięciu lat.

Takiej próby podjął się historyk z Muzeum w Jaworznie, Adrian Rams, publikując artykuł „Ucieczki więźniów w obozie Neu-Dachs i pomoc dla więźniów ze strony lokalnej społeczności”, który ukazał się rok temu w opracowaniu, zatytułowanym „Obóz dwóch totalitaryzmów w Jaworznie 1943-1956″ (tom 3). Niestety, Autorowi tego artykułu również nie udało się ustalić bliższych okoliczności stracenia Kurta Pennewitza. Nieznane jest również nadal miejsce, gdzie został pochowany.

Może przypadek lub pomoc Czytelników mojego bloga pomoże w dokonaniu dalszych ustaleń w tej sprawie, która jest bardzo ważna dla córki Kurta Pennewitza i jej rodziny mieszkającej w Polsce.

Adam Cyra

Oświęcim, 6 listopada 2019 r.

„Bolszewicy” w Rabsztynie koło Olkusza

Listopad 5th, 2019

W sobotę 9 listopada 2019 roku pod Chatą Kocjana w Rabsztynie koło Olkusza rozniósł się bitewny zgiełk.

Widzowie mogli cofnąć się w czasie i niemal dotknąć historii za sprawą rekonstruktorów hisorycznych.

Interesująca inscenizacja „Olkuszanie w walce o niepodległość i granice II Rzeczypospolitej” przybliżyła dzieje V Batalionu Strzelców Olkuskich – ochotniczej jednostki odrodzonego w 1918 roku Wojska Polskiego.

Kulminacyjną sceną widowiska było odtworzenie walk olkuskiego batalionu na froncie bolszewickim w 1920 roku.

W wydarzeniu wzięło udział około trzydziestu rekonstruktorów z najlepszych grup w regionie. Nie zabrakło również koni, epokowej scenografii i widowiskowej pirotechniki.

Tłumy widzów były świadkami bitewnego zgiełku, jaki w sobotę 9 listopada 2019 roku rozniósł się wokół Chaty Kocjana w Rabsztynie. Za sprawą rekonstruktorów publiczność mogła cofnąć się w czasie i niemal dotknąć historii.

Widowisko składało się z kilku scen.

Na początku rekonstruktorzy przedstawili rozbrajanie zaborców w listopadzie 1918 r. oraz werbunek do armii.

Epizody spięte były narracją, zaś całości dopełniła muzyka.

Kulminacyjną i główną  sceną widowiska było odtworzenie epizodów z walk olkuskiego batalionu na froncie bolszewickim w 1920 roku.

W wydarzeniu wzięło udział trzydziestu rekonstruktorów z sześciu grup: Grupa Rekonstrukcji Historycznej KuK Sturmtruppen, Stowarzyszenie Rekonstrukcji Historycznej Wrzesień ’39, Projekt Rosja w Ogniu, GRH Bellum, Projekt Historyczny „15. Pułk Piechoty” oraz GRH V Batalion Strzelców Olkuskich.

Organizatorem wydarzenia było olkuskie koło Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej, przy wsparciu Oddziału PTTK w Olkuszu oraz partnerów: MOK w Olkuszu, firmy cateringowej Artur Sokół oraz Stadniny Koni w Udorzu. Patronat nad wydarzeniem sprawowali starosta olkuski Bogumił Sobczyk oraz Burmistrz Miasta i Gminy Olkusz Roman Piaśnik. Inicjatywę przygotowano przy wsparciu finansowym Województwa Małopolskiego.

Historię V Batalionu Strzelców Olkuskich przybliża m.in. wystawa dostępna pod linkiem: https://www.biblioteka.olkusz.pl/images/do-pobrania/Vbatalion.pdf.

Zainteresowani mogą również obejrzeć film o tej jednostce: https://www.youtube.com/watch?v=WHdrXuWgfWw

Miejsce, w którym odbyła się inscenizacja – Chata Kocjana – to zrekonstruowany dom rodzinny olkuszanina Antoniego Kocjana (1902–1944), wybitnego konstruktora lotniczego, który podczas II wojny światowej rozpracowywał niemiecką tajną broń: V-1 i V-2.

Sylwetkę bohatera przedstawia film „Kocjan. Życie pod wiatr” – https://www.youtube.com/watch?v=TvwBAIyEPG8.

Tekst: Konrad Kulig

Zdjęcia: Roman Głowacki

Materiał nadesłany przez Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej w Olkuszu.

W KL Auschwitz byli więzieni oraz ginęli żołnierze Legionów, którzy walczyli pod dowództwem Józefa Piłsudskiego na frontach pierwszej wojny światowej.

Samych tylko oficerów więziono w tym obozie około trzydziestu, z czego większość z nich pobytu w KL Auschwitz nie przeżyła.

Podoficerów i żołnierzy z rodowodem legionowym za drutami tego obozu przebywało o wiele więcej.

Zobacz: W KL Auschwitz ginęli Legioniści Józefa Piłsudskiego

Adam Cyra

Oświęcim, 9 listopada 2019 r.

Wyrok wykonano we Wszystkich Świętych w 1944 r.

Październik 30th, 2019

Mieczysław Wojciechowski z żoną Bronisławą

W Muzeum Auschwitz na belce stropowej w jednej z sal na parterze bloku nr 11, zwanym „Blokiem Śmierci”, znajdują się dwa napisy,  które przytaczam w wersji oryginalnej: „Wojciechowski  M. sporomki został stracony 30 paz 44 rk” i „Koledzy, kto będzie sporombki lub z klimontowa a wyjdzie na wolność to dajcie mojej żonie wiadomość że zginoł śmiercią choniebnom, w piecu Wojciechowski Mieczysław Kazimierz Porombka Zawodzie Dnia 1 listopada 44 r godzina 8 rano”.

Mieczysław Wojciechowski ur. w 1910 roku pracował jako robotnik w tartaku w Porąbce-Zawodziu (dzisiaj dzielnica Sosnowca). Jego żona  Bronisława była woźną w miejscowej szkole.

W dniu 6 sierpnia 1942 roku urodziła się im córka Leokadia, która po latach w rozmowie ze mną wspominała: „Z dzieciństwa utkwił mi w pamięci moment aresztowania mojego ojca, który wkrótce znalazł się w Oświęcimiu. Było to jesienią 1944 roku Do naszego rodzinnego domu w Porąbce-Zawodziu przyszło dwóch gestapowców z psem. Zabrali wówczas ojca, który po niedługim czasie został zamordowany. Jedyna wiadomość, jaką otrzymaliśmy od niego, to prośba o przysłanie ciepłej odzieży. W kilka miesięcy po jego śmierci, 25 kwietnia 1945 roku, urodziła się moja siostra Maria.

Gryps Mieczysława Wojciechowskiego

Nieżyjący już Marian Musiał, b. więzień KL Auschwitz, mówił po wojnie, że gryps napisany przed śmiercią przez mojego ojca został znaleziony po straceniu w jego ubraniu. Nie wyjaśnił jednak w jakich okolicznościach to nastąpiło i w jaki sposób po wojnie został on przekazany do Muzeum w Oświęcimiu”.

Treść wstrząsającego grypsu warto przytoczyć w całości:

„Najukochańsza Żono, żegnam Cię wraz z moją najdroższą Lolunią i Matką moją. Ja odchodzę z tego świata dnia 31/7 wieczór do pieca, zostałem na śmierć skazany jako bandyta. Najdroższa Broniu przykro jest mi że was odszedłem, wierz mi że nie mogę ci więcej pisać, ręka mi drży, łzy oczy zalewają, że ginę tak przytomnie a niewinnie.

"Sąd doraźny", obraz b. więźnia Władysława Siwka

Idzie nas 58 i 10 kobiet. Całuję Cię po niezliczone razy i Lolunię. 7-ma wieczór wspominaj 30/paź. Pomódl się, zmów pacierz. Loluni powiedz, że tatusia już nie ma, nie mogę pisać, nie mogę. Żegnam was wszystkich. Zostańcie z Bogiem tu WM”.

Mieczysław Wojciechowski stał się ofiarą „sądu doraźnego” w bloku nr 11, który pod przewodnictwem szefa katowickiego gestapo Johannesa Thümmlera skazał go jako więźnia policyjnego na karę śmierci 31 października 1944 roku. Następnego dnia, w uroczystość Wszystkich Świętych, wraz z innymi skazańcami rozstrzelano go najprawdopodobniej w krematorium nr 5 w KL Auschwitz II – Birkenau. Miał zaledwie trzydzieści cztery lata.

Adam Cyra

Oświęcim, 30 października 2019 r.

Legionista, nauczyciel i więzień KL Auschwitz

Październik 29th, 2019

Mikołaj Siemion w młodości

Ojcem aktora Wojciecha Siemiona był osiadły w Krzczonowie na Lubelszczyźnie legionista Mikołaj.  Miał on siedmiu synów. Pięciu z nich (dwaj: Bogusław i Maksymilian zginęli w czasie wojny) to: ekonomista Mikołaj Lucjan, specjalista z zakresu ochrony przyrody Stanisław, wybitny chemik Ignacy Zenon, dziennikarz Leszek i wspomniany aktor Wojciech.

O ich ojcu Mikołaju kilka lat temu napisała ciekawą biografię  Jadwiga Dąbrowska z Oświęcimia, historyk i działaczka Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau, zatytułowaną „Mikołaj Siemion, legionista, nauczyciel i więzień Auschwitz”. Postać to niezwykła o ciekawym i dramatycznym życiorysie.

Mikołaj Siemion urodził się 28 sierpnia 1891 roku we wsi Ratoszyn na Lubelszczyźnie). Dziadek Mikołaja walczył w powstaniu styczniowym co przypłacił życiem, powieszony przez Kozaków. W 1911 roku Mikołaj wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Na wieść o wybuchu wojny i utworzeniu przez Józefa Piłsudskiego Legionów Polskich wkrótce jednak wrócił do Europy. Przybył do Kęt, gdzie po wcześniejszych walkach regenerowała swe siły I Brygada. Wraz z nią 28 lutego 1915 roku wyruszył na front, gdzie zachorował i został umieszczony w szpitalu – najpierw we Włodzimierzu Wołyńskim, następnie w Rzeszowie, a na końcu w Wiedniu.

Kilka miesięcy później po opuszczeniu szpitala w marcu 1916 roku wyjechał do Lublina, a następnie do Ratoszyna, gdzie zawarł związek małżeński z nauczycielką Apolonią Urban, obejmując w roku następnym posadę nauczyciela we wsi Majdan Radliński. W 1921 roku przeniósł się z rodziną do Krzczonowa na Lubelszczyźnie i rozpoczął pracę jako kierownik siedmioklasowej tamtejszej Szkoły Powszechnej.

Dzięki jego staraniom w 1924 roku nadano szkole w Krzczonowie imię Stanisława Staszica, a w 1937 roku położono kamień węgielny pod budowę nowego budynku szkolnego oraz zaczęto gromadzić materiał na budowę Uniwersytetu Ludowego. Wszystkie te poczynania przerwała wojna.

Już w pierwszych dniach okupacji hitlerowskiej Mikołaj rozpoczął działalność konspiracyjną, W dniu 29 listopada 1940 roku został aresztowany na terenie szkoły. Próba ucieczki nie powiodła się. Przewieziono go do więzienia na Zamku w Lublinie. Tam zachorował na tyfus. Pomimo choroby przewożono go na przesłuchania, z których wracał bestialsko pobity.

Z więzienia pisał listy do rodziny. W ostatnim liście zawarł jakby przesłanie dla dzieci na przyszłość. „Moi synkowie! Dożyliśmy bardzo ciężkich czasów – łamią się ludzie     i człowiek nic nie znaczy, a jednak wszystko można stracić, ale nie wolno stracić stałości charakteru. Stałość daje ci cel, a charakter powstrzymuje od upadku  i upodlenia. Tego szczególnie teraz mamy dużo, ale wszystko przemija, a poświęcenie i charakter zawsze będzie górą. Musicie się obliczyć, co robić i jak, aby można przetrwać. Mama niech będzie waszym ukochaniem. Trzeba Wam dużo zrozumieć i dużo pracować, aby nie zginąć. Poprzestawać na małem, ale swoim, niż żądać pomocy od ludzi. Swoim rozumem, sercem i pracą się kierować – swojej krzywdy ustąpić, ale nikomu krzywdy nie wyrządzić. To się mści. Bądźcie zawsze dobrymi i przykładnymi chłopcami, bo was na to stać i tego dzisiaj potrzeba. Trzeba dać przykład jak szanować siebie i wszystko co nasze. W zgodzie trwać, pomagać sobie, razem iść – Bądźcie sobie prawdziwymi braćmi. Ja jak wytrzymam radował się będę z wami. Całuję was serdecznie. Tatuś.”

Mikołaj Siemion

Po ośmiomiesięcznym pobycie w więzieniu, 30 lipca 1941 roku Mikołaj Siemion został przewieziony do KL Auschwitz, gdzie w nieludzkich obozowych warunkach przetrwał ponad rok. Po wojnie rodzina Mikołaja została powiadomiona przez jednego ze współwięźniów, że został rozstrzelany 28 październik w 1942 roku w egzekucji pod Ścianą Straceń.

Rotmistrz Witold Pilecki, twórca wojskowej konspiracji w KL Auschwitz, w swoim powojennym raporcie z 1945 roku napisał: „Koledzy zamordowani 28 października 1942 roku wiedzieli o tym, co ich czeka. Na bloku 3 powiedziano im, że będą rozstrzelani: rzucali kartki kolegom, co mieli jeszcze żyć z prośbą o przekazanie rodzinom. Postanowili umrzeć „na wesoło”, żeby wieczorem o nich dobrze mówiono. Niech mi kto powie, że my, Polacy, tego nie potrafimy… Ci, co widzieli ten obrazek, mówili, że nigdy go nie zapomną. Od bloku 3, pomiędzy 14 i 15, pomiędzy kuchnią a blokami 16, 17 i 18, i dalej prosto między blokami szpitala, szli kolumną w piątkach, głowy spokojnie nieśli wysoko, miejscami – uśmiechnięte twarze. Szli bez eskorty. Za nimi Gerhard Palitzsch z karabinkiem na pasie i Bruno Brodniewicz: obaj, paląc papierosy, rozmawiali o sprawach obojętnych. Wystarczyło, by ostatnia piątka zrobiła w tył zwrot, a tych dwóch oprawców przestałoby istnieć (…) Lecz oni szli, bo mieli w tym swoje racje. Zapowiadane przez władze, potwierdzane przez kolegów przyjeżdżających z wolności, wieści o tym, że za wybryk aresztowanego odpowiadała cała rodzina robiły swoje. Wiadomym było, że Niemcy w stosowaniu represji są bezwzględni i uśmiercają rodziny (…) Widzieć lub tylko wiedzieć, że matka, żona, dzieci znalazły się w takich warunkach, jak tu kobiety w Brzezince, wystarczyło do paraliżowania wszelkich chęci rzucenia się na oprawców. Więc szli (…). Koło kantyny (drewniana na placyku za blokiem 21), idąca drogą pomiędzy blokami 21  a 27, kolumna, jakby się zatrzymała, zawahała, omal, że nie poszła prosto. Lecz był to jeden, krótki moment, skręciła pod kątem prostym w lewo i poszła już na bramę bloku 11 wprost w paszczę śmierci”.

W dniu 28 października 2009 roku na Zamku Lubelskim odbyła się prezentacja nowej publikacji naukowej wydanej przez Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, zatytułowanej „Księga Pamięci. Transporty Polaków do  KL Auschwitz z Lublina  i innych miejscowości Lubelszczyzny 1940-1944″.  Księga jest rezultatem kilkuletniej pracy historyków Muzeum  i  przedstawia losy ponad siedmiu tysięcy Polaków, mieszkańców Lubelszczyzny, deportowanych do KL Auschwitz i w większości zamordowanych w obozie.

W trzytomowej „Księdze Pamięci”, każdy z trzydziestu siedmiu transportów z dystryktu lubelskiego  został opisany w oddzielnym rozdziale, do którego dołączono zarówno fragmenty wspomnień byłych więźniów z danego transportu, jak i kopie oryginalnych dokumentów i fotografii, pochodzących z archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz nadesłanych przez byłych więźniów lub ich rodziny po wojnie.

Dziesięć lat temu w promocji tej „Księgi Pamięci” w Lublinie uczestniczył nieżyjący już dzisiaj aktor Wojciech Siemion, jeden z synów legionisty i więźnia KL Auschwitz – Mikołaja Siemiona (nr obozowy 19846), który został rozstrzelany w obozie, mając zaledwie pięćdziesiąt jeden lat.

Adam Cyra

Oświęcim, 29 października 2019 r.

Zginęli w czasie walki z esesmanami w bloku nr 11

Październik 28th, 2019

"Egzekucja pod Ścianą Straceń", obraz b. więźnia Władysława Siwka

W dniu 28 października 1942 roku, siedemdziesiąt siedem lata temu, pod „Ścianą Straceń” na dziedzińcu bloku nr 11 rozstrzelano około 280 Polaków więzionych w KL Auschwitz. Była to największa egzekucja w historii tego obozu, dokonana w odwet za udane akcje partyzanckie na Lubelszczyźnie.

Edward Liszka, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Były więzień Edward Liszka (nr 7771) po wojnie relacjonował: „W tym okresie, kiedy pracowałem w kuchni, a więc w okresie rządów Aumeiera, zapędzono na blok 11 cały transport lubelski. Aumeier osobiście ludzi tych na blok 11 odprowadził i tam wszystkich w liczbie około 270 rozstrzelano. Aumeier był na dziedzińcu bloku 11 w czasie tej masakry obecny, skąd wyszedł po skończonej egzekucji  w pokrwawionych butach. Rozstrzeliwali Rapportführerzy Palitzsch i Friedrich Stiewitz”.

Z kolei w relacji Tadeusza Śnieszki można przeczytać:„28 października 1942 r. w dniu moich imienin przeprowadzono na dziedzińcu bloku nr 11 egzekucję kilkuset więźniów, pochodzących z transportów lubelskich. Przypominam sobie, że w tym dniu po gongu porannym złożył mi życzenia imieninowe „doczekania wolności” lekarz kpt. Henryk Suchnicki.  W godzinę później otrzymał wezwanie do zgłoszenia się w Erkennungsdienst. Oprócz niego wezwano (…) kilku innych.

Henryk Suchnicki, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Stamtąd przeprowadzono ich do bunkrów bloku nr 11, gdzie zebrano już kilkuset innych więźniów przeznaczonych na rozstrzelanie. Tam rozbierali się oni do naga, a następnie wyprowadzano ich na rozstrzelanie. Słyszałem, że dr Suchnicki i czterech innych więźniów zorganizowali wśród skazanych bunt (…). Po zakończeniu egzekucji Leichenkomando przewiozło wozami do krematorium około trzysta zwłok. Cała droga od dziedzińca bloku nr 11 do krematorium była zalana krwią.

Leon Kukiełka, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Egzekucji na więźniach dokonało SS w odwet za sobotaże i walkę zbrojną, prowadzoną przez partyzantów na Lubelszczyźnie. W obozie nastąpiło niesamowite przygnębienie. Znikła wszelka nadzieja odzyskania kiedykolwiek wolności”.

W czasie trwania tej egzekucji pięciu więźniów oczekujących na rozstrzelanie wywołało bunt. Zabarykadowali się w umywalni na parterze w bloku nr 11. Byli wśród nich lekarz, kapitan Wojska Polskiego, Henryk Suchnicki (nr 19456)), Leon Kukiełka (nr 16465) i Stanisław Dobrowolski (nr 16061) oraz dwóch innych Polaków. Stawiali opór za pomocą drewnianych stołków. Ostatecznie  esesmani użyli broni maszynowej, strzelając do nich przez okno i drzwi. Wszyscy zginęli w nierównej walce.

Adam Cyra

Oświęcim, 28 października 2019 r.

Ocaleni cudem w KL Auschwitz

Październik 25th, 2019

Pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 rozstrzelano kilka tysięcy więźniów, głownie Polaków. Czasami zdarzały się jednak pomyłki i zamierzano rozstrzelać innego więźnia niż ten, którego nazwisko było umieszczone na liście skazańców.

Wacław Maliszewski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W dniu 28 października 1942 roku szczęśliwie ocalał wyznaczony pomyłkowo na rozstrzelanie Wacław Maliszewski (nr  59195): Zostaliśmy doprowadzeni do bloku nr 11, gdzie na dziedzińcu tego bloku polecono nam się rozebrać i każdemu wypisano na piersi jego obozowy numer. Po zakończeniu tych czynności wprowadzono nas do pomieszczeń znajdujących się na parterze wspomnianego bloku. (…) Palitzsch zaczął odczytywać z listy numery więźniów. Każdy z wyczytanych musiał potwierdzić swoją obecność. Na zakończenie zwrócił się do nas z zapytaniem, czy jest taki więzień, którego numeru nie wyczytał. Ponieważ nie słyszałem, aby odczytał mój numer, zgłosiłem się do niego. Palitzsch jeszcze raz przeglądnął spis, popatrzył się na mój numer, jaki miałem wypisany na piersi i wreszcie zapytał o nazwisko i imię. Otrzymawszy odpowiedź, wyszedł z bloku. Po jakimś czasie jeden z funkcyjnych wywołał mój numer, a kiedy podszedłem do niego, polecił mi natychmiast odszukać swój pasiak ze stosu ubrań. (…) Wieczorem dowiedziałem się, że na moje miejsce wezwany został mój brat stryjeczny, Romuald Maliszewski (nr 50955)”.

Bogdan Gliński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Takie przeżycie spotkało również Bogdana Glińskiego (nr 11958), który przez cztery miesiące przebywał w bunkrach bloku nr 11 i zapamiętał  kilka „wybiórek”, podczas których esesmani chodzili od celi do celi, wywołując z przygotowanej wcześniej listy skazańców, którzy mieli być rozstrzelani.

Podczas jednej z tych wybiórek, przed Bożym Narodzeniem 1942 roku, otwarły się drzwi celi nr 20, w której Gliński pełnił funkcję starszego celi i zobowiązany był zameldować w niej stan więźniów, gdy to zrobił, usłyszał jak kierownik obozu Hans Aumeier wrzasnął: Gliński raus (…) i kopniakiem przyspieszył jego wyjście na korytarz. Gliński postanowił walczyć o swoje życie i nie poddawać się. Pomogła mu w tym dobra znajomość niemieckiego.

Zwróciłem się więc do Aumaiera mówiąć: „Herr Lagerführer, mein Unterschungsoffizier ist Lachmann”.  Trzeba dodać, że Lachmanna przy tym nie było. Moje odezwanie się zmitygowało Aumeiera, który kazał mi powtórzyć swoje nazwisko. Wówczas stwierdził swoją pomyłkę mówiąc: „Ach so ! Gestwiński soll erschossen werden” (No tak, to Gestwiński ma być rozstrzelany). Więc kazano mi wstąpić do celi. Byłem uratowany.

Maksymilian Gestwiński (nr 63128) został rozstrzelany 3 marca 1943 roku, natomiast Bogdan Gliński przeżył pobyt w niemieckich obozach; po wojnie był wybitnym lekarzem i znanym naukowcem w dziedzinie onkologii. Zmarł w Krakowie w 2017 roku.

Stefan Kluska, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

„Dnia 3 marca 1943 roku przybyli do bunkra w celu dokonania selekcji następujący esesmani: Grabner, Aumeier, Woźnica, Boger i inni. (…) Z celi nr 20 wówczas wybrano: Alfreda Stössla, Maksymiliana Gestwińskiego i mnie na rozstrzelanie” – podaje w swojej relacji Stefan Kluska (nr 5721). Kiedy rozebrany do naga oczekiwał  wraz z innymi skazańcami na egzekucję, nieoczekiwanie jeden z esesmanów kopnął go w krzyże, nakazując mu, aby natychmiast ubrał się. Niedoszły skazaniec został uratowany, nie znając przyczyny swojego ocalenia.

Stefan Kluska tak relacjonuje dalszy przebieg tamtych tragicznych zdarzeń: „Blockführer bloku nr 11, esesman Müller kazał mi iść za sobą na plac egzekucyjny, abym pomagał przy przenoszeniu zwłok (…). Więźniowie doprowadzeni byli po dwóch z łazienki pod Ścianę Śmierci. Rozstrzeliwano ich nago. (…) W samym kącie po prawej stronie między blokiem nr 11 a murem, na którym była oparta z płyt supremy Ściana Straceń, znajdowała się nieduża góra piachu i jeden z więźniów funkcyjnych, pracujący w bloku nr 11, podsypywał piasek w miejsce, gdzie padały ciała zabitych, aby krew nie bryzgała na dokonującego egzekucję. Po dokonaniu zbrodni esesmani opuścili plac egzekucyjny, a mnie esesman Müller zaprowadził z powrotem tej celi, z której mnie wybrano na śmierć”.

Stefan Kluska przeżył pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych, po wojnie zmienił sobie nazwisko na Boratyński, mieszkał w Krakowie.

Podobną sytuację przeżył więzień Edward Kiczmachowski (nr 3414), który wraz z innymi wybranymi na „rozwałkę” z cel aresztu obozowego został wyprowadzony do umywalni, znajdującej się na parterze bloku nr 11. Tam kapo Jakub Kozalczyk polecił wszystkim rozebrać się do naga, namoczył im piersi wodą, a następnie wypisał więźniom na nich dużymi cyframi numery obozowe. Potem wyprowadzał po dwóch skazańców, trzymając ich za ręce, na dziedziniec tego bloku, gdzie dwóch esesmanów strzelało ofiarom w tył głowy. Zwłoki zamordowanych Jakub odrzucał pod blok nr 10, a potem odwożono je do krematorium na wozach, które ciągnęli więźniowie.

Maksymilian Grabner

Przebieg egzekucji obserwował szef obozowego gestapo Maksymilian Grabner, stojąc koło stołu, wyniesionego na podwórze, na którym były rozłożone akta więźniów, skazanych w tym dniu na rozstrzelanie.

Jako ostatni miał być stracony Edward Kiczmachowski. Był on tak osłabiony, że nie mógł iść o własnych siłach i Jakub Kozelczuk musiał wziąć go na ręce. Kiedy niósł mnie po schodkach na podwórze – relacjonował Edward Kiczmachowski – sprawdzono jeszcze raz mój numer obozowy (…). Grabner spytał mnie, skąd znam tak dobrze język niemiecki, na co odpowiedziałem, że urodziłem się  w Niemczech i tam chodziłem do niemieckiej szkoły. Zapytał mnie jeszcze, gdzie są moi rodzice ? – odpowiedziałem, że w Niemczech. (…) Grabner kazał Jakubowi z powrotem zanieść mnie do bunkra, do innej celi.

Maksymilian Grabner był Austriakiem, który urodził się w Wiedniu i tam pracował jako policjant. Dzięki pełnionemu potem w KL Auschwitz stanowisku Grabner posiadał niemal niczym nieograniczoną władzę, będąc jako szef obozowego gestapo prawdziwym postrachem więźniów, To on bezpośrednio odpowiadał za zbrodnie popełnione w Bloku Śmierci (blok nr 11) i pod Ścianą Straceń.

Hans Aumeier

Po wojnie  podczas tego samego procesu przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Krakowie w grudniu 1947 roku wraz z Maksymilianem Grabnerem skazany został na śmierć kierownik obozu Hans Aumaier. Obydwaj zostali powieszeni  w krakowskim więzieniu Montelupich 24 stycznia 1948 roku. Sprawiedliwości stało się zadość.

W czasie funkcjonowania KL Auschwitz w załodze obozowej służyło ponad osiem tysięcy esesmanów oraz około dwieście nadzorczyń. Najwięcej spośród nich zostało osądzonych w Polsce. Czytaj: Największa egzekucja w KL Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim, 25 października 2019 r.

Zmarł świadek egzekucji komendanta KL Auschwitz

Październik 24th, 2019

Julian Wykręt (1932-2019)

Rodzina Wykrętów z Rajska pomagała więźniom KL Auschwitz. Maria przygotowywała posiłki, które jej mąż Franciszek Wykręt zatrudniony w majątku Zwillingów, wraz  z synami Julianem i Władysławem dostarczali na miejsca pracy więźniów, pośredniczyli także w ich nielegalnej korespondencji.

Julian Wykręt urodził się 9 października 1932 roku w Rajsku, po wojnie pracował przez wiele lat w Walcowni Metali Czechowice-Dziedzice, Oddział w Oświęcimiu. Zmarł w wieku 87 lat 20 października 2019 roku. Pogrzeb odbył się na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu 23 października.

Marek Księżarczyk, prezes oświęcimskiego Oddziału Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau, posiada obszerne nagranie na wideo, w którym Julian Wykręt opowiada  o czasach okupacji niemieckiej oraz relacjonuje jak przebiegała egzekucja Rudolfa Hoessa 16 kwietnia 1947 roku, której najprawdopodobniej był jednym z ostatnich świadków, mieszkającym w Oświęcimiu.

Zobacz także: Groby nad Sołą

Adam Cyra

Oświęcim, 24 października 2019 r.

Powstaje film o słynnym fotografie z Auschwitz

Październik 23rd, 2019
Bohater głośnego filmu dokumentalnego “Portrecista” z 2005 roku nazywany “portrecistą z Auschwitz” zmarł siedem lat temu 23 października 2012 roku w Żywcu – miał 95 lat. Dziś reżyser filmu, Ireneusz Dobrowolski wraz z Anną Dobrowolską, pracuje nad fabularną, międzynarodową produkcją opartą na wstrząsającej historii życia Wilhelma Brasse.

Pełna notka prasowa (wraz ze zdjęciami) pod linkiem: https://drive.google.com/open?id=1ZNau9bdRIpzK7Hg4-CW3FGml5NoTjiYH

Z zawodu był fotografem. Więziono go ponad cztery lata w KL Auschwitz, gdzie na polecenie obozowego gestapo wykonał kilkadziesiąt tysięcy zdjęć więźniów.

W zbiorach archiwalnych Muzeum Auschwitz-Birkenau znajdują się trzy takie fotografie, na których widnieją twarze brata mojego ojca i dwóch jego synów, którzy zginęli w KL Auschwitz na początku 1942 r.

Wilhelma Brassego znałem osobiście i wiedziałem, że on na krótko, podczas wykonywania tych zdjęć, miał kontakt w obozie z moim stryjem i dwoma moimi kuzynami. Z tego względu osobiście był również dla mnie szczególnym świadkiem

Fotograf z Auschwitz urodził się w 1917 roku. Jego dziadek był Austriakiem, który pracował w Żywcu jako ogrodnik u arcyksięcia Habsburga, natomiast matka była Polką. Przed wojną młody Wilhelm pracował jako fotograf w Katowicach. Jego specjalnością były m.in. portrety i zdjęcia legitymacyjne.

Po wybuchu II wojny światowej odmówił podpisania volkslisty i podjął decyzję o wstąpieniu do Wojska Polskiego, które we Francji organizował gen. Władysław Sikorski. Podczas próby przedostania na Węgry został pod koniec marca 1940 roku wydany przez dwóch Łemków w ręce Niemców. W dniu 31 sierpnia tegoż roku w transporcie z więzienia w Tarnowie przywieziono go do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 3444.

Na początku następnego roku Wilhelm Brasse jako więzień został skierowany do Erkennungsdienst (Służba Rozpoznawcza), gdzie na polecenie obozowego gestapo wykonywał w trzech pozach fotografie więźniom. Jak twierdził, zrobił takich zdjęć ponad 50 tysięcy. W KL Auschwitz wykonywał również dokumentację fotograficzną, m.in. na potrzeby pseudonaukowych eksperymentów dla nazistowskich lekarzy SS: doktora Josefa Mengelego i doktora Eduarda Wirthsa.

Brasse pracował w obozowej Służbie Rozpoznawczej do stycznia 1945 roku, kiedy to podczas ewakuacji więźniów z obozu oświęcimskiego, trafił do KL Mauthausen, a następnie jego podobozów: Melk i Ebensee, gdzie został wyzwolony 6 maja 1945 roku.

Po wojnie zamieszkał w Żywcu. Ze względu na tragiczne wspomnienia obozowe, po wojnie już nigdy nie wrócił do zawodu fotografa.

Adam Cyra

Oświęcim, 23 października 2019 r.

Oczekując na egzekucję w KL Auschwitz

Październik 22nd, 2019

Paweł Kulczak, fotografia wykonana przez obozowe gestapo (kliknij)

KL Auschwitz w początkowym okresie istnienia był miejscem kaźni przede wszystkim Polaków. Byli to przedstawiciele polskiej inteligencji, członkowie ruchu oporu i Polacy schwytani w łapankach oraz w niewielkiej liczbie polscy Żydzi, przywożeni w transportach wraz z Polakami. Masowa zagłada ludności żydowskiej przywożonej z wielu krajów europejskich podbitych przez hitlerowców, rozpoczęta została w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau dopiero wiosną 1942 r0ku.

Paweł Kulczak, z zawodu nauczyciel, oznaczony w KL Auschwitz numerem 38006, po wojnie relacjonował: „Strasznie przygnębiająco działały na nas egzekucje różnego rodzaju. Gdzieś do połowy 1943 roku przy apelach porannych wyczytywano numery więźniów, którzy po apelu już nie szli do pracy, lecz zbierali się pod blokiem nr 24, skąd po odejściu komand do pracy zaprowadzono ich na blok nr 11 i rozstrzeliwano pod Ścianą Śmierci.

Kazimierz Smoleń (1920-2012)

Codziennie blokowi przynosili z Oddziału Politycznego wykaz numerów ze swego bloku do odczytania przy apelu.

Było to straszne, wszyscy wiedzieliśmy, że odczytana osobę widzimy po raz ostatni i że za jakiś czas rodzina jego otrzyma zawiadomienie, że „zmarł na serce”.

Toteż, gdy stanęliśmy do apelu rannego, jakie było wielkie skupienie, jak żarliwie się każdy modlił, by nie odczytano jego numeru”.

Franciszek Młostek, fotografia obozowa

Kazimierz Smoleń (nr obozowy 1328), który pochodził z Chorzowa Starego, a po wojnie przez wiele lat  był dyrektorem Muzeum Auschwitz-Birkenau, wspominał: „W przypadku polskich więźniów dopisek „powrót niepożądany” naniesiony w aktach gestapo oznaczał dla nich najczęściej wyrok śmierci przez rozstrzelanie.

Tak postąpiono wobec wspomnianej już dużej grupy Polaków ze Śląska przywiezionych do obozu w 1940 roku i rozstrzelanych 12 czerwca i 18 sierpnia 1942 roku, po uprzednim dwukrotnym osadzeniu w karnej kompanii; w październiku 1940 roku, a następnie w maju 1942 roku. Wszyscy byli członkami polskich organizacji podziemnych.  (…)

W 1942 roku w obozie rozstrzelano kilku moich kolegów przywiezionych tym samym transportem. Taki los spotkał kolegę Młostka oraz dwóch braci Czajorów, Alfonsa i Ryszarda.

Jeden z Czajorów pracował jako Arbeitsdienst  w Auschwitz I, drugi pracował w obozowej drukarni, skąd skierowano go do karnej kompanii w Birkenau. Wspomnianą egzekucję przeprowadzono w czerwcu 1942 roku.

Alfons Czajor, fotografia obozowa

Rozważając zaistniałą sytuację stwierdziliśmy, że naszą grupę likwidowano na raty.

Część kolegów zginęła w poprzednich dwóch egzekucjach, my pozostali spodziewaliśmy się, że zginiemy w październiku 1942 roku.

Świadomość tego była strasznym przeżyciem. W każdym razie od sierpnia 1942 r. prawie nic nie jadłem, nawet nie pisałem listów do domu. Uważałem, że dla matki będzie mniej bolesnym, jeśli nie otrzymując dłuższy czas listów przygotuje się na najgorsze.

Ryszard Czajor, fotografia obozowa

Nie wiem, z jakich względów wstrzymano wykonywanie egzekucji. Przecież w poprzednich egzekucjach rozstrzelano nawet syna Leitera NSDAP w Chorzowie – Alojza Pnioka, w obozie oznaczonego numerem 1326, który do obozu dostał się za przynależność do polskiej, nielegalnej organizacji.

Na Śląsku takie dramatyczne sytuacje w rodzinach zdarzały się dosyć często”.

Alojzy Pniok, fotografia obozowa

Rotmistrz Witold Pilecki w swoich powojennych zapiskach odnotował, że Alojzy Pniok idąc na śmierć pod Ścianę Straceń splunął na dziedzińcu bloku nr 11 w twarz Gerhardowi Palitzschowi, który za chwilę pozbawił go życia strzałem w tył głowy.

Rapporführer (podoficer raportowy) Gerhard Palitzsch to jeden z największych zbrodniarzy w KL Auschwitz i główny wykonawca egzekucji pod Ścianą Śmierci, pod którą zamordował strzałem w potylicę kilka tysięcy więźniów, głównie Polaków.

Teofil Cyroń, fotografia obozowa

Jedną z jego zbrodni opisał były więzień Zygmunt Gaudasiński (nr 9207): „Pamiętam wypadki skierowania na rozstrzelanie z  sali  szpitalnej w bloku  nr 21  osób, które po przebytej operacji przychodziły do zdrowia. Leżał koło mnie np. więzień z Krakowa Cyrań lub Cyroń, który nie mogąc chodzić po operacji żylaków został przez Palitzscha zabity na noszach na dziedzińcu bloku nr 11”.

Stanisław Gajda, fotografia obozowa

Wymowny jest również fragment relacji byłego więźnia Władysława Siwka (nr 5826), który zapamiętał: „Kolega Stanisław Gajda, nr obozowy 12254, młodociany, spodziewał się rozstrzelania. Większość więźniów z jego transportu już nie żyła. W dniu 12 maja 1942 roku po rannym apelu wyczytano jego nazwisko. Żegnał się z każdym z nas bez łez. W obozie osadzony został za ulotki. Przeżył w nim rok czasu. Rozstrzelano go”.

Jan Murek, fotografia obozowa

Znamienne było także zachowanie się więźnia Jana Murka (nr 11754), który przez cały czas pobytu w bloku nr 11 podkreślał swą polskość i do ostatniej chwili duchowo się nie załamał. Więzień Murek był Ślązakiem i jednym z założycieli organizacji podziemnej w Chorzowie. Aresztowany został w 1940 roku i w następnym roku osadzony w KL Auschwitz. W Wielki Piątek w 1942 roku wraz z innymi więźniami, których czekał ten sam los co i jego, został wprowadzony do umywalni  w bloku nr 11 i tam jeszcze podtrzymywał swych współtowarzyszy na duchu, śpiewając polskie piosenki patriotyczne oraz pieśni religijne. Przed samym wyprowadzeniem na dziedziniec bloku nr 11 zaintonował „Boże coś Polskę”, za co został jeszcze przed śmiercią pobity. Zginął z okrzykiem „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Józef Gorzkowski, fotografia obozowa

Byłemu więźniowi Józefowi Gorzkowskiemu (nr 57330) z kolei w pamięci utkwiło takie zdarzenie: „Gdy pracowałem na strychu bloku 28, a było to w drugim roku mego pobytu w obozie oświęcimskim, w porze letniej, około południa, zarządzono  tzw. Blocksperre i przez okno strychowe podpatrując widziałem głowy więźniów stojących przed tak zwaną Ścianą Śmierci, mur oddzielający dziedziniec bloku 11 zasłaniał mi resztę obrazu, i po strzałach, jakie słyszałem, głowy te znikały.  Z tego wnioskowałem, że więźniowie, których głowy widziałem, padali na ziemię. (…) Jeden z Ukraińców-banderowców, z którym zetknąłem się w obozie, opowiadał mi przedtem, że w bloku nr 11 przebywają więźniowie Polacy z Warszawy i w dniu opisanej co dopiero „rozwałki”, w czasie rannego mego spaceru pod blokiem 9-tym, słyszałem dochodzące mnie z bloku  11-tego odgłosy pieśni „U drzwi Twoich stoję Panie”.

Dzisiaj w Miejscu Pamięci na dziedzińcu bloku nr 11 znajduje się rekonstrukcja Ściany Straceń, pod którą setki tysięcy odwiedzających rokrocznie tereny byłego niemieckiego obozu Auschwitz-Birkenau składają kwiaty, zapalają znicze i modlą się.

Hołd  w  tym miejscu pomordowanym oddał także Jan Paweł II w czerwcu 1979 roku, Benedykt XVI w maju 2006 roku i Franciszek w lipcu 2016 roku.

Adam Cyra

Oświęcim, 22 października 2019 r.

 

Geniusze polskiej myśli konstrukcyjnej

Wrzesień 30th, 2019

Tadeusz Tański (1892-1941)

W dniu 4 października 2019 r. w Puszczy Mariańskiej odbyły się uroczystości upamiętniające dwóch  wybitnych  polskich konstruktorów  (kliknij).

Na grobie Czesława Tańskiego została umieszczona nowa tablica pamiątkowa wraz z epitafium dla Jego syna Tadeusza, który zginął w KL Auschwitz, mając niespełna pięćdziesiąt lat.

Jego jego prochy po spaleniu ciała w krematorium obozowym zostały rozsypane w nieznanym miejscu.

Czesław Tański był pionierem polskiego lotnictwa oraz twórcą pierwszego polskiego szybowca i samolotu, skonstruowanych  przed wybuchem pierwszej wojny światowej.

W tym czasie jego syn Tadeusz Tański studiował w Szkole Elektrycznej w Paryżu, zajmując się  następnie konstrukcją dla firm francuskich i brytyjskich silników lotniczych.

W 1919 r. powrócił do Polski i rozpoczął pracę w Sekcji Samochodowej Ministerstwa Spraw Wojskowych. Rok później skonstruował pierwszy polski samochód pancerny. Samochody te wzięły udział w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r.

W okresie międzywojennym tworzył pierwsze samochody całkowicie polskiej konstrukcji. W jednym z nich zarówno silnik, jak i cały samochód mogły być zmontowane prawie za pomocą jednego klucza płaskiego. Pierwszy egzemplarz tego modelu nabył prezydent RP Ignacy Mościcki.

Po klęsce w wojnie obronnej Polski we wrześniu 1939 r. zaangażował się w działalność konspiracyjną. Latem 1940 r. został aresztowany przez Niemców w ramach „akcji AB” i potem wywieziony z więzienia na Pawiaku do KL Auschwitz,  gdzie zginął kilka tygodni później  23 marca 1941 r.

Obecnie o życiu i niezwykłych osiągnięciach Tadeusza Tańskiego realizowany jest film dokumentalny dla Telewizji Polskiej.

Adam Cyra

Oświęcim, 30 września 2019 r.

Tragiczna pomyłka. Rehabilitacja po latach

Wrzesień 26th, 2019

Stanisław Jaster, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Emisariusz Rotmistrza Witolda Pileckiego, uczestnik brawurowej ucieczki z KL Auschwitz samochodem wykradzionym esesmanom w dniu 20 czerwca 1942 roku i bohater akcji pod Celestynowem przez lata uznawany był za zdrajcę.

W tej ucieczce wykradzionym samochodem SS uczestniczył wraz z nim Kazimierz Piechowski (nr 918), zmarły w 2017 r. w wieku 98 lat.

Stanisław Jaster (1921-1943)

W dniu 25 września 2019 roku Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej Andrzej Duda dokonał rehabilitacji żołnierza Armii Krajowej, Stanisława Jastera „Hela”, honorując go pośmiertnie Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi poniesione z niezwykłym poświęceniem w walce o suwerenność i niepodległość Państwa Polskiego.

Jego rehabilitacji domagałem się w moich artykułach już w drugiej połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku (kliknij).

Zobacz także: Jaster – tajemnica Hela (film)

Reżyser filmu „Jaster” – tajemnica „Hela”: nie ma dowodów na jego zdradę

Adam Cyra

Oświęcim, 26 września 2019 r.

Odnaleziony grób na Ziemi Ognistej

Wrzesień 21st, 2019

Ppłk Emil Słatyński należał do pokolenia, które w swe dorosłe życie wchodziło na początku pierwszej wojny światowej. Pochodził z Żywca, skąd w sierpniu 1914 r. do Legionów wyruszyła I Kompania Strzelców, składająca się z gimnazjalistów. Był wśród nich Emil Słatyński, który później walczył z bolszewikami w bitwie warszawskiej. Za męstwo w 1920 r. odznaczony został Orderem Virtuti Militarii i 3-krotnie Krzyżem Walecznych.

W okresie międzywojennym był zawodowym oficerem Wojska Polskiego. W 1937 r. został dowódcą dywizjonu 10. Pułku Strzelców Konnych. Pułk ten wraz z 24. Pułkiem Ułanów wszedł w skład pierwszej polskiej wielkiej jednostki zmotoryzowanej – 10. Brygady Kawalerii Pancernej.

Mjr Emil Słatyński

W trakcie kampanii wrześniowej mjr Emil Słatyński został dowódcą wspomnianego Pułku. Po ogłoszeniu kapitulacji 10. Brygada Kawalerii przekroczyła granicę węgierską. Wchodzący w jego skład 10. Pułk Strzelców Konnych został skierowany po rozbrojeniu do jednego z obozów dla Polaków na terenie Węgier, skąd w grudniu 1939 r. z ostatnim rzutem żołnierzy pułku mjr Słatyński ewakuował się do Francji. Tam został skierowany do ośrodka kawalerii w Bretonii.

Major Emil Słatyński doprowadził 10. Pułk Strzelców Konnych i jego sztandar przez Węgry do Francji w najlepszym stanie z całej Armii Polskiej.

Król Jerzy VI i królowa Elżbieta (z lewej)

Sztandar ten był później już na Wyspach Brytyjskich prezentowany w Szkocji angielskiej parze królewskiej, która odwiedziła żołnierzy polskich w miejscowości Forfar 7 marca 1941 r.

Piszę o tym w mojej książce „Spadochroniarz „Urban”. Ppor. Stefan Jasieński 1914-1945”, wydanej w 2005 r. Sztandar 10. Pułku Strzelców Konnych w obecności gen. Władysława Sikorskiego prezentuje ppor. Stefan Jasieński, który na początku stycznia 1945 r. jako cichociemny najprawdopodobniej zginął w KL Auschwitz.

Bartosz Słatyński z Brzeszcz k. Oświęcimia

Bartosz Słatyński, polski muzyk, pochodzący z Brzeszcz k. Oświęcimia jest  współautorem (obok Andrzeja Przybyszewskiego) książki  Listy z Ziemi Ognistej, wydanej w 2012 r. Opowiada ona o bohaterskich losach jego krewnego, ppłk. Emila Słatyńskiego, który po wojnie osiadł na Ziemi Ognistej. Zmarł tam na obczyźnie w 1956 r, mając 59 lat.

Dzięki wysiłkom Bartosza Słatyńskiego zapomniana mogiła tego bohatera wojennego została odnaleziona w 2010 r.

Obecnie grób ten jest zadbany i otoczony opieką przez mieszkańców tej miejscowości, w której znalazł wieczny odpoczynek na dalekiej Ziemi Ognistej w południowej Argentynie.

Adam Cyra

Oświęcim, 21 września 2019 r.

Wystawa o Rotmistrzu Pileckim w Berlinie

Wrzesień 5th, 2019
W ramach obchodów 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej Instytut Pileckiego w Berlinie przygotował  wystawę „Ochotnik. Witold Pilecki i jego misja w Auschwitz”, która ukazuje dobrowolną misję Rotmistrza Pileckiego w Auschwitz.

Historia jego zmagań z dwoma totalitaryzmami XX wieku stała się pretekstem do zadania uniwersalnych pytań — o istotę zła, przeciwstawieniu się mu oraz o pamięć i jej wymazywanie.

Wystawa będzie czynna od 17 września 2019 roku do 31 marca 2020 roku w Instytucie Pileckiego w Berlinie, Pariser Platz 4a

Czytaj więcej: Witold Pileckiżołnierz, konspirator, ochotnik do Auschwitz

W kanadyjskim radiu publicznym audycja o rotmistrzu Witoldzie Pileckim

Historia rotmistrza Witolda Pileckiego przed Bramą Brandenburską

Adam Cyra

Oświęcim, 5 września 2019 r.

Zmarł najstarszy więzień Auschwitz

Sierpień 30th, 2019

Tadeusz Rybacki, fotografia wykonana przez obozowe gestapo

W dniu 19 sierpnia 2019 roku zmarł doktor Tadeusz Rybacki, oficer Wojska Polskiego, pułkownik, najstarszy z żyjących więźniów KL Auschwitz.

Tadeusz Rybacki urodził się 15 października 1917 roku w Sobkowie. Jego ojciec był farmaceutą i posiadał prywatną aptekę. W 1937 roku zdał maturę w Państwowym Gimnazjum i Liceum im. Stanisława Staszica w Lublinie. Był absolwentem Szkoły Podchorążych Lotnictwa w Dęblinie, uzyskując stopień oficerski w czasie ostatniej nominacji w Wojsku Polskim w okresie międzywojennym w dniu 1 września 1939 roku. Patent oficerski otrzymał z równoczesnym wcieleniem do 4. eskadry obserwatorów. Z powodu braku samolotów piloci z jego eskadry zostali spieszeni i wycofywali się w kierunku granicy z Rumunią, gdzie otoczeni zostali przez Wehrmacht w okolicach Chodorowa. Rybacki przebywał w niemieckim obozie jenieckim w Przemyślu, z którego udało mu się zbiec. Podczas okupacji niemieckiej był oficerem w Obwodzie Związku Walki Zbrojnej (ZWZ/AK) w Lublinie.

W dniu 29 stycznia 1941 roku wskutek denuncjacji swojego szkolnego kolegi Zbigniewa Głuszczyka został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu na Zamku w Lublinie, skąd 24 maja tegoż roku przywieziono go do KL Auschwitz. Oznaczono go numerem 16377. Przez pewien czas pracował jako kelner w obozowej kantynie dla esesmanów. W dniu 10 marca 1943 roku został deportowany do KL Buchenwald, gdzie był oznaczony numerem 10955, przebywając później w jednym z jego podobozów, z którego udało mu się zbiec. Ostatecznie wyzwolili go żołnierze amerykańscy w okolicy miejscowości Blenkenheim. Jego obszerna relacja na temat pobytu w niemieckich obozach koncentracyjnych jest przechowywana w Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Po odzyskaniu wolności podjął studia na Wydziale Lekarskim Uniwersytetu w Louwain. Po roku powrócił do Polski  i rozpoczęte studia w Belgii ukończył w Akademii Medycznej we Wrocławiu.

W 1951 roku został zmobilizowany jako lekarz do służby stałej w Ludowym Wojsku Polskim. Pracował m.in. w Szpitalu Wojskowym przy ulicy Szaserów w Warszawie, gdzie uzyskał specjalizację II i III stopnia w zakresie chorób wewnętrznych, a następnie obronił pracę doktorską, otrzymując tytuł doktora nauk medycznych. W 1974 roku został przeniesiony w stan spoczynku.

Od tego momentu do 92 roku życia pracował najpierw jako kardiolog w różnych placówkach służby zdrowia na terenie Warszawy, a później przez wiele lat w Przychodni Lekarskiej Fundacji Armii Krajowej.

Uroczystości pogrzebowe odbyły się z asystą wojskową w dniu 29 sierpnia 2019 roku w Warszawie. Tadeusz Rybacki, który w tym roku ukończyłby 102 lata, spoczął na Starych Powązkach.

Adam Cyra

Oświęcim, 30 sierpnia 2019 r.

Błogosławiona z Oświęcimia

Sierpień 3rd, 2019

Kościół farny w Nowogródku

Podczas wędrówek po dawnych Kresach II Rzeczypospolitej dotarłem kiedyś do Nowogródka na Białorusi, gdzie odwiedziłem m.in. kościół farny p.w. Przemienienia Pańskiego, tzw. Białą Farę, w której został ochrzczony Adam Mickiewicz. Kościołem tym nadal opiekują się siostry nazaretanki, które przybyły do Nowogródka w 1929 roku, aby zająć się wychowaniem i nauczaniem dzieci. Siostry tworzyły tam przed drugą wojną światową dwunastoosobową wspólnotę, która służyła wielonarodowościowej społeczności miasta.

Jedną z tych sióstr była Maria Imelda od Jezusa Hostii. Nazywała się Jadwiga Żak i pochodziła z Oświęcimia, gdzie urodziła się 29 grudnia 1892 roku. Wstąpiła do Zgromadzenia Sióstr Nazaretanek w Krakowie w 1911 roku, nowicjat odbyła w Albano koło Rzymu. Po powrocie na ziemie polskie pracowała w szkołach prowadzonych przez nazaretanki jako wychowawczyni i nauczycielka – kolejno we Lwowie, w Warszawie, Stryju i w Grodnie oraz w Łukowie. Była także zakrystianką.

Do Nowogródka przybyła w 1936 roku i do zamknięcia szkół przez okupantów sowieckich w październiku 1939 roku była nauczycielką, a później – zakrystianką i opiekunką ministrantów przy wspomnianym kościele farnym.

Najeźdźcy deportowali masowo Polaków z Nowogródka w lutym 1940 roku oraz w kwietniu następnego roku na Syberię i do Kazachstanu. W dniu 6 lipca 1941 roku do Nowogródka wkroczyły z kolei wojska niemieckie i już w trzy tygodnie później odbyła się pierwsza publiczna egzekucja, w której hitlerowcy rozstrzelali sześćdziesięciu mieszkańców tego miasta.

W lipcu 1943 roku siostry zgłosiły się do władz niemieckich, by ofiarować swoje życie za sto dwadzieścia osób, aresztowanych i przeznaczonych do rozstrzelania. Karę śmierci zamieniono aresztowanym na roboty w Niemczech i wszyscy wywiezieni przeżyli wojnę, natomiast siostry wezwano wieczorem 31 lipca 1943 roku na pobliski komisariat, gdzie przyszło ich jedenaście.

Miejsce egzekucji sióstr nazaretanek. Fot. A. Cyra

Dwunasta siostra – Małgorzata Banaś (której proces beatyfikacyjny rozpoczął się w 2003 roku) pracowała w tym czasie w szpitalu i dzięki temu ocalała. Jeszcze tego samego wieczoru Niemcy wywieźli siostry za miasto, szukając miejsca na egzekucję.

Nie znaleźli, więc wrócili do budynku komisariatu i zamknęli siostry w jego piwnicach. Następnego dnia, w niedzielę 1 sierpnia 1943 roku rano ponownie wywieźli siostry do lasu około pięć kilometrów od Nowogródka.

Sarkofag ze szczątkami sióstr nazaretanek

Tam w głuszy leśnej rozstrzelali jedenaście sióstr nazaretanek.

Razem z nimi zamordowano i pogrzebano we wspólnej mogile chłopca z pobliskiej wsi, któremu najprawdopodobniej grób ten kazano wcześniej wykopać.

Po ekshumacji 19 marca 1945 roku miejscem chwilowego pochówku sióstr nazaretanek stała się mogiła przy nowogródzkim kościele farnym, w którym później ich szczątki umieszczono w sarkofagu, znajdującym się w jednej z bocznych kaplic tej świątyni.

Zakonnice-męczennice z Nowogródka zostały beatyfikowane przez papieża Jana Pawła II, podczas pierwszej beatyfikacji Wielkiego Jubileuszu Roku 2000 na Placu św. Piotra w Rzymie. W ich gronie jest siostra Maria Imelda (Janina Żak), która pochodziła z Oświęcimia.

Adam Cyra
Oświęcim, 3 sierpnia 2019 r.

Raporty Rotmistrza Witolda Pileckiego z czasów Powstania Warszawskiego

Sierpień 1st, 2019

Rotmistrz Pilecki został zabity strzałem w tył głowy w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 roku. Ciała rodzinie nie wydano i pochowano go w bezimiennej mogile pod płotem Cmentarza Powązkowskiego w Warszawie.

Cztery lata wcześniej przez sześćdziesiąt trzy dni Rotmistrz Witold Pilecki bohatersko walczył w Powstaniu Warszawskim. W Instytucie Pamięci Narodowej w Warszawie są przechowywane raporty i dokumenty dotyczące tego okresu z jego podpisami, które przesłał mi i udostępnił do publikacji pan Piotr Litka, za co dziękuję serdecznie. Zobacz: raport nr 1 i  raport nr 2 oraz dokumenty

Raporty, meldunki i rozkazy podpisane przez walczącego w Zgrupowaniu  „Chrobry II” rtm. Witolda Pileckiego, które przytoczyłem powyżej,  znajdują się także w poświęconej temu oddziałowi książce Katarzyny Utrackiej i Izabeli Mrzygłód, zatytułowanej „Archiwum Zgrupowania Armii Krajowej „Chrobry II”, która została opublikowana w 2015 roku.

Jan Redzej, zginął podczas Powstania Warszawskiego 5 sierpnia 1944 r.

Z walk powstańczych, w których uczestniczył Pilecki, warto przytoczyć jeden epizod. W dniu 5 sierpnia 1944 roku Rotmistrz przeprowadził udany wypad na nieprzyjacielski bunkier, usytuowany na południowym skraju pl. Starynkiewicza, w pobliżu Szpitala Dzieciątka Jezus. Obsada bunkra, unosząc rannych lub zabitych, została zmuszona do odwrotu.

Nie sukces jednak z tego dnia utrwalił się w pamięci „Witolda”, lecz śmierć jego przyjaciela i współuciekiniera z KL Auschwitz, Jana Redzeja (w obozie Jan Retko), który wtedy posługiwał się pseudonimem „Ostrowski” i najprawdopodobniej został pośmiertnie awansowany do stopnia kapitana. To tragiczne zdarzenie Pilecki tak opisał: „O godz. 13 min. 15 por. „Ostrowski”, prowadząc nadal osobiście akcję na Starostwo, zostaje strzałem od Chałubińskiego śmiertelnie ranny i umiera w godzinę potem ze słowami „Dla Polski”.

Mało kto dzisiaj wie, że Jan Redzej pozostawił po sobie wspomnienia, które do tej pory nie zostały opublikowane i znajdują się Muzeum Armii Krajowej im. Emila Fieldorfa „Nila” w Krakowie.

Po latach Władysław Bartoszewski tak powiedział: „Jako były więzień  KL Auschwitz, który przybył do obozu tym samym transportem, co Witold Pilecki, mam żywo w pamięci – bo tego się nie zapomina – wszystkie obrazy, sytuacje, scenerię, atmosferę tamtego obozowego czasu z lat 1940-1941,  a także późniejszego czasu lat terroru stalinowskiego w Polsce, gdy koleje mojego losu zbliżyły mnie znów pośrednio do losu tego niezwykłego człowieka”.

Kiedy wybuchła wojna w 1939 roku Pilecki został zmobilizowany i jako podporucznik kawalerii stanął do walki w obronie Ojczyzny. Po zakończeniu działań wojennych przedostał się w październiku tegoż roku do Warszawy i natychmiast włączył się w nurt walki konspiracyjnej pod przybranym nazwiskiem Tomasz Serafiński. Wkrótce stał się współorganizatorem Tajnej Armii Polskiej, która później weszła w skład ZWZ/AK.

Latem 1940 roku podjął dobrowolną decyzję przedostania się do obozu oświęcimskiego w celu utworzenia tam siatki konspiracyjnej, zorganizowania łączności Podziemia z uwięzionymi w nim Polakami i przesyłania wiarygodnych danych o zbrodniach SS, a później przygotowania obozu do walki, gdyby nadarzyła się sprzyjająca ku temu okazja. Pilecki dał się ująć podczas łapanki na Żoliborzu, aby zostać wywiezionym do Oświęcimia, gdzie przybył  w drugim transporcie warszawskim w nocy z 21 na 22 września 1940 roku.

Dzięki poświęceniu i działalności Pileckiego polska konspiracja wojskowa stała się faktem, o którym jednak długie lata po wojnie milczano. Utworzony w obozie z jego inicjatywy Związek Organizacji Wojskowej nawiązał kontakt z przyobozowym ruchem oporu, za pośrednictwem którego m.in. wysyłano raporty do Komendy Głównej Związku Walki Zbrojnej (później przekształcony w Armię Krajową) w Warszawie. Następnie informacje te przekazywane były do Londynu, aby świat dowiedział się o zbrodniach popełnianych przez niemieckich nazistów w Oświęcimiu.

Pilecki sądził, że istnieje możliwość uwolnienia więźniów i chciał  taką propozycję osobiście przedstawić Komendzie Głównej Armii Krajowej w Warszawie. W nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. wraz z dwoma współwięźniami uciekł z obozu. Kiedy jednak dotarł do Warszawy, nie podzielono jego poglądu, że opanowanie obozu oraz uwolnienie tak dużej liczby więźniów jest możliwe  i powierzono mu konspiracyjną pracę w Kierownictwie Dywersji KG AK.  W tym czasie napisał raport o swoich przeżyciach i dokonaniach konspiracyjnych w KL Auschwitz.

Potem czekał go udział w Powstaniu Warszawskim, pobyt w obozach jenieckich w Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau, a także służba po wojnie w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa.

W ostatnich miesiącach 1945 r. rotmistrz Pilecki za namową oficerów Oddziału II sztabu II Korpusu Polskiego podjął się utworzenia w nie suwerennym Kraju, rządzonym przez komunistów, siatki informacyjnej i przesyłania zebranych wiadomości do Włoch. Wykonując powierzone mu zadanie, został wiosną 1947 roku aresztowany  w Warszawie, a w rok później po długotrwałym śledztwie i procesie skazany na karę śmierci.

Adam Cyra

Oświęcim, 1 sierpnia 2019 r.

Siatka konspiracyjna Rotmistrza Pileckiego w obozie cygańskim w KL Auschwitz II-Birkenau

Lipiec 29th, 2019

Księgi ewindencyjne Romów w KL Auschwitz II-Birkenau

Tadeusz Joachimowski, ur. w 1908 r., nie zdążył przed śmiercią ukończyć swych wspomnień z obozowych przeżyć. Oznaczono go w KL Auschwitz numerem 3720. Najpierw był pisarzem (Schreiberem) w obozie macierzystym w Oświęcimiu, a następnie od wiosny 1943 r. pisarzem w obozie cygańskim w Brzezince, którego całkowita zagłada nastąpiła siedemdziesiąt pięć lat temu, w dniu 2 sierpnia 1944 r. Łącznie w KL Auschwitz II-Birkenau zginęło około dwadzieścia tysięcy Cyganów.

Tadeusz Joachimowski aktywnie działał w konspiracji wojskowej więźniów, której twórcą był rotmistrz Witold Pilecki. W lipcu 1944 r. wraz z dwoma współwięźniami Polakami – Ireneuszem Pietrzykiem i Henrykiem Porębskim – ukrył w ziemi wyniesione z kancelarii obozowej księgi ewidencyjne Romów. Zakopano je w obozie cygańskim obok baraku nr 31. Zawinięte były w ubranie i włożone do wiadra. Odkopane zostały w jego obecności w styczniu 1949 r. i są przechowywane w zbiorach archiwalnych Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. W 1993 r. opublikowano je drukiem jako „Księga Pamięci. Cyganie w obozie koncentracyjnym Auschwitz-Birkenau”.

Poniższy fragment wspomnień Tadeusza Joachimowskiego, udało mi się przypadkowo odnaleźć w drugiej połowie lat dziewięćdziesiątych. Opublikowałem je w biuletynie „Pro Memoria” nr 10 w 1999 r. Warto po dwudziestu latach jeszcze raz przypomnieć w skrócie ten tekst:

„Pierwszych Cyganów przywieziono do obozu w Brzezince w końcu lutego 1943 r. Do osiedlenia przeznaczono im bagnisty teren oznaczony na planach jako odcinek BIIe. Urządzali oni wnętrza stawianych tutaj baraków, a następnie zajmowali się poprawianiem drogi obozowej i pogłębianiem trzech rowów odwadniających, połączonych z głównym systemem odwadniającym obozu. Mimo że woda powoli ustępowała z terenu ciągle miał on malaryczny charakter. (…) Wszystkie baraki zaprojektowane jako pomieszczenia dla koni, o długości 40,5 m i 9 m szerokości, opatrzono dwuskrzydłowymi wrotami. Ponieważ wstawiono do nich prycze, wbudowano dwa piece, które później połączono podwójnym ciągiem kominowym z cegieł, biegnącym przez całą długość oraz wysypano podłogi piaskiem, uznane one zostały przez władze obozowe za nadające się do zamieszkania przez ludzi.

Okien nie wybito z wyjątkiem przewidzianych w projekcie tzw. lufcików umieszczonych pod dachem. Do baraków wchodziło się przez holl, przy którym po obydwu stronach znajdowały się oddzielne salki o wymiarach 3 m na 4,5 m, najczęściej zajmowane przez blokowego i funkcyjnych i stąd dopiero prowadziły drzwi do właściwej części mieszkalnej, zastawionej trzypiętrowymi pryczami o wymiarach 2 m na 2,8 m. W końcowej części baraku były po-mieszczenia przeznaczone na magazyny, które później dzięki inwencji więźniów Polaków przerabiano na umywalnie i ustępy. Przednia i tylna część baraku były podobne. (…)

Ogrodzenie całości stanowiły podwójne linie drutów kolczastych zawieszone na betonowych słupach, którymi bez przerwy w nocy, a od czasu do czasu i w dzień, co było jednak tajemnicą esesmanów, przepływał prąd wysokiego napięcia. Z chwilą zapadnięcia zmroku zapalały się lampy osadzone na słupach. Dodatkowym zabezpieczeniem przed ewentualnymi ucieczkami były wieżyczki wartownicze, które rozmieszczono na rogach obozu, zajmowane przez warty SS.

Pod koniec lutego 1943 r. – na polecenie Rapportschreibera Diestla – przeprowadziliśmy z Antonim Sicińskim ewidencję Cyganów osadzonych już w obozie oraz nowo przybywających. (…) Po udzielonych nam informacjach udaliśmy się do pierwszego baraku, aby zabrać się do pracy. Jeszcze w obozie w Oświęcimiu zastanawialiśmy się nad tym, jak może być urządzony obóz, w którym przebywają rodziny wraz z dziećmi. Teraz mieliśmy się o tym przekonać osobiście. Rzuciło nam się w oczy przede wszystkim to, że Cyganie mieli cywilne ubrania. Kobiety nosiły kolorowe stroje, zaś mężczyźni ubrani byli w tandetne odzienie. Zauważyłem również, że dziewczynki miały cienkie sukienki, natomiast chłopcy długie spodenki i koszulki. Prawie wszyscy byli bez butów i bosymi stopami deptali po zimnej i zabrudzonej podłodze baraku. Zaraz po wejściu do mieszkalnej części baraku uderzył w nas duszący smród, wobec czego poleciliśmy blokowemu, aby wystawiono nam stoły na zewnątrz baraku i tam po zajęciu miejsc rozpoczęliśmy spis.

Zgromadzonych przed nami Cyganów ustawiono w czterdziestu pięciu szeregach, po dziesięć osób w każdym. Naszym zadaniem było wpisanie do karty personalnej każdego Cygana danych w następującej kolejności: numer więźnia, narodowość, imię i nazwisko oraz data i miejsce urodzenia., a także miejsce ostatniego zamieszkania i nazwa urzędu, który dokonał aresztowania. Ostatnia rubryka pozostawała wolna z przeznaczeniem na specjalny wpis o przeniesieniu, zwolnieniu lub śmierci. Te dane wpisywane były do rubryk w księgach głównych obozu. Na kartach personalnych mieliśmy możliwość dokonania bardziej szczegółowych adnotacji np. o służbie wojskowej, odznaczeniach i karalności.

Stojący przede mną Cyganie byli w różnym wieku. Przy jaskrawym świetle słońca wszyscy bez wyjątku wyglądali bardzo źle. Na ten zastraszający wygląd wpływało również to, że od czasu przywiezienia ich z głębi Rzeszy, kiedy to wykąpali się w obozie męskim na odcinku BIb, nie mieli możności umycia się, a od tego czasu minął niejednokrotnie tydzień i więcej dni. W dodatku byli niewyspani i niedożywieni. (…)

Spisywanie ewidencji rozpoczynaliśmy o godzinie szóstej i z bardzo krótką przerwą obiadową trwało ono do apelu wieczornego, rozpoczynającego się pół godziny wcześniej niż w obozie męskim. Uwarunkowane to było tym, że raporty o stanach liczbowych dostarczane musiały być przez jednego z pracowników kancelarii obozu cygańskiego do kancelarii obozu męskiego, jak również do kancelarii obozu kobiecego, w których to kancelariach dokonywano zestawień ogólnych mężczyzn i kobiet. Wypełnione karty ewidencyjne zabierał do swojej kancelarii Roman Frankiewicz, sporządzając z nich odpisy, natomiast ewidencje Cyganów i Cyganek przebywających w tym czasie w szpitalu dostarczał nam pisarz szpitala w rodzinnym obozie cygańskim, inny polski więzień polityczny, Wojciech Barcz. Po trzech dniach pracy przy ewidencji Cyganów wróciliśmy do obozu macierzystego w Oświęcimiu. Jako pisarz bloku nr 22 a miałem wiele zajęć. Jednakże na żądanie oddziału politycznego i na polecenie Rapportschreibera Diestla musiałem jeszcze sporządzić wraz z Antonim Sicińskim odpisy kart ewidencyjnych, założonych dla Cyganów. Karty te dostarczyłem pisarzom Politische Abteilung , a dokładnie mówiąc Aufnahmeschreiberom, pracującym w bloku nr 25.

Roman Frankiewicz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Kilka dni później razem z Antonim Sicińskim poszliśmy ponownie do rodzinnego obozu cygańskiego w Brzezince, gdzie spisywanie nowo przybyłych nie trwało długo, ponieważ transport był niezbyt liczny i mogliśmy jeszcze tego samego dnia wrócić do Oświęcimia. Wtedy to Roman Frankiewicz namawiał mnie usilnie, abym załatwił sobie przeniesienie na stałe do pracy w kancelarii obozowej na odcinku BIIe. Byłem jednak przekonany, że niejeden jeszcze raz odwiedzę obóz cygański i że wtedy podejmę tę decyzję. (…)

Ilekroć przebywałem na terenie odcinka BIIe, tyle razy Roman Frankiewicz namawiał mnie do porzucenia mojej funkcji w obozie macierzystym w Oświęcimiu i przeniesienie się do Brzezinki. Trudno mi było podjąć decyzję, ponieważ praca pisarza w bloku nr 22 a dawała mi duże możliwości przychodzenia ludziom z pomocą, a także pozwalała na wychodzenie do budowanego zakładu chemicznego w Monowicach oraz do Rajska, Harmęż i Bud. W tym czasie związany byłem z grupą Rawicza – Dziamy – Gilewicza – Lisowskiego i Bilińskiego (oficerowie z konspiracji wojskowej rtm. Witolda Pileckiego – dop. A.C.). Poprzednio często kontaktowałem się również z socjalistą Stanisławem Dębskim-Dubois. Kontakty te wskazywały, że moja obecność na tym terenie jest konieczna, ponieważ przy każdym wyjściu z obozu macierzystego mogłem zebrać masę cennych informacji i wiadomości. (…) Postarałem się o zgodę Rapportschreibera Diestla na przeniesienie mnie do Brzezinki, do czego już przekonywali mnie wcześniej Dziama, Gilewicz i Biliński.

Był koniec kwietnia, a może początek maja 1943 r., gdy wraz z kolegą Kazimierzem Sichrawą, polskim więźniem politycznym, oznaczonym numerem 231, szliśmy pod eskortą esesmana do obozu cygańskiego na terenie Brzezinki. Idąc drogą Sichrawa wypytywał mnie o wa-runki życia w tym obozie, o zachowanie się esesmanów w stosunku do więźniów funkcyjnych oraz o kolegów, z którymi zżył się w obozie macierzystym, a którzy już wcześniej zostali przeniesieni do Brzezinki. Rozmowę naszą przerwaliśmy w momencie dojścia do obozowej bramy na odcinku BIIe. Zameldowaliśmy się w okienku wartowni u Blockführera Zielke. Był to jeden z najbardziej ludzkich esesmanów. Wkrótce przywitaliśmy się z uradowanym naszym widokiem Romanem Frankiewiczem, oddając mu nasze karty przeniesienia. Od tej chwili staliśmy się mieszkańcami rodzinnego obozu cygańskiego”.

Niedokończone wspomnienia Tadeusza Joachimowskiego, których fragment przytoczyłem powyżej, liczące około dwieście stron rękopisu nie są znane historykom, w przeciwieństwie do jego relacji, które są przechowywane w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau. Wspomnienia te udało mi się w całości odnaleźć kilkanaście lat temu i jestem w posiadaniu ich kopii. Powinny one zostać przepisane i opublikowane, dostarczając nowych danych odnośnie tragicznej historii obozu cygańskiego w KL Auschwitz II-Birkenau.

Adam Cyra

Oświęcim, 29 lipca 2019 r.

„Oświęcim walczący” po angielsku

Lipiec 28th, 2019

Wierność ideałom Polski Niepodległej w powojennej rzeczywistości politycznej zmusiła Józefa Garlińskiego, oficera Armii Krajowej i więźnia KL Auschwitz, do pozostania poza krajem i zamieszkania na stałe w Londynie, gdzie pracował zawodowo m. in. w kanadyjskim towarzystwie ubezpieczeniowym.

Prawdziwą pasją Józefa Garlińskiego stało się jednak pisarstwo historyczne. W sumie opublikował około dwadzieścia książek, w tym kilka wydań obcojęzycznych. Zaczynał Garliński od wspomnień („Dramat i Opatrzność”, 1961, „Matki i żony”, 1962) i okupacyjnych opowiadań („Ziemia”, 1964) oraz dwóch książek zbliżonych do eseju historycznego („Między Londynem a Warszawą”, 1966, „Politycy i żołnierze”, 1968).

Rozgłos przyniosła mu jednak dopiero praca „Oświęcim walczący” na temat przyobozowego i obozowego ruchu oporu w KL Auschwitz. Jej pierwsze fragmenty były drukowane w 1970 r. na łamach paryskich „Zeszytów Historycznych”. Trzy lata później Garliński obronił w języku angielskim monografię oświęcimskiej konspiracji, zatytułowaną „Fighting Auschwitz” jako pracę doktorską w London School of Ecomomics and Politikal Science (Uniwersytet Londyński).

Dotychczas książka ta miała siedemnaście wydań: sześć angielskich, dwa amerykańskie, jedno francuskie, pięć polskich – w Londynie i dwa w drugim obiegu w kraju, a także jeszcze jedno już „legalne” w Polsce w 1992 roku.

Ta głośna książka obecnie była zapomniana i już nie wznawiana, zarówno w Polsce jak i poza jej granicami.

Dopiero ostatnio Terry Tegnazian, właścicielka wydawnictwa Aquila Polonica US Ltd., z pochodzenia Ormianka, zafascynowana najnowszą historią Polski, wznowiła w Stanach Zjednoczonych książkę Józefa Garlińskiego „Oświęcim walczący” w wersji angielskiej „Fighting Auschwitz”.

Recenzja tej publikacji mojego autorstwa jako załącznik stanowi jej uzupełnienie, wnosząc sprostowania i nowe ustalenia na temat obozowego Ruchu Oporu w KL Auschwitz, o którym wraz z Józefem Garlińskim przygotowałem wystawę na piętrze w bloku nr 11. Jej otwarcie nastąpiło w Muzeum Auschwitz 15 listopada 1993 roku.

Adam Cyra

Oświęcim, 28 lipca 2019 r.

Nie tylko pamięć …

Lipiec 25th, 2019

Marek Księżarczyk

W dniach od 19 do 26 lipca 2019 r.  odbył się tygodniowy Obóz Pamięci na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau, w którym uczestniczyło kilkudziesięciu członków Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau z Warszawy i innych stron Polski. Pracowali oni na terenie byłego obozu w Oświęcimiu-Brzezince i zapoznawali się z jego historią.

Uczestnicy 41. Obozu Pamięci wykonywali głównie prace porządkowe na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau. Były wśród nich osoby, których krewni zginęli w KL Auschwitz lub byli więźniami i obóz przeżyli.

Większość z nich obdarzona jest zdolnościami muzycznymi. Takie zdolności posiada także Marek Księżarczyk, Prezes oświęcimskiego Oddziału TOnO – Pamięć o Auschwitz-Birkenau, którego dziadek był więźniem KL Auschwitz.

Marek Księżarczyk, historyk – amator od ponad dwudziestu pięciu lat wraz z rodziną mieszka w jednym z budynków, które w latach wojny stanowiły tzw. „Gemeinschaftslager”, czyli obóz dla robotników cywilnych zatrudnionych przymusowo przy budowie KL Auschwitz.

Ale nie tylko historia obozu oświęcimskiego go pasjonuje. Jest także miłośnikiem Państwowego Zespołu Ludowego Pieśni i Tańca „Mazowsze” im. Tadeusza Sygietyńskiego.

W wolnym czasie uczestnicy Obozu Pamięci wraz z Markiem Księżarczykiem wypożyczyli stroje ludowe od Reprezentacyjnego Zespołu Pieśni i Tańca Miasta Oświęcim „Hajduki” i wykonali w nich pieśni ludowe w Komendzie Powiatowej Straży Pożarnej w Oświęcimiu oraz na rynku w Grodzie nad Sołą.

Adam Cyra

Oświęcim, 25 lipca 2019 r.

Odszedł ostatni więzień z pierwszego transportu tarnowskiego

Lipiec 23rd, 2019

W nocy z 22 na 23 lipca 2019 roku zmarł Kazimierz Albin, ostatni żyjący więzień z pierwszego transportu Polaków  do KL Auschwitz. Miał 96 lat.

Kazimierz Albin – ur. 30 sierpnia 1922 roku w Krakowie, gdzie w chwili wybuchu wojny był uczniem I Gimnazjum im. Bartłomieja Nowodworskiego.  W styczniu 1940 roku aresztowany został na terenie Słowacji przy próbie przedostania się do Wojska Polskiego we Francji. Więziony m.in. w Muszynie, Nowym Sączu i Tarnowie, skąd przywieziony został do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku w pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych.

W obozie oświęcimskim oznaczono go numerem 118. Więziony był wraz z bratem Mieczysławem (nr obozowy 116), a po jego ucieczce więźniarkami KL Auschwirz stały się również jego matka i siostra, które przywieziono do obozu w odwet za ucieczkę syna i brata.

Siedemdziesiąt sześć lat temu, w  dniu 27 lutego 1943 roku, uciekł wraz z sześcioma innymi więźniami z KL Auschwitz.

Ukrywał się w Krakowie pod zmienionym nazwiskiem i działał w konspiracji Armii Krajowej. Pełnił tam funkcję szefa dywersji bojowej III Odcinka Komendy Obwodu Kraków — Miasto Armii Krajowej.

Po wojnie zdał maturę i podjął studia na Wydziale Lotniczym Politechniki Krakowskiej. W czasie studiów pracował w Biurze Projektów Energetycznych w Krakowie. Od 1952 do 1963 r. był zatrudniony w Szybowcowym Zakładzie Doświadczalnym w Bielsku-Białej, a następnie przeniesiono go do Zjednoczenia Przemysłu Lotniczego w Warszawie, a potem  C.H.Z „Metaleksport” również  w Warszawie na stanowisku eksperta technicznego i handlowego.

Kazimierz Albin posiadał szereg odznaczeń bojowych (m.in. Krzyż Walecznych, Krzyż Partyzancki, Krzyż Armii Krajowej) oraz Krzyż Kawalerski, Krzyż Oficerski i Krzyż Komandorski O.O.P.

Napisał dwie książki: „List gończy. Historia mojej ucieczki z Oświęcimia i działalności w konspiracji”, Warszawa 1996 oraz „Postscriptum. Losy powojenne i powrót do Auschwitz”, Oświęcim 2013.

Kazimierz Albin był jednym z założycieli Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau, a później przez kilka lat wiceprezesem i prezesem tej organizacji w latach dziewięćdziesiątych. Położył duże zasługi w przypomnieniu i przywróceniu pamięci o postaci rotmistrza Witolda Pileckiego na kartach historii.

Adam Cyra

Oświęcim, 23 lipca 2019 r.

 

Największa egzekucja na placu apelowym w Auschwitz

Lipiec 19th, 2019

"Dwunastu powieszonych", obraz b. więźnia Jerzego Adama Brandhubera

W dniu 19 lipca 1943 roku, siedemdziesiąt sześć lat temu, w obozie Auschwitz wybudowano zbiorową szubienicę z przygotowanymi wcześniej pętlami, na której stracono dwunastu więźniów z komanda mierników.

Byli to: Zbigniew Foltański (nr 41664), Józef Gancarz (nr 24538), Mieczysław Kulikowski (nr 25404), Czesław Marcisz (nr 26891), Bogusław Ohrt (nr 367), Leon Rajzer (nr 399), Tadeusz Rapacz (nr 36043), Edmund Sikorski (nr 25419), Janusz Pogonowski (nr 253) – w obozie jako Skrzetuski, Stanisław Stawiński (nr 6569), Józef Wojtyga (nr 24740) i Jerzy Woźniak (nr 35650).

Jednym ze straconych był Józef Wojtyga, absolwent wydziału budownicta Politechniki Lwowskiej. W tym czasie, kiedy zginął, jego siostra Ludmiła wraz z mężem Tomaszem Serafińskim, ukrywała rtm. Witolda Pileckiego po jego ucieczce z obozu w dworku na „Koryznówce” w Nowym Wiśniczu, będącym wówczas miejscem ich zamieszkania.

Skazańców przyprowadzono na egzekucję po apelu wieczornym z aresztu obozowego w bloku nr 11. Tych dwunastu więźniów-Polaków, aresztowano i osadzono w bloku nr 11 w dniach 21, 26 i 27 maja 1943 roku za kontakty z przyobozowym ruchem oporu oraz ucieczkę trzech ich kolegów z komanda mierników.

Józef Wojtyga, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Do wspomnianej ucieczki doszło 20 maja 1943 r. Zbiegli wówczas Polacy: Stanisław Chybiński (nr 6810), Kazimierz Jarzębowski (nr 115) i Józef Rotter (nr 365) – prawdziwe nazwisko Florian Basiński.

Ci trzej więźniowie poczuli się zagrożeni, ponieważ została aresztowana, powiązana z Batalionami Chłopskimi łączniczka Helena Płotnicka, z którą pozostawali w kontakcie. Podczas prowadzonych przez nich prac pomiarowych w Skidziniu i Wilczkowicach poczęstowali pilnującego ich wartownika z SS napojem, do którego dosypali proszek nasenny. Zbiegli po zaśnięciu esesmana.

Przed egzekucją w dniu 19 lipca 1943 roku komendant obozu Rudolf Höss odczytał dwunastu skazańcom, na oczach innych więźniów, wyrok śmierci. Nie skończył go jednak czytać, ponieważ Janusz Pogonowski-Skrzetuski na znak protestu wykopał spod siebie taboret i zawisł. Wówczas oficerowie SS podbiegli do pozostałych skazanych i wyrywając im taborety spod nóg dokończyli egzekucję.

Powojenna rekonstrukcja tej szubienicy stoi współcześnie, w tym samym miejscu, przed dawną kuchnią obozową w Muzeum Auschwitz. Jest to długa żelazna szyna umieszczona na dwóch słupach. W rocznicę egzekucji, podobnie jak w poprzednich latach,  zawsze płoną pod nią znicze. Zwykle o tej rocznicy pamiętają członkowie Towarzystwa Opieki nad Oświęcimie – Pamięć o Auschwitz-Birkenau.

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 19 lipca 2019 r.

 

Portret kapitana

Lipiec 16th, 2019

Portret Kapitana to kolejna książka, którą przybliża czytelnikowi anglojęzycznemu najnowszą historię Polski i drogę życiową  Witolda Pileckiego, dobrowolnego więźnia KL Auschwitz i twórcy konspiracji wojskowej w tym obozie.

Napisał ją dr Adam J. Koch, który wprawdzie urodził się i młodość spędził w Polsce, lecz w Australii mieszka już ponad trzydzięści lat. Powstanie tego opracowania niewątpliwie  wynikło  z pasji i podziwu Autora  dla bohaterskiego Rotmistrza.

Pilecki to bohater, który aż do upadku komunizmu został wymazany z historii, a teraz Jego legenda wraca ze zdwojoną siłą, m.in. na kartach tej publikacji. Przyszło mu żyć i działać  na tle zmieniających się epok historycznych, łącznie z dwoma totalitaryzmami hitlerowskim i sowieckim. Ta polska historia wciąż jest trudną i stosunkowo nieznaną większości świata.

Zamiarem Autora było  dać czytelnikowi anglojęzycznemu  również tło historyczne. Aby  zrozumieć bowiem bodźce stojące za działaniami Pileckiego, ważne jest, aby zrozumieć, w jakich epokach historycznych  przyszło mu żyć i działać, skąd wywodzą się jego korzenie i jak kształtował się jego charakter.

Portret Kapitana to  książka z której mogą korzystać różni czytelnicy, nie tylko zainteresowani historią  KL Auschwitz. Niewątpliwie opracowanie to  przybliża światu historię Polski i na jej tle skomlikowane losy Witolda Pileckiego, a także przypomina, że w latach 1940-1941 w obozie oświęcimskim byli więzieni i ginęli przede wszystkim przedstawiciele polskiej inteligencji.

Bardzo staranne wydanie, dobrze zaprojektowana twarda okładka już na wstępie przyciągają uwagę czytelnika, zachecając go do lektury interesującego Portretu Kapitana, który jest  dostępny na stronie:  www.freedompublishingbooks.com.au

Adam Cyra

Oświęcim, 16 lipca 2019 r.

Polscy adwokaci w obozie Auschwitz

Lipiec 12th, 2019

Biogramy 204 adwokatów–więźniów KL Auschwitz znalazły się w publikacji dr. Jerzego Dębskiego, zatytułowanej „Polscy adwokaci w obozie koncentracyjnym Auschwitz 1940-1945”.

Adwokaci osadzeni w obozie stanowili ponad 53% wszystkich prawników wywiezionych do KL Auschwitz. Spośród 384 prawników aż 204 to adwokaci (w tym 12 aplikantów adwokackich), ponadto w obozie przebywało 30 sędziów, 7 prokuratorów, 8 notariuszy i 135 osób z wykształceniem prawniczym, głównie urzędnicy i oficerowie. Wśród więzionych adwokatów było 166 Polaków, 34 polskich Żydów, trzech Ukraińców i jeden Łemko. Ich życiorysy są przedstawione w cennym opracowaniu dr. Jerzego Dębskiego, które zostało opublikowane trzy lata temu.

Zwróciłem w nim uwagę na biogram Wacława Szumańskiego (nr obozowy 13540), który był dziadkiem Jana Tomasza Grosa, lecz ten badacz Holocaustu i polskiego antysemityzmu, autor głośnych publikacji „Sąsiedzi” czy „Złote żniwa”, mieszkający obecnie w USA, w swoich publikacjach nigdy nie okazał zainteresowania jego tragicznym losami.

Wacław Szumański urodził się w Łomży 12 sierpnia 1883 roku. Studia prawnicze ukończył na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego.  Jeszcze za czasów carskich za posiadanie nielegalnej literatury i sfałszowanych dokumentów został skazany na dziesięć miesięcy pozbawienia wolności. W okresie II Rzeczypospolitej był wybitnym specjalistą w zakresie prawa karnego i znanym obrońcą w sprawach politycznych..

Wacław Szumański, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Podczas niemieckiej okupacji został aresztowany w nocy z 11 na 12 stycznia 1941 roku i umieszczony w więzieniu na Pawiaku w Warszawie, skąd 6 kwietnia tegoż roku przewieziono go do KL Auschwitz, gdzie więziony był dwa i pół roku.

Wacław Szumański najprawdopodobniej był członkiem wojskowej organizacji konspiracyjnej założonej w obozie przez rtm. Witolda Pileckiego pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej. Przypuszczalnie działalność ta spowodowała, że w dniu 25 września 1944 roku został osadzony w areszcie obozowym w bloku nr 11 w grupie  siedemdziesięciu czterech więźniów. Obozowe gestapo po śledztwie połączonym z intensywnymi przesłuchaniami i biciem część więźniów zwolniło.

Pozostałych w liczbie pięćdziesięciu czterech Polaków rozstrzelano po Ścianą Straceń w dniu 11 października 1943 roku. Znaleźli się wśród nich członkowie Związku Organizacji Wojskowej w obozie, w tym czołowi jej przywódcy: ppłk Juliusz Gilewicz oraz jego brat Kazimierz Gilewicz, mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, ppłk lotnictwa Teofil Dziama, Jan Mosdorf, kpt. Tadeusz Paolone-Lisowski, ppłk Kazimierz Stamirowski i ppłk. Mieczysław Dobrzański.

Jan Tomasz Gross

Wszyscy zginęli mężnie. W pierwszej dwójce prowadzonych na rozstrzelanie szli: Dziama i Paolone (w obozie zarejestrowany pod nazwiskiem Lisowski). Płk Teofil Dziama zażądał wraz z  kpt. Paolone, by strzelano do nich nie w tył głowy, lecz prosto w twarz, jak do żołnierzy. Żądanie to zostało spełnione przez dokonujących egzekucję SS-Unterscharführea Friedricha Stiewitza i SS-Rapportführera Wilhelma Clausena. który aresztowany po wojnie, w trakcie przygotowań do procesu, zmarł w więzieniu w Krakowie w 1948 roku.

Wnuk Wacława Szumańskiego, wspomniany Jan Tomasz Gross,  sprawia wrażenie jakoby starał się nie pamiętać  o swoim  bohaterskim Dziadku i tamtych tragicznych wydarzeniach  sprzed siedemdziesięciu sześciu lat.

Adam Cyra

Oświęcim, 12 lipca 2019 r.

Książka o Rotmistrzu Pileckim w amerykańskich księgarniach

Lipiec 10th, 2019

Jack Fairweather podpisuje książkę o Pileckim

W ostanich dniach na półkach amerykańskich księgarni pojawiła się biografia Rotmistrza Witolda Pileckiego. Książka jest zatytułowana „The Volunteer: One Man, An Underground Army, and the Secret Mission to Destroy Auschwitz”. Jej autorem jest Jack Fairweather, brytyjski pisarz i korespondent wojenny, mieszkający obecnie w Stanach Zjednoczonych.

W dniu 24 czerwca 2019 roku, w Konsulacie Generalnym RP na Manhattanie odbyło się spotkanie promocyjne z jej Autorem, połączone z wykładem na temat bohaterskiej działalności oficera Polskiego Państwa Podziemnego i dobrowolnego więźnia KL Auschwitz, twórcy polskiej konspiracji wojskowej w tym obozie. Prelekcji towarzyszyła także wystawa przygotowana przez Instytut Pileckiego w Warszawie.

Po udanej promocji na twarzy Jacka Faiweathera widoczny był uśmiech i radość, kiedy zrobiono mu zdjęcie z jego dwoma asystentkami: Katarzyną Chiżyńską (na zdjęciu z lewej) i Martą Goljan, które dwa lata intensywnie pracowały, pomagając Autorowi książki w gromadzeniu do niej materiałów źródłowych. W tym czasie sam Jack Fairweather, pisząc książkę, często przyjeżdżał do Polski i na Białoruś, odwiedzając miejsca związane z pobytem i działalnością bohaterskiego Rotmistrza, którego osobowość zafascynowała angielskiego pisarza, utrzymującego również ze mną kontakt.

Czytaj więcej …

Zobacz także: Witold Pilecki – żołnierz, konspirator, ochotnik do Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim, 10 lipca 2019 r.

Julian Szczotka z Milówki

Lipiec 8th, 2019

Sylwetki 1515 oficerów polskich (w tym oficerowie rezerwy) więzionych w KL Auschwitz i w większości tam zamordowanych znalazły się w sześciotomowym słowniku  Jerzego Dębskiego, zatytułowanym „Oficerowie Wojska Polskiego w obozie koncentracyjnym Auschwitz 1940-1945″, wydanym w 2017 r.

Jednym z nich był Julian Szczotaka, którego życiorys przesłała mi jego córka Ewa Kojro z Milówki:  Julian Szczotka urodził się 14 lutego 1913 r. – pochodził z wielodzietnej,  bardzo patriotycznej rodziny Szczotków z Milówki koło Żywca. Dzięki wielkiej pracowitości i pilności został nauczycielem. W ramach szkolenia wojskowego  ukończył Szkołę Podchorążych w Cieszynie i kurs dla przewodników Junackich  Hufców Pracy w Warszawie. Jako nauczyciel podjął pracę w Opocznie, a  następnie w pobliskim Olimpiowie.

Julian Szczotka

Podczas niemieckiej okupacji uczestniczył na tym  terenie w organizowaniu tajnego nauczania oraz był członkiem ZWZ/AK. W dniu 4 czerwca 1942 r. został aresztowany a następnie przewieziony do KL Auschwitz, gdzie oznaczono go numerem 38100. W 1943 r. przeniesiono został do KL Buchenwald.  W ostatnich miesiącach wojny został z kolei przewieziony  do Thersienstadt na  terenie Czech. Tam 8 maja 1945 r. odzyskał wolność, wyzwolony przez żołnierzy Armii Czerwonej.

Jeden z jego braci, Stanisław Szczotka, urodzony 7 listopada w 1905 r., przed wybuchem drugiej wojny światowej  pracował na poczcie w  Chełmku koło Oświęcimia. Po wybuchu wojny uciekał na wschód. Miał przy sobie  broń. Niemcy schwytali go i wywieźli do KL Buchenwald. Oznaczony go tam numerem 8304 i zginął w tym obozie 3 grudnia 1939 r.

Julian Szczotka, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Julian Szczotka po powrocie do  Polski podjął pracę jako nauczyciel w Szkole Podstawowej w Rajczy, a następnie w Milówce, gdzie doczekał  emerytury. Obok pracy zawodowej, był zawsze bardzo czynnym organizatorem  życia kulturalnego i społecznego.

Do końca swoich dni pozostał wspaniałym  człowiekiem, o jasnym umyśle,gorącym patriotyzmie. Taki pozostanie  w  naszej pamięci. Zmarł 29 grudnia 2012 r., mając prawie sto lat.

Oryginalne dokumenty wraz listami obozowymi Juliana  Szczotki zostały po jego śmierci przekazane do archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Do informacji przekazanych przez Ewę Kojro warto jeszcze dodać, że  inny z jego braci Emil Szczotka, uczestnik walk w 1939 r., przedostał się do Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, gdzie wstąpił do Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego, ulegając wypadkowi lotniczemu podczas rutynowych ćwiczeń. Po drugiej wojnie światowej pozostał na emigracji.

Adam Cyra

Oświęcim, 8 lipca 2019 r.

Witold Pilecki i Józef Cyrankiewicz – konspiratorzy z Auschwitz

Lipiec 3rd, 2019

Józef Cyrankiewicz

Witold Pilecki

W 1975 roku kustosz Barbara Jarosz w Muzeum Auschwitz wraz z ówczesnym kierownikiem archiwum Tadeuszem Iwaszką zaczęła przygotowywać nową ekspozycję na temat obozowego Ruchu Oporu w bloku nr 11.  Po latach Barbara Jarosz  wspominała:  Na początku lat 90. nad ukończeniem jej scenariusza czuwał dr Józef Garliński z Londynu, który w latach 60. odnalazł raport Witolda  Pileckiego pisany we Włoszech i przesłany  do Archiwum Studium Polski Podziemnej w Londynie. Wcześniej wiedza o Pileckim była niewielka. Dr Garliński, którego nie można posądzić o sympatię do PRL, stwierdził w 1993 roku, że na wystawie o obozowym Ruchu Oporu muszą być portrety zarówno Pileckiego, jak i  Cyrankiewicza, gdyż on na to też zasłużył. Zobacz: Cyrankiewicz nie zabił Pileckiego

Po wojnie polityka rozdzieliła ich drogi, lecz wyrok śmierci wydany na bohaterskiego Rotmistrza w 1948 roku nie miał  nic wspólnego z Auschwitz i posądzenia Cyrankiewicza, że zgładził Pileckiego, aby pozbyć się niewygodnego świadka, który mógł go zadenuncjować jako konfidenta gestapo, są zupełnie bezpodstawne i nie znajdują potwierdzenia w dostępnych źródłach historycznych.

Czytaj więcej: Cyrankiewicz. Wieczny premier

Tajemnice Auschwitz - o przeszłości  Józefa Cyrankiewicza

Józef Cyrankiewicz. Jak komunizm zbrukał ideowca

Kilkakrotnie w moich publikacjach opisywałem pobyt Józefa Cyrankiewicza w obozie oświęcimskim, np. „Spadochroniarz „Urban”. Podporucznik Stefan Jasieński (1914-1945)”, Oświęcim 2006 czy „Rotmistrz Pilecki. Ochotnik do Auschwitz”,  Warszawa 2014.

Ponadto polecam oglądnięcie mojej wystawy internetowej „Konspiracja wojskowa w KL Auschwitz” i zapoznanie się z moją lekcją internetową „Ruch Oporu w KL Auschwitz”, którego Józef Cyrankiewicz był aktywnym uczestnikiem.

Adam Cyra

Oświęcim, 2 lipca 2019 r.

Zegarek z Auschwitz

Czerwiec 28th, 2019

Mieczysław Zawadzki, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zdarzyło się to ponad dwadzieścia lat temu. Był jesienny dzień 5 października 1998 roku, kiedy na terenie Muzeum Auschwitz spotkałem byłego więźnia Mieczysława Zawadzkiego (nr 8012) z Warszawy, który opowiedział mi niezwykłą historię zegarka, pokazując mi go na swoim ręku. Jego właścicielem w obozie był Stanisław Dobrowolski (nr 16061), który został rozstrzelany 28 października 1942 roku. Mieczysław  Zawadzki opowiadał: Przyjaźniłem się ze Stasiem Dobrowolskim, który pracował w kuchni. Od czasu do czasu podrzucał mi margarynę, którą przechowywałem i on później dzielił ją między swoich kolegów. Pochodził podobno z okolic Zamościa. Był to chłopak bardzo przystojny, czarny, ślicznie grał na harmonii: „A mnie jest szkoda lata”. Kiedy słyszę tę piosenkę, to od razu przypomina mi się Stasiu Dobrowolski i aż mnie serce ściska, bo bardzo się lubiliśmy.

W dniu 28 października 1942 r. wstałem rano, dzień był dosyć pogodny, była ciepła jesień. Przebywaliśmy wtedy na bloku nr 25 a. Pobiegłem się umyć. Mieliśmy się myć w faskach,  myło się po dziesięć osób, więc starałem myć się pierwszy. Umyłem się, wychodzę, a z prawej strony ze sztuby wyskakuje w kalesonach Stasiu Dobrowolski i mówi: „Mietek, rozwalą mnie dzisiaj!”. I pobiegł do ubikacji. Zastanowiłam się nad tym, stojąc pod ścianą, on wybiegł z ubikacji i mówi: „Słuchaj Mietek, zobaczysz, że mnie dzisiaj rozstrzelają”. I poszedł na sztubę.

Zacząłem się zastanawiać, czy może on coś wie, bo może już Hubert wrócił ze Schreibstube i coś powiedział. Poszedłem do pokoju, gdzie mieszkał blokowy oraz schreiber i pytam się: „Kolego, czy Hubert wrócił?”, a on mi na to: „Nie, jeszcze nie. Coś długo nie wraca”. Wychodziłem po schodach na korytarzu, bo mieszkaliśmy na pierwszym piętrze, a tu wraca Hubert. Nazywał się Hubert Skolik, był Ślązakiem, to także szlachetna postać, dużo młodzieży uratował. Wysłał na wolność wiele osób, które były Erziehungshäftlinge (więźniowie wychowawczy) i miały terminowy pobyt  w obozie. On był na ich bloku schreiberem i jeśli któryś z tych häftlingów umierał, to Hubert  z obozu brał swoich kolegów, zamieniał im ich numery  i tamci wychodzili na wolność, kiedy przyszedł termin zwolnienia. W dodatku kombinował chleb od Mietka Kotlarskiego, który pracował w magazynie, nieraz całe tragi i rozdawał go przeważnie młodym ludziom.

Hubert mówi do mnie: „Pierona, Mietek! Gdzie też tyle ludzi od nas idzie! Co ja mam robić?”. A jak z rana miało się wezwanie, to znaczyło to, że na rozstrzelanie. Mówię mu: „Zobacz, czy jest tam Dobrowolski Stasiu?”. „Jest! – mówi. – I Maryś, ten nasz Maryś! Ten młody chłopak, szesnaście lat. Co ja mam robić? Mietek, doradź. Powiedzieć im?”. Ja mówię: „Hubert, ja się nie włączam, to jest twoja sprawa, jak zrobisz. Ja nie mogę ci doradzić”.

Jest apel. Stoję jak zwykle na lewym skrzydle. Hubert jednak nie powiedział nikomu, co ich czeka, wyczytuje numery, wszyscy oni idą na lewą stronę. Kiedy wyczytał numer Dobrowolskiego, ten wybiegł z szeregu   i podbiegł do mnie: „Mietek, mówiłem ci, że mnie rozwalą?”. Zdejmuje zegarek i mówi: „Masz ten zegarek. Jeżeli byś przeżył, to odnajdź moich rodziców, mieszkają koło Zamościa, tam wskażą ci Dobrowolskich, oddaj im ten zegarek i powiedz, jak zginąłem”.  I poszedł.

Stanisław-Dobrowolski

Rozstrzelali ich chyba wtedy około dwieście osiemdziesiąt osób. Zaprowadzili ich na 11 blok, zaczęli strzelać, załatwili ich do godziny dwunastej i później wywozili ich na wozach, które ciągnęli więźniowie, przykrytych kocami. Krew wtedy płynęła aż do rynsztoku na 11 bloku,  a krew, która się lała z nich, tworzyła czerwoną strugę od 11 bloku aż do krematorium.

Pech chciał, że stałem na górze w oknie 25 bloku. Wiozą ich, buja się to wszystko, te ciała. Odwija się koc i widzę, że nogami do mnie, a głową do 19 bloku, leży Staszek Dobrowolski. Jeszcze go zobaczyłem. Jego twarz mam do tej pory przed oczami, taką okrutnie pokrwawioną. Nie wiem, czy zakrwawili go, gdy go rzucali, czy jak go zastrzelili. Długi czas nie mogłem tego przeboleć. Do tej pory, kiedy gdzieś zagrają tę piosenkę „A mnie jest szkoda lata”, to od razu mi się przypomina Dobrowolski Stasio i jego twarz leżącego na tym wozie, na samej górze, przykrytego kocem.

Ten zegarek mam do tej pory. Jeździłem, szukałem w Zamościu i koło Zamościa, ale okazało się, że tam w 1942 r. były pacyfikacje i wiele wsi spalono, a ludzi wybito. Tak, że żadnego kontaktu z rodziną Stasia Dobrowolskiego nie udało mi się nawiązać.

W kilka lat później, już po śmierci Mieczysława Zawadzkiego, odnalazłem rodzinę Stanisława Dobrowolskiego w Tomaszowie Lubelskim.  Zegarka nie byłem jednak im w stanie już przekazać. Zabrała go najprawdopodobniej z sobą wdowa po Mieczysławie Zawadzkim, która na stałe wyjechała do Stanów Zjednoczonych, nie podając swojego nowego miejsca zamieszkania za Oceanem.

Adam Cyra

Oświęcim, 28 czerwca 2019 r.

Przedostatni więzień z pierwszego transportu Polaków do KL Auschwitz

Czerwiec 24th, 2019

W ubiegłym roku zmarł przedostatni więzień z pierwszego transportu polskich więźniów politycznych, który przybył z więzienia w Tarnowie do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku. Był nim Aleksander Giermański, nr obozowy 716.

Dowiedziałem się tym z listu, który napisała do mnie Jego córka, pani Joanna Giermańska:  Z ciekawością przeczytałam artykuł na Pana blogu o pierwszym transporcie do Oświęcimia, jak również o egzekucji, w której zginął Eugeniusz Obojski  Zakończył go Pan zdaniem, że z tego transportu żyje już tylko jedna osoba – Kazimierz Albin, nr obozowy 118. W momencie kiedy pisał Pan to zdanie, żył jeszcze inny były więzień Oświęcimia z pierwszego transportu – mój Ojciec Aleksander Giermański. Zmarł on 13  września ubiegłego roku we Wrocławiu. Ojciec był znanym wrocławskim radiologiem.

Piszę do Pana, żeby zawiadomić o projekcie wydania Wspomnień mojego Ojca, nakładem Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, (…), gdyż wydaję mi się, że mają one dużą wartość historyczną. Wspomnienia te Ojciec spisał na moją prośbę, po moim wyjeździe na stałe do Francji. Wysyłał mi je w postaci listów w latach 1992-93.

Wspomnienia obejmują następujące okresy jego życia: młodość w Brzozowie na Podkarpaciu do wybuchu wojny, ucieczkę na Wschód i powrót do domu po wkroczeniu wojsk rosyjskich, ukrywanie się, aresztowanie i trzyletnie uwięzienie w obozie Kl. Auschwitz, „cudowne” ocalenie w momencie skazania na śmierć (dali się złapać z Gienkiem Obojskim w momencie przekazywania grypsu), przeniesienie do obozu pracy w Pasewalku i  dwuletni w nim pobyt, a także studia na wydziale lekarskim w powojennym, odzyskanym  Wrocławiu i początki pracy w Akademii Medycznej. Kończą się mniej więcej w momencie mego urodzenia (koniec lat 50-tych). Ten ostatni okres powojenny uzupełnił dziesięć lat później na moją prośbę. Były to już zapiski w zeszycie, które zakończył kilkoma luźnymi uwagami, również dotyczącymi okresu wojny. Życiorys w skróconej formie napisał również dla naszych przyjaciół, na ich prośbę. I wreszcie jestem w posiadaniu kopii sprawozdania jakie sporządził w 1972 roku dla archiwum Muzeum Auschwitz w Oświęcimiu.

Wspomnienia są więc składanką tych kilku źródeł.  Pomysł wydania przyszedł mi do głowy już po śmierci Taty, kiedy je na nowo przeczytałam. Jest tego około 40 stron po przepisaniu na komputerze (czcionka 12 oraz 1.5 interlinii).  Moje poprawki są minimalne. Wprowadziłam je, aby uniknąć powtórzeń i zachować chronologię. Opuściłam też kilka bardzo osobistych uwag dotyczących naszej rodziny oraz zdania w których zwracał się bezpośrednio do mnie. Czasem dodałam jakieś pojedyncze słowo, żeby zachować płynność tekstu. Wspomnienia te uzupełniłam adnotacjami historycznymi, posłowiem i zdjęciami. (…) wreszcie dodałam kilka listów, jakie Ojciec napisał z obydwu obozów do swoich Rodziców.

Przygotowując Wspomnienia, poznałam historię rotmistrza Pileckiego i dowiedziałam się, że Gienek Obojski, przyjaciel Ojca, był w pierwszej „piątce” zaprzysiężonej przez Rotmistrza. Ojciec był więc w łańcuchu przekazu informacji i jego bezpośrednim kontaktem był Obojski. Niestety nie wiem czy Ojciec znał historię Rotmistrza. I czy zdał sobie sprawę, że był w tą historię wplatany. Mam wrażenie, że nie.

Ojciec ma żywy język, zwięzły styl, subtelne poczucie humoru. Okres obozowy opisuje raczej od pozytywnej strony tzn. wszystko to co pozwalało na trwanie i zachowanie godności ludzkiej w tych strasznych warunkach. (…) Sądzę, że potencjalnymi czytelnikami byłoby środowisko medyczne Wrocławia ( Ojciec był też pedagogiem).  Napisałam też do Muzeum Auschwitz w Oświęcimiu z zapytaniem, czy byliby zainteresowani sprzedażą książki, bo szukam argumentów  dla wydania Wspomnień. Pragnę również przekazać obozowe listy Ojca do archiwum Muzeum, ale już po opublikowaniu książki. (…)

List pani Joanny Giermańskiej szczególnie mnie zainteresował, ponieważ niewiele dotychczas wiedziałem na temat Jej Ojca, o którym sądziłem, że już nie żyje od wielu lat. Wspomnienia, które pozostawił Aleksander Giermański, z pewnością mają dużą wartość historyczną i powinny zostać opublikowane.

Adam Cyra

Oświęcim, 24 czerwca 2019 r.

„Ochotnik” w Stanach Zjednoczonych i Wielkiej Brytanii

Czerwiec 23rd, 2019

Po trzech latach prowadzenia badań pisarz i dziennikarz angielski Jack Fairweather ukończył pracę nad książką pod tytułem „Ochotnik”, która co dopiero ukazała się w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Jej bohaterem jest rotmistrz Witold Pilecki, dobrowolny więzień KL Auschwitz i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie. Dzieła Jacka Fairwethera nie udałoby się napisać m.in. bez mojego wsparcia historycznego i licznych porad. Promocja książki odbędzie się na początku lipca w Domu Spotkań z Historią przy ulicy Karowej w Warszawie.

Podczas spotkania Hanna Radziejowska z Instytutu Pileckiego zaprezentuje projekt międzynarodowej wystawy o Witoldzie Pileckim. Jej otwarcie odbędzie się jesienią bieżącego roku w Berlinie, a następnie będzie eksponowana w Nowym Jorku.

Jack Fairweather był kierownikiem biura brytyjskiego dziennika „Daily Telegraph” w Bagdadzie i fotoreporterem amerykańskiego „Washington Post” w Afganistanie.  Jest autorem dwóch innych książek, „The Good War” i „The War of Choice” o wojnach w Afganistanie i Iraku oraz laureatem prestiżowych nagród dziennikarskich.

„Ochotnik” otrzymał już kilka świetnych recenzji, zostanie zaprezentowany w najważniejszych stacjach radiowych i telewizyjnych, będzie również przetłumaczony na język holenderski, hiszpański, portugalski, czeski oraz litewski. Przekład polski zostanie wydany przez Instytut Wydawniczy ZNAK w styczniu 2020 roku.

Harper Collins, który książkę wydało, o „Ochotniku” pisze: „znakomicie napisana” opowieść o „przetrwaniu, zemście i zdradzie w najmroczniejszym okresie historii”.

Zobacz: Witold Pilecki – żołnierz, konspirator, ochotnik do Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim, 23 czerwca 2019 r.

Czerwiec 23rd, 2019
 
Po trzech latach prowadzenia badań Jack Fairweather ukończył pracę nad książką pod tytułem „Ochotnik”, która co dopiero ukazała się w Stanach Zjednoczonych i w Wielkiej Brytanii. Nie udałoby się jej ukończyć m.in. bez mojego wsparcia historycznego, krytycznych uwag i porad. Promocja książki odbędzie się 4 lipca o godzinie 17.30 w Domu Spotkań z Historią przy ulicy Karowej 20 w Warszawie.

Podczas spotkania Hanna Radziejowska z Instytutu Pileckiego zaprezentuje projekt międzynarodowej wystawy o Witoldzie Pileckim. Jej otwarcie odbędzie się jesienią bieżącego roku w Berlinie,
a następnie będzie eksponowana w Nowym Jorku.

Książka otrzymała już kilka świetnych recenzji, zostanie zaprezentowana w najważniejszych stacjach radiowych i telewizyjnych, będzie również przetłumaczona na język holenderski, hiszpański, portugalski, czeski oraz litewski. Przekład polski zostanie wydany przez Instytut Wydawniczy ZNAK w styczniu 2020 roku.

Ściana Straceń – miejsce hołdu i modlitwy

Czerwiec 12th, 2019

KL Auschwitz w początkowym okresie istnienia był miejscem kaźni przede wszystkim Polaków. Byli to przedstawiciele polskiej inteligencji, członkowie ruchu oporu i Polacy schwytani w łapankach oraz w niewielkiej liczbie polscy Żydzi, przywożeni w transportach wraz z Polakami. Masowa zagłada ludności żydowskiej przywożonej z różnych krajów europejskich podbitych przez hitlerowców, rozpoczęta została w komorach gazowych Birkenau wiosną 1942 r.

Równocześnie transporty Polaków kierowane były nadal do KL Auschwitz aż do końca istnienia obozu. Przywożono tu m.in. mieszkańców wysiedlonych wiosek z Zamojszczyzny oraz ludność powstańczej Warszawy. Spośród więzionych w obozie oświęcimskim około stu pięćdziesięciu tysięcy Polaków, połowa z nich w nim zginęła. Symbolem zagłady Polaków w KL Auschwitz jest blok nr 11 (początkowo nr 13), zwany Blokiem Śmierci i znajdująca się na jego dziedzińcu Ściana Straceń, pod którą rozstrzelano co najmniej kilka tysięcy Polaków.

Parter i podziemia bloku nr 11

Na parterze tego bloku do maja 1942 r. przebywali więźniowie karnej kompanii, natomiast jego piwnice zamieniono na centralny areszt obozowy,  w którym były cele zwane bunkrami. W 1941 r. zdarzało się, że w celach tych więźniowie ginęli śmiercią głodową. Były tam również cztery małe cele do stania. Umieszczano jednak w nich głównie  więźniów, których podejrzewano o działalność konspiracyjną przed aresztowaniem lub w obozie, sabotaż w pracy, przekazywanie grypsów lub więźniów podejmujących próby ucieczek, a także ujętych uciekinierów.  Przebywały w nim również osoby aresztowane za pomoc niesioną więźniom. Brutalne śledztwo kończyło się najczęściej dla osadzonych wyrokiem śmierci przez rozstrzelanie.

„Powrót niepożądany”

Niektórzy więźniowie przybywali do obozu, mając kartach personalnych zapis: „powrót niepożądany” lub mieli naniesiony czerwony krzyżyk. Esesmani z obozowego gestapo, co pewien czas przeglądali akta więźniów z takimi adnotacjami i sporządzali  wykazy ich nazwisk. Takich więźniów wzywano do kancelarii obozu w celu sprawdzenia danych personalnych i w tym samym dniu rozstrzeliwano.

Strzał w tył głowy

"Wybiórka" więźniów na rozstrzelanie, obraz byłego więźnia Władysława Siwka

Więźniowie skazani na śmierć byli umieszczani na parterze w bloku nr 11, gdzie po rozebraniu się do naga w umywalni oczekiwali na egzekucję. Kiedy wśród skazańców były więźniarki,  wprowadzano je do drugiej, małej umywalki, gdzie tak samo przed rozstrzelaniem musiały się rozebrać.

W pierwszej kolejności rozstrzeliwane były kobiety, w następnej dopiero mężczyźni. Zdarzało się także, że więźniów zabijano pojedynczo  w umywalni. Do końca 1942 r. rozstrzeliwanym przeważnie krępowano ręce przed egzekucją drutem kolczastym, później tego zaniechano ze względu na nie stawianie oporu  i spokojne zachowywanie się skazańców. Należy zaznaczyć także, że przed okresem tatuażu, wprowadzonym w 1943 r., oczekującym na śmierć pisano kopiowym ołówkiem obozowy numer na piersi w celu uniknięcia ewentualnych pomyłek. Kiedy miała odbyć się egzekucja, przeprowadzano więźniów  z pomieszczeń, których okna wychodziły na dziedziniec, gdzie była Ściana Straceń, na przeciwną stronę. Skazańcy byli wyprowadzani na śmierć nago i boso bez względu na porę roku.

Esesman Pery Broad opisuje

Rozbieranie się przed egzekucją, obraz byłego więźnia Władysława Siwka

Esesman z wydziału politycznego (obozowe gestapo), Pery Broad, sądzony     w latach sześćdziesiątych we Frankfurcie nad Menem, tak opisał przebieg tych egzekucji: „Pod kamiennym murem na podwórzu bloku nr 11 ustawiona jest czarna ściana.. Ściana ta, składająca się z czarnych płyt izolacyjnych, stała się końcowym kamieniem milowym istnienia tysięcy niewinnych ludzi: patriotów, którzy nie chcieli w zamian za korzyści materialne zdradzić ojczyzny; więźniów, którym udało się zbiec z oświęcimskiego piekła, lecz gorzki los chciał, że zostali ujęci; świadomych narodowo mężczyzn i kobiet z wszystkich krajów okupowanych przez Niemców. Rozstrzeliwuje Rapportführer lub dozorca aresztu. By nie zwracać uwagi przechodniów na szosie, biegnącej nieopodal muru, używają małokalibrowego karabinku (…), stoją rozparci, upojeni świadomością władzy. W głębi kilku zastraszonych grabarzy czeka z noszami, by spełnić smutny obowiązek. Nie potrafią ukryć przerażenia, które maluje się na ich twarzach. (…)  Inny więzień-siłacz, wybrany spośród sprzątaczy, sprowadza biegiem dwie ofiary. Trzyma je za ramiona i przyciska twarzami do ściany. <Preste> (prosto) – rzuca ktoś rozkaz, gdy odwracają głowy. Mimo, że to chwiejące szkielety – niejeden z nich miesiącami wegetował w cuchnącej piwnicznej celi, w jakiej nie wytrzymałoby nawet zwierzę – ledwo trzymają się na nogach, wielu z nich woła jeszcze  w ostatniej sekundzie: <Niech żyje Polska!> lub <Niech żyje wolność!>. W takich wypadkach katowski pachołek spieszy się ze strzałem w potylicę bądź też usiłuje ich zmusić do milczenia brutalnymi ciosami. (…) Nosiciele zwłok pędzą tam i z powrotem, ładują trupy na nosze  i rzucają je na kupę w drugim końcu podwórza”.

Najbardziej znane egzekucje pod Ścianą Straceń

Egzekucja pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, obraz byłego więźnia Władysława-Siwka

11 listopada w 1941 r., w rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości     w 1918 r., odbyła się pierwsza egzekucja pod Ścianą Straceń. Jej przebieg obserwował komendant obozu Rudolf Höss oraz kierownik obozu i lekarz obozowy. Rozstrzeliwał podoficer raportowy Gerhard Palitzsch, każdorazowo ładując do karabinka nowy nabój. W tym dniu rozstrzelał on kilkudziesięciu więźniów, prawie samych Polaków. W wielu późniejszych egzekucjach ten obozowy kat również najczęściej rozstrzeliwał więźniów.

27 maja 1942 r. rozstrzelano pod Ścianą Straceń 168 więźniów przywiezionych z Krakowa. Wśród zamordowanych znajdowali się aktorzy, malarze, rzeźbiarze i oficerowie rezerwy. Jedną z ofiar tej egzekucji był znany rzeźbiarz i malarz Ludwik Puget.

18 sierpnia 1942 r. odprowadzono pod Ścianę Straceń 56 więźniów, pochodzących z rejencji katowickiej. Skazani na rozstrzelanie w bloku nr 11 śpiewali „Jeszcze Polska nie zginęła”.

28 października 1942 r. pod Ścianą Straceń rozstrzelano około 280 Polaków więzionych w KL Auschwitz. Była to największa egzekucja w historii tego obozu, która miała charakter odwetu na więźniach za sabotaż i akcje partyzanckie prowadzone na terenie Lubelszczyzny, a ofiarami jej byli głównie więźniowie przywiezieni z więzień w Lublinie oraz Radomiu w latach 1941 i 1942. Wśród rozstrzelanych był legionista i nauczyciel, Mikołaj Siemion, ojciec znanego powojennego aktora Wojciecha Siemiona.

25 stycznia 1943 r. pod Ścianą Straceń rozstrzelano 53 więźniów, podejrzanych o działalność w obozowym ruchu oporu. Wśród nich byli podchorążowie i oficerowie WP oraz przedstawiciele inteligencji polskiej.  Zginął wówczas płk Jan Karcz, dowódca Mazowieckiej Brygady Kawalerii.

Wpędzanie więźniów do bloku nr 11, obraz byłego więźnia Władysława Siwka

15 lutego 1943 r. został rozstrzelany na dziedzińcu bloku nr 11 słynny polski biegacz Józef Noji, który uzyskał piąte miejsce w biegu na  5 kilometrów na olimpiadzie w Berlinie w 1936 r. Obecnie w Oświęcimiu, na terenie Osiedla Chemików, jego imieniem nazwana jest jedna z ulic.

11 października 1943 r. pod Ścianą Straceń rozstrzelano 54 więźniów. W grupie zamordowanych byli Polacy, wybitni wojskowi, działacze społeczni   i polityczni. Zginęło wówczas wielu członków konspiracji wojskowej w obozie, utworzonej pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej przez rtm. Witolda Pileckiego. Znajdowali się wśród nich: mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, kpt. Tadeusz Paolone (w obozie Lisowski), płk lotnictwa Juliusz Gilewicz i jego brat mjr Kazimierz Gilewicz, ppłk lotnictwa Teofil Dziama; znani adwokaci Wacław Szumański z Warszawy i dr Józef Woźniakowski z Krakowa; znany ze swoich przedwojennych narodowo-radykalnych poglądów Jan Mosdorf, który w obozie pomagał swoim żydowskim współwięźniom.

Były więzień KL Auschwitz, Ludwik Rajewski, tak opisał przebieg powyższej egzekucji: „Jako pierwsi poszli pod <ekran> pułkownik Dziama i kapitan Lisowski-Paolone. Szli jak przystało na żołnierzy. Gdy podeszli pod <ekran> Dziama zwrócił się do katów (…) z prośbą o niestrzelanie w tył głowy, lecz jak do żołnierzy – z pistoletów i prosto w twarz. Widać, że docenili odwagę tych żołnierzy, bo uwzględnili ich prośbę. Lisowski jeszcze krzyknął: Niech żyje Wolna i Niep… to było jego ostatnie słowo”.

Więźniowie policyjni – dwie minuty i wyrok

"Sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz byłego więźnia Władysława-Siwka

W pierwszych miesiącach 1943 r. pomieszczenia na parterze bloku nr 11 przeznaczono dla tzw. więźniów policyjnych (Polizeihäftlinge), których już od 1942 r. przywożono do KL Auschwitz na stracenie. Pochodzili oni z rejencji katowickiej i częściowo opolskiej.  Więźniami policyjnymi byli prawie wyłącznie sami Polacy, których podejrzewano o działalność w ruchu oporu. Więźniowie ci pozostawali do dyspozycji gestapo katowickiego, oczekując na wyrok sądu doraźnego (Polizeistandgericht), którego posiedzenia odbywały się co kilka tygodni w bloku nr 11.  „Sądowi doraźnemu”  przewodniczył każdorazowo szef katowickiego gestapo – od czerwca 1942 r. do września 1943 r. dr Rudolf Mildner, a potem jego następca   dr Johannes Thümmler, pełniący tę funkcję do stycznia 1945 r. Oskarżonych, z małymi wyjątkami, obydwaj wspomniani szefowie katowickiego gestapo skazywali na śmierć. Liczba ich ofiar jest szacowana na ponad 3000 osób. Byli wśród nich mężczyźni, kobiety i dzieci.

Warto dodać, że bezpośrednio przed rozpoczęciem posiedzenia „sądu doraźnego” otwierano sale na parterze w bloku nr 11, w których przebywali więźniowie policyjni i wyczytywano nazwiska. Wywołani wychodzili z sal i ustawiali się w korytarzu w dwóch lub więcej szeregach. Następnie wzywani pojedynczo wchodzili na salę rozpraw. Każdemu z oskarżonych poświęcano od jednej do dwóch minut. Policyjny „sąd doraźny” skazywał więźniów przeważnie na rozstrzelanie, a egzekucję przeprowadzano po jego zakończeniu  na dziedzińcu bloku nr 11.

Rozebranie Ściany Straceń w 1944 r.

Ściana Straceń pod którą rozstrzeliwano więźniów do listopada 1943 r. została rozebrana w ostatnich dniach lutego 1944 r. Od tego czasu skazańców wywożono do KL Auschwitz II-Birkenau, gdzie zabijano ich w komorach gazowych lub rozstrzeliwano na terenie krematoriów.

Miejsce hołdu i modlitwy

Dzisiaj na dziedzińcu bloku nr 11 znajduje się rekonstrukcja Ściany Straceń, pod którą setki tysięcy odwiedzających rokrocznie tereny byłego obozu Auschwitz-Birkenau składają kwiaty, zapalają znicze i modlą się. Hołd   w tym miejscu pomordowanym oddał także Jan Paweł II w czerwcu 1979 r.,  Benedykt XVI w maju 2006 r. i Franciszek w lipcu 2016 r.

Adam Cyra

Oświęcim, 12 czerwca 2019 r.

Za brzozowym laskiem

Czerwiec 10th, 2019

77 lat temu, w czerwcu 1942 r., Niemcy zawieźli na śmierć Żydów z Olkusza. Byli jednymi z pierwszych, którzy zginęli w „czerwonym domku”: pierwszej komorze gazowej w obozie Birkenau. W dwóch transportach kolejowych wywieźli ok. 3 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci z olkuskiego getta. Byli wśród nich także liczni Żydzi z Chorzowa, przesiedleni do Olkusza jeszcze w 1940 r. Wszyscy zginęli w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau.

Żydzi olkuscy na dworcu kolejowym przed deportacją, czerwiec 1942 r.

Zachowały się za to zdjęcia Żydów oczekujących na pociąg, którym mieli pojechać z dworca w Olkuszu. Razem z Żydami, pilnowanymi przez Niemców i żydowskich policjantów, na jednym ze zdjęć sfotografowany został niejaki Friedrich Kuczynski. Stoi w mundurze, podparty lewą ręką pod bok, w prawej trzyma pałkę. Przygląda się Żydom, których wcześniej, współpracując z gestapo, selekcjonował na śmierć – jako tych, którzy nie nadają się na wywiezienie do obozów pracy.

Program uroczystości w Brzezince 13.o6.2019

Kuczynski był Niemcem, urodził się w 1914 r. w rumuńskiej Suczawie. Z zawodu nauczyciel gimnazjalny, władał też francuskim i rumuńskim. Podczas wojny został pracownikiem urzędu, który w 1940 r. utworzył Reichsführer SS Heinrich Himmler – powołując Specjalnego Pełnomocnika Reichsführera SS i Szefa Niemieckiej Policji ds. Zatrudnienia Obcych Narodowości na Górnym Śląsku. Funkcję pełnomocnika powierzono SS-Oberführerowi Albrechtowi Szmeltowi, prezydentowi policji we Wrocławiu. Zaś kierownikiem Wydziału „J” – dla spraw żydowskich w tym urzędzie, mieszczącego się w Sosnowcu – został właśnie Kuczynski, mający 26 lat. Swoją rolę pełnił gorliwie – zdjęcie z Olkusza jest jednym z tego dowodów.  Po wojnie został osądzony i stracony w 1949 r., w więzieniu w Sosnowcu.

Czerwony domek

Dwa pociągi, których odjazd nadzorował Kuczynski, przez Szczakową i Mysłowice, w odstępach dwudniowych, zawiozły olkuskich Żydów na dworzec towarowy w Oświęcimiu. W jego obrębie w 1942 r. uruchomiono tzw. „Alte Judenrampe” (stara rampa żydowska). Znajdowała się między obozami Auschwitz i Birkenau. Tu przybywała większość pociągów z Żydami w latach 1942-44 (do maja).

Żydów olkuskich, po pozostawieniu przez nich na rampie bagaży, pieszo lub samochodami przewieziono do nowo powstałej pierwszej komory gazowej w Birkenau. Znajdowała się w odległości ok. 2 km, za brzozowym lasem, poza aktualnymi granicami byłego obozu. Stał tam dom, należący wcześniej do polskiej rodziny, kiedyś mieszkającej w wysiedlonej przez Niemców wsi Brzezinka. Niemcy dom zarekwirowali i wczesną wiosną 1942 r. zaadaptowali na komorę gazową. Od koloru ścian, z czerwonej cegły, zwany był „czerwonym domkiem”.

Uczennice szóstej klasy szkoły powszechnej w Olkuszu (rocznik 1931/32), szesnaście uczennic tej klasy to Żydówki (wszystkie zginęły w Birkenau), w pierwszym rzędzie siedzi Janina Kocjan (po mężu Cyra), szósta od lewej strony.

W czerwcu 1942 r. Niemcy uruchomili tu pierwszą zakamuflowaną komorę gazową. Na drzwiach „domku”, którego okna zamurowano, umieścili napis „Do łaźni”. Tak urządzoną komorę gazową nazwano bunkrem nr 1. Na powierzchni ok. 90 metrów kw., podzielonej na dwie komory gazowe, w latach 1942-43 zamordowali dziesiątki tysięcy Żydów – przy pomocy cyklonu B, z którego kryształków wydzielał się cyjanowodór (po szczelnym zamknięciu drzwi, Niemcy wrzucali kryształki cyklonu przez otwory w ścianach).

Ukryte ślady zbrodni

Tam właśnie zaprowadzili Żydów z Olkusza. Najpierw do sąsiadujących z „czerwonym domkiem” dwóch baraków, gdzie musieli się rozebrać. Potem, pod pozorem kąpieli, wprowadzili ich do „domku”, gdzie jednorazowo można było uśmiercić 800 osób. Ciała zamordowanych olkuskich Żydów zakopano w pobliżu „domku”. Później odkopano je wraz z ciałami innych zamordowanych w 1942 r. i spalono, w  specjalnie przygotowanych dołach.

Jako miejsce do zabijania „czerwony domek” funkcjonował do kwietnia 1943 r., gdy oddano do użytku cztery duże krematoria i komory gazowe (ich ruiny stoją dziś na terenie Muzeum). Wtedy „czerwony domek” rozebrano. Dla ukrycia śladów zbrodni, położone obok doły spaleniskowe zasypano, a teren zniwelowano.

Dziś stoją tam trzy granitowe tablice z napisami po polsku, hebrajsku i angielsku. Odwiedzający to miejsce mogą sobie tylko wyobrazić, że tutaj, na tym niewinnie wyglądającym terenie, stał sobie kiedyś nieotynkowany dom. I że gdzieś tu, wkoło, leżą także prochy Żydów z Olkusza – jednych z pierwszych, którzy zginęli w „czerwonym domku”.

W dniu 13 czerwca 2019 r. w miejscu, gdzie zginęli Żydzi olkuscy i spoczywają ich prochy, członkowie Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau złożyli wieniec z napisem „Pamięci Żydów olkuskich”.

W uroczystości tej uczestniczył Jerzy Sawicki, prezes  Zarządu Głównego TOnO z Warszawy oraz Marek Księżarczyk, prezes Oddziału Miejskiego tej organizacji z Oświęcimia.

Uroczystość zaszczyciła również swoją obecnością trzyosobowa delegacja z Olkusza, na czele z Profesorem Uniwersytetu Jagiellońskiego, Michałem Ostrowskim, zapalając znicz. Zebrani chwilą milczenia uczcili pamięć o pomordowanych Żydach olkuskich.

Profesor Michał Ostrowski prowadzi prywatny portal internetowy, zatytułowany „Olkuscy Żydzi. Ludzie, imiona i pamięć”.

„Tygodnik Powszechny” z 4.07.2017 r.

Adam Cyra

Oświęcim, 10 czerwca 2019 r.

Umożliwił lądowanie aliantów w Normandii

Czerwiec 7th, 2019

Siedemdziesiąt pięć lat temu  nastąpiło lądowanie w Normandii. Była to największa pod względem użytych sił i środków operacja desantowa w historii wojen. Miała na celu otwarcie w zachodniej Europie tzw. drugiego frontu w europejskim teatrze działań II wojny światowej. Operacja została przeprowadzona we wtorek 6 czerwca 1944 roku pod dowództwem gen. Eisenhowera, a trzon sił inwazyjnych stanowiły wojska amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie.

Mało znane są sukcesy wywiadu lotniczego Komendy Głównej Armii Krajowej, którym kierował Antoni Kocjan. Jego osiągnięcia w polskim wywiadzie  przyczyniły się do tego, że lądowanie to mogło być możliwe, co potwierdzają słowa wielkich dowódców drugiej wojny światowej. Dwight Eisenhower, naczelny dowódca alianckich sił inwazyjnych w Normandii, w swoich wspomnieniach pt. „Wyprawa Krzyżowa w Europie” napisał:

Gdyby Niemcom udało się udoskonalić nową broń V-1,V-2 sześć miesięcy wcześniej, nasza inwazja Europy spotkałaby na ogromne trudności, ba, nawet w pewnych okolicznościach stałaby się niemożliwa.

Z kolei brytyjski marszałek sił powietrznych z tego okresu Philip Jonbert w swej książce, zatytułowanej „Rockets” oświadczył:

Niemcy mogli wygrać drugą wojnę światową gdyby wcześniej zastosowali rakiety V-1, V-2. Pięcioma tysiącami pocisków skierowanymi przeciw urządzeniom inwazyjnym przygotowanymi w południowej Anglii można było nawet powstrzymać inwazję.

Winston Churchill, komentując w swoich pamiętnikach cytowaną powyżej wypowiedź D.D. Eisenhowera napisał:

To oczywiście jest przesada. Przeciętna niedokładność obu tych broni wynosiła około dziesięciu mil.

Dalej jednak w swoich wspomnieniach stwierdza:

Nalot na Peenemünde, który wymagał tylu ofiar, wywarł poważny  i decydujący wpływ na dalsze losy wojny. Gdyby nie ten nalot (…) Hitler rozpocząłby bombardowanie Londynu rakietami na początku 1944 roku. Tymczasem uległo ono opóźnieniu do września.

W artykule wstępnym „The Times” z dnia 28 listopada 1944 roku napisał:

Brytyjscy ministrowie (…) wiedzą, z jakim bohaterstwem polskie siły zbrojne przyczyniły się do zwycięstwa zarówno w polu, jak i na odcinku równie niebezpiecznej pracy podziemnej, której wynikiem było m.in. dostarczenie w porę informacji o niemieckich przygotowaniach do użycia przeciwko Wielkiej Brytanii  broni V-1 i V-2.

Michał Wojewódzki w swojej książce „V-1 i V-2”, wydanej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku,  pisze:

Po wojnie strona angielska usiłowała pomniejszyć i zdyskontować na swoją korzyść osiągnięcia Polaków na tym tak niebezpiecznym i ważnym froncie walki.

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W tym roku przypada siedemdziesiąta piąta rocznica śmierci Antoniego Kocjana, wybitnego konstruktora szybowcowego z okresu międzywojennego, więźnia KL Auschwitz i oficera wywiadu AK.  Na szczególne uznanie zasłużył sobie, po zwolnieniu go z obozu oświęcimskiego w 1941 roku, kierując akcją rozszyfrowania tajnych broni niemieckich  „V”.

Czytaj więcej …

Zobacz także: Człowiek, który zatrzymał rakiety

Człowiek, który wygrał wojnę

Oficer polski Roman Czerniawski

Słynna operacja „Overlord” rozpoczęła się 6 czerwca 1944 r. Na normandzkich plażach lądują brytyjskie, kanadyjskie i amerykańskie oddziały żołnierzy. Ten sukces przypisywany jest także polskiemu oficerowi super-szpiegowi Romanowi Czerniawskiemu, któremu skutecznie udało się zmylić Niemców  i przekonać ich, że lądowanie aliantów nie nastąpi w Normandii, lecz w rejonie Calais.

Lądowanie aliantów na francuskich plażach w Normandii zmieniło bieg historii XX wieku. Czerniawski skutecznie dezinformował Abwehrę. To dzięki jego fałszywym informacjom m.in. Niemcy zrzucali rakiety V-2 na słabo zaludnionych terenach na północ od Londynu, co spowodowało, że  straty ludności w centrum miasta były dalece mniejsze.

Czytaj więcej …

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 7 czerwca 2019 r.

Ukrywał się na zamku w Pieskowej Skale koło Olkusza

Czerwiec 3rd, 2019

August Kowalczyk, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W dniu 29 lipca 2012 roku zmarł August Kowalczyk (nr obozowy 6804), znany powojenny aktor, który bardzo zabiegał w ostatnich latach swojego życia o to, aby upamiętnić swojego kolegę obozowego Mieczysława Kaweckiego (nr obozowy 3673) z Mysłowic, który razem z nim uczestniczył w buncie więźniów karnej kompanii w KL Auschwitz-Birkenau i wówczas został zastrzelony przez esesmanów 10 czerwca 1942 roku Warto przybliżyć okoliczności tego buntu więźniów Polaków sprzed siedemdziesięciu siedmiu lat.

W 1942 roku zaczęły się nasilać egzekucje, przeprowadzane na dziedzińcu bloku nr 11, których ofiarami pod Ścianą Straceń coraz częściej stawali się członkowie konspiracyjnego Związku Organizacji Wojskowej w KL Auschwitz, której twórcą w obozie oświęcimskim był rotmistrz Witold Pilecki.

Jako jeden z pierwszych zginął por. Włodzimierz Makaliński, który przebywał w karnej kompanii w Brzezince. Przeniesiona ona została z obozu macierzystego w Oświęcimiu do KL Auschwitz II-Birkenau 8 maja 1942 roku Kierowano do niej głównie więźniów politycznych Polaków, uważanych przez Politische Abteilung, czyli obozowe gestapo za szczególnie niebezpiecznych.

W dniu 27 maja 1942 roku skierowano do karnej kompanii około czterystu młodych Polaków, którzy byli przywiezieni do KL Auschwitz z dystryktu warszawskiego i krakowskiego w latach 1940-1941. Wśród nich był por. Makaliński, którego wraz z kilkoma innymi więźniami wezwano z Birkenau i rozstrzelano w dniu 4 czerwca.

W dwa dni później na polecenie obozowego gestapo odbyła się pod Ścianą Straceń następna egzekucja kilkuosobowej grupy więźniów z karnej kompanii. Pozostali zdawali sobie sprawę z tego, że zginą w wyniku morderczych warunków w niej panujących lub zostaną rozstrzelani, a więc nie mają żadnych szans na przeżycie.

W dniu 10 czerwca 1942 roku z miejsca pracy w Brzezince rzuciło się do ucieczki pięćdziesiąt osób. Podczas pościgu większość uciekinierów schwytano, a w trakcie jego trwania zastrzelono trzynastu więźniów, m.in. Stanisława Maringe i Mieczysława Kaweckiego. Jedynie dziewięciu uczestnikom buntu udało się zbiec. Wśród nich ucieczka powiodła się Augustowi Kowalczykowi i Tadeuszowi Lucjanowi Chrościckiemu. Ojciec tego ostatniego nie zdecydował się na nią. Zginął w dniu następnym, kiedy to w odwet za bunt rozstrzelano dwudziestu i zabito w komorze gazowej bunkra nr 1 w Brzezince (tzw. „czerwony domek”) około trzystu dwudziestu więźniów karnej kompanii.

Mieczysław Kawecki, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zmarły siedem lat temu August Kowalczyk wiedział, że jego obozowy kolega Mieczysław Kawecki będzie upamiętniony w Mysłowicach, ale nie dożył do tej uroczystości, która odbyła się w Dzień Święta Niepodległości 11 listopada 2012 roku. Odsłonięcie tablicy pamiątkowej, poświęconej Mieczysławowi Kaweckiemu nastąpiło w Mysłowicach na skwerze u zbiegu ulic Mickiewicza i Oświęcimskiej, któremu nadano Jego imię.

Niestety mimo usilnych starań organizatorów tej uroczystości nie udało się odnaleźć nikogo z rodziny bohaterskiego Mysłowiczanina, który był sportowcem i działaczem Klubu Sportowego „Siła Mysłowice” i nikt  z  rodziny Mieczysława Kaweckiego w niej nie uczestniczył.

August Kowalczyk po ucieczce z KL Auschwitz ukrywał się w zbożu, gdzie został odnaleziony przez okoliczne kobiety z Bojszów na Śląsku, które zapewniły mu kobiece przebranie i wskazały miejsce bezpiecznego schronienia. Przebywał się przez siedem tygodni w kryjówce na poddaszu jednego z domów w tej miejscowości. Następnie z fałszywymi dokumentami przedostał się do Generalnego Gubernatorstwa. Początkowo ukrywał się na zamku w Pieskowej Skale, a później do końca wojny działał w szeregach AK w powiecie miechowskim, przebywając w miejscowości Czaple Wielkie.

Na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku jeszcze raz przyjechał do Pieskowej Skale, wcielając się w postać austriackiego generała w serialu telewizyjnym „Janosik”, w reżyserii Jerzego Passendorfera. Serial kręcono od maja 1972 do marca 1973 roku Zdjęcia realizowano m.in.    na zamku w Pieskowej Skale i w okolicach Ojcowa.

August Kowalczyk (w środku), z lewej Adam Cyra. Fot. M. Księżarczyk

August Kowalczyk w latach 1968-1981 był dyrektorem naczelnym i artystycznym Teatru Polskiego w Warszawie. Znany jest również z wielu innych ról filmowych. Był także wieloletnim wiceprezesem Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, jak również przewodniczącym Rady Fundacji Pomnika-Hospicjum Miastu Oświęcim oraz członkiem Rady Fundacji „Polsko-Niemieckie Pojednanie”.

W 1995 r. po raz pierwszy została wydana książka jego autorstwa, zatytułowana „Refren kolczastego drutu: Trylogia prawdziwa”, będąca wspomnieniami z pobytu w KL Auschwitz-Birkenau, jego ucieczki oraz z okresu ukrywania się. Swoją książkę prezentował kilkanaście lat temu na spotkaniu autorskim w Miejskim Ośrodku Kultury w Olkuszu.

Adam Cyra

Oświęcim, 3 czerwca 2019 r.

Wojskowy ruch oporu w KL Auschwitz

Maj 19th, 2019

Za datę powstania KL Auschwitz przyjmuje się 14 czerwca 1940 r., kiedy do tworzonego przez Niemców obozu przywieziono pierwszy transport 728 polskich więźniów politycznych z więzienia w Tarnowie. Wkrótce potem w kolejnych transportach okupanci skierowali więźniów z więzienia w Nowym Wiśniczu, obozu przejściowego w Sosnowcu, więzienia Montelupich w Krakowie oraz z więzienia na Pawiaku w Warszawie. Znaczną część spośród pierwszych więźniów obozu Auschwitz stanowili Polacy zaangażowani w działalność konspiracyjną. W pierwszych transportach z Warszawy przybyli członkowie Tajnej Armii Polskiej (TAP) − organizacji konspiracyjnej założonej przez mjr. Jana Włodarkiewicza, przy współpracy m.in. z ppor. Witoldem Pileckim. To właśnie m.in. ci więźniowie będą stanowili trzon wojskowego ruchu oporu w obozie Auschwitz.

Zobacz: wystawa internetowa o konspiracji wojskowej w KL Auschwitz

Witold Pilecki – żołnierz, konspirator, ochotnik do Auschwitz

Witold Pilecki, uczestnik wojen w 1920 i 1939 r. dobrowolny więzień i twórca konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, uciekinier z obozu, oficer AK, uczestnik Powstania Warszawskiego, jeniec obozów w Lamsdorf i Murnau, po wojnie w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa we Włoszech, w okresie terroru komunistycznego w Polsce skazany na śmierć i zamordowany strzałem w tył głowy w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r.

Tuż przed wybuchem II wojny światowej, pod koniec sierpnia 1939 r., ppor. rez. Witold Pilecki otrzymał rozkaz mobilizacji. Kampania wrześniowa zakończyła się dla niego dopiero 17 października tegoż roku, ponieważ on i niektórzy jego kawalerzyści podjęli walkę z Niemcami jako oddział partyzancki. Zadaniem dla zdemobilizowanych żołnierzy i oficerów polskich było dotarcie do Warszawy. Jesienią 1939 r. Witold Pilecki ukrywał się pod przybranym nazwiskiem Tomasz Serafiński, rozpoczynając w Warszawie działalność wspomnianej już Tajnej Armii Polskiej. Ta powstała w listopadzie 1939 r. organizacja grupowała głównie wojskowych i w 1941 r. scaliła się ze Związkiem Walki Zbrojnej (ZWZ), przekształconym w następnym roku w Armię Krajową (AK). Pierwsze jej władze to: komendant: mjr Jan Włodarkiewicz ps. „Darwicz” i inspektor organizacyjny: ppor. Witold Pilecki ps. „Witold”.

Gdy latem 1940 r. kilku członków TAP deportowano do KL Auschwitz mjr Jan Włodarkiewicz podjął decyzję o wysłaniu jednego z oficerów TAP do niemieckiego obozu koncentracyjnego, aby utworzył w nim konspiracyjną organizację wojskową i zbadał możliwość uwolnienia osadzonych tam więźniów.

Wykonanie tej niebezpiecznej misji powierzył Witoldowi Pileckiemu, który dał się dobrowolnie ująć Niemcom podczas łapanki w Warszawie. Pod przybranym nazwiskiem jako Tomasz Serafiński został przywieziony do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r. Jesienią 1940 r. Witold Pilecki rozpoczął tworzyć w KL Auschwitz tajną siatkę pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej  (ZOW).

Należeli do niej przede wszystkim członkowie TAP, oficerowie i podoficerowie Wojska Polskiego, przedwojenni działacze polityczni oraz studenci i harcerze, wyłącznie Polacy, ponieważ w tym okresie nie przywożono jeszcze do obozu więźniów z innych krajów.

Organizacja wojskowa miała na celu pomoc więźniom przebywającym w KL Auschwitz, podtrzymywanie ich na duchu przez rozpowszechnianie wiadomości z frontów II wojny światowej, potajemne zdobywanie żywności, odzieży i lekarstw oraz przekazywanie wiadomości z obozu na zewnątrz, organizowanie ucieczek, a także przygotowanie własnych oddziałów do opanowania obozu we współpracy z partyzanckimi oddziałami Armii Krajowej.

W związku z inwigilowaniem więźniów i ścisłym ich nadzorowaniem przez funkcyjnych, przeważnie kryminalistów niemieckich, ZOW opierał się na systemie „piątek”. Były to małe grupy konspiracyjne, które powstawały i działały niezależnie, prawie nic wzajemnie o sobie nie wiedząc. W razie dekonspiracji, a w dalszej kolejności ciężkiego śledztwa, ograniczona liczba osób była w stanie przekazać informacje o innych zaangażowanych w konspirację.

Witold Pilecki osobiście utworzył pięć górnych „piątek” w latach 1940-1941. Nazwa „piątka” była umowną, ponieważ zdarzało się, że liczyła ona więcej członków niż pięciu. Stanowiły one najważniejsze ogniwa ZOW i ich powstawanie odbywało się wolniej niż tworzenie niższych struktur konspiracji wojskowej w KL Auschwitz.

Pierwsza górna „piątka” ZOW: Władysław Surmacki (nr 2759), Władysław Dering (nr 1723), Jerzy de Virion (nr 3507), Eugeniusz Obojski (nr 194), Roman Zagner (brak danych dotyczących numeru).

Druga górna „piątka” ZOW: Władysław Kupiec (nr 793), Tadeusz Pietrzykowski (nr 77), Bolesław Kupiec (nr 792), Mikołaj Skortowicz (nr 940). Ponadto członkami tej „piątki” ZOW byli: Jan Kupiec (nr 790), Antoni Rosa (nr 923), Tadeusz Słowiaczek (nr 1069), Witold Szymkowiak (nr 938), Antoni Woźniak (nr 5512).

Trzecia górna „piątka” ZOW: Stanisław Gutkiewicz (nr 11003), Stanisław Stawiszyński (13689), Wincenty Gawron (nr 11237), Włodzimierz Makaliński (nr 12710), Eugeniusz Triebling (nr 6995).

Czwarta górna „piątka” ZOW: Stefan Bielecki (nr 12692), Stanisław Kazuba (nr 1630), Henryk Bartosiewicz (nr 9406), Konstanty Piekarski (nr 4618), Tadeusz Lech (nr 9235).

W październiku 1941 roku Witold Pilecki utworzył piątą górną „piątkę”. W jej skład wchodzili: Bernard Świerczyna (nr 1393), Mieczysław Wagner (nr 5831), Tadeusz Szydlik (nr 2198), Zbigniew Różak (nr 6609), Zbigniew Ruszczyński (nr 1360).

Edward Kowalski (nr 1701) w swoich wspomnieniach twierdzi, że w komandzie mierników, zaprzysiężeni przez ppłk. Władysława Surmackiego, najaktywniej działali następujący więźniowie: Kazimierz Jarzębowski (nr 115), Bogusław Ohrt (nr 367), Leon Rajzer (nr 399), Florian Basiński – w obozie Józef Rotter (nr 365), Janusz Pogonowski – w obozie Skrzetuski (nr 253) i Stanisław Stawiński (nr 6569). Wszyscy oni działali zgodnie z wytycznymi Pileckiego. Głównym celem tych kontaktów był przerzut żywności i lekarstw do obozu, a także wymiana informacji.

Tadeusz Pietrzykowski podaje, że wstępując do ZOW, przysięgę składał w „Alei Brzozowej” naprzeciwko bloku nr 11, a odbierał ją Pilecki, który potem kontaktował się z nim, dając mu sekretne polecenia za pośrednictwem innego członka ZOW, Stanisława Barańskiego (nr 132).

Edward Ciesielski natomiast w swoich wspomnieniach napisał: „Nadszedł czerwiec 1941 r. (…). W kilka dni potem zostałem członkiem podziemnej organizacji oświęcimskiej. Wśród zwału cegieł przy nowo budowanym bloku złożyłem przysięgę na wierność organizacji. Odebrał ją ode mnie mój majster ze stolarni. Był nim major WP Trojnicki. Świadkiem przysięgi był więzień pracujący w ambulansie”.

W swojej powojennej relacji Konstanty Piekarski przekazał, iż Pilecki wśród nowo przybyłych więźniów starał się dotrzeć do osób godnych zaufania, szczególnie takich jak on właśnie, młodych oficerów zawodowych lub rezerwy.

Meldunki członków ruchu oporu, wysyłane były początkowo poprzez więźniów zwalnianych z obozu, a potem także przez wtajemniczonych robotników cywilnych zatrudnionych przez esesmanów przy rozbudowie obozu i zaufanych mieszkańców Oświęcimia. Zaczęły one systematycznie docierać do Warszawy co najmniej od końca 1940 r. Z powodu zniszczenia akt  Śląskiego Okręgu Armii Krajowej szczegóły tych kontaktów nie są znane, nie wiadomo też jaką drogą trafiały do agend Delegatury Rządu na Kraj. Brak jest również relacji osób prawdopodobnie najbardziej zaangażowanych w zbieranie i przekazywanie informacji o KL Auschwitz, gdyż w końcu 1942 r. Niemcy aresztowali, a potem zamordowali w obozie niemal całe kierownictwo sztabu obwodu oświęcimskiego Armii Krajowej. Wiadomo natomiast, iż meldunki te stanowiły podstawę do opracowania w Warszawie sumarycznych sprawozdań okresowych, raportów sytuacyjnych i innych dokumentów, sporządzanych bądź to z intencją przesłania ich do Rządu Polskiego w Londynie, bądź wykorzystania w bieżącej działalności propagandowej i informacyjnej.

Informacja o KL Auschwitz – oparta na pierwszym meldunku Witolda Pileckiego wysłanym z obozu drogą konspiracyjną – została przekazana do Londynu w tajnej poczcie komendanta ZWZ, gen. „Grota” – Stefana Roweckiego, za pośrednictwem bazy „Anna” w Sztokholmie w marcu 1941 r. Takich raportów z obozu Pilecki przesłał znacznie więcej, informując o zbrodniach SS.

Obozową konspirację wojskową Pilecki stopniowo rozszerzył też na grupy polityczne. Przede wszystkim byli to osadzeni w KL Auschwitz członkowie Stronnictwa Narodowego (Piotr Kownacki, Roman Frankiewicz, Bolesław Świderski) oraz Polskiej Partii Socjalistycznej (Stanisław Dębski-Dubois, Konstanty Jagiełło).

Więźniowie należący do ZOW starali się tworzyć w blokach, w których mieszkali, elementy wojskowej siatki konspiracyjnej („plutony” – jeden na parterze, drugi na piętrze). Jej członkowie w momencie rozpoczęcia walki mieli zachęcić do niej  jak najwięcej pozostałych więźniów, którzy nie byli zorganizowani. Kilka bloków miało stanowić „bataliony”.

W pierwszych miesiącach 1942 r. udało się Witoldowi Pileckiemu przyłączyć do ZOW konspiracyjne grupy wojskowe tworzone przez płk. Aleksandra Stawarza i ppłk. Karola Kumunieckiego, a także rtm. Włodzimierza Kolińskiego. Latem 1942 r. płk Jan Karcz, podczas kampanii wrześniowej w 1939 r. dowódca Mazowieckiej Brygady Kawalerii, na prośbę Pileckiego przyjął propozycję objęcia kierownictwa nad tajną siatką ZOW w nowo powstałym obozie KL Auschwitz II-Birkenau.

Jednym z głównych filarów konspiracji wojskowej stał się szpital więźniarski, gdzie ogromną rolę odegrał dr Władysław Dering oraz dr Rudolf Diem. Obydwaj wymienieni lekarze kierowali izbą przyjęć, czyli ambulatorium, i stąd mieli duży wpływ na przyjmowanie chorych więźniów do szpitala więźniarskiego, w którym „likwidowano” również obozowych konfidentów. Lekarzami, należącymi do ZOW, ratującymi w wielu wypadkach życie innym, byli m.in. następujący więźniowie: Marian Dipont, Władysław Fejkiel, Henryk Suchnicki czy  Władysław Tondos.

Do grupy więźniów wypisywanych ze szpitala obozowego przychodził tzw. Arbeitsdienst, który przydzielał ich do poszczególnych komand roboczych. Był nim kryminalista niemiecki Otto Küssel (nr 2), bardzo przychylnie nastawiony do polskich więźniów, którego pomoc na rzecz konspiracji wojskowej miały ogromne znaczenie, ponieważ rodzaj pracy decydował w wielu wypadkach o przetrwaniu. Jego współpracownikiem był Mieczysław Januszewski (nr 711), członek ZOW, mający na niego bardzo duży wpływ. Również poprawnie do podległych im Polaków odnosili się jeszcze inni funkcyjni niemieccy więźniowie kryminalni: Fritz Biessagen (nr 4), Hans Bock (nr 5) i Johann Lechenich (nr 19). Ułatwiali także członkom ZOW nawiązywanie potajemnej łączności z przyobozowym ruchem oporu.

W lutym 1941 r. w Auschwitz została także utworzona organizacja Związku Walki Zbrojnej, której twórcą był ppłk. Kazimierz Rawicz (w obozie Jan Hilkner). W wyniku porozumienia Witold Pilecki przekazał ppłk. Rawiczowi jesienią 1941 r. jako oficerowi wyższemu stopniem formalnie dowództwo, pozostając nadal kierownikiem organizacyjnym całości konspiracji obozowej ZOW.

Konspiracyjne zasługi i bohaterski trud Witolda Pileckiego docenił Komendant Główny ZWZ, gen. Stefan Rowecki – „Grot”, awansując go 11 listopada 1941 r. do stopnia porucznika. Z ogromnym trudem tworzona obozowa siatka ZOW już od 1941 r. zaczęła się rwać. Powodem były zgony więźniów − członków ZOW, spowodowane tragicznymi warunkami panującymi w obozie, a także rozstrzeliwaniami i wywożeniem ich do innych obozów koncentracyjnych. Jako pierwsi m.in. zmarli: dr Adam Hrebenda i prof. dr Teofil Staniszkis.

W 1942 r. egzekucje członków ZOW w KL Auschwitz miały charakter przypadkowy lub wykonywano je w powiązaniu z innymi sprawami i nie były one wynikiem rozpracowania organizacji Pileckiego przez obozowe gestapo. Przykładowo pod Ścianą Straceń w odwetowej egzekucji za sabotaż i udane akcje partyzanckie na Lubelszczyźnie 28 października 1942 r. wśród rozstrzelanych było kilku członków ZOW. Latem 1942 r. wybuchła natomiast w KL Auschwitz największa epidemia tyfusu plamistego. W jej wyniku zmarło kilkunastu członków ZOW.

Ppłk. Kazimierz Rawicz w dniu 7 lipca 1942 r. został wywieziony do obozu Mauthausen. Kierownictwo ZOW objął po nim ppłk. Juliusz Gilewicz, natomiast mjr Zygmunt Bohdanowski (w obozie Bończa) przejął dowództwo bojowe nad całością konspiracji wojskowej w KL Auschwitz. Zygmunt Bohdanowski – Bończa, nr obozowy 30959, przed wojną był dowódcą 5. Dywizjonu Artylerii Konnej, który od wiosny 1939 r. stacjonował w Oświęcimiu.

Informacje o KL Auschwitz przekazywane były przez Witolda Pileckiego także za pośrednictwem więźniów, którzy zbiegli z obozu.  Liczniejsze ucieczki organizowane przez konspirację wojskową rozpoczęły się natomiast dopiero w 1942 r. Poprzednio nie znajdowały one aprobaty członków ZOW ze względu na odpowiedzialność zbiorową, którą stosowały władze obozowe SS, dokonując „wybiórki” dziesięciu lub więcej więźniów na śmierć głodową. Pierwszą z takich ucieczek zrealizowali Wincenty Gawron i Stefan Bielecki 16 maja 1942 r.

Uciekinierzy z Auschwitz, zgodnie z poleceniem dowództwa konspiracji obozowej, mieli przekazywać Komendzie Głównej Armii Krajowej w Warszawie dane dotyczące sytuacji w obozie Auschwitz. Meldunki te docierały do Warszawy z miesięcznym lub nawet dwumiesięcznym opóźnieniem. Jako że w pierwszych dwóch latach istnienia KL Auschwitz liczba Żydów była w nim nieznaczna, początkowo w raportach prawdopodobnie nie wymieniano ich jako odrębnej grupy narodowej. W połowie maja 1942 roku zaczęły jednak przybywać do obozu masowe transporty Żydów polskich z Zagłębia Dąbrowskiego (głównie Sosnowca, Będzina, Dąbrowy Górniczej), których bezzwłocznie zabijano w bunkrze I, tzw. „czerwonym domku” w KL Auschwitz II-Birkenau lub w komorze gazowej przy „starym krematorium” nr 1 w KL Auschwitz I. Tak wielkich zbrodni esesmani nie byli już w stanie ukryć. W meldunkach przesyłanych do Warszawy od końca czerwca napotkać zatem można na liczne wzmianki zarówno o morderstwach dokonywanych na Żydach w komorach gazowych, jak i o gwałtownym wzroście liczby więźniów Żydów rejestrowanych w obozie. W pochodzącym z tego okresu sprawozdaniu odnotowano dość precyzyjnie zarówno najwyższe numery wydane dotąd w obozie dla mężczyzn i kobiet, jak również pierwsze informacje o zabijaniu w komorach gazowych Żydów, nieujętych w obozowych rejestrach, oraz o zakopywaniu ciał w masowych grobach. Ich liczbę oceniano na około 10 000 , zaznaczając, że dane te są jak na razie niepewne. Sprawozdanie, zawierające po raz pierwszy tak alarmistyczne, lecz zarazem dokładne informacje, zostało wkrótce wysłane kurierem poprzez Budapeszt do Londynu.

Stanisław Jaster, uczestnik ucieczki z obozu, dokonanej przez czterech więźniów wykradzionym samochodem SS w dniu 20 czerwca 1942 r., był również kurierem Witolda Pileckiego. Z jego polecenia przekazał kolejny meldunek przedstawicielowi KG AK w Warszawie z sugestią, że więźniowie mogą podjąć walkę z obozową załogą SS i ZOW oczekuje tylko na rozkaz.

Zaniepokojony brakiem reakcji Komendy Głównej AK na wysyłane raporty i pragnąc osobiście zabiegać o zbrojną pomoc dla więźniów, Witold Pilecki podjął decyzję o ucieczce z obozu. Nastąpiła ona w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Pozostałymi więźniami, którzy uczestniczyli w tej ucieczce byli Edward Ciesielski (nr 12969) i Jan Redzej (nr 5430). Po ucieczce przez ponad trzy miesiące Pilecki przebywał w Nowym Wiśniczu, skąd wyjechał w sierpniu do Warszawy. Jednak Komenda Okręgu AK w Krakowie odmówiła zbrojnej pomocy więźniom. Nie zaakceptowała również planu walki o obóz dowództwo AK w Warszawie.

Komenda Główna AK  długo nie mogła zdecydować się na zbrojny atak na załogę niemiecką w obozie. „Złożyło się na to szereg przyczyn, a przede wszystkim – jak ocenił po latach Edward Ciesielski – trudności natychmiastowego przewiezienia takiej masy ludzkiej w bezpieczne miejsce, wyżywienia jej i przyjścia z pomocą chorym”.

Po ucieczce z obozu jesienią 1943 r. Pilecki przekazał do Komendy Głównej AK w Warszawie tajny „Raport W” (występujące w nim nazwiska około więźniów, którzy byli członkami ZOW, zastąpił liczbami).

W „Raporcie W” rotmistrz Pilecki pisał nie tylko o zbrodniach niemieckich nazistów dokonywanych w KL Auschwitz na Polakach, lecz także na Romach, jeńcach sowieckich i więźniach innych narodowości, a przede wszystkim na Żydach, których zagłada rozpoczęta została wiosną 1942 r. Sam o sobie Pilecki napisał: „Chcąc związać możliwie większą ilość dobrych Polaków, nie chciałem wprowadzać do pracy jakichkolwiek momentów, które by ich różniły. Podchodziłem do ludzi apartyjnie i wiązałem na płaszczyźnie tylko żołnierskiej, tłumacząc, że interesy partyjne należy zostawić na czas po zdobyciu niepodległości.”

Relacje na temat swoich przeżyć z KL Auschwitz napisali także latem 1943 r. pozostali współuciekinierzy rotmistrza: Jan Redzej i Edward Ciesielski. Wspomniane relacje także były znane Komendzie Głównej AK w Warszawie. Teksty te – napisał po wojnie Ciesielski: ”[…] przetłumaczono […] na język niemiecki, angielski i francuski. Miały być potem przekazane za granicę, aby powiadomić i zaalarmować opinię publiczną świata o zbrodniach hitlerowskich dokonywanych w Oświęcimiu”.

Ucieczka Witolda Pileckiego z Auschwitz nie zahamowała działalności konspiracji wojskowej. Za moment taki można uznać dopiero dzień 11  października 1943 r., kiedy pod Ścianą Straceń rozstrzelano 54 więźniów. Znaleźli się wśród nich przywódcy ZOW: ppłk Juliusz Gilewicz, mjr Zygmunt Bohdanowski-Bończa, ppłk Teofil Dziama, Jan Mosdorf, kpt. Tadeusz Paolone-Lisowski i ppłk Kazimierz Stamirowski. Do ujęcia ich przyczynili się szpicle obozowi. Po egzekucji działalność ZOW uległa poważnemu osłabieniu, chociaż kontynuowali ją Bernard Świerczyna, Stanisław Kazuba i Henryk Bartosiewicz.

Witold Pilecki nadal interesował się KL Auschwitz, mimo że misja, z którą przybył do Warszawy, stawała się coraz mniej realna. Pracując konspiracyjnie w Warszawie, zajmował się m.in. udzielaniem z funduszów AK pomocy finansowej rodzinom więźniów Auschwitz i Majdanka zarówno żyjących, jak i tych, którzy zginęli. Przykładowo pomoc taką otrzymała matka Konstantego Jagiełły i siostra rozstrzelanego płk. Kazimierza Stamirowskiego.

W lutym 1944 r. Pileckiemu przekazano do wiadomości, że został awansowany do stopnia rotmistrza ze starszeństwem od 11 listopada 1943 r. Formalnie pracował w Kierownictwie Dywersji KG AK do chwili wybuchu Powstania Warszawskiego. Faktycznie jednak zajęty był jeszcze inną pracą konspiracyjną, ponieważ wiosną 1944 r. został wyznaczony na jednego z organizatorów nowo powstałej organizacji pod nazwą „NIE”. Miała ona zastąpić Armię Krajową i działać po zakończeniu okupacji niemieckiej na terenach polskich zajętych przez Armię Czerwoną.

Na początku 1944 roku Komenda Główna AK po raz pierwszy zaczęła jednak skłaniać ku propozycji przedstawionej uprzednio przez Pileckiego – zorganizowania w obozie powstania. Podczas jednej z odpraw w Warszawie wiosną 1944 r. Tadeusz „Bór” – Komorowski, Komendant Główny AK oraz mjr Zygmunt Walter – Janke, dowódca Okręgu Śląskiego AK,  doszli do wniosku , że zbrojne uderzenie na niemiecką załogę KL Auschwitz może nastąpić w wypadku powszechnego powstania w Polsce lub przy podjęciu próby wymordowania wszystkich więźniów przez opuszczających obóz esesmanów.

W związku z tymi planami pod koniec lipca 1944 r. w komendzie Okręgu Śląskiego AK zameldował się skoczek spadochronowy – cichociemny, ppor. Stefan Jasieński ps. „Urban”, który przywiózł pismo gen. „Bora” −  Tadeusza Komorowskiego , datowane na 26 lipca 1944 r. W piśmie tym Komendant Główny AK,  gen. „Bór”  nakazywał zwrócić  szczególną uwagę na obóz w Oświęcimiu komendantom Okręgów AK: Śląskiego i Krakowskiego. Gen. Komorowski pozostawił obydwu komendantom swobodę decyzji i polecił wzajemne uzgodnienie ewentualnej akcji zbrojnej przeciwko załodze SS w KL Auschwitz.

„Urban” przebywając w okolicach KL Auschwitz, nawiązał kontakt z obozową konspiracyjną Radą Wojskową Oświęcim (RWO), która składała się m.in. z dawnych członków ZOW. Dzięki temu zdobył szczegółowe informacje o funkcjonowaniu obozu, zwyczajach strażników i stanie kompanii wartowniczych SS. Prowadzone przez niego prace nad planem uwolnienia jak największej liczby więźniów przerwało tragiczne wydarzenie − ppor. Stefan Jasieński w nocy z 28 na 29 września 1944 r. został postrzelony w Malcu koło Oświęcimia przez żandarmów niemieckich. Rannego „Urbana” przywieziono do KL Auschwitz, gdzie zginął w niewyjaśnionych okolicznościach w pierwszych dniach stycznia 1945 r.

„Urban” kontaktował się za pomocą grypsów z Józefem Cyrankiewiczem (nr 62933) ps. „Rot”, który aktywnie działał w tajnej Radzie Wojskowej Oświęcim. W jednym z tych grypsów, z datą 22 sierpnia 1944 r., „Rot” pisał do „Urbana”: „Desant (atak na obóz – zaopatrzenie w broń). Ta ewentualność daje obozowi jak największą szansę, czyniąc jednocześnie ze Śląska teren powstania. Na oznaczony poprzednio sygnał zarządzamy pogotowie i czekamy na łączność z oddziałami lądującymi”. Przytoczone powyżej zdanie z obszernego raportu świadczy o tym, jak dużą wagę RWO przywiązywała do działalności „Urbana”.

W ramach sił Okręgu Śląskiego AK, już po aresztowaniu Jasieńskiego, nadal brano pod uwagę zbrojne uderzenie na obozową załogę SS. Dowodem tego może być zachowana nominacja „Rota” na dowódcę tajnych sił AK w KL Auschwitz, którą 14 października 1944 r. podpisał mjr dypl. „Zygmunt” (Walter − Janke). Wiadomość o tej nominacji nie dotarła jednak do Józefa Cyrankiewicza, ponieważ uciekinier z obozu, Stanisław Chybiński (nr 6810), będący wówczas zastępcą Inspektora Bielskiego AK, nie przekazał jej do obozu, a oryginał nominacji przekreślił i opatrzył adnotacją „nieaktualne”. Swoją decyzję uzasadnił m.in. tym, że ostatnio jego łączność z konspiracją obozową została zupełnie przerwana.

Konspirację w KL Auschwitz zainicjowali Polacy, bowiem to dla nich został założony ten obóz i początkowo, czyli do połowy 1942 r., to oni głównie byli jego więźniami. Tworząc struktury konspiracji wojskowej, działali w niej następnie przez cały okres istnienia obozu. Tworzyły ją grupy wojskowe, a także ugrupowania polityczne socjalistów i narodowców. Konspiracja ta uznawała zwierzchnictwo rządu polskiego na emigracji w Londynie oraz jego przedstawicielstwo w okupowanym kraju − Delegaturę Rządu RP na Kraj i podziemną armię  – Związek Walki Zbrojnej/Armia Krajowa.

Współpraca na polu wojskowym doprowadziła następnie do konsolidacji z innymi grupami narodowymi, czego dowodem było utworzenia latem 1944 r. Rady Wojskowej Oświęcim. W ten sposób powstała międzynarodowa samoobrona przed terrorem, wyniszczeniem i planowaną przez załogę SS całkowitą zagładą więźniów przed nadejściem żołnierzy Armii Czerwonej.

To m.in. dzięki jego zaangażowaniu  w konspirację obozową świat dowiedział się o zbrodniach niemieckich nazistów − udało się zorganizować ucieczki więźniów, którzy przekazywali następnie prawdę o Auschwitz. Do efektów działań ZOW można zaliczyć także: zastraszanie więźniów funkcyjnych, wpisywanie fikcyjnych zawodów nowo przybyłym więźniom (zastępowanie zawodów inteligenckich typowo robotniczymi lub rzemieślniczymi), czy wpisywanie w karty chorych więźniów chorób, które w przypadku selekcji w szpitalu dawały szansę na to, iż więzień taki nie zostanie skierowany do komory gazowej.

Rotmistrz Witold Pilecki w historii wojskowej konspiracji obozowej na zawsze pozostanie jej głównym twórcą i sztandarową postacią jako dobrowolny więzień KL Auschwitz.

Adam Cyra

Oświęcim, 20 maja 2019 r.

Bo wolność krzyżami się mierzy …

Maj 17th, 2019

Ppor. Edmund Wilkosz spoczywa wśród 1072 poległych wówczas polskich żołnierzy na najwyższym stopniu Polskiego Cmentarza Wojennego na Monte Cassino. Warto przypomnieć jego postać.

Urodził się 30 listopada 1912 r. w Oświęcimiu. Mieszkał w pobliskich Babicach. Naukę po ukończeniu szkoły powszechnej kontynuował w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym im. ks. Stanisława Konarskiego (dzisiejsze Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego). Następnie rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym UJ w Krakowie i po ich ukończeniu podjął pracę jako urzędnik administracji państwowej w starostwie powiatowym w Stryju, gdzie pracował do 18 września 1939 r.

Pasją Edmunda Wilkosza było harcerstwo. W latach 1933-1938 pełnił nawet funkcję komendanta Hufca Męskiego w Oświęcimiu. Na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty.

We wrześniu 1939 r. ze Stryja, gdzie – jak już było wspomniane – pracował na Kresach, został ewakuowany do pobliskiej Rumunii, skąd przedostał się poprzez Węgry, Jugosławię, Grecję i Turcję do Palestyny, wstępując do tworzonej tam Brygady Strzelców Karpackich. W 1941 r. uczestniczył w walkach pod Tobrukiem i za udział w nich został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Na początku 1944 r., ppor. Edmund Wilkosz, jako oficer 2. Korpusu Polskiego został przetransportowany do Włoch, gdzie później brał udział w walkach pod Monte Cassino i wtedy to, 14 maja, został ciężko ranny.

Czytaj więcej …

Adam Cyra

Oświęcim, 18 maja 2019 r.

 

Profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego i więzień Auschwitz

Maj 13th, 2019

Prof. Marian Zgórniak (1924-2007)

Prof. dr hab. Marian Zgórniak urodził się 5 grudnia 1924 r. w Nowodworzu koło Gorlic, w rodzinie ziemiańskiej. Jego matka, Władysława, po rozwodzie z pierwszym mężem wyszła powtórnie za mąż za Stanisława Zgórniaka, który adoptował Mariana w 1935 r. Marian Zgórniak w okresie międzywojennym  zdążył ukończyć trzy klasy gimnazjum w Gorlicach.

Po wybuchu II wojny światowej został członkiem ZWZ-AK, gdzie pełnił funkcję łącznika, w konspiracyjnej grupie zorganizowanej Stanisława Zgórniaka. Bezpośrednią przyczyną aresztowania siedemnastoletniego Mariana wraz z ojcem 2 czerwca 1942 r. było załamanie się podczas śledztwa jednego z członków Armii Krajowej w powiecie gorlickim.

Śledztwo w naszej sprawie – relacjonował po wojnie Marian Zgórniak – prowadzone było przez gestapo w Gorlicach i trwało do końca czerwca 1942 r., kiedy to przewieziono nas do więzienia w Jaśle, gdzie jeszcze dodatkowo przesłuchiwano mojego ojca. Końcem listopada 1942 r. wywiezieni zostaliśmy do więzienia w Tarnowie, a stamtąd 19 stycznia 1943 r. do KL Auschwitz, gdzie otrzymałem numer 90788, ojciec zaś nr 90789. (…) Obóz oświęcimski opuściłem wraz z ojcem 25 października 1944 r.

Marian Zgórniak wraz ze Stanisławem Zgórniakiem został ewakuowany do KL Gross-Rosen, a następnie w lutym 1945 r. do obozu w Buchenwaldzie, gdzie jego ojciec po kilku dniach zmarł. W trakcie ewakuacji z tego obozu udało mu się zbiec wraz z kilkoma innymi współwięźniami. Po zakończeniu wojny przebywał w amerykańskiej strefie okupacyjnej.

Do Polski wrócił w czerwcu 1946 r. Zdał maturę, a potem ukończył historię i prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, gdzie uzyskał stopień doktora historii w 1959 r., habilitując się w 1966 r. Jego żoną była Izabela Nowosielska, z którą miał syna Marka oraz doczekał się wnuka.

Niestrudzoną pracą i talentem zdobywał kolejne szczeble drogi naukowej do profesury włącznie w 1982 r. Był badaczem polskich oraz obcych archiwów i bibliotek.

Jest autorem ponad trzystu publikacji w wielu językach. Jego książki i artykuły dotyczą historii nowoczesnej i najnowszej, historii wojskowości, dyplomacji i dziejów społecznych.

Uczony i wychowawca całych pokoleń studenckich. Był mistrzem dla ponad 260 magistrantów, 28 doktorów, z grona których 14 uzyskało stopień naukowy doktora habilitowanego, a czterech tytuł profesora. Należę również do uczniów niezapomnianego Profesora, pod którego kierunkiem napisałem pracę magisterską na temat: „Doktryna wojenna armii II Rzeczypospolitej (1918-1939)”.

Pogrzeb Profesora Mariana Zgórniaka

Marian Zgórniak zmarł 18 listopada 2007 r. w Krakowie. Na wiadomość o Jego śmierci Dyrekcja i Pracownicy Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego napisali w nekrologu: W osobie Profesora żegnamy Człowieka o wyjątkowej osobowości i nieprzemijających zasługach dla nauki historycznej, pełnego dobroci i przychylności dla innych.

Takim pozostanie również w mojej pamięci serdeczny, uśmiechnięty i życzliwy dla wszystkich Profesor, okazujący studentom zrozumienie, którego odejście stanowiło wielką stratę dla polskiego środowiska naukowego.

Jego pogrzeb, który zgromadził również wielu wychowanków Profesora, odbył się na cmentarzu na Salwatorze w Krakowie 24 listopada 2007 r.

Adam Cyra

Oświęcim, 13 maja 2019 r.

———————————

Relacja prof. dr. hab. Mariana  Zgórniaka, złożona 24 listopada i 9 grudnia 1966 r. na temat jego działalności konspiracyjnej i pobytu w niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych: Auschwitz, Gross-Rosen i Buchenwald.

W okresie okupacji należałem w Gorlicach do nielegalnej organizacji, która później przyjęła nazwę ZWZ (Związek Walki Zbrojnej). Pełniłem w niej funkcję łącznika. W zasadzie już od 1939 r. wykorzystywano mnie do różnych zleceń organizacyjnych, ale dopiero na wiosnę 1942 r. zostałem zaprzysiężony do ZWZ. Ojciec mój, Stanisław Zgórniak[x], był jednym z organizatorów tej nielegalnej grupy. W ZWZ pełnił dość istotne stanowisko na terenie powiatu gorlickiego.

W lecie 1941 r. (maj-czerwiec) organizacja uległa częściowemu rozbiciu na skutek aresztowania kilkudziesięciu członków. Wśród aresztowanych znaleźli się ludzie pełniący odpowiedzialne funkcje w organizacji: rotmistrz Waldeck (dowódca okręgu, zginął w Oświęcimiu), Jamrowicz (też zginął w tym obozie), Chrząścik (zginął w Oświęcimiu) i Gaik (zginął, ale nie jestem pewny czy w Oświęcimiu).

Protokoły śledcze niektórych dokonanych wówczas przesłuchań prawdopodobnie obciążyły w jakimś stopniu mego ojca. Bezpośrednią przyczyną aresztowania ojca i mnie, które nastąpiło w Gorlicach w dniu 2 czerwca 1942 r., były zeznania Edwarda Jantasa  (zginął prawdopodobnie w Sachsenhausen albo w Mauthausen, przeniesiony tam z Oświęcimia), członka jednej z komórek ZWZ w powiecie gorlickim. Razem z nami aresztowany został w tej samej sprawie Adam Ludwin, zamieszkały wówczas w Gorlicach (…).

Śledztwo prowadzone było przez Gestapo w Gorlicach i trwało do końca czerwca 1942 r., kiedy to przewieziono nas do więzienia w Jaśle. W więzieniu przesłuchano jeszcze dodatkowo ojca.

Końcem listopada 1942 r. wywieziono nas do więzienia w  Tarnowie, a stamtąd, w dniu 19 stycznia 1943 r., do Oświęcimia.

Marian Zgórniak, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W obozie otrzymałem nr 90788, ojciec zaś nr 90789. Po przyjęciu, które odbywało się w bloku nr 26, skierowano nas wraz z ojcem do bloku nr 8a (wg nowej numeracji), gdzie odbywała się kwarantanna. Blok nr 8 był bardzo przeludniony. Na jednej pryczy spały przeważnie 3 osoby. Dodatkową niedogodnością były wielkie ilości pcheł. Podczas dnia odbywaliśmy „ćwiczenia gimnastyczne”, a więc: hüpfen, rollen, laufer, druhen itp.

W końcu stycznia lub w pierwszych dniach lutego 1943 r. na bloku nr 8 odbyła się „wybiórka”. Pytano, kto nie chce lub nie może pracować, ewentualnie  kto jest chory. Tych, którzy zgłosili się i wystąpili, zabrano. Ponadto przeprowadzono przegląd pozostałych więźniów, wyłączając niektórych z nich z szeregu, między innymi mojego ojca. Na skutek interwencji Schreibera bloku nr 8a, Zbyszka – jago nazwiska niestety nie pamiętam, ojciec został z powrotem odesłany do szeregu. Jak się później dowiedziałem, wybranych skierowano do komory gazowej.

Po pewnym czasie zostałem wraz z ojcem przeniesiony na dalszą kwarantannę do bloku nr 2. Tutaj warunki były znacznie gorsze, aniżeli na bloku nr 8a. Przede wszystkim ostrzejszy był personel funkcyjny. Dużą surowością odznaczał się blokowy, jego nazwiska nie pamiętam. Nosił czerwony trójkąt bez litery „P”, ale rozmawiał po polsku. Brutalność szczególnie cechowała sztubowych. Pamiętam, jak pewnego razu wszedłem do umywalni podczas jej sprzątania i zostałem dotkliwie pobity łopatką od węgla. W czasie pobytu w bloku nr 2 wychodziłem kilkakrotnie do pracy przy Königsgraben. Kwarantanna trwała w sumie trzy tygodnie, po czym zostałem przeniesiony do bloku nr 23a (wg nowej numeracji).

Zatrudniono mnie w dużym komandzie – mogło liczyć kilkaset więźniów – które pracowało poza obozem, przy pracach ziemnych. Już w pierwszych dniach tej pracy przeziębiłem się. Dzięki protekcji więźniów – Jana Dziopka z Gorlic (obecnie także mieszka w Gorlicach), zatrudnionego w Häftlingsschreibstube i Jana Krokowskiego z Nowego Sącza, uzyskałem przeniesienie do Drückerei – sekcji komanda SS-Unterkunfstkammer, ojciec zaś przeszedł do Kartoffelkomando. Komando SS-Unterkunfstkammer składało się z wielu sekcji obsługujących poszczególne magazyny dostarczające różne artykuły personelowi SS. W jego skład wchodziły magazyny bielizny pościelowej, koców, środków kosmetycznych, mebli. Był także plac węglowy (Kohlenplatz) oraz mydlarnia. Magazyn koców oraz mydlarnia mieściły się w Theatergebäude, natomiast inne magazyny znajdowały się głównie w  dwupiętrowym budynku, położonym przy ulicy Topolowej obok bocznicy kolejowej. SS-Unterkunfstkammer zaopatrywała w poszczególne artykuły tzw. „Kanada” (stara i nowa). Na strychu budynku SS-Unterkunfstkammer segregowane były pod kierunkiem Vorarbeitera Bogdana, którego nazwiska nie pamiętam; jego zachowanie w obozie pozostawiało wiele do życzenia, szczególnie sposób odnoszenia się do Żydów, przywożone różnego rodzaju szczotki, mydło, pasta do zębów, materiały na ubrania i suknie. Część mydła przerabiano następnie w mydlarni. Kierownikiem mydlarni był więzień Gadomski, posiadający nr około 6000. Bieliznę pościelową segregowano na drugim piętrze budynku SS-Uterkunfstkammer pod kierunkiem Vorarbeitera Brunona, nazwiska nie pamiętam, Ślązaka posiadającego nr około 1100, a następnie magazynowano na parterze.

Schreiberem komanda SS-Unterkunfstkammer i właściwie magazynów był Józef Klimczok o numerze około 3000. Jeśli chodzi o strukturę organizacyjną, miał on wiele do powiedzenia. W stosunku do mnie Klimczok był życzliwy, jednak niektórym więźniom dawał się we znaki. Z innych więźniów zatrudnionych w SS-Unterkunfstkammer pamiętam dwóch braci Binkiewiczów z Warszawy (jeden z nich, Tadeusz, przeżył obóz (…); Zdzisława – nazwiska nie pamiętam, posiadał nr około 180, później uciekł z obozu; Jerzego Dyląga z Sanoka ( nie wiem, co się z nim stało); Jerzego Obraniaka z Warszawy – oznaczony był numerem około 74000, został rozstrzelany na bloku nr 11; Kościelniaka z sekcji Drückerei i Tadeusza Przybylskiego (…). Natomiast z SS-manów pełniących tam funkcje, przypominam sobie Breitwiesera, SS-Scharfuhrera Schirka, pochodzącego z Bielska oraz zatrudnionego przez pewien okres Rapportführera Clausena. Ich stosunek do więźniów był różny. Należało szczególnie wystrzegać się Breitwiesera – był fałszywy. Wspomniani SS-mani podlegali bezpośrednio oficerowi SS.

Jak wyżej zaznaczyłem, zatrudniony zostałem w Drückerei, która w tym czasie była sekcją SS-Unterkunfstkammer. W późniejszym okresie drukarnia została prawdopodobnie wydzielona w osobne komando. Przy Drückerei znajdowała się sekcja naprawy maszyn biurowych. Pracowali tam Cichocki i Stanisław Kamiński. Ten ostatni pochodził z Warszawy i był jednym z nielicznych, który podobno przeżył 6 miesięcy w karnej kompanii. Zdaje się, że Kamiński został skierowany do  SK (Strafkompanie) wraz z całym transportem, z którym przybył.

Do moich obowiązków w Drückerei należało przenoszenie beli papierowych na strych. Nie trwało to zresztą długo. Rozwijające się przeziębienie spowodowało zapalenie opłucnej. Zmuszony zatem byłem w marcu 1943 r. udać się do HKB (Häftlingskrankenbau) na blok nr 28. Przebywając w szpitalu spotkałem się z serdeczną opieką polskiego personelu funkcyjnego. Spośród tych ludzi szczególnie mile wspominam lekarza Kowalskiego z Katowic. Właśnie dzięki niemu uniknąłem śmierci w komorze gazowej. Mianowicie podczas „wybiórki do gazu” przeprowadzanej przez oficera SS – nazwiska nie znałem; był  wysokiego wzrostu, nie jestem pewien, czy był lekarzem SS, Kowalski ukrył mnie w Waschraumie bloku nr 28. W okresie rekonwalescencji opiekował się mną lekarz o nazwisku bodajże Szczęsny, którego przeniesiono później do obozu cygańskiego na Brzezince. Pomagał mi też pielęgniarz Stanek, były znany piłkarz ze Śląska. Pewną pomoc otrzymywałem także od dr. Diema z ambulatorium bloku nr 28. Rekonwalescencję ułatwiły mi paczki od rodziny, na otrzymywanie których władze obozowe wydały w tym czasie zezwolenie.

W okresie pobytu w szpitalu poznałem m.in. więźnia Jana Mosdorfa, przedwojennego działacza młodzieżowego ONR-u. Na bloku nr 28 pełnił on funkcję chyba Pflegera. Mosdorf miał szerokie znajomości w obozie, cieszył się dużą sympatią otoczenia. Przychodziło do niego wiele osób. Ja osobiście miałem okazję kilkakrotnie z nim rozmawiać. W rozmowach poruszaliśmy m.in. różne kwestie polityczne. Mosdorf wspominał swój pobyt w Berezie, mówił o propozycjach współpracy z III Rzeszą, jakie w okresie międzywojennym przedstawiali mu agenci reżimu hitlerowskiego. Bazą, na której miało dojść do współpracy, był prawicowy charakter ONR-u oraz głoszony antysemityzm. Naturalnie Mosdorf nie przyjął propozycji. Jest mi wiadomo, że Mosdorf został w obozie  rozstrzelany.

Po wyjściu ze szpitala, które nastąpiło w początkach maja 1943 r., zostałem dzięki protekcji Jana Dziopka gońcem Häftlingsschreibstuby i zamieszkałem w bloku nr 24a. Häftlingsschreibstuba kierowana była przez byłego więźnia z Sachsenhausen Diestela, noszącego zielony trójkąt. Istotną rolę w tym biurze odgrywał Erwin Olszówka. Spośród więźniów tam zatrudnionych przypominam sobie m.in. inż. Ajdukiewicza z Muszyny, Franciszka Rusinka z Gorlic, Żarlikowskiego z Muszyny oraz wspomnianego już Dziopka. Oprócz mnie był jeszcze jeden goniec, ale jego nazwiska niestety nie przypominam sobie. Razem z tym kolegą utrzymywaliśmy służbowe kontakty przede wszystkim ze Schreiberami poszczególnych bloków, którzy podlegali Häftlingsschreibstubie i do niej składali raporty o stanie personalnym bloków. Tak więc miałem wtedy okazję poznać wszystkich aktualnych Schreiberów. Pamiętam, że w bloku nr 13a funkcję tę pełnił Józef Cyrankiewicz, w bloku nr 23 Stanisław, nazwiska nie przypominam sobie, pochodzący z Piwnicznej, przybyły do Oświęcimia pierwszym transportem; w bloku nr 18a Jerzy Dyrowicz – osobiście ze mną zaprzyjaźniony; w bloku nr 17 albo 17a dr Matuszewski lub Matuszyński, lekarz z Krakowa (…) oraz w bloku nr 11 Jan Pilecki. W ogóle stanowiska Schreiberów poza nielicznymi wyjątkami – jak np. Jugosłowianin o imieniu Rudi, nazwiska nie pamiętam, jego nr około  22000 – były skoncentrowane w rękach Polaków. Natomiast blokowi rekrutowali się w dużej ilości z Niemców. Na przykład w bloku nr 24, w którym ja mieszkałem, funkcję blokowego pełnił Niemiec o nazwisku Ochse, noszący zielony trójkąt.

————————————————-

W nawiązaniu do poprzedniej relacji, złożonej  24 listopada 1966 roku dla Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, składam w dniu 9 grudnia tegoż roku drugą dotyczącą swego pobytu w obozie. Będzie to dalszy ciąg relacji uprzednio spisanej.

Otóż początkiem czerwca 1943 r. zostałem wyrzucony z Häftlingsschreibstuby. Nastąpiło to na skutek przekręcenia przeze mnie meldunku otrzymanego od Lagercapo, Niemca noszącego zielony trójkąt. Moja pomyłka polegała na tym, że transport liczący kilkuset więźniów, który w tym dniu miał opuścić obóz, skierowałem do pracy.

Po wyrzuceniu z Häftlingsschreibstuby zostałem ponownie przyjęty do do SS-Unterkunfstkammer. Tam pracowałem początkowo w składzie bielizny, potem w magazynie z meblami. Ten ostatni mieścił się na strychu budynku SS-Unterkunfstkammer. W magazynie z meblami oprócz mnie zatrudnieni byli jeszcze: Zbigniew Wiśniewski z Radomia, Jerzy Dyląg oraz kilku Żydów greckich.

O Unterkunfstkammer mówiłem w poprzedniej relacji. Teraz ograniczę się raczej do podania kilku szczegółów związanych z tym komandem. Mianowicie wczesną jesienią 1943 r. (mogło to być również jeszcze lato) kilku więźniów z SS-Unerkunfstkammer – byli to: magazynier Bogdan, Schreiber Klimczok, następnie pewien tapicer z Warszawy o niskim numerze obozowym oraz jeszcze paru innych – zostało użytych przy zdobywaniu bunkra w pewnej miejscowości, położonej w okolicy obozu. W bunkrze tym ukrywali się jacyś Żydzi cywile. Ludzie ci bronili się. W końcu jednak opór został przełamany i Żydów wybito.

Z komanda SS-Unterkunfstkammer kilku więźniów pod eskortą SS-manów jeździło do pralni w Bielsku. Poprzez zatrudnionych w pralni cywilów więźniowie zdołali nawiązać kontakty ze swymi rodzinami. Tą drogą wysyłali z obozu wiele grypsów (i na odwrót – otrzymywali je). Ja osobiście kilkakrotnie skorzystałem z ich pośrednictwa, przesyłając do rodziny nielegalne listy. Wiem, że Tadeusz Bińkiewicz wysłał w ten sposób swój portret namalowany w obozie przez Kościelniaka. Na temat tej drogi kontaktowej z cywilami mógłby niewątpliwie wiele powiedzieć wymieniony wyżej Tadeusz Bińkiewicz. On wraz ze swoim bratem jeździł właśnie do pralni. Jest mi wiadomym, że wysyłano z obozu z bielizną do Bielska również Klimczoka i Bogdana.

W grudniu 1943 r. nastąpiła z komanda SS-Unterkunfstkammer ucieczka więźnia inż. Eugeniusza Lacheckiego (…). Lachecki wykorzystał m.in. Theatergebäude, gdzie przez pewien czas się ukrywał, zdaje się w magazynie koców. Ucieczka, jak się później okazało, zakończyła się niepowodzeniem. Lachowski (czy Lachecki) został złapany poza obozem przez żołnierzy należących chyba do niemieckiej obrony przeciwlotniczej (Flacku). Na domiar złego podczas ucieczki odmroził sobie nogi. Po przywiezieniu do obozu nie został stracony, tylko wysłano go do Buchenwaldu. Wydaje mi się, że Lachowski (jak wyżej) uratował swoje życie na skutek jakiejś pomyłki ze strony SS.

W zimie 1943/1944 r. zostałem wyrzucony z Unterkunfstkammer i umieszczono mnie na liście karnego transportu. Spowodował to SS-man Breitwieser, który przyłapał mnie w komandzie na drobnym przekroczeniu przepisów obozowych. Dokładnie, o jakie to „przestępstwo” chodziło, już nie pamiętam. Aby uniknąć karnego transportu, zgłosiłem się do szpitala. Tam uzyskałem zwolnienie i skreślenie mnie z owej listy. Przeniosłem się na blok nr 18a, gdzie, jak wspomniałem w poprzedniej relacji, mój przyjaciel, Jerzy Dyrowicz, pełnił funkcję Schreibera (…). Człowiek ten wiele mógłby powiedzieć o KL Auschwitz. Jestem przekonany, że posiada również pewne informacje o konspiracji w obozie. W Oświęcimiu utrzymywał chyba kontakt z pewną nielegalną grupą o zabarwieniu lewicowym. (…).

Przebywając na bloku nr 18a, figurowałem na liście więźniów zatrudnionych w DAW (Deutsche Ausrüstungswerke). Do pracy jednak nie chodziłem. Po prostu ukrywałem się na bloku. W podobnej do mojej sytuacji znajdowało się jeszcze kilku więźniów, wśród których był Andrzej Gąsienica. W lecie 1944 r. Gąsienica zbiegł z Oświęcimia. W związku z tą ucieczką był przesłuchiwany przez Bogera Dyrowicz.

Ponieważ pomiędzy liczbą więźniów wychodzących do pracy oraz ilością więźniów posiadających zwolnienia lekarskie istniała różnica kilkudziesięciu osób w porównaniu ze stanem obozu, SS-mani urządzali po blokach „łapanki”. W czasie jednej z nich zostałem złapany przez Rapportführera Kaduka, który zapisał mój numer. Na szczęście podałem numer odwrócony, należący do więźnia już nieżyjącego. Dzięki temu uniknąłem represji. Na bloku nr 18a przebywałem aż do końca swego pobytu w obozie. Przez ten czas nigdzie nie pracowałem.

W poprzedniej relacji napomknąłem, że mój ojciec był zatrudniony w Kartoffelnkommando. W późniejszym okresie przeniósł się na Bauhof i pracował tam w magazynie szkła, kierowanym przez Edwarda Salomona z Biecza, posiadającego nr ok. 5000. Magazyny ułatwiały kontakty z cywilami, które były dość ożywione. Ojciec mieszkał na bloku nr 25. Z jego opowiadań dowiedziałem się, że o mało nie uległ prowokacjom Ołpińskiego, działającego m.in. wśród więźniów tego bloku. Ojciec poinformował mnie o zbrodniczej działalności tego prowokatora (m.in. o aresztowaniu z jego przyczyny Kozioł-Poklewskiego, Domanieckiego – byłego pilota, bezrękiego, i wielu innych więźniów) oraz o jego zasłużonej śmierci. Wiadomości te potwierdzają na ogół relacje opublikowane na ten temat po wojnie (m.in. kolegi Fejkla).

Obóz oświęcimski opuściłem wraz z ojcem w dniu 25 października 1944 r. Na kilka dni przed wyjazdem zostałem wraz z wieloma innymi Polakami przeniesiony na Brzezinkę. Tam oczekiwaliśmy na transport. Nie mieliśmy jednak pewności, czy rzeczywiście chodzi o ewakuację, czy skierowanie do komory gazowej. Obawy przed zagazowaniem wystąpiły szczególnie mocno wtedy, kiedy prowadzono nas do dezynfekcji obok krematoriów. Nasz transport ewakuacyjny rekrutował się przeważnie spośród więźniów zatrudnionych w magazynach Bauhofu. Liczył około 250 osób.

Po opuszczeniu Oświęcimia przewieziono nas do „Breslau-Lissa”, obozu położonego na zachodnich przedmieściach Wrocławia a należącego do KL Gross-Rosen. Führerem „Breslau-Lissa” był Hauptscharführer (?) Fischer. Spośród więźniów znajdujących się w tym obozie przypominam sobie nazwisko Gnoińskiego, byłego wojewody krakowskiego. Mój pobyt (miałem numer 77290) w „Breslau-Lissa” trwał do 25 stycznia 1945 r., bowiem postępy ofensywy radzieckiej doprowadziły do ewakuacji obozu. Po trzydniowym pieszym marszu dotarliśmy do Gross-Rosen, gdzie w okropnych warunkach przepełnienia i głodu przebywaliśmy do 6 lutego. W dniu tym zostaliśmy załadowani do wagonów towarowych i na stojąco odbyliśmy kilkudniowy transport do Buchenwaldu, przeżywając po drodze naloty samolotowe. Do Buchenwaldu przybyliśmy w dniu 9 lutego. Okazało się, że dla nas nie ma miejsca. Zmuszeni byliśmy wobec tego przez kilka dni przebywać pod gołym niebem. Później ulokowano nas w tzw. „małym obozie”, gdzie panowały potworne warunki. Ojciec, który zachorował w czasie transportu, zmarł w dniu 21 lutego. Dzięki protekcji znajomych kolegów z Oświęcimia, którzy przybyli do  Buchenwaldu wcześniej, zostałem przeniesiony z „małego obozu” na blok nr 37 i zatrudniony w Lagerkommando. Zbliżanie się wojsk amerykańskich spowodowało w dniu 7 kwietnia częściową ewakuację obozu.

Władysława Zgórniak, matka Prof. Mariana Zgórniaka

Wraz z kilkoma bliższymi kolegami znalazłem się w transporcie kolejowym (ewakuacyjnym), który w dniu następnym został zaatakowany przez samoloty amerykańskie. Na skutek zniszczenia lokomotywy, konwojujący SS-mani wyładowali nas z pociągu i dalej prowadzili pieszo. Na odcinku szosy pomiędzy Jeną a Bürgel udało mi się wraz z kilkoma kolegami zbiec z transportu. Po rozbrojeniu kilku Volkssturmanów i połączeniu się z inną grupą zbiegłych więźniów, opanowaliśmy lotnisko w pobliżu Jeny, gdzie utrzymywaliśmy się aż do przyjścia wojsk amerykańskich.

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu. Zespół „Oświadczenia” t. 53, k. 193-197 i 198-201, relacja b. więźnia Mariana Zgórniaka.

———————————————————————————–

[x] Stanisław Zgórniak był ojczymem Mariana Zgórnika. Po aresztowaniu Stanisława i Mariana Zgórniaków (w czerwcu 1942 r.) Władysława Zgórniakowa podejmowała bezskuteczne próby uwolnienia męża i syna. Okres ów   relacjonuje w swym pamiętniku: Moje wspomnienia spod więzienia 1942-1945, Kraków 2006.

 

Mój wujek był Woldenberczykiem

Maj 2nd, 2019

Dobiegniew - pomnik-Woldenberczyka

W czasie wojny w dzisiejszym Dobiegniewie koło Krzyża Wielkopolskiego znajdował się największy w Polsce obóz jeniecki Oflag II C Woldenberg. Przetrzymywano w nim około 6,5 tysiąca podoficerów i oficerów Wojska Polskiego. Żołnierze w obozie prowadzili bardzo aktywną działalność kulturalno – oświatową. Organizowane były zawody sportowe oraz liczne seminaria i wykłady.

Kiedy wiadomo było, że Niemcy w tej wojnie będą stroną pokonaną 25 stycznia 1945 roku podjęto decyzję o ewakuacji obozu. Wtedy też nastąpił wymarsz jeńców w kierunku na zachodnim. 29 stycznia 1945 roku większość ewakuowanych została oswobodzona przez żołnierzy Armii Czerwonej w miejscowości Dziedzice niedaleko Barlinka. Część jeńców ewakuowano dalej w okolice Hamburga. Ostatnia grupa została wyswobodzona przez aliantów 3 maja 1945 roku.

Po wojnie byli więźniowie obozu nie zapomnieli o Dobiegniewie i chętnie pomagali mieszkańcom miasta. Na cokole pomnika stoi granitowy Woldenberczyk wzorowany na postaci byłego jeńca Witolda Domańskiego.

Jednym z jeńców polskich więzionym w Oflagu II C Woldenberg był porucznik rezerwy Stanisław Urbanik, pochodzący ze Sławkowa, uczestnik kampanii wrześniowej w 1939 roku, który przez wiele lat po wojnie pracował jako inżynier, główny mechanik w Olkuskiej Fabryce Naczyń Emaliowanych. Był on moim wujkiem. Zmarł 12 maja w 2001 roku, mając osiemdziesiąt dziewięć lat i jest pochowany na cmentarzu w Olkuszu. Ponad czteroletni pobyt w niewoli niemieckiej w Oflagu II C Woldenberg interesująco opisał w obszernych wspomnieniach (czytaj w PDF-ie), które są w posiadaniu jego rodziny.

Wymowny fragment tych wspomnień warto przytoczyć: Drugim ważnym momentem 1943 roku, było podanie przez Niemców, do naszej wiadomości „zbrodni katyńskiej” dokonanej przez ZSRR na oficerach polskich. W gazecie obozowej wydawanej przez Niemców w języku polskim – zwanej pospolicie „gadzinówką”, ukazywały się nazwiska ekshumowanych oficerów polskich. Wówczas większość z nas rzucała się do czytania tej gazety by odszukać nazwiska znajomych lub krewnych. Ja czytając kolejną listę zamordowanych w Katyniu, znalazłem dwa bliskie mi nazwiska. Jedno to ppor. Czajka Stefan – kolega i przyjaciel – nauczyciel w szkole podstawowej nr 1 w Olkuszu, a w pracy społecznej, w której i ja uczestniczyłem, był komendantem Powiatowym Związku Strzeleckiego w Olkuszu. Drugie to: ppor. Michał Ornatkiewicz – inżynier i profesor w PSGH w Dąbrowie Górniczej – kierownik Wydziału Elektryczno-Mechanicznego i wychowawca naszego rocznika studiów.

Zdjęcie ślubne Stanisława Urbanika, Olkusz 1946 r.

Tragedia ta bardzo wstrząsnęła nami i wielu z tych, którzy dotąd cieszyli się ze zwycięstwa Armii Czerwonej, zaczęło się zastanawiać nad tym co zrobią z nami „rusy”, gdy dostaniemy się w ich ręce. Wówczas przypomniało mi się to co mówił mój plutonowy i byłem zadowolony, że mnie uświadomił, aby nie  poddać się Sowietom, bo może i ja znalazłbym się na tej tragicznej liście. Coraz większa ilość oficerów zastanawiała się, gdzie by ewentualnie wyemigrować, aby nie strać się łupem zwycięskiej Armii Czerwonej. Wielu też zaczęło intensywnie uczyć się języka angielskiego, francuskiego, hiszpańskiego itp. Ja też idąc za podmuchem zacząłem uczyć się języka hiszpańskiego, ale po kilku miesiącach zrezygnowałem z dalszej nauki.

Dziesięć lat temu, uroczystość odsłonięciu Pomnika Woldenberczyka w Dobiegniewie – 2 września 2009 roku – połączona była z obchodami 70. rocznicy wybuchu drugiej wojny światowej. To wyjątkowe święto rozpoczęło się projekcją filmów o tematyce obozowej na terenie Muzeum Woldenberczyka w Dobiegniewie. Główne uroczystości odbyły się na rynku w centrum miasta. Na uwagę zasługuje fakt, że udział w nich wzięło trzech byłych jeńców Oflagu II C Woldenberg. Po odsłonięciu pomnika odprawiona została Msza św. oraz odczytano apel poległych. Imprezie towarzyszyła w dniu następnym Ogólnopolska Konferencja Naukowa pod hasłem „Polski rok 1939″.

Adam Cyra

Oświęcim, 2 maja 2019 r.

Noc z 26 na 27 kwietnia 1943 r. ucieczka Rotmistrza Pileckiego z KL Auschwitz

Kwiecień 24th, 2019

Witold Pilecki (1901-1948), żołnierz 1920 i 1939 roku, dobrowolny więzień KL Auschwitz (nr 4859), twórca konspiracji wojskowej w tym obozie, Stanislaw Kobiela mówi o swojej książce  „Ucieczka …”, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień obozów jenieckich w Lamsdorf i Murnau, oficer II Korpusu Polskiego we Włoszech, zamordowany strzałem w tył głowy  w więzieniu mokotowskim w Warszawie 25 maja 1948 roku.

Witold i Maria Pileccy, zdjęcie ślubne 1931 r.

Rotmistrz Witold Pilecki został przywieziony z Warszawy do KL Auschwitz w transporcie, który liczył 1705 więźniów. Zmarły w dniu 24 kwietnia 2015 roku profesor Władysław Bartoszewski był prawdopodobnie ostatnim żyjącym więźniem KL Auschwitz, którego razem z Witoldem Pileckim przywiezino do obozu w drugim transporcie warszawskim w nocy z 21 na 22 września 1940 roku.

Władysław Bartoszewski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Siedemdziesiąt sześć lat temu Rotmistrz Pilecki zagrożony dekonspiracją, pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 roku.

Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edwardem Ciesielskim (nr 12969).

Brawurowa ucieczka sprzed 76 lat zostala upamiętniona przez małopolskich kawalerzystów, którzy w dniu 26 kwietnia 2019 roku wyruszyli w trzydniową trasę z Oświęcimia do Nowego Wiśnicza.

Organizatorem rajdu konnego bylo chrzanowskie Towarzystwo Krzewienia Tradycji Kawalerii Polskiej im.  Witolda Pileckiego.

Jego członkowie  zaprosili  wszystkich zainteresowanych w niedzielę, 28 kwietnia br. o godz. 15.30 na wiśnicki rynek.

Tam nastąpilo zakończenie III etapu V Rajdu Konnego trasą ucieczki rtm. Witolda Pileckiego z KL Auschwitz do Nowego Wiśnicza, która wiodła przez Lipowiec, Alwernię, Tyniec, Niepołomice i Bochnię.

Czytaj więcej …

Adam Cyra

Oświęcim, 24 kwietnia 2019 r.

Wielki Piątek w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz

Kwiecień 20th, 2019

Siedemdziesiąt siedem lat temu, w Wielki Piątek – 3 kwietnia 1942 roku – religijnej żałobie niespodziewanie towarzyszyła w obozie żałoba po rozstrzelanych w tym dniu Polakach. Jednym z nich był Marian Bieniek z Nowego Sącza, z zawodu prawnik, absolwent Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Czy ktoś jeszcze żyje z Rodziny Mariana Bieńka, czy pracownicy Urzędu Skarbowego w Nowym Sączu, gdzie kiedyś pracował, pamiętają o Nim?

Czytaj więcej  ,,,

Adam Cyra

Oświęcim, 20 kwietnia 2019 r.

Zmarł więzień Auschwitz. Jan Kobylański (1923-2019)

Marzec 29th, 2019

Jan Kobylański (1923-2019)

Jan Kobylański (1923-2019)

W dniu 27 marca 2019 roku zmarł Jan Kobylański, pomysłodawca i wieloletni prezes Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej. Miał 95 lat.

Jan Kobylański urodził się w Równem na Wołyniu 21 lipca 1923 roku.  Od lat mieszkał w Urugwaju, będąc przedsiębiorcą i dyplomatą. W 1993 roku z jego inicjatywy powołano do życia Unię Stowarzyszeń i Organizacji Polonijnych Ameryki Łacińskiej, która działała do 2016 roku.

W 1990 roku Jan Kobylański  uhonorowany został przez prezydenta RP na uchodźstwie Ryszarda Kaczorowskiego Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Trzy lata później otrzymał Krzyż Komandorski od prezydenta Lechy Wałęsy, a w 1997 roku – za wybitne zasługi w działalności polonijnej – prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył go Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

W 2002 roku z bardzo mieszanymi uczuciami przeczytałem artykuł Mikołaja Lizuta „Sponsor Leppera i Ojca Rydzyka. Podwójne życie don Juana”, opublikowany w „Gazecie Wyborczej” w numerze 149 z 28 czerwca 2002 roku.

Byłem wówczas członkiem Koła Miejskiego Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia w Oświęcimiu, które działało aktywnie do 2015 roku, wydając przez ponad dwadzieścia lat kwartalnik „Wołyń i Polesie”, którego redaktorem naczelnym była Halina Ziółkowska-Modła również pochodząca z Równego na Wołyniu.

W numerze 36 z 2002 roku tego kwartalnika opublikowałem tekst dotyczący Jana Kobylańskiego, więźnia KL Auschwitz, przywiezionego z więzienia na Pawiaku do tego obozu 5 października 1943 roku, gdzie otrzymał numer 156228. Za swoją obozową przeszłość Kobylański po latach został uhonorowany Krzyżem Oświęcimskim.

Numer Jana Kobylańskiego i nazwiska jego współtowarzyszy obozowej gehenny zostało opublikowane w wydanej w 2000 r. przez Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem i Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu trzytomowej „Księdze Pamięci. Transporty Polaków z Warszawy do KL Auschwitz 1940-1944″.

Numer obozowy Jana Kobylańskiego

O wystawienie formalnego zaświadczenia, potwierdzającego pobyt Jana Kobylańskiego w KL Auschwitz, zwróciła się za pośrednictwem miejscowej prokuratury w Oświęcimiu jego znajoma w 1997 roku. W zdekompletowanych aktach byłego obozu Auschwitz figurował jednak tylko numer obozowy Kobylańskiego, a na tej podstawie nie mogła ona otrzymać takiego zaświadczenia. Nie było natomiast i nie było nigdy podstaw, aby zaprzeczać, że Jan Kobylański posiadał w KL Auschwitz numer 156228.

Wprost przeciwnie, za prawdziwością jego pobytu w KL Auschwitz przemawiają następujące fakty; numery więźniom z jego transportu nadawano głównie w kolejności alfabetycznej, stąd też przed nim, Janem Kobylańskim, figuruje Kłusek Antoni – nr 156227, natomiast po nim Kok Stefan – nr 156229 (w swoim artykule Mikołaj Lizut mylnie podaje te nazwiska jako Kłoś i Klusek).  W zachowanym wykazie więźniów przywiezionych do KL Auschwitz 5 października 1943 roku brak jest jednak danych kilkudziesięciu więźniów, ponieważ istniejąca dokumentacja w dużej mierze została zniszczona przez SS przed ewakuacją obozu. Stąd też sprawa braku dokumentów potwierdzających pobyt Jana Kobylańskiego w Oświęcimiu nie jest odosobnionym przypadkiem.

Ponadto przez ponad pięćdziesiąt lat od chwili wyzwolenia KL Auschwitz nikt inny nie twierdził, że przebywając w obozie, był oznaczony tym numerem, a więć nie ma podstaw, aby wiązać ten numer z innym nazwiskiem niż Jan Kobylański. Koronnym argumentem przemawiającym za pobytem Jana Kobylańskiego w KL Auschwitz jest także jego numer obozowy, który miał wytatuowany na ramieniu.

Redaktor Halina Ziółkowska-Modła (1924-2015)

Redaktor Halina Ziółkowska-Modła (1924-2015)

Z powyższymi moimi rozważaniami zapoznał się sam Jan Kobylański, któremu redakcja „Wołynia i Polesia” przesłała numer 36 z 2002 roku z moim artykułem. Zaznaczam, że wcześniej tekst ten był również opublikowany jako list na łamach „Naszego Dziennika”.

Wkrótce wspomniana redakcja „Wołynia i Polesia” otrzymała list od Jana Kobylańskiego, datowany 28 stycznia 2003 roku. Przytaczam obszerne fragmenty tego listu: „Jestem bardzo wdzięczny za przesłanie mi egzemplarza wydawanego przez Państwa biuletynu ‘Wołyń i Polesie’ (nr 4/36 z listopada 2002 r.). Państwa biuletyn jest dla mnie publikacją o charakterze bardzo sentymentalnym, stanowi bowiem więź z Ziemią mojego dzieciństwa i wspomnieniami z nią związanymi. (…) Bardzo dziękuję Państwu za opublikowanie listu do redakcji autorstwa Adama Cyry, którego osobiście nie znam, ale któremu to chciałbym – za Państwa pośrednictwem – przekazać podziękowania w moim imieniu. (…) Powracając do listu Adama Cyry pozwolę sobie poinformować, iż służby specjalne postkomunistycznej Polski starały się usunąć moje nazwisko z listy więźniów Oświęcimia. Czynili to również inni przedstawiciele władz polskich. Jednakże na szczęście Międzynarodowy Czerwony Krzyż (…) a konkretnie działające przy nim Międzynarodowe Biuro Poszukiwań (…), odpowiadając na zapytanie polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych (nr ref. MSZ 390-11/95) poinformowało polskie ministerstwo w dniu 27 lipca 1998 (nr ref. 1 806 786), iż w archiwum Międzynarodowego Czerwonego Krzyża mają mnie zarejestrowanego jako więźnia politycznego nr 156228 obozu koncentracyjnego w Oświęcimiu. Kopię owego dokumentu przesyłam Państwu w załączeniu.

Ponadto, 30 sierpnia 2002 r., w ramach programu odszkodowań za pracę przymusową i niewolniczą w Niemczech, biuro Międzynarodowej Organizacji ds. Migracji w Genewie (International Organization for Migration – IOM) przyznało mi odszkodowanie za pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych. Kopię owej decyzji przesyłam Państwu w załączeniu. (…) wielokrotnie już bowiem wytwarzano i rozpowszechniano nieprawdopodobne kalumnie i oszczerstwa temat mojej osoby po to, aby osłabić i zniszczyć pozycję Polonii południowoamerykańskiej, która to zawsze staje w obronie przeszłości historycznej narodu polskiego. Czyniono to wszystko pod moim adresem, zważywszy na fakt, iż jestem prezesem Unii Stowarzyszeń i Organizacji Polskich Ameryki Łacińskiej, prezesem zarządu Związku Polaków w Argentynie, skupiającego 32 organizacje polskie, oraz prezesem jedynych polskich organizacji patriotycznych w Urugwaju (Towarzystwo im. Marszałka Józefa Piłsudskiego i Unii Polsko-Urugwajskiej). My, Polacy, żyjący poza granicami kraju, mamy nadzieję, iż w najbliższej przyszłości powstanie patriotyczny rząd polski, działający w interesie całego narodu, również jego części rozsianej poza granicami kraju.

Jak Państwo widzą, z kopii dokumentów wynika (…), iż byłem więźniem obozu w Oświęcimiu i posiadałem nr obozowy 156228. (…) Wszystkich zainteresowanych chciałbym poinformować, że mój ojciec nazywał się Stanisław Kobylański i był adwokatem w Równem. Cała nasza rodzina uciekła z Wołynia tuż przed nadejściem okupacji sowieckiej. Wszystkie dane oraz dokumenty, które Państwu przesyłam, przekazuję do Państwa dyspozycji, mogą więc Państwo (…) opublikować je w części bądź w całości lub też przekazać innym organizacjom czy instytucjom”.

Dodatkowo chciałem wyjaśnić, że z zaświadczenia Biura Poszukiwań Międzynarodowego Czerwonego Krzyża w Arolsen z 27 lipca 1998 roku, udostępnionego przez Jana Kobylańskiego, wynika, iż był on nie tylko więźniem KL Auschwitz, lecz potem także KL Mauthausen-Gusen, KL Gross-Rosen, KL Flossenbürg, KL Natzweiler i ostatecznie został wyzwolony w KL Dachau przez żołnierzy amerykańskich wiosną 1945 roku. Zaświadczenie jest wprawdzie wystawione na nazwisko: Janusz Kobylański, ur. 21 lipca 1919 roku, a Jan Kobylański urodził się 21 lipca 1923 roku, lecz on sam zwraca uwagę na tę rozbieżność, tłumacząc ją pomyłką w ewidencji obozowej. Ponadto znany był również pod imieniem Janusz, na co w swoim artykule zwrócił uwagę wspominany już Mikołaj Lizut.

W archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau znalazłem opracowanie byłego więźnia KL Gross-Rosen, Romana Olszyny. Pochodzi ono z 1971 roku i zawiera częściowy spis więźniów KL Gross-Rosen za okres od 2 sierpnia 1940 r. do 9 maja 1945 roku. Wynika z niego, że Janusz Kobylański, ur. 21 lipca 1919 roku, był więźniem KL Gross-Rosen, skąd wywieziony został do KL Flossenbürg, gdzie otrzymał numer 49971. Numer ten jest także wymieniony we wspomnianym piśmie Biura Poszukiwań Międzynarodowego Czerwonego Krzyża z Arolsen.

Wszelka ponowna próba zaprzeczania po śmierci Jana Kobylańskiego  jego pobytowi w niemieckich obozach koncentracyjnych jest zupełnie bezpodstawna i stanowi  tylko przejaw szkalowania pamięci o Zmarłym, który położył duże zasługi dla Polski i podtrzymywania polskości w organizacjach polonijnych.

Zobacz: 40 oszczerstw przeciw Janowi Kobylańskiemu

Adam Cyra

Oświęcim, 29 marca 2019 r.

Mój stryj ratował Żydów. Tadeusz Cera (1894-1962)

Marzec 24th, 2019

Brat mojego ojca Tadeusz Cera był moim ojcem chrzestnym. Z okazji Narodowego Dnia Pamięci o Polakach ratujących Żydów, który obchodzony jest od ubiegłego roku w Polsce 24 marca, chciałem przypomnieć jego postać. Tekst poniższy napisałem na podstawie wspomnień mojego ojca Józefa Cyry, który na polecenie swoich przełożonych z Armii Krajowej, sporządził raport na temat zagłady Żydów ze Skały, której prawie że był naocznym świadkiem.

Tadeusz Cera (używał nazwiska zniekształconego, prawidłowo nazywał się Cyra) urodził się w Przybysławicach koło Minogi, obecnie powiat krakowski, w drugiej połowie października 1894 roku. W Minodze uczęszczał do szkoły powszechnej, z której wyniósł umiejętność czytania, pisania i rachunków. Rodzice nie posiadali gospodarstwa. Później dopiero kupili trzy morgi z folwarku „Laskowiec” w Przybysławicach, gdzie wybudowali swój dom rodzinny. W pracach tych pomagał im Tadeusz, który koło nowo wybudowanego domu rodziców zasadził sad, zniszczony przez mroźną zimę w 1929 roku.

Tadeusz Cera, fot. około 1913 r.

Tadeusz Cera był wyjątkowo pracowity i mając zaledwie osiemnaście lat wyjechał w 1912 roku do Niemiec (zabór pruski), gdzie pracował w okresie letnim w cegielni koło Kruszwicy. Na zimę powrócił do Przybysławic.

W 1915 roku wyjechał z kolei do Czech, gdzie podjął pracę w majątku ziemskim. Zabór rosyjski opuścił i przekroczył granicę, posiadając tylko przepustkę czasową, ważną na trzy dni. Faktycznie powrócił dopiero do Przybysławic za kilka miesięcy. W czasie przekraczania granicy w „komorze celnej” zmuszony był pozostawić dokument, zawierający jego dane personalne i miejsce zamieszkania. Po powrocie do Przybysławic został wkrótce aresztowany przez dwóch żandarmów rosyjskich jako przestępca, który nielegalnie przekroczył granicę rosyjską. Młodego Tadeusza umieszczono najpierw w miejscowym areszcie w Minodze, a potem tzw. „ciupasem” kolejno był przekazywany do aresztów w Sułoszowej, Rabsztynie, Wolbromiu i Miechowie. W końcu doprowadzono go do „komory celnej” (granicznej) w Michałowicach, gdzie po sprawdzeniu tożsamości został zwolniony i powrócił do Przybysławic.

W marcu 1914 roku powtórnie wyjechał do Niemiec. Mój ojciec Józef Cyra zapamiętał, jak opuszczał z walizką w ręku dom rodzinny. Wkrótce wybuchła pierwsza wojna światowa. Tadeusz jako poddany rosyjski został internowany przez Niemców i skierowany do pracy w gospodarstwie rolnym, położonym niedaleko granicy francuskiej, gdzie pracował aż do zakończenia wojny. Do Przybysławic wrócił dopiero w grudniu 1918 roku.

Dom rodzinny Tadeusza Cery i mojego ojca w Przybysławicach, obraz malarza amatora o nazwisku Maniura

W odrodzonej Polsce – po krótkim pobycie w domu rodzinnym – wstąpił w marcu 1919 roku do Policji Państwowej, gdzie po krótkim przeszkoleniu pracował jako posterunkowy najpierw w Grębynicach, a potem w Jangrocie i Ojcowie. W czasie tej służby przypadkowo został ostrzelany w nocy przez drugi patrol policyjny, otrzymując ranę postrzałową w rękę. Na szczęście nie doznał trwałych obrażeń i szybko się wyleczył.

Jesienią 1920 roku Tadeusz Cera został dyscyplinarnie zwolniony z Policji Państwowej. Powodem zwolnienia było zawarcie małżeństwa bez zezwolenia władz policyjnych z Marianną Nocoń, pochodzącą z Chełma, parafia Gołaczewy koło Wolbromia. Złożył wówczas podanie, aby umożliwiono mu podjęcie pracy w policji w Łucku na Terenia Wołynia. Z Komendy Policji w Łucku nadeszła jednak odpowiedź odmowna, ponieważ poprzednio został z tej służby usunięty dyscyplinarnie.

W 1921 roku Tadeusz Cera założył sklep w Przybysławicach, który prowadził ponad rok. Na początku 1923 roku przeprowadził się z żoną do Kobylan, gdzie również posiadał sklep, w którym pracował do 1927 roku.

Uratowany przez mojego stryja Henoch Meiteles z rodziną, Monachium 1957 r.

W 1925 roku zakupił od właściciela ziemskiego Józefa Skarbka-Borowskiego trzynaście morgów ziemi w Zamłyniu koło Minogi. Na gruncie tym wybudował budynki mieszkalne i gospodarcze.

W czasie okupacji hitlerowskiej ukrywał w swoim gospodarstwie dwóch braci Żydów: Henocha i Joska Meitelesów, pochodzących ze Skały koło Ojcowa, którzy po wojnie wyjechali na Zachód (Niemcy i Stany Zjednoczone).

W latach 1947-1949 wydzierżawił gospodarstwo rolne w Zamłyniu i przeniósł się wraz z rodziną do Krakowa, gdzie prowadził sklep z artykułami gospodarstwa domowego.

Grób rodzinny Cerów na cmentarzu w Minodze

W nowej sytuacji ustrojowej musiał jednak ten sklep zlikwidować. Wrócił do Zamłynia, gdzie pracował w swoim gospodarstwie rolnym aż do śmierci, która nastąpiła w marcu 1962 roku. Jego żona Marianna zmarła w czerwcu 1988 roku. Obydwoje są pochowani na cmentarzu w Minodze.

Ze związku z Marianną Nocoń posiadał dzieci: najstarsza córka zmarła w niemowlęctwie, potem urodził się syn Stanisław (1923 r.) i córki: Antonina (1926 r.), Janina (1929 r.) i Danuta (1932 r.).

Mój stryj ratował Żydów (listy pisane po wojnie przez uratowanych)

————————————————

- Polacy ratujący Żydów są wzorem patriotyzmu i przykładem solidarności, odwagi oraz wierności etosowi wolnej Rzeczypospolitej – w dniu 24 marca 2019 roku napisał prezydent Andrzej Duda w liście do uczestników warszawskich uroczystości z okazji Narodowego Dnia Pamięci Polaków ratujących Żydów pod okupacją niemiecką.

Adam Cyra

Oświęcim, 24 marca 2019 r.

Aptekarz z Auschwitz

Marzec 19th, 2019

Marek Księżarczyk

Obecnie o Marku Księżarczyku, prezesie oświęcimskiego Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau powstaje książka, którą przygotowuję wraz z Ryszardem Tabaką. Jego niezwykła działalność na rzecz zachowania pamięci o więźniach KL Auschwitz mogłaby być również tematem interesującego filmu dokumentalnego.

Przypomnę jedno z odkryć historycznych Marka Księżarczyka. Kilka lat temu temu ten oświęcimski historyk-amator zupełnie przypadkowo spotkał swojego znajomego. Z jego ojcem przez wiele lat pracował w Walcowni Metali w Oświęcimiu. Ten poinformował go, że jeden z mieszkańców Oświęcimia w trakcie remontu swojego domu, którego właścicielem stał się dopiero wiele lat po wojnie, odkrył na strychu dokumenty, dotyczące głównie aptekarzy i lekarzy SS w KL Auschwitz.

Wśród nich były przeważnie oryginalne upoważnienia do pobrania przez nich dodatkowych przydziałów produktów żywnościowych. Na jednej z takich kartek znajduje się nazwisko lekarza oddziałów SS w KL Auschwitz, Horsta Fischera, sądzonego po wojnie w NRD i straconego w 1966 roku, na innej natomiast nazwisko Heinza Thilo, lekarz oddziałów SS i lekarza obozowego m.in. w obozie cygańskim w KL Auschwitz II-Birkenau, zmarłego 13 maja 1945 roku.

Przekazana wiadomość wywarła na Marku Księżarczyku duże wrażenie i postanowił za pośrednictwem wspomnianego znajomego, nawiązać kontakt z właścicielem niecodziennego znaleziska. Znalazca tych dokumentów pozwolił większość z nich zeskanować. Zachowało się ich – zdaniem Marka Księżarczyka  – ponad dwieście.

Obecnie w księgarniach pojawiła się książka, zatytułowana „Farmaceuta z Auschwitz” Patricii Posner (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego). Jest w niej przedstawiona  historia Victora Capesiusa, rumuńskiego Niemca, który przed wojną był przedstawicielem handlowym koncernu IG Farben (jego częścią była firma Bayer AG). W czasie wojny jego głównym zadaniem w KL Auschwitz była praca farmaceuty, ale wykonywał też inne zadania. Więźniowie zapamiętali go jako potwora, który wrzeszczał do osadzonych: „Jestem Capesius z Siedmiogrodu. Dzięki mnie poznacie, co to szatan”.

Wiktorowi Capesiusowi przydała się przedwojenna współpraca z koncernem Farben/Bayer. W książce „Farmaceuta z Auschwitz” przedstawiona jest mało znana historia współpracy tej firmy z niemieckimi nazistami. Koncern m.in. płacił za eksperymenty na więźniach. Testowanie nowych leków przeżywała najwyżej połowa „leczonych”, którzy na końcu trafiali do komór gazowych.

Niedawno Marek Księżarczyk dokładnie zapoznał się z powyższą książką, co spowodowało, że szczególną uwagę zwrócił na jedną z kartek żywnościowych. Pochodziła ona ze znaleziska na strychu i znajdowało się na niej  nazwisko dr. Victora Capesiusa, który dysponował cyklonem B i wydawał rozkazy zabijania nim w komorach gazowych, a mimo to do końca życia uważał się za niewinnego.

Victor Capesius, 1965 r.

Victor Capesius urodził się w 1907 r. w Reussmarkt na terenie Siedmiogrodu. W 1934 roku uzyskał tytuł doktora farmacji i wkrótce rozpoczął pracę w rumuńskim oddziale niemieckiej firmy IG Farben. W czasie drugiej II wojny światowej wstąpił do SS. Był zagorzałym nazistą. We wrześniu 1943 roku skierowano go do obozu koncentracyjnego w Dachau, a następnie w lutym 1944 roku do KL Auschwitz. Uczestniczył tutaj w eksperymentach farmakologicznych na więźniach, pełniąc służbę jako kierownik apteki SS do ewakuacji obozu w styczniu 1945 roku.

Apteka ta mieściła się na parterze piętrowego budynku, który był położony tuż obok ogrodzenia obozu macierzystego w Oświęcimiu, w bezpośrednim sąsiedztwie krematorium nr 1. Na piętrze tego budynku znajdowała się izba chorych SS, z łóżkami dla pacjentów-esesmanów.

Todesbescheinigung

Todesbescheinigung

Dr Victor Capesius po wojnie był początkowo przetrzymywany w obozach dla jeńców wojennych, skąd wypuszczono go na wolność w 1946 r. Cztery lata później na terenie Niemiec otworzył aptekę w Göppingen. W 1965 r. był sądzony w jednym z procesów nazistowskich zbrodniarzy we Frankfurcie nad Menem. Skazano go na dziewięć lat więzienia, lecz wolność odzyskał już w 1968 r. Zmarł w Göppingen w 1985 r.

Spośród wielu dokumentów, pochodzących z niecodziennego znaleziska w Oświęcimiu, Marek Księżarczyk pozyskał skan oryginalnego odpisu zaświadczenia.

Karta żywnościowa Hedwig Hőss, żony komendanta KL Auschwitz

Jest w nim urzędowo poświadczony zgon, poprzednika Victora Capesiusa na stanowisku kierownika apteki SS w KL Auschwitz. Był nim SS-Hauptsturmführer Adolf Krőmer, który wspomnianą funkcję pełnił od czerwca do września 1943 r. Potem chorował i zmarł na atak serca w szpitalu SS (powyżej z prawej Todesbescheinigung – akt zgonu). Został pochowany na cmentarzu w Opolu, gdzie kiedyś mieszkał i był właścicielem apteki.

W odnalezionym dokumencie odnotowana jest powyższa przyczyna jego śmierci, jak również podana jest data zgonu Krőmera, 18 lutego 1944 roku, potwierdzona przez naczelnego lekarza garnizonowego SS, dr. Eduarda Wirthsa.

Niezwykłe dokumenty, wśród nich odpis urzędowego poświadczenie śmierci Adolfa Krőmera, liczącego czterdzieści trzy lata, przeleżały w zapomnieniu ponad pół wieku.

Wśród nich jest także imienny przydział dodatkowej żywności dla Hedwig Hőss, żony komendanta obozu. Nadal wszystkie te dokumenty są w prywatnym posiadaniu ich znalazcy, który odkrył je na strychu swojego domu.

Adam Cyra

Oświęcim, 19 marca 2019 r.

Jak Polacy Niemcom Żydów mordować nie pomagali

Marzec 12th, 2019

Kilka lat temu Stefan Zgliczyński napisał książkę „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali”, która do niedawna była jeszcze dostępna na półkach księgarskich.

Jej recenzent Artur Domosławski napisał:

„Mit Polski Niewinnej jest powielany od dziesięcioleci, wyrastają na nim kolejne pokolenia Polaków. Jan Tomasz Gross dotknął swoimi książkami zaledwie czubka góry – za co mu chwała. Z kolei prace zawodowych badaczy Zagłady, które obnażają polskie w niej wspólnictwo, nie są niestety znane szerszej publiczności. Szkoda, bo wywracają do góry nogami społeczną historię Polski – II RP, okupacji, PRL aż do dziś. W tym kontekście pojawia się książka Stefana Zgliczyńskiego, nie obciążona balastem prac naukowych, zaadresowana szczęśliwie – podobnie jak dzieła Grossa – do szerokiej publiki. Oby ta publika zdołała kiedyś przyjąć do wiadomości, że Polacy masowo donosili na żydowskich sąsiadów (tak, tak, to nie były pojedyncze zatrute jabłka), szantażowali, wymuszali haracze, mordowali. Cierpimy na niedostatek wiedzy i refleksji nad tym, co Polska i Polacy wyrządzili Żydom czy Polakom żydowskiego pochodzenia (odwieczny kłopot z definicją). Nie dlatego, że wiedza ta jest niedostępna, lecz dlatego że większość się przed nią broni. Może książki takie, jak mocna i poruszająca praca Zgliczyńskiego przyczynią się kiedyś w końcu do głębokiej zmiany? A może nie? Możliwe, że mit Polski Niewinnej jest nie do wykorzenienia. Ale próbować trzeba – i ta książka jest taką właśnie ważną, odważną i ambitną próbą”.

Odniosłem wrażenie, że  dalszym ciągiem wmawiania wszystkim Polakom, że byli mordercami jest praca pod redakcją Barbary Engelking, Jana Grabowskiego i Dariusza Libionki, zatytułowana „Dalej jest noc. Losy Żydów w wybranych powiatach okupowanej Polski” (dziewięć powiatów: bielski, biłgorajski, węgrowski, łukowski, złoczowski, miechowski, nowotarski, dębicki i bocheński), która ukazała się w ubiegłym roku nakładem Centrum Badań nad Zagładą Żydów w Warszawie. Obszerna, dwutomowa, licząca 1700 stron publikacja powstawała przez wiele lat. Badaniem każdego powiatu zajął się inna osoba, autorami poszczególnych rozdziałów są według kolejności Barbara Engelking, Jan Grabowski, Dariusz Libionka, Alina Skibińska, Jean-Charles Szurek, Anna Zapalec, Karolina Panz, Tomasz Frydel, Dagmara Swałtek-Niewińska.

Autorzy książki „Dalej niż noc” twierdzą, że likwidacje gett przetrwało od 200 do 300 tysięcy Żydów. Ukrywali się na ziemiach polskich okupowanych przez Niemców, rzekomo tych Żydów masowo mordowali Polacy.

Jeden z autorów tej książki, Jan Grabowski, podał liczbę 200.000 Żydów rzekomo zabitych przez Polaków, nie potrafił jednak przekonywająco uzasadnić, na czym oparł swoje szacunki.

Po zapoznaniu się z omawianymi książkami, postanowiłem na przykładzie rodziny mojego ojca napisać krótki tekst, zatytułowany:

„Jak Polacy Niemcom Żydów  mordować nie pomagali”.

Mój ojciec Józef Cyra odczas wojny był żołnierzem Armii Krajowej w Okręgu Krakowskim, posługiwał się pseudonimem „Dalkiewicz”. Za działalność konspiracyjną odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami.

Jego brat i dwóch bratanków, którzy mieszkali także w Przybysławicach koło Minogi (w pobliżu Krakowa) zginęło w KL Auschwitz, o czym tak wspominał:

„Chciałem zaznaczyć, że Antoni Mularczyk był moim przyrodnim bratem, natomiast Stefan Mularczyk i Józef Mularczyk byli jego synami, a moimi bratankami. Na wiadomość o ich śmierci, w intencji każdego z nich, w kościele parafialnym w Minodze ksiądz Piotr Pytlawski odprawił nabożeństwo żałobne”.

Tadeusz Cera, około 1913 r.

Z kolei jego brat Tadeusz ukrywał w swoim gospodarstwie dwóch Żydów – braci, którzy dzięki tej pomocy ocaleli. Jeden z nich po wojnie wyjechał do Monachium w Niemczech, natomiast drugi do Nowego Jorku w USA. Obydwaj dzisiaj już nie żyją.

Na temat pomocy udzielanej Żydom mój ojciec tak napisał po wojnie:

„Jednym z niosących pomoc był mój brat, Tadeusz Cera (Cyra), zamieszkały wraz z rodziną (żona Marianna oraz dzieci: Stanisław, Janina, Danuta i Antonina) w Zamłyniu koło Minogi. Brat od dawna przyjaźnił się z rodziną Meitelsów ze Skały, która prowadziła sklep spożywczy i im to najczęściej sprzedawał zboże oraz nabiał ze swojego gospodarstwa rolnego. Czworo Meitelsów: ojciec, matka, córka i synowa za pośrednictwem mego brata zostało ukrytych w gospodarstwie Feliksa Hanarza w Minodze, a dwaj synowie: Henoch i Josef w gospodarstwie mojego brata, który przygotował dla nich specjalną kryjówkę w stodole. (…) Wiem też, że w Lubawce, w gospodarstwie Sobczyków, ukrywał się Żyd, któremu było na imię Borek. Żydzi byli również przechowywani we wsi Wielmoża w gospodarstwie Antoniego Kajcy, u niejakiego Korzonka ze Skały ukrywała się rodzina Kołataczów. Żadna z wymienionych polskich rodzin nie została wyróżniona za swoje szlachetne czyny. Minęło ponad pół wieku, czyny rolników spod Ojcowa, ratujących kilkudziesięciu Żydów ze Skały, prawie dotychczas nie zostały opisane. Pozostała jedynie w ich rodzinach pamięć o ludzkiej solidarności”. Zobacz: Historia pomocy Rodzina Janczarskich

Tadeusz Cera w latach 1919-1920 służył w polskiej Policji Państwowej, następnie był właścicielem sklepu w Przybysławicach, a potem w Kobylanach. W 1925 r. nabył w Zamłyniu 13 morgów ziemi ornej i na zakupionym gruncie pobudował zabudowania gospodarskie. Przyjaźnił się z żydowską rodziną Majtelesów ze Skały, która prowadziła sklep spożywczy i im to najczęściej sprzedawał zboże oraz nabiał ze swojego gospodarstwa rolnego.

Uratowany przez mojego stryja podczas okupacji niemieckiej od zagłady Henoch Meiteles (z prawej) na ślubie u przyjaciół, Monachium 1973 r.

W obliczu hitlerowskiego zagrożenia aktywnie udzielił  pomocy członkom tej rodziny, z której ojciec, matka, córka i synowa za jego pośrednictwem zostali ukryci w gospodarstwie Feliksa Hanarza w Minodze. Dwaj natomiast synowie z tej rodziny – Henoch i Josek znaleźli schronienie w gospodarstwie mojego brata Tadeusza Cery, który przygotował dla nich specjalną kryjówkę w stodole. Wszyscy wymienieni członkowie rodziny Majtelesów w ukryciu przetrwali okupację niemiecką i szczęśliwie doczekali wyzwolenia w dniu 17 stycznia 1945 r.

W kilkanaście dni później mój ojciec odwiedził swojego brata Tadeusza Cerę. Obydwaj ocaleni bracia, o czym wspominał powyżej w swojej relacji: Henoch i Josek Majteles mieszkali nadal w Zamłyniu i wówczas dopiero dowiedział się o ich pobycie w rodzinie swojego brata: Zaznaczam, ze Henocha, który był niewiele młodszy ode mnie, bardzo dobrze znałem jeszcze sprzed wojny, podobnie jak i pozostałych członków tej rodziny. (…) Wiem, ze rodzina Majtelesów, mieszkając potem w Niemczech i USA, prowadziła korespondencję z moim bratem, jak również czasami przesyłała mu paczki z różnymi podarunkami, przeważnie odzieżą - wspominał po wojnie.

Tadeusz Cera zmarł w 1962 r., natomiast jego żona Marianna   w 1988 r. Nigdy za swojego życia nie starali się, aby ich uhonorowano za ocalenie  innych.

Mój stryj ratował Żydów (listy dziękczynne pisane po wojnie przez uratowanych)

Ojciec wiele opowiadał mi także o zbrodniczej działalności w okolicach Skały komendanta policji granatowej w Miechowie o nazwisku Kazimierz Nowak, który dopuścił się wielu zbrodni na Żydach, Cyganach i Polakach, za co żołnierze Armii Krajowej wykonali na nim wyrok śmierci na ulicach Miechowa 24 czerwca 1943 roku.

Te zdarzenia przedstawił Roman Tomczyk w zbiorze opowiadań  Mali nadludzie (1967, Wydawnictwo Śląsk), pisząc m.in. o volksdeutschach i granatowych policjantach oraz innych podpisujących cyrografy współpracy  z niemieckim władzami okupacyjnymi, które odpowiedzialne są za zbrodnie popełnione na administrowanych przez nich terenach Generalnego Gubernatorstwa.

Na zakończenie trzeba zaznaczyć, że Stefan Zgliczyński (ur. 1967) – jest publicystą, dyrektorem edycji polskiej miesięcznika „Le Monde diplomatique”. Jego książka „Jak Polacy Niemcom Żydów mordować pomagali” jest jednym z przykładów pomówień wszystkich Polaków, podobnie jak publikacje Jana Tomasza Grossa.

W okolicach Niemodlina mieszka rodzina niemieckiego żandarma Karola Boronia z Jedwabnego. Jego syn twierdzi, że ojciec otrzymał polecenie od niemieckich przełożonych, aby dostarczył kilku kanistrów z benzyną, którą oblano stodołę ze spędzonymi w jej wnętrzu Żydami i ją podpalono. Może Jan Tomasz Gross, jako autor „Sąsiadów”, podejmie się wyjaśnienia tej sprawy.

Zobacz: Zagłada Żydów w Olkuszu

Zagłada Żydów w Skale

Skała. Żydów wywieziono furmankami. Został tylko kirkut i jeden pomnik

Mój stryj ratował Żydówstrona 1 strona 2 strona 3 strona 4

Olkusz.  Zagłada i pamięć.  Dyskusja o ofiarach wojny i świadectwa ocalałych Żydów  (pod red.   I. Cieślika,   O. Dziechciarza i K. Kocjana). Olkusz 2007

Adam Cyra

Oświęcim, 12 marca  2019 r.

Wysiedlenie Żydów z Oświęcimia

Marzec 9th, 2019

Siedemdziesiąt osiem lat temu, 26 lutego 1941 roku, zwierzchnik SS Heinrich Himmler wydał zarządzenie o wysiedleniu ludności żydowskiej z Oświęcimia do gett w Chrzanowie, Będzinie i Sosnowcu. Akcję wysiedleńczą rozpoczęto 9 marca 1941 roku.

Według  spisu  ludności,  który  Niemcy  przeprowadzili  jesienią  w 1940 roku, Oświęcim liczył 11,2 tys. mieszkańców, w tym 7613 Żydów.

Pierwsze transporty wysiedlonych Żydów z Oświęcimia skierowano do Chrzanowa. Kolejne deportacje zostały przeprowadzone od 2 do 7 kwietnia. Niemcy wywieźli wówczas do Będzina i Sosnowca ponad 5 tysięcy osób.

Z kolei te getta ostatecznie zlikwidowano w sierpniu 1943 roku. Większość oświęcimskich Żydów została zgładzona w KL Auschwitz, utworzonym przez Niemców w ich rodzinnym mieście. Nieliczni tylko przeżyli.

Wśród setek zeznań byłych więźniów KL Auschwitz, przechowywanych w archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau, zawartych w ponad stu tomach akt z dwóch procesów przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Polsce – komendanta obozu Rudolfa Hőssa w Warszawie i czterdziestu członków załogi tego obozu w Krakowie – które toczyły się w 1947 roku, zwróciłem uwagę na zeznanie Żyda oświęcimskiego, Karola Lehrera.

Ten świadek, którego zeznanie jest zawarte w aktach procesu Rudolfa Hőssa, urodził się w Oświęcimiu 13 marca 1922 roku. Na to jego zeznanie powołuje się także kilkakrotnie Lucyna Filip w swojej książce, zatytułowanej „Żydzi w Oświęcimiu 1918-1941”, wydanej w 2003 roku.

Warto  przytoczyć  obszerne  fragmenty  z  zeznania Karola  Lehrera:       W chwili wkroczenia Niemców do Polski przebywałem w swoim rodzinnym mieście Oświęcimiu. Pierwsze miesiące były spokojne i poza drobnymi szykanami w odniesieniu do Żydów nic godnego uwagi nie działo się. W połowie kwietnia 1940 r. przyjechało dwóch członków SS (…), a po upływie tygodnia przyjechała już cała kompania SS. Oficerowie nie mieszkali na stałe w Oświęcimiu, dojeżdżali tylko samochodami. Zorganizowano wówczas przymusową pracę, która polegała na tym, że gmina żydowska musiała codziennie dostarczyć 250 do 300 osób do pracy nad uporządkowaniem byłych koszar, na terenie których powstał potem obóz. Mniej więcej trzy razy w tygodniu każdy mężczyzna z Oświęcimia, który był Żydem, musiał do niej chodzić. Zastępstwo było jednak możliwe i bogatsi wykupywali się. (…) Praca była bardzo uciążliwa, gdyż musieliśmy wszystko wykonywać biegiem, a najdrobniejsze uchybienia były karane biciem tak, że często musieliśmy nosić do domu od 10 do 12 pobitych, którzy nie mogli iść o własnych siłach. Na terenie koszar pracowaliśmy do czerwca 1940 r.

Dalej w swoich zeznaniach Karol Lehrer relacjonuje, że wykonując powyższą pracę, widział jak do Monopolu tytoniowego przywieziono pierwszy transport więźniów Polaków 14 czerwca 1940 roku: Ze słyszenia wiem, że prawie codziennie zaczęły przychodzić transporty więźniów Polaków. Czy między nimi byli Żydzi? – tego nie wiem, w każdym razie sam widziałem, że obóz zaczął się zaludniać. Gdy opuszczałem Oświęcim w dniu 7 kwietnia 1941 r. miało w nim już być około kilkudziesięciu tysięcy więźniów i również krematorium było już używane. Moniek Jurkowski chodził z ramienia gminy żydowskiej do obozu i wykupywał prochy spalonych Żydów. Było to jeszcze w 1940 r., ale trudno podać mi dokładną datę.

Karol Lehrer opisuje także aresztowania wśród inteligencji polskiej w Oświęcimiu wiosną i jesienią 1940 roku. Aresztowani zostali wywiezieni do obozu koncentracyjnego w Dachau. Z kolei jesienią tego roku kilkuset Żydów z Oświęcimia wywieziono do obozów pracy na Dolnym Śląsku. Zeznający podaje także, że: Również w marcu 1941 r. nastąpiły pierwsze przesiedlenia Polaków (…) z Oświęcimia do Generalnego Gubernatorstwa. Akcje te przeprowadzała specjalnie do tego wyznaczona policja z udziałem członków SS. Wolno było ze sobą zabrać 20 złotych oraz bagaż ręczny, czasu do pakowania dawano około 20 minut, zależało to od policjanta.

Sam Karol Lehrer wkrótce został także wywieziony: Na początku kwietnia 1941 r. wywieziono około pięć tysięcy Żydów z Oświęcimia do Sosnowca i Będzina, wśród których również i ja znalazłem się. (…) Pozwolono wówczas wszystko zabrać, były nawet pociągi na meble, o które wystarała się gmina żydowska. Od 2 do 7 kwietnia 1941 r. trwało to przewiezienie.

Wśród wywiezionych do Sosnowca był także Karol Lehrer, którego w nowym miejscu pobytu zatrudniono w instytucji, pracującej dla celów wojennych. Z końcem 1942 roku zaczęto w Sosnowcu i Będzinie tworzyć getta żydowskie, których ostateczna likwidacja nastąpiła 1 sierpnia 1943 roku:

W czasie tej akcji było bardzo dużo trupów, które zaraz wywożono samochodami ciężarowymi. Przy zastrzeleniu nikogo nie byłem. W czasie tej akcji zginął mój brat Leon Lehrer. Mnie wraz z dwustu młodymi Żydami (…) wywieziono do obozu pracy przymusowej w Annabergu. Z opowiadań wiem, że transporty, które wyszły z Sosnowca i Będzina w dniach 2 i sierpnia 1943 r. poszły do Oświęcimia wprost do komór gazowych.

Ostatecznie Karol Lehrer, przebywający w kilku obozach pracy na Śląsku, w październiku 1943 roku został przeniesiony do położonego w górach podobozu Gross-Rosen w Waldenburgu, gdzie wyzwolili go żołnierze Armii Czerwonej 8 maja 1945 roku.

Karol Lehrer swoje zeznania złożył 15 i 18 września 1945 roku w Wiesbaden na terenie Niemiec. Dalszych powojennych losów tego oświęcimskiego Żyda, który jako jeden z nielicznych przeżył Holocaust, nie udało mi się ustalić.

Adam Cyra

Oświęcim, 9 marca 2019 r.

Albumy z Auschwitz

Marzec 8th, 2019

Marek Księżarczyk, długoletni oświęcimski prezes Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau, ostatnio pozyskał, nadesłane z Niemiec skany kilkudziesięciu fotografii, wykonanych podczas okupacji niemieckiej na terenie Oświęcimia.

Album doktora Barmeyera

Pochodzą one z albumu lekarza, oficera Wehrmachtu o nazwisku Barmeyer, który był zatrudniony w niemieckim szpitalu,  mieszczącym się w czasie wojny na terenie dzisiejszego Zakładu Salezjańskiego w Oświęcimiu. Zdjęcia te niewątpliwie mają dużą wartość historyczną i w większości są nieznane.

Pisząc o odkryciu tych fotografii warto przypomnieć historię innego albumu, na którego stronie tytułowej pod wspólnym zdjęciem komendanta obozu Richarda Baera oraz jego adiutanta Karla Höckera widnieje podpis: „Z komendantem SS Stubaf. Baerem, Auschwitz 21.6.44″.

Album fotograficzny Karla Höckera, zawierający ponad sto fotografii, znalazł na terenie Niemiec w 1945 roku oficer amerykańskiego wywiadu. Ponad sześćdziesiąt lat później przekazał go w darze do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie z zastrzeżeniem swojej anonimowości.

Zdjęcia w nim znajdujące się zostały wykonane w 1944 roku. Przedstawiają one m.in. oficerów SS śpiewających przy akompaniamencie akordeonu, czy Höckera zapalającego świeczki na choince.

Karl Höcker

Widoczni na nich są także rozbawieni liczni oficerowie SS w otoczeniu młodych niemieckich kobiet z pomocniczego korpusu żeńskiego SS. Pracowały one w  Międzybrodziu Bialskim nad Sołą 20 km od Auschwitz ośrodku zwanym Solahütte, gdzie esesmani relaksowali się i odpoczywali.

Karl Höcker uciekł z Oświęcimia przed wyzwoleniem obozu przez żołnierzy sowieckich. Po wojnie przebywał na terenie Niemiec, gdzie pracował jako urzędnik bankowy. W latach sześćdziesiątych został skazany za zbrodnie wojenne i odsiedział w więzieniu 5 lat, uzyskując wolność w 1970 roku.  Zmarł trzydzieści lat później w wieku 89 lat.

Adam Cyra

Oświęcim, 8 marca 2019 r.

Doktryna wojenna armii II Rzeczypospolitej (1918-1939)

Marzec 6th, 2019

Plakat polski z 1939 roku

Całokształt prac prowadzonych w latach 1921-1939 nad ustaleniem założeń doktryny wojennej niewątpliwie znalazł praktyczny sprawdzian w tragicznych wydarzeniach kampanii wrześniowej 1939 roku. Nasuwa się tutaj pytanie, w jakim stopniu powyższe przygotowania zdecydowały o jej przebiegu? Ocena ta powoduje nową trudność.

Dramat 1939 roku zbyt głęboko zapadł w umysły całego narodu polskiego i stąd także sprawa polskiej doktryny wojennej należał do zagadnień najbardziej spornych i wywoływał najwięcej krytycznych uwag oraz zarzutów.

Niemniej wydaje się, że próba analizy tego ciekawego, lecz niełatwego tematu może stanowić pewien krok w lepszym poznaniu polskich przygotowań do wojny. Z drugiej strony ten ważny problem w całokształcie historii okresu międzywojennego w Polsce nie znalazł do dzisiaj należytego i pełnego opracowania. Zobacz: Myśl wojskowa i doktryna wojenna z lat 1919-1939

Dotychczasowe próby omówienia zagadnień związanych z kształtowaniem się doktryny wojennej II Rzeczypospolitej dotyczyły przede wszystkim niektórych jej aspektów oraz koncepcji użycia poszczególnych rodzajów sił zbrojnych, publikacje zachodnie natomiast rzadko uwzględniają materiały archiwalne i w większości są jedynie wyrazem osobistych przekonań autorów na powyższy temat.

80 lat temu, 4 marca 1939 roku, rozpoczęto przygotowywanie planu działań na wypadek wojny z Niemcami, tzw. planu operacyjnego „Zachód”. Wcześniej spodziewano się przede wszystkim uderzenia ze wschodu.

Nad planem „Zachód” intensywnie zaczęli pracować generałowie Tadeusz Kutrzeba, Juliusz Rómmel, Władysław Bortnowski i Leon Berbecki. Zadanie mieli dodatkowo utrudnione, gdyż sytuacja ciągle się zmieniała.

W dniu 15 marca 1939 roku Niemcy wkroczyli do Czechosłowacji, na północy zaś 23 marca niemiecka flota na Bałtyku zajęła Kłajpedę – pętla wokół Polski wyraźnie się zaciskała. Z tego powodu plan obrony ulegał zmianie. Początkowo sądzono, że niemieckie uderzenie nadejdzie w kierunku Warszawy z Prus Wschodnich. Po zajęciu przez Niemcy Sudetów w październiku 1938 roku, za bardziej prawdopodobne uznano uderzenie ze Śląska.

Zachęcam do lektury mojej pracy, napisanej pod kierunkiem b. więźnia KL Auschwitz, prof. dr. hab. Mariana Zgórniaka, zatytułowanej „Doktryna  wojenna  armii  II  Rzeczypospolitej  (1918-1939)”

Adam Cyra

Oświęcim, 7 marca 2019 r.

Duchowieństwo w KL Auchwitz, pomoc i przejawy życia religijnego

Marzec 6th, 2019

Pierwszymi ofiarami Auschwitz byli Polacy, przywożeni do obozu od czerwca 1940 roku. Osadzono ich tu około 150 tys., połowa straciła życie w KL Auschwitz, ponadto wielu z nich zginęło po wywiezieniu ich do innych obozów koncentracyjnych, głównie na terenie Niemiec i Austrii.

W pięciotomowej pracy Wiktora Jacewicza i Jana Wosia w Martyrologium polskiego duchowieństwa rzymskokatolickiego pod okupacją hitlerowską w latach 1939-1945, a wydanym w Warszawa 1977 roku, w tomie 3 znajdujemy informacje poświęcone duchownym, którzy zostali przywiezieni do obozu Auschwitz. Jest to, jak do tej pory, jedyna publikacja obejmująca wykazy nazwiskowe, krótkie biogramy oraz zestawienia statystyczne będące rezultatem wieloletnich badań.

Autorzy tej publikacji ustalili, że w KL Auschwitz osadzono 416 duchownych: kapłanów, kleryków, zakonników z różnych zakonów, siostry zakonne, z tej grupy zginęło  236 osób (166 w Auschwitz i 70 w innych obozach, do których zostali przeniesieni), w tym 190 kapłanów, 10 kleryków, 34 braci zakonnych, 2 siostry.

Temu tematowi poświęcił także swoje ostatnie opracowanie Jerzy Klistała, bielszczanin, który w czasie okupacji niemieckiej osobiście doświadczył skutków terroru hitlerowskiego. Jego ojciec za działalność konspiracyjną w ZWZ/AK został rozstrzelany w KL Auschwitz pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 w 1943 roku.

Jerzy Klistała, ur. w 1935 roku, dotychczas publikował pozycje, związane z martyrologią Polaków z terenu Małopolski, Śląska, Podbeskidzia i Zaolzia. Ostatnia jego opracowanie nosi tytuł „Duchowni ofiary niemieckiego zniewolenia”. Są jednak duże problemy z wydaniem tej publikacji, ponieważ Fundacja Pamięci Ofiar Obozu Auschwitz-Birkenau, nie uzasadniając swojego stanowiska, odmówiła Autorowi pomocy finansowej, która umożliwiłaby ukazanie się tej książki drukiem.

Należy zaznaczyć, że rozwój badań historycznych na przestrzeni ostatnich lat, pozwolił na zweryfikowanie i uściślenie szeregu informacji na temat martyrologii duchownych. Stąd liczba ta jest obecnie wyższa. Opublikowane dotąd  szacunki nie uwzględniały także duchownych innych narodowości (publikacje dotyczyły duchowieństwa polskiego). Dlatego należy przyjąć, że do Auschwitz  skierowano co najmniej 464 kapłanów, kleryków, zakonników oraz 35 sióstr zakonnych – z Polski, a także z innych krajów okupowanej Europy: Francji, Czech, Austrii. Większość osadzonych straciła życie w obozie Auschwitz, bądź w innych obozach, do których zostali przeniesieni.

Pierwsi polscy więźniowie polityczni zostali przywiezieni do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku. Była to grupa 728 mężczyzn, w większości uczniów gimnazjalnych, studentów, żołnierzy, członków konspiracji. Wśród nich znalazło się kilku duchownych katolickich -  księża: Józef Niemiec, Stanisław Węgrzynowski (numer obozowy 90), Stanisław Wolak (numer obozowy 327) oraz kleryk Wincenty Oberc (numer obozowy 222).

20 czerwcu 1940 roku, przywieziono do obozu kolejną grupę 313 więźniów politycznych z więzienia w Nowym Wiśniczu. Transport ten stanowili przedstawiciele inteligencji krakowskiej: nauczyciele, adwokaci, studenci a także inni młodzi ludzie, próbujący nielegalnie przekroczyć granicę i przedostać się na Węgry oraz pracownicy Zakładów Azotowych w Mościcach większości inżynierowie. W grupie tej przywieziono kolejnych duchownych (głównie jezuitów) wśród nich 10 księży, 9 kleryków i 14 braci zakonnych.

Duchowni byli przywożeni do Auschwitz aż do końca istnienia obozu. Nie stanowili tu jednak większej grupy, ponieważ znaczna ich część została osadzona w KL Dachau, który decyzją władz III Rzeszy stał się głównym miejscem koncentracji i odosobnienia duchowieństwa. Z tego powodu, 6 grudnia 1940 roku komendant obozu Auschwitz, Rudolf Höss, wydał rozkaz przeniesienia do Dachau pierwszej grupy pozostałych przy życiu 68 duchownych.

Do Dachau byli kierowani księża i zakonnicy z różnych okupowanych przez Niemcy krajów. Jednak polscy duchowni stanowili tam większość. Wśród 2720 osób z tej grupy  1780 było Polakami; 868 z nich straciło życie w obozie. Kolejną po względem liczebności grupą byli duchowni austriaccy – 447, dalej Francuzi – 154 i Czesi – 109 osób.

Duchowni w Auschwitz, podobnie jak pozostali więźniowie, poddawani byli  rejestracji, gdzie nadawano więźniom numer obozowy (w początkowym okresie istnienia obozu numerów nie tatuowano), określano kategorię więźnia, związaną z przyczyną aresztowania. Duchowni zazwyczaj oznaczani byli czerwonym trójkątem, przeznaczonym dla więźniów politycznych.

Nie posiadali oni w obozie żadnych przywilejów, a wręcz przeciwnie byli traktowani gorzej niż inni osadzeni. Jak wspominają byli więźniowie, kierownik obozu Karl Fritsch miał zwyczaj wygłaszania przemówienia do nowo przybyłych do obozu, w którym podkreślał że:

Przyjechaliście tutaj nie do sanatorium, tylko do niemieckiego obozu koncentracyjnego, z którego nie ma innego wyjścia, jak przez komin. Jeśli się to komuś nie podoba, to może iść zaraz na druty. Jeśli są w transporcie Żydzi to mają prawo żyć nie dłużej niż 2 tygodnie, księża (dosł. Pfaffen – klechy) miesiąc, reszta 3 miesiące.

O tym, że nie było to jedynie pusta słowa, niech świadczy fakt, iż w pierwszych latach istnienia obozu karna kompania (Strafkompanie), czyli grupa kierowana do najcięższych prac, w której śmiertelność więźniów była wyjątkowo wysoka a szykany nadzorców niezwykle brutalne, złożona była głównie z Żydów i księży katolickich. Więźniowie ci przebywali w bloku nr 11 od sierpnia 1940 r. do maja 1942 r. Później przeniesiono ich do KL Auschwitz II-Birkenau.

W dniu 27 czerwca 1941 roku na terenie żwirowni koło „Theatergebäude”, mieszczącej się poza ogrodzeniem obozu, zamordowano w okrutny sposób czterech księży Salezjanów. Wspomniani księża zostali przywiezieni do obozu dzień wcześniej z więzienia Montelupich w Krakowie. W sumie przywieziono ich tego dnia dwunastu (jeden z nich był tylko bratem) w transporcie liczącym pięćdziesięciu więźniów. Znajdowało się wśród nich również pięciu polskich Żydów.

Księży i Żydów z tego transportu wcielono do karnej kompanii: Każdy z nas – wspomina ks. Walenty Waloszek – otrzymał ciężką, żelazną taczkę, kilof i łopatę. Zapowiedziano nam, że pracować musimy bardzo szybko, stale biegiem, bez oglądania się i odpoczywania. Praca nasza polegała na tym, że musieliśmy kilofami rozbijać kamienie, ładować je na taczkę razem ze żwirem i wywozić do dołu, głębokiego na 7 metrów, oddalonego od nas o jakie 50 metrów”.

W dniu 27 czerwca 1941 r. jako pierwszy poniósł męczeńską śmierć w żwirowni ks. Jan Świerc (nr 17352), proboszcz Parafii św. Stanisława Kostki na Dębnikach w Krakowie i dyrektor Zakładu Salezjańskiego w tym mieście. Wkrótce po nim zakatowany został wikary z tej parafii, ks. Ignacy Dobiasz (nr 17364). W godzinach popołudniowych tego samego dnia śmierć w podobnych okolicznościach poniósł ks. dr Franciszek Harazim (nr 17375), profesor Salezjańskiego Instytutu Teologicznego w Krakowie oraz jeszcze jeden wikary Parafii św. Stanisława Kostki, ks. Kazimierz Wojciechowski (nr 17342). Ponadto w wyniku ciężkiego pobicia i znęcania się wtedy, zmarł później w obozie ks. dr Ignacy Antonowicz (nr 17371), rektor wspomnianego Salezjańskiego Instytutu Teologicznego.

Pomimo tak wielu represji, szykan wobec duchownych, większość z nich nie załamała się, a  wielu z nich zostało zapamiętanych przez współwięźniów jako osoby serdeczne,  podnoszące innych na duchu. Jerzy Kroczowski tak wspomina jednego z księży:

…Kiedy przebywałem w szpitalu obozowym, spotkałem księdza z Lublina. Nie znam jego nazwiska. Był to starszy człowiek, dopiero po jakimś czasie ujawnił swój stan duchowny. Tenże właśnie ksiądz zaproponował, że może odmówilibyśmy wieczorem modlitwę. Nauczył nas wtedy aktów strzelistych: „Wierzę w ciebie Boże żywy; Ufam  tobie boś ty wierny; Boże choć cię nie pojmuję, lecz nad wszystko miłuję”. Te akty strzeliste stały się moją modlitwą. Odmawialiśmy je wieczorem.

Księżom udawało się nawet, w ukryciu odprawiać Msze święte. Wspomina to ksiądz Władysław Puczka (numer obozowy 17041):

…W obozie były także odprawiane po kryjomu msze. Wiem, że zaczęto je odprawiać późną jesienią 1941 r. – w listopadzie i z początkiem grudnia 1941 r. (…) Ja także miałem możliwość odprawienia mszy, a stało się to o godzinie czwartej po południu w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia 1941 r. Mszę św. odprawiałem w pasiaku na strychu bloku nr 3 w obecności kilkunastu znanych i zaufanych współkolegów. Miałem hostie i wino, a zamiast kielicha musiała wystarczyć zwykła szklanka. Obecni przy mszy przystąpili do komunii świętej.

Nawet do bloku nr 11, tzw. Bloku Śmierci, dostarczano komunikanty, co było nie lada wyczynem, ze względu na zaostrzony jego dozór. Jedna z więźniarek przetrzymywana w celi, w podziemiach tego bloku, wspomina:

(…) Pamiętam, że raz przyjęłam komunię w czasie pobytu w bloku 11, ale nie pamiętam dokładnie kiedy to było. Hostie dostarczył nam jeden z kalifaktorów bloku 11. Pamiętam, że stałam przy drzwiach i ja przejęłam od niego kopertę, w której znajdowały się hostie. Kopertę odebrała ode mnie Wanda Pyka i ona rozdała współwięźniarkom hostie.

O tym, że kary za rozdawanie i przyjmowanie komunii były surowe i nie omijały więźniów niech świadczy fragment z relacji b. więźnia Pawła Brożka:

(…) W czasie Świąt Wielkanocnych, spędzonych w bloku 11 przebywający z nami ksiądz Kania (był proboszczem parafii św. Krzyża w Katowicach) zorganizował dla nas spowiedź, byliśmy też komunikowani. Słyszałem, że ksiądz Kania później zginął. Nie wiem, skąd zostały dostarczone do bloku nr 11 komunikanty. Ktoś musiał donieść władzom SS o spowiedzi, gdyż wszyscy więźniowie zostali za to ukarani chłostą. Ja dostałem, podobnie jak inni, 25 uderzeń.

Wiadomo ze zgromadzonych relacji, że więźniowie szukali także możliwości spowiedzi. Jeżeli w komandzie czy w bloku był ksiądz, szansa na osobistą rozmowę, jaką pozorowano spowiedź, była większa. Stąd w relacjach więźniowie wspominają o wielkiej uldze i pocieszeniu po odbytej, oczywiście dyskretnie, spowiedzi. Były więzień Władysław Lewkowicz przebywał w obozie w tym samym czasie co ojciec Kolbe, i tak wspomina swoje spotkanie z nim oraz odbytą spowiedź:

…  Pierwsze tygodnie mojego pobytu w obozie były nie tylko przygnębiające, ale wprost makabryczne. Z nadmiaru cierpienia szukałem instynktownie jakiegoś wsparcia moralnego o podłożu religijnym.(…) Ojciec Kolbe zgodził się bardzo chętnie na spotkanie i rozmowę. Staraliśmy się tak urządzić, ażeby nie zwracać na siebie zbytniej uwagi esesmanów.(…) Przechadzając się z Ojcem Kolbe spowiadałem się u niego. W późniejszym czasie Ojciec Kolbe miał coraz to więcej szukających jego rad.

Zaangażowanie księży z parafii okolicznych w pomoc więźniom obozu

Kilka miesięcy po założeniu KL Auschwitz, w grudniu 1940 roku, metropolita krakowski arcybiskup Adam Sapieha zwrócił się do komendanta obozu w sprawie zezwolenia na odprawienie Mszy św. dla więźniów katolickich z okazji Świąt Bożego Narodzenia. Komendant obozu Rudolf Höß nie wyraził zgody, tłumacząc to sprzecznością z regulaminem obozowym. Zezwolił natomiast na dostarczenie 6 tys. jedno kilogramowych paczek żywnościowych dla wszystkich więźniów. Rozpoczęto zbiórkę datków pieniężnych jak również  żywności i odzieży. Księża zachęcali wiernych do przyłączenia się do zbiórki. Odzew społeczny był rzeczywiście ogromny, biorąc pod uwagę warunki okupacyjne i skromne przydziały żywnościowe dla ludności cywilnej. Duchownymi, którzy osobiście udali się w tej sprawie do komendanta obozu z listem od arcybiskupa Sapiehy byli księża parafii oświęcimskiej: Władysław Gross de Rosenburg i  Rudolf Schmidt.

Z kolei proboszcz ze wsi Poręba Wielka koło Oświęcimia, ksiądz kanonik Józef  Kmiecik często po dźwięku syren  rozpoznawał, że z obozu uciekł więzień. Ci, którzy przychodzili na plebanie dostawali cywilne ubranie, pasiak obozowy był palony i następnie wyruszali dalej. Gestapo często przeprowadzało rewizje i przesłuchiwało księdza, doskonała znajomość niemieckiego pozwoliła mu na uniknięcie aresztowania.

Przez cały okres okupacji duchowieństwo parafii miasta Oświęcim oraz sąsiednich parafii wykazywało się dużym zaangażowaniem w pomoc więźniom. Wszystkie działania odbywały się w największej konspiracji. Dostarczano więźniom żywność, naczynia liturgiczne i komunikanty, udzielano pomocy więźniom zbiegłym z obozu poprzez zaopatrywanie w cywilną odzież.

Dla lepszej organizacji tych działań założony został konspiracyjny Komitet Akcji Pomocy Więźniom Obozu Koncentracyjnego. Jego honorowym prezesem został ksiądz kanonik Jan Skarbek z Oświęcimia. Swoją działalność rozszerzał na inne parafie, zachęcając innych duchownych oraz wiernych do niesienia pomocy.

Związek Organizacji Wojskowej w KL Auschwitz

Rotmistrz Witold Pilecki, żołnierz 1920 i 1939 r., dobrowolny więzień KL Auschwitz (nr 4859) i twórca organizacji wojskowej w tym obozie, działającej konspiracyjnie pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej, zagrożony dekonspiracją, a także pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edmundem Ciesielskim (nr 12969). Zbiegowie zmierzali do Bochni, a potem do Nowego Wiśnicza, skąd po blisko czterech miesiącach udali się do Warszawy.

Podczas tej ucieczki szczęśliwie przekroczyli granicę Rzeszy i przeszli na teren Generalnego Gubernatorstwa dzięki pomocy księdza Jana Legowicza, ówczesnego gwardiana Klasztoru oo. Bernardynów w Alwerni.

To wydarzenie po latach tak wspominała Zofia Buczek, mieszkająca po wojnie w Alwernii: O uciekinierach z obozu oświęcimskiego dowiedziałam się wiosną 1943 r. od księdza Jana Legowicza, który przyszedł do naszego mieszkania w Porębie-Żegocie i opowiedział nam o ich pobycie na terenie Alwerni. Z jego słów wynikało, że kierowali oni swe kroki do kościoła w Porębie-Żegocie, gdzie proboszczem był ksiądz Karol Słowiaczek, którego brat i dwaj bratankowie byli więzieni w Oświęcimiu. Uciekinierzy liczyli, że powołując się na obozową znajomość ze Słowiaczkami uzyskają pomoc od spokrewnionego z nimi księdza. Celem ich marszu był kościół w Porębie-Żegocie, gdzie po uzyskaniu pomocy zamierzali przekroczyć granicę między Trzecią Rzeszą  a Generalnym Gubernatorstwem. Pomylili jednak wieże kościelne i dotarli do wzgórza, na którym znajdował się kościół i opuszczony przez zakonników klasztor oo. Bernardynów. Ukryli się we wgłębieniu na wzgórzu przyklasztornym, które otaczał las. Jeden  z uciekinierów poszedł na poranną mszę do kościoła. Miał poprosić księdza Słowiaczka o spowiedź i podczas niej wyjawić cel swego przybycia. Zobaczył księdza, który przyszedł do kościoła odprawić Mszę świętą. Spotkanym duchownym okazał się ksiądz Legowicz, a w trakcie rozmowy wyjaśniła się pomyłka. Był to kościół nie w Porębie-Żegocie, lecz w Alwerni.

Ksiądz Legowicz nawiązał kontakt z pozostałymi uciekinierami, dostarczając im niezbędną odzież  i żywność. Udało mu się także skontaktować z księdzem Słowiaczkiem z Poręby-Żegoty, lecz ten nie udzielił bezpośrednio pomocy, obawiając się najprawdopodobniej prowokacji ze strony – jak mógł sądzić – rzekomych zbiegów z obozu.

Cały dzień trójka uciekinierów spędziła we wgłębieniu na wzgórzu przyklasztornym. Wieczorem – na prośbę księdza Legowicza – przyszedł do nich mój mąż – wspomina dalej Zofia Buczek - który w tym czasie zakończył już pracę w lesie. Umówionym hasłem rozpoznawczym z jego strony było dwa razy zakaszleć i raz kichnąć. Mąż poprowadził ich lasami, umożliwiając przejście granicy w najbardziej bezpiecznym miejscu i doradził jak iść dalej..

Po dotarciu rtm. Witolda Pileckiego do Warszawy jesienią 1943 r., czekał go jeszcze udział w Powstaniu Warszawskim, pobyt w obozach jenieckich w Lamsdorf (Łambinowice) i Murnau, a także służba po wojnie w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa. W ostatnich miesiącach 1945 r. rotmistrz Pilecki za namową oficerów Oddziału II sztabu II Korpusu podjął się utworzenia w nie suwerennym Kraju, rządzonym przez komunistów, siatki informacyjnej i przesyłania zebranych wiadomości do Włoch.

Wykonując powierzone mu zadanie, został wiosną 1947 r. aresztowany w Warszawie, a prawie rok później po długotrwałym śledztwie i procesie skazany na karę śmierci. Zbrodniczy wyrok wykonano 25 maja 1948 r. w więzieniu na Mokotowie.

Funkcję kapelana wojskowej organizacji konspiracyjnej, założonej w KL Auschwitz przez rtm. Witolda Pileckiego pod nazwą „Związek Organizacji Wojskowej” przez pewien czas pełnił ks. Zygmunt Ruszczak (nr 9842).

Członkowie tej tajnej organizacji wojskowej organizowali potajemne nabożeństwa i spowiedzi: Komunikanty – wspominał rtm. Witold Pilecki – otrzymywaliśmy od duchowieństwa z wolności przez kontakt z ludnością spoza obozu.

Organizatorem nabożeństw był głównie zakonnik Piotr Zdzisław Uliasz-Kozłowski (nr 12988), który odprawianie Mszy świętych polecał m.in. salezjaninowi ks. Zygmuntowi Kuzakowi (nr 39884).

Tego przejawu ruchu oporu w KL Auschwitz władze obozowe nigdy nie wykryły.

Powyższy tekst  opracowałem nie tylko na podstawie własnych ustaleń, lecz również przy jego pisaniu korzystałem z artykułu Teresy Wontor-Cichy, Duchowieństwo i życie religijne w KL Auschwitz, „Katecheta, miesięcznik poświęcony katechezie i wychowaniu religijnemu” 2011 nr 6.

Adam Cyra

Oświęcim, 6 marca 2019 r.

 

Niechciana pamięć o tragicznej historii Bloku Śmierci

Luty 8th, 2019

Symbolem  zagłady Polaków w KL Auschwitz jest blok nr 11  oraz  na jego dziedzińcu  Ściana  Straceń.

Egzekucja pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, obraz b. więźnia Władysława Siwka

Ściana Straceń na dziedzińcu bloku nr 11

Pod Ścianą Straceń rozstrzelano co najmniej kilka tysięcy więźniów. Byli nimi przede wszystkim Polacy.

Blok ten zwany był Blokiem Śmierci.

Sale tego bloku, zarówno na parterze jak i na piętrze, miały różne przeznaczenie. Przebywali  w nich najpierw więźniowie karnej kompanii i kompanii wychowawczej oraz więźniowie odbywający kwarantannę wejściową lub wyjściową, a także w podziemiach tego bloku mieścił się areszt obozowy dla więźniów. Z jego historią związane są również tragiczne losy więźniów policyjnych, którymi byli Polacy (głównie Ślązacy) z rejencji katowickiej. Wystawa w bloku nr 11 na temat ich wstrząsających losów uległa likwidacji w maju 2018 r.

Zbigniew Bałut, rozstrzelany 18.08.1942 r.

Zobacz: Jakub z bloku nr 11

Relacje byłych więźniów KL Auschwitz na temat wydarzeń w Bloku Śmierci i na jego dziedzińcu pod Ścianą Straceń, gdzie rozstrzeliwano skazańców, są wstrząsające. Przytaczam jedną z nich, której autorem jest były więzień Tadeusz Bałut:

„W dniu 17 sierpnia 1942 r. mój brat Zbigniew został po wieczornym apelu wywołany przez blokowego, który polecił mu, że dnia następnego pozostać ma obozie, nie wolno mu iść do pracy, tylko ma zgłosić się w Hauptschreibstubie. Spaliśmy wówczas razem z bratem na bloku 17-tym. Wiedzieliśmy, że brat pójdzie jutro na rozstrzelanie, naradzaliśmy się, co zrobić; rozważaliśmy możliwość ucieczki, gdyż drogę ucieczki kanałami znałem, zrezygnowaliśmy jednak z tego, ponieważ obawialiśmy się, by rodziców naszych za nas nie pociągnięto do odpowiedzialności.

Następnego dnia po apelu porannym i po wymarszu komand do pracy, brat mój i mający takie same wezwanie inni więźniowie zebrali się w Hauptschreibstubie. W dniu 18 sierpnia 1942 r. było ich tam 56. Krótko po godzinie 8-ej przyszedł do Schreibstuby Palitzsch  z listą, wyczytał z niej nazwiska zebranych tam więźniów, sprawdził czy są wszyscy, a następnie ustawiono owych 56 w piątki i w otoczeniu Blockführerów, pod kierownictwem Palitzscha zaprowadzono na blok jedenasty. Pracując w tym czasie przy rollwadze, mogłem pozostać w obozie i słyszałem, że po zapędzeniu całej grupy na blok 11-ty, dochodził stamtąd głos pieśni „Jeszcze Polska nie zginęła”.

Obozowy akt zgonu Zbigniewa Bałuta, miał 22 lata

Wieczorem odwiedził mnie w bloku tłumacz z bloku 11-go, Ślązak z Katowic Kurt, wręczając mi kartkę, którą obecnie okazuje, opisał sposób wykonania egzekucji i powiedział mi, że brat trzymał się do ostatniej chwili bardzo dzielnie, nie tylko sam nie upadł na duchu, ale pocieszał swoich towarzyszy niedoli. Dosłownie powiedział mi, że mogę być dumny z mego brata.

Ten świadek okazał kartkę pisaną na papierze kratkowanym, ręcznie, ołówkiem, której treść jest następująca: „18.8.42. Moi najmilsi ! Ostatnie słowa piszę do Was ! Te ostatnie chwile poświęcam tylko Wam moi najukochańsi. Lecz nie martwcie się, bo to wszystko dla i za Ojczyznę, za Polskę. Żegnajcie moi najukochańsi ! – niech Bóg ma Was w swojej opiece. Bóg mnie kiedyś złączy znów razem z Wami. Zbyszek”. Pismo na kartce pochodzi z ręki mego brata. Kartkę te przesłałem przez znajomego mego Adama Kaczyńskiego, który pracował w Oświęcimiu jako robotnik cywilny, moim rodzicom, od których ją obecnie podjąłem”.

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Proces Hőssa t. 4, k. 4-5, zeznanie b. więźnia Tadeusza Bałuta.

Karen Pence, Mike Pence, Andrzej Duda i Agata Kornhauser-Duda przy Ścianie Śmierci na dziedzińcu bloku 11. Fot. Muzeum Auschwitz

O zbrodniczych funkcjach bloku nr 11 pisałem wiele w różnych moich publikacjach, jak  również  na moim blogu.

Obszerna  książka mojego autorstwa na ten temat dotychczas nie ukazała się drukiem, mimo że na jej wydanie przyznane są środki finansowe przez Fundację Pamięci Ofiar Auschwitz-Birkenau.

Prezydent RP, Andrzej Duda, podczas swojej wizyty w bloku nr 11 w dniu 15 lutego 2019 r.  zapewne byłby zaskoczony, gdyby dowiedział się, że dotychczas nie ma opublikowanej monografii na temat Bloku Śmierci, będącego symbolem martyrologii Polaków w KL Auschwitz.

Udostępniam  dwa rozdziały mojego  opracowania „Blok nr 11 – jego funkcje” (z pominięciem przypisów), które są  zatytułowane: „Rozstrzeliwanie więźniów pod Ścianą Straceń” oraz   Więźniowie policyjni w bloku nr 11

W sprawie wydania mojej książki o bloku nr 11 zwróciłem się pismem z 14 listopada 2018 r. do dyrektora Muzeum Auschwitz,  dr. Piotra M.A. Cywińskiego,  na które do dzisiaj nie otrzymałem żadnej odpowiedzi.

Szanowny Panie Dyrektorze,

uprzejmie informuję, że  Fundacja Pamięci Ofiar Obozu Zagłady Auschwitz-Birkenau w lutym 2018 r. przyznała 15 tysięcy złotych na wydanie mojego opracowania „Blok nr 11 – jego funkcje”. Do niego załączony  jest także  wybór fragmentów relacji i wspomnień  byłych więźniów Auschwitz, które dotyczą bloku nr 11.

Fundacja ta zastrzegła jednak sobie, że warunkiem wydania tej pracy jest pozytywna opinia o jej treści (…) kierownika Centrum Badań Muzeum Auschwitz. Ponadto praca ta powinna być opublikowana przez Wydawnictwo Muzeum Auschwitz.

Uprzejmie proszę, aby taka opinia została mi przekazana w formie pisemnej, ponieważ chce przystąpić jak najszybciej do realizacji prac wydawniczych, zmierzających do opublikowania mojego tekstu, nad którym pracowałem wiele miesięcy.

Nadmieniam, że w 2011 r. przekazałem już ten tekst do recenzji i w roku następnym uwzględniłem sugestie oraz uwagi mi przekazane (…), zwracając poprawiony tekst do Centrum Badań.

Moja prośbę proszę potraktować jako pilną, ponieważ chciałbym, aby ta praca została opublikowana na rocznicę wyzwolenia Auschwitz 27 stycznia 2019 r.                                                                                                                    Z wyrazami szacunku Adam Cyra

Po czterech miesiącach otrzymałem odpowiedź na moje pismo z dnia 15 listopada 2018 roku.

Szanowny Panie Doktorze,

W odpowiedzi na Pana korespondencję dotyczącą wydania publikacji o Bloku 11 informuję, co następuje.

Na wstępie muszę zdementować informację, jakoby Fundacja Pamięci Ofiar Auschwitz-Birkenau przyznała środki na sfinansowanie wydania Pańskiej publikacji.

Fundacja poinformowała jedynie o możliwości sfinansowania wydania w roku budżetowym 2018, pod warunkiem, że publikacja zostanie merytorycznie przyjęta przez wydawcę, którym będzie Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau. Finansowanie przez Fundację jakichkolwiek przedsięwzięć realizowanych przez Muzeum odbywa się na podstawie porozumień czy też umów pomiędzy tymi podmiotami, bez udziału osób trzecich. W żadnym wypadku nie należy tego traktować jako zobowiązania względem wykonawców czy też autorów. W związku z tym powoływanie się przez Pana na decyzje Fundacji nie ma żadnych podstaw, gdyż taka nie zapadła.

Co do warunku postawionego przez Fundację informuję, iż Pana publikacja została zaopiniowana negatywnie przez Centrum Badań i na tej podstawie dyrekcja Muzeum nie zdecydowała się na jej wydanie.

Nie ma obowiązku formułowania powyższej opinii w formie pisemnej, zatem niniejszą odpowiedź proszę traktować jako ostateczną.

Z poważaniem, Z upoważnienia Dyrektora Muzeum

Anna Skrzypińska, Zastępca dyrektora

Monografia na temat Bloku Śmierci jest ważna dla polskiej narracji historycznej na temat historii KL Auschwitz. Negatywna odpowiedź na moje pismo bez żadnego uzasadnienia, uniemożliwia jej wydanie przez Wydawnictwo  Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Zobacz także: Wybór relacji byłych więźniów KL Auschwitz na temat bloku nr 11

Adam Cyra

Oświęcim,  15  lutego 2019 r.

Maszynista z Oświęcimia. List w sprawie tablicy pamiątkowej

Luty 2nd, 2019

Pod koniec ubiegłego roku w mediach opublikowany został mój tekst, w którym proponuję umieszczenie tablicy pamiątkowej na dworcu w Oświęcimiu, poświęconej  kolejarzom ze stacji u bram obozowego piekła, których postawa podczas okupacji niemieckiej była bohaterska. Kilkudziesięciu z nich, w tym za działalność konspiracyjną i pomoc niesioną więźniom KL Auschwitz, zginęło. Na nowo budowanym oświęcimskim dworcu kolejowym powinna być umieszczona tablica pamiątkowa z ich nazwiskami:

Juian Bernacik (z lewej) wśród kolejarzy. Archiwum rodzinne Sylwii Zyzman

1. Banaś Stefan, zwrotniczy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
2. Banaś Jan, starszy ustawiacz ze stacji w Oświęcimiu, zginął podczas okupacji,
3. Duda Jan, zwrotniczy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w bliżej nieznanych okolicznościach,
4. Gruca Marian, nastawniczy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
5. Kociołek Leon, starszy ustawiacz ze stacji w Oświęcimiu, zginął podczas okupacji
za działalność konspiracyjną,
6. Krzak Józef, ustawiacz ze stacji w Oświęcimiu, zamordowany przez Niemcow w czasie okupacji,
7. Laśkowski Stefan, ustawiacz ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
8. Łukasiewicz Julian, maszynista PKP z parowozowni Oświęcim, zginął w czasie okupacji,
9. Majcher Stanisław, dyżurny ruchu ze stacji w Oświęcimiu, zginal w czaie okupacji,
10. Malicki Franciszek, nastawniczy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
11. Malicki Władysław, kierownik pociągu ze stacji Oświęcim, zginął w czasie okupacji,
12. Maliniak Roman, manewrowy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
13. Noworyta Jerzy, manewrowy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
14. Piesik Jakub, hamulcowy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
15. Pietrański Leon, kierownik pociągu ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
16. Pustelnik Jan, nastawniczy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji
za działalność konspiracyjną,
17. Sałata Franciszek, manewrowy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji za działalność konspiracyjną,
18. Saternus Józef, zastępca naczelnika stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji za działalność konspiracyjną,
19. Sowa Kazimierz, nastawniczy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji za działalność konspiracyjną,
20. Szopa Józef, dyżurny ruchu ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji za działalność konspiracyjną,
21. Urban Franciszek, zwrotniczy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
22 . Wróbel Paweł, kierownik pociągu ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji,
23. Zlatko Stefan, hamulcowy ze stacji w Oświęcimiu, zginął w czasie okupacji w bliżej nie znanym czasie i okolicznościach.

Wykaz kolejarzy ze stacji w Oświęcimiu, zamordowanych podczas okupacji niemieckiej, opracowałem na podstawie ” Listy poległych i pomordowanych pracowników Śląskiego Okręgu Kolejowego w latach wojny i okupacji hitlerowskiej 1939-1945″, sporządzonej przez Henryka Jarusa, opublikowane w pracy zbiorowej „60-lecie polskiej Dyrekcji Okręgowej Kolei Państwowych w Katowicach”, Katowice 1982.

W odpowiedzi na mój apel otrzymałem bardzo interesujący list od pani Sylwii Zyzman z Krakowa, który w całości przytaczam: Z satysfakcją odnotowałam fakt, że znalazł się ktoś, kto pomyślał o upamiętnieniu kolejarzy zamordowanych przez Niemców w czasie II wojny Światowej i stworzył listę tych osób. Przykre jest jednak to, że na tej liście nie znalazł się mój dziadek Julian Bernacik, który był maszynistą PKP w parowozowni Oświęcim.

Pamięć o Julianie Bernaciku jest żywa ponieważ był pierwszą ofiarą wojenną z naszej rodziny.

Julian Bernacik, urodzony 4 kwietnia 1897 roku, zginął 4 września 1939 roku na posterunku pracy, prowadząc lokomotywę. Jak i inni kolejarze był zmobilizowany, posiadał broń, zginął w Chrzanowie. Osierocił troje dzieci, moją mamę Marię Keller z domu Bernacik (najstarszą z rodzeństwa, miała wtedy 14 lat), ciocię Julię  w wieku 8 lat, a najmłodszy  z rodzeństwa wujek Augustyn miał 7 lat. To była olbrzymia tragedia dla całej rodziny. Moja babcia Maria Bernacik nigdy nie pogodziła się ze śmiercią męża i nigdy nie wyszła już za mąż, chociaż w chwili utraty męża miała dopiero 35 lat. Obraz tragedii dopełnia fakt, że dziadek ukończył w Oświęcimiu budowę domu w 1939 roku (ta data jest umieszczona w tym domu, na posadzce wykonanej z lastriko, przy wejściu), a pierwszymi jego mieszkańcami byli Niemcy.

W tym właśnie domu, 11 lat po wojnie, udało się zamieszkać mojej mamie. W tym właśnie domu, ja się wychowałam, a moja mama dożyła 80 lat, kiedy to zmuszona stanem zdrowia musiała go sprzedać i przenieść się do Krakowa gdzie ja, jej córka, od czasu studiów mieszkam wraz z rodziną.

Niestety, mama już nie żyje, zmarła 2 lata później cały czas tęskniąc za domem, który wybudował jej kochany tatuś. Ja często wspominam opowieści mojej mamy o jej wspaniałym ojcu i to jak mnie małą dziewczynkę prowadziła na wiadukt (ten koło dworca PKP w Oświęcimiu) i pokazywała mi lokomotywy mówiąc ,, popatrz  Syluniu to na takich jeździł twój dziadek’’.

Później ja, prowadziłam tam swoje dzieci, żeby pokazać, które lokomotywy prowadził ich dziadek. Ze swoimi wnukami pojechaliśmy na parowozjadę do Chabówki. Żeby im też pokazać na czym polegała praca ich pradziadka Juliana Bernacika. Pamięć o Nim  jest przekazywana z pokolenia na pokolenie, uważamy bowiem, że ważnym jest to by znać swoje korzenie.

Moja mama mówiła do mnie też „pamiętaj, że Twój dziadek był wspaniałym człowiekiem, bardzo kochał Polskę -swoją Ojczyznę, nas – swoją rodzinę i nigdy żadnemu potrzebującemu nie odmówił pomocy. Często jak jestem w Oświęcimiu na cmentarzu na grobie babci i dziadka wspominam te słowa.

Moja mama Maria Keller (z domu Bernacik) pracowała jako przewodnik w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Byłabym i cała nasza rodzina, także i ta mieszkająca w Oświęcimiu (są dzieci i wnuki Augustyna – jedynego syna Juliana Bernacika) bardzo wdzięczna za uzupełnienie listy osób-pracowników PKP w Oświęcimiu, pomordowanych w czasie drugiej wojny światowej, która to będzie podstawą do upamiętnienia ich na tablicy mającej znaleźć się w przebudowywanym dworcu PKP w Oświęcimiu. Natomiast, nieumieszczenie na tablicy pamiątkowej Juliana Bernacika odczulibyśmy za wielką niesprawiedliwość.

Ze wzruszeniem przeczytałem list pani Sylwii Zyzman, której Mamę – Marię Keller bardzo dobrze znałem i byłem z nią zaprzyjaźniony, jakkolwiek nigdy nie opowiadała mi o tragicznej historii swojego ojca.

Adam Cyra

Oświęcim, 2 lutego 2019 r.

Narodowcy w KL Auschwitz

Styczeń 28th, 2019

Siedem lat temu rozstrzygnięty został Konkurs im. Władysława Pobóg-Malinowskiego na Najlepszy Debiut Historyczny 2011 roku. Jego organizatorem był Instytut Pamięci Narodowej i Instytut Historii Polskiej Akademii Nauk.

Zobacz film: Pilecki i narodowcy w KL Auschwitz

Wyróżnienia uzyskali m.in. czterej autorzy prac magisterskich, wśród których znalazł się Przemysław Bibik, absolwent politologii Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej im. rotmistrza Witolda Pileckiego w Oświęcimiu, gdzie napisał pracę licencjacką „Narodowcy jako ofiary KL Auschwitz” oraz Uniwersytetu Śląskiego w Katowicach, na którym obronił z kolei pracę zatytułowaną Kazimierz Smoleń. Więzień nazistowskich obozów koncentracyjnych, organizator i dyrektor Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau”.

Przemysław Bibik, rodowity oświęcimianin,  jest magistrem nauk politycznych w zakresie komunikacji społecznej i dziennikarstwa. Obecnie pracuje w Urzędzie Miasta w Oświęcimiu. Był także uczestnikiem dwunastej edycji studiów podyplomowych „Totalitaryzm-Nazizm-Holocaust”, organizowanych przez Muzeum Auschwitz-Birkenau oraz Wydział Humanistyczny Uniwersytetu Pedagogicznego im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie.

Obszerne fragmenty pracy licencjackiej Przemysława Bibika na temat historii polskich narodowców więzionych w KL Auschwitz zostały opublikowane w 2010 roku w książce pod redakcją prof. dr. hab. Bogumiła Grotta, zatytułowanej  „Różne oblicza nacjonalizmów. Polityka-Religia-Etos”.

Witold Teodor Staniszkis, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W całości pionierska praca  „Polscy narodowcy jako ofiary KL Auschwitz”, autorstwa Przemysława Bibika, ukazała się drukiem w 2016 roku. Książka ta warte jest polecenia bowiem jej autor, po wnikliwej kwerendzie w archiwum Muzeum w Auschwitz-Birkenau, przedstawił w niej tragiczne losy narodowców w oświęcimskim  obozie. Należy wspomnieć, że przez wiele lat historycy w komunistycznej Polsce pomijali w swoich opracowaniach ten temat, a jeśli już wspominali o narodowcach, to  przedstawiali ich głównie  jako faszystów, których po wojnie skazywano na śmierć .

Książka oświęcimskiego badacza Przemysława Bibika zadaje kłam tym opiniom. Jej autor w swojej pracy przybliża blisko osiemdziesiąt  sylwetek więźniów KL Auschwitz, działających w obozie w polskiej konspiracji narodowo-demokratycznej. Wśród wielu wymienionych tam więźniów,  działających w konspiracji obozowej, możemy zapoznac się z biogramami następujących osób: Seweryn Franciszek książę Czetwertyński-Światopełk, Jan Morsdorf, Tadeusz Wiktor Kobylański, Witold  Teodor  Staniszkis –  dziadek  znanej   współcześnie profesor Jadwigi Staniszkis, który zginął w KL Auschwitz (na zdjęciu).

Warto zwrócić również uwagę na to, że Przemysław Bibik przeciwstawia się w swej książce  dość powszechnym opiniom współczesnych, w większości lewicowych historyków, którzy twierdzą, iż Jan Morsdorf zmienił swoją postawę wobec Żydów dopiero jako więzień  KL Auschwitz, po naocznym zetknięciu się z ich tragedią.

Tymczasem autor wspierając się analizą narodowej myśli politycznej, jakiej dokonał prof. Bogumił Grott, wykładający kiedyś w PWSZ w Oświęcimiu,  przyjął tezę, że Jan Morsdorf i inni narodowcy więzieni za obozowymi drutami wcale nie zmienili poglądów na kwestię żydowską.

Ich postawa wobec Żydów  w KL Auschwitz była bowiem zgodna ze światopoglądem  narodowo-katolickim, który nakazywał nieść pomoc bliźniemu w obliczu zagrożenia utraty życia, zaś sam Jan Mosdorf za pomoc udzielaną Żydom w obozie został rozstrzelany pod Ścianą Straceń 11 października 1943 roku.

Reasumując, książka Przemysława Bibika, do której interesujący wstęp napisał historyk Bohdan Piętka z Centrum Badań Muzeum Auschwitz-Birkenau, prostuje wiele nieprawdziwych wypowiedzi rozpowszechnianych przez lewicowe środowiska i jest także ważnym przyczynkiem do historii polskiego ruchu narodowego, którego współcześni zwolennicy zorganizowali kontrowersyjny marsz w Oświęcimiu w 74. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz.

Rocznica wyzwolenia obozu oświęcimskiego jest okazją do przypomnienia martyrologii ludzi obozu narodowego, którzy przebywali w KL Auschwitz i zginęli. Był to kwiat polskiej inteligencji – tacy jak wspomniany prof. Witold Teodor Staniszkis (na zdjęciu wyżej), Jan Mosdorf, Edward Zajączek czy prof. Roman Rybarski, który pochodził z Zatora koło Oświęcimia. W linku fragment unikatowej książki więźnia narodowca Jerzego Ptakowskiego.

Czytaj więcej: Oświęcim bez cenzury i bez legend, Londyn 1985

Adam Cyra

Oświęcim, 28 stycznia 2019 r.

Urodzona w KL Auschwitz

Styczeń 27th, 2019

Stefania i Jan Wernikowie. Fot. Adam CyraW tegorocznych uroczystościach w Oświęcimiu-Brzezince, związanych z 74. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz przez żołnierzy Armii Czerwonej 27 stycznia 1945 roku,  uczestniczła Stefania Wernik zamieszkała w Osieku koło Olkusza.

Na  uroczystości przyjechała z mężem Janem, pochodzącym z Wołynia, któremu ojca zamordowali nacjonaliści ukraińscy na początku 1945 roku.

Stefania Wernik (z domu Piekarz) urodziła się 8 listopada 1944 roku w KL Auschwitz II-Birkenau. Po przyjściu na świat otrzymała nr obozowy 89136. Przeżyła wraz z matką Anną pobyt w obozie, przez wiele lat pełniła społecznie funkcję sekretarza Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych – Koło Nr 1 w Olkuszu.

Stefania i Jan Wernikowie. Fot. Adam Cyra

Zmarła kilka lat temu Anna Piekarz podczas okupacji hitlerowskiej mieszkała z mężem w Czubrowicach. W maju 1944 r. wybrała się do mamy w Osieku, żeby przynieść trochę żywności. Była wtedy w drugim miesiącu ciąży. Osiek był w Rzeszy, podobnie jak i Olkusz, już poza granicą Generalnego Gubernatorstwa i trzeba było przekroczyć granicę.

Szło wtedy kilkanaście innych kobiet, które szmuglowały żywność. Sądziła, że jak one przejdą, to i jej się uda. Po przekroczeniu granicy cała grupa została zatrzymana przez dwóch Niemców z psami. Przerażone kobiety usłyszały: Halt! Nie było możliwości ucieczki. Zaprowadzono je na pobliski posterunek graniczny i tam trzymano do wieczora. Rozpętała się w tym czasie straszna burza. Wieczorem zawieziono je do Olkusza i umieszczono w areszcie, w którym przemoczone przesiedziały do rana. Niemcy powiedzieli im, że zostaną wywiezione samochodem do obozu Auschwitz i tak się też stało.

„Przywitanie” w obozie

Po przyjeździe do obozu „przywitała” je funkcyjna Niemka, która powiedziała  do wystraszonych więźniarek: Wiecie „cugangi” co to jest. Tu jest lager śmierci.

Zaprowadzono je do łaźni i kazano rozebrać się do naga. Potem zostały ogolone na całym ciele, ostrzyżono im głowy i wydano więzienne ubranie oraz drewniaki na nogi. Po tych wszystkich czynnościach umieszczono je w baraku. Z powodu ciąży Annę Piekarz przed porodem przeniesiono do innego baraku. Poród rozpoczął się w poniedziałek po południu, a urodziła dopiero w środę, 8 listopada 1944 roku. Potem przez dwa tygodnie leżała tak słaba, że nawet Stefanii nie mogła karmić. Stara Rosjanka przynosiła jej dziecko i dostawiała do piersi. Córka, która przyszła na świat, cały czas była przy niej. Jak już wyzdrowiała, wypuszczono ją ze szpitala i umieszczono w innym baraku.  

Zbliżało się wyzwolenie

Kiedy esesmani uciekli przed żołnierzami Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, wcześniej podpalając część obozowych baraków, Anna Piekarz zawinęła dziecko w koc, znalazła jakiś taboret, włożyła tam córkę i uciekła. Niektórzy więźniowie zabierali żywność z esesmańskich magazynów, a ona zabrała dziecko i samotnie uciekała. Spotkała po drodze jakiegoś Niemca, a że córka wtedy strasznie płakała, to on radził dać jej cukru, żeby się uspokoiła. Bała się, aby ten Niemiec jej nie zatrzymał, ale puścił ją wolno. Szła pieszo i ciągnęła na sznurku obozowy taboret, w którym leżała córka.

Wędrówka do Libiąża i Krzeszowic

Stefania Wernik (z d. Piekarz)

Pokonując kilkanaście kilometrów dotarła do Libiąża. Tam zatrzymała się u gospodarzy, którzy ją przygarnęli. To byli zamożni ludzie, mieli sklep w tej miejscowości. Byli dla niej bardzo dobrzy, dawali jej wszystko, czego potrzebowała. Dla dziecka przygotowali kołyskę. Mogła u nich być dłużej, ale ona chciała dostać się jak najszybciej do rodzinnego domu. Mieszkała u nich tylko tydzień.   Potem dotarła do Krzeszowic, gdzie jej brat służył u jednego z gospodarzy. Tam przenocowała, a potem jedna z kobiet pojechała powiadomić jej męża w Czubrowicach, żeby po nią przyjechał. Mąż nie chciał wierzyć, że to prawda, bo myślał, że ona już nie żyje.  

Powrót do Osieka koło Olkusza

W końcu jednak ta wiadomość dotarła do jego świadomości i 8 lutego 1945 roku przywiózł ocalone z Auschwitz do domu swojej teściowej w Osieku. Mąż Anny Piekarz poszedł do urzędu stanu cywilnego zgłosić fakt narodzin dziecka, ale nie powiedział, że córka urodziła się w obozie Auschwitz. Podał jako miejsce urodzenia Czubrowice. Bał się, żeby nie było jakichś kłopotów. Córka Stefania dopiero po ślubie przeprowadziła sądownie zmianę miejsca urodzenia w swojej metryce.

Stefania Wernik nie może pamiętać tragicznych wydarzeń, których świadkiem była jej matka, wszak w momencie wyzwolenia KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 1945 r. miała zaledwie niecałe trzy miesiące. Do dzisiaj miewa jednak  męczące sny, w których ciągle przed czymś ucieka. Po przebudzeniu jest szczęśliwa, że był to tylko koszmar senny.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 27 stycznia 2019 r.

Wyzwolenie KL Auschwitz

Styczeń 25th, 2019

Kiedy 27 stycznia 1945 roku do obozów Auschwitz-Birkenau-Monowitz wkroczyli żołnierze Armii Czerwonej pozostało w nich tylko około siedem tysięcy chorych i wycieńczonych więźniów (mężczyzn, kobiet i dzieci), którzy przeważnie już nie byli w stanie uczestniczyć w morderczym, pieszym marszu ewakuacyjnym, zwanym Marszem Śmierci, który prowadził głównie do Wodzisławia Śląskiego.

W działaniach wojennych, mających na celu wyzwolenie KL Auschwitz i miasta Oświęcimia, poległo lub zmarło z odniesionych ran 231 żołnierzy sowieckich. Ich szczątki po wojnie ekshumowano z terenów gromad Rajsko, Polanka Wielka, Grojec, Dwory, Brzezinka, Babice, gminy Osiek oraz miasta Oświęcimia. W 1948 roku pochowani zostali w zbiorowej mogile na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu.

Najprawdopodobniej wśród poległych znajdowało się także kilku Polaków wcielonych z poboru do Armii Czerwonej. Byli oni sowieckimi żołnierzami 100. Lwowskiej Dywizji Strzeleckiej, wchodzącej w skład 60. Armii 1. Frontu Ukraińskiego, która bezpośrednio brała udział w operacji oświęcimskiej.

Zbiorowy grób żołnierzy Armii Czerwonej na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu. Fot. Przemysław Bibik

Ich rodziny przypuszczalnie do dzisiaj nie wiedzą, gdzie znajdują się ich groby.

Zapewne Polacy to: Włodzimierz Duda ze Lwowa, Piotr Kurelas i Eugeniusz Żuk z okolic tego miasta, a także Józef Mielnik z okolic Drohobycza, Włodzimierz Mielnik z Kamionki Strumiłowej oraz Józef Ataczuk i Józef Rarycki z okolic Kamieńca Podolskiego.

Wymienieni Polacy zginęli jako żołnierze sowieccy, niosąc ratunek więźniom KL Auschwitz i wyzwalając spod okupacji hitlerowskiej mieszkańców Oświęcimia.

Obecnie trwają przygotowania do uroczystości upamiętniających 74. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau.

Adam Cyra
Oświęcim, 25 stycznia 2019 r.

Siódma rocznica śmierci Kazimierza Smolenia

Styczeń 24th, 2019

Kazimierz Smoleń na kilkanaście miesięcy przed śmiercią. Fot. Adam Cyra

Kazimierz Smoleń zmarł w Oświęcimiu w dniu 27 stycznia 2012 roku, dokładnie w 67. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz, mając 91 lat. Przez trzydzieści pięć lat był dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Urodził się 19 kwietnia 1920 roku w Chorzowie, gdzie ukończył szkołę powszechną, a następnie Państwowe Liceum i Gimnazjum im. Odrowążów, w którego murach uzyskał  maturę w 1938 roku. Jego ojciec – Józef Smoleń brał udział we wszystkich powstaniach śląskich, w latach późniejszych zostając prezesem chorzowskiej grupy Związku Powstańców Śląskich.

Kazimierz Smoleń aresztowany został przez gestapo za działalność konspiracyjną wioną 1940 roku i umieszczony w więzieniu policyjnym w Chorzowie. Następnie  przebywał w więzieniu przejściowym w Sosnowcu, z którego przewieziono go do KL Auschwitz 6 lipca w tym samym roku.

W oświęcimskim obozie oznaczono go numerem 1327 i więziony był w nim do 18 stycznia 1945 roku. Ewakuowany w Marszu Śmierci do Wodzisławia Śląskiego, skąd przewieziono go wraz z innymi więźniami do KL Mauthausen. Przebywał również w jego podobozach Melk i Ebensee, wyzwolony przez żołnierzy amerykańskich 6 maja 1945 roku. Jego ojciec Józef Smoleń wojny nie przeżył, zginął w KL Mauthausen w 1941 roku.

Kazimierz Smoleń, 91. rocznica urodzin 19.04.2011 r. Fot. Adam Cyra

Kazimierz Smoleń po wojnie ukończył studia na Wydziale Prawa Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. W 1955 roku został powołany na stanowisko dyrektora Muzeum Auschwitz-Birkenau, na którym pracował do 1990 roku. Był autorem wielu scenariuszy zarówno wystawienniczych jak i filmowych. Jeszcze przed objęciem stanowiska dyrektora tego Miejsca Pamięci, w lutym 1955 roku brał udział przy opracowywaniu scenariusza wystawy stałej w Muzeum Auschwitz-Birkenau, którą do dzisiaj oglądają rokrocznie setki tysięcy odwiedzających.

W ostatnich kilkunastu latach swojego życia Kazimierz Smoleń wielokrotnie spotykał się z młodzieżą polską i niemiecką. Dla Niemców wygłaszał prelekcje, m.in. w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu, przykuwając zawsze uwagę słuchaczy jako niezwykły znawca historii KL Auschwitz i żywy świadek historii.

W 2004 roku został odznaczony Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Wciąż dużo pracował, dzieląc się swoją ]wiedzą i doświadczeniem z każdym, kto interesował się historią niemieckich obozów koncentracyjnych.

Kazimierz Smoleń został pochowany w swoim rodzinnym mieście na cmentarzu w Chorzowie Starym.

Adam Cyra
Oświęcim, 23 stycznia 2019 r.

Malował, pisał i tworzył Muzeum Auschwitz-Birkenau

Styczeń 22nd, 2019

27 stycznia 2019 r. na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau odbędą się obchody upamiętniające 74. rocznicę wyzwolenia Auschwitz. Wizualnym symbolem rocznicy będzie praca byłego więźnia Jerzego Adama Brandhubera, zatytułowana „Przybycie transportu na rampę”.

Autor tej pracy znany był przed laty wielu mieszkańcom Oświęcimia, w którym zamieszkał po wojnie w 1947 roku i przebywał tutaj stale aż do śmierci w dniu 19 czerwca 1981 roku. Artysta malarz, członek Związku Polskich Artystów Plastyków w Bielsku-Białej, odznaczony m. in. dwukrotnie Krzyżem Walecznych, Odznaką Orlęta i Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Jerzy Adam Brandhuber, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Urodził się 23 października 1897 roku w Krakowie. W tym mieście rozpoczął studia na Uniwersytecie Jagiellońskim – geologia i matematyka, które musiał przerwać z powodu wcielenia w szeregi armii austriackiej, a następnie, po odzyskaniu niepodległości, powołania do służby w Wojsku Polskim. Po jej zakończeniu studiował na Wydziale Malarstwa i Rzeźby w Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie.

W latach 1925-1939 pracował jako nauczyciel rysunku i geometrii wykreślnej w Gimnazjum im. Króla Stanisława Leszczyńskiego w Jaśle. W okresie tym dużo rysował i malował, wystawiając swoje prace w Krakowie oraz we Lwowie.

Jerzy Adam Brandhuber "Autoportret z papierosem"

Najbardziej tragiczny okres Jego życia przypadł na lata okupacji hitlerowskiej, które przyniosły mu aresztowanie w Jaśle i pobyt w tamtejszym więzieniu od września do grudnia 1942 roku, a następnie przeniesienie do więzienia w Tarnowie i deportowanie w dniu 14 stycznia do KL Auschwitz. Powodem aresztowania i osadzenia artysty w obozie była przynależność do ZWZ/AK i udzielenie pomocy Żydom.

W październiku 1944 roku przeniesiono go do KL Sachsenhausen, z którego uwolniony został 3 maja 1945 roku – przez wojska amerykańskie – na trasie ewakuacji tego obozu w okolicach Schwerina. Po wyzwoleniu przebywał krótki czas w Lubece, gdzie miał pierwszą powojenną wystawę swoich prac. Były to rysunku i szkice zabytków Lubeki., która urzekła go swoją architekturą.

Obraz Jerzego Adama Brandhubera, "Dwunastu powieszonych na placu apelowym"

Po wojnie powrócił do Krakowa w 1946 roku i rozpoczął pracę  nad cyklem grafiki „Oświęcim-Brzezinka”, którą kontynuował w następnych latach, pracując jako kustosz w utworzonym w 1947 roku Muzeum oświęcimskim aż do przejścia na emeryturę.

Reżyser Jerzy Ziarnik poświęcił mu w 1968 roku film dokumentalny „W zaklętym kręgu”. Jego prace o tematyce obozowej były eksponowane w różnych miastach Polski, a także za granicą, m. in. w Czechosłowacji, Holandii, Szwecji, RFN, Japonii i Izraelu. Zobacz: Dwunastu powieszonych w Auschwitz

Grób Jerzego Adama Brandhubera

Obok tematyki nawiązującej do tragicznych przeżyć z lat wojny, malował martwe natury, kwiaty i portrety ludzi z najbliższego otoczenia.

Przez wiele lat utrwalał także piórem pamięć o tragicznych wydarzeniach, pracując jako  kierownik Działu Naukowego Muzeum Auschwitz-Birkenau, zajmującego się badaniami historycznymi. Napisał m.in. opracowanie na temat jeńców sowieckich w KL Auschwitz.

Jest pochowany na cmentarzu komunalnym w Oświęcimiu. Od Jego śmierci minęło trzydzieści siedem lat.

Adam Cyra

Oświęcim, 22 stycznia 2019 r.

Życiorys z celi śmierci

Styczeń 20th, 2019

Cela "Urbana" w podziemiach bloku nr 11

Niewyjaśniona do dzisiaj  tajemnica Auschwitz

Na drzwiach celi nr 21 w Bloku Śmierci za pomocą rysunków ppor. Stefan Jasieński, symbolicznie „napisał pamiętnik” swojego bogatego w różnorodne doświadczenia życia.

Ta niezwykła ilustrowana autobiografia cichociemnego zawiera m.in.: herb rodu Jasieńskich „Dołęga”, lancę ułańską z proporcem, szablę, motocykl, angielski czołg Cromwell, nad nim Znak Spadochronowy przedstawiający spadającego do ataku orła, a także samolot bombowy Halifax i skoczka opadającego na spadochronie.

Ponadto wykonał rysunki w tynku ścian celi nr 21, w tym dwa rysunki o tematyce religijnej. Pierwszy z nich przedstawia postać Chrystusa Ukrzyżowanego, natomiast drugi, wizerunek Chrystusa Miłosiernego. Urban” wykonał także w celi nr 21 kalendarz, który zawiera wyryte w tynku liczby, oznaczające kolejne poniedziałki od 13 listopada 1944 roku do 1 stycznia 1945 r. Sześć pozostałych dni tygodnia stanowią widoczne jeszcze w tynku kropki w liniach poziomych.

Tajemnicza śmierć cichociemnego

Ppor. Stefan Jasieński poniósł śmierć w obozie oświęcimskim – w nie wyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach – na początku stycznia 1945 r.

Są domniemania, że stało się to za przyczyną obozowego ruchu oporu, który obawiał się jego załamania podczas przesłuchiwań prowadzonych przez obozowe gestapo, co groziło dekonspiracją tajnej siatki wśród więźniów KL Auschwitz.

Ppor. Stefan Jasieński posiadał nadane w czasie wojny odznaczenia: Virtuti Militari V klasy i Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami. Zamów: Spadochroniarz „Urban

Przez kilka zbierałem materiały na temat działalności obozowego ruchu oporu w 1944 r. z udziałem Józefa Cyrankiewicza i Stefana Jasieńskiego. Efektem moich wysiłków badawczych jest wydana w 2005 r. książka Spadochroniarz „Urban”. Ppor. Stefan Jasieński (1914-1945). Czytaj więcej: Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz

Zobacz: 30 lat temu, 20 stycznia, zmarł Józef Cyrankiewicz, najdłużej sprawujący swoją funkcję premier PRL

Więźniowie KL Auschwitz przygotowywali powstanie. Miała pomóc Armia Krajowa

Adam Cyra

Oświęcim, 19 stycznia 2019 r.

Ślady pozostawione przez więźniów Auschwitz

Styczeń 18th, 2019

Bardzo często jedynym śladem po ludziach więzionych w KL Auschwitz i zamordowanych w różnych okolicznościach są napisy na ścianach, cegłach, drzwiach, parapetach okiennych i belkach stropowych. Obok napisów w wielu pomieszczeniach poobozowych znajdują się rysunki, inicjały i numery więźniarskie ich autorów.

Zamów: Pozostał po nich ślad … życiorysy z cel śmierci

Wyryte ślady życia, które tak licznie odnajdujemy na cegłach budynków w obozie  macierzystym, jak i w KL Auschwitz II-Birkenau, mówią nam o niemych świadkach tragedii.

Są to namacalne dowody na istnienie żywych istot ludzkich, które niemal taśmowo, a już na pewno masowo przechodziły przez obóz koncentracyjny. W latach niemieckiej okupacji stał się on dla większości z nich miejscem niechybnej śmierci.

Przez blisko dwadzieścia lat Marek Księżarczyk, oświęcimski pasjonat historii, fotografował napisy wyryte przez więźniów na cegłach na zewnątrz bloków na terenie dawnego obozu Auschwitz-Birkenau.

W dniu 26 stycznia 2019 r. o godz. 10.00, w przeddzień wyzwolenia KL Auschwitz odbędzie się w Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu promocja jego albumu, zatytułowanego „Niezatarte ślady życia”.

Zdjęcia napisów na poobozowych cegłach Marek Księżarczyk, prezes oświęcimskiego Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau gromadził przez wiele lat, dzisiaj posiada ich ponad dwieście.

Kilkadziesiąt z nich prezentuje w swoim albumie, nad którym ostatnio intensywnie pracował przez kilka  miesięcy, aby zdążyć z jego wydaniem przed 74. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz.

Czytaj więcej: Niezatarte ślady życia w KL Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim, 18 stycznia 2019 r.

Fałszerstwa wokół Symbolu Polski Walczącej

Styczeń 17th, 2019

Przypisywanie jakiekolwiek faszystowskiego pochodzenia znaku Polski Walczącej jest manipulacją i fałszerstwem, na co zwrócił uwagę konsul RP w Nowym Jorku, Maciej Golubiewski, w związku z ulotkami, jakie pojawiły się na Greenpoincie na nowojorskim Brooklynie, co nagłośnił portal Greenpointers. Dziennikarze zamieścili zdjęcie ulotki o tytule „Naziści precz z Greenpointu!” (Nazis out of Greenpoint!).

Na ulotce wymieniono grupy przestępcze oraz napisy i naklejki, którymi się posługują. Wśród nich znalazł znalazł się znak „Polski Walczącej” podpisany jako „symbol Armii Krajowej przywłaszczony przez polskich i polsko-amerykańskich faszystów”.

Portal Greenpointers, publikując informację o ulotkach, zwrócił uwagę na historię i znaczenie „Polski Walczącej”. Z kolei  ja chcę przypomnieć, że twórczyni znaku „Polski Walczącej”  zginęła w KL Auschwitz II-Birkenau.

Z kolei na terenie tego dawnego niemieckiego obozu zagłady  zdarza się dzisiaj, że umieszczane są tam przez odwiedzających tabliczki z napisem w języku angielskim. Tabliczki te zawierają fałszywą i karygodną informację, że tutaj był polski obóz, o czym świadczy zdjęcie obok, znalezione przeze mnie w internecie.

Siedemdziesiąt sześć lat temu członkowie konspiracyjnej organizacji małego sabotażu „Wawer” rozpoczęli malować „Kotwicę” na ulicach okupowanej Warszawy. Warto przypomnieć, w jakich okolicznościach znak ten powstał i kto był jego twórcą. W pierwszych miesiącach 1942 r. Biuro Informacji i Propagandy Komendy Głównej AK ogłosiło konkurs na znak dla tej organizacji. Spośród dwudziestu siedmiu projektów ostatecznie wybrano „Kotwicę”, którą uznano za najbardziej czytelny symbol Polski Walczącej.

Obozowy akt zgonu Anny Smoleńskiej

Znak łączył w sobie literę „P” jak Polska i „W” jak walka. Nowo powstały symbol był stosunkowo łatwy do narysowania lub namalowania. Jako znak Polski Walczącej „Kotwica” po raz pierwszy była wykonywana na murach budynków Warszawy 20 marca 1942 r.

Konspiracyjny „Biuletyn Informacyjny” AK z  16 kwietnia 1942 r. pisał: Już od miesiąca na murach Warszawy rysowany jest znak kotwicy. Rysunek kotwicy jest robiony tak, że jego górna część tworzy literę „P”, zaś część dolna – literę „W”. Pewna ilość napisów objaśnia, że znak kotwicy jest znakiem Polski Walczącej. Zapoczątkowany być może przez jakiś zespół – znak ten stał się już własnością powszechną (…) Nie umiemy wytłumaczyć popularności tego znaku (…) Być może działa tu chęć pokazania wrogowi, że mimo wszystko – nie złamał naszego ducha (…) Może na wyobraźnię „rysowników” działa symbolika kotwicy – znaku nadziei.

Autorką znaku Polski Walczącej była Anna Smoleńska(ur. w 1920 r.), studentka historii sztuki na tajnym Uniwersytecie Warszawskim oraz harcerka Szarych Szeregów. Była córką Kazimierza Smoleńskiego, profesora chemii na Politechnice Warszawskiej i uczestniczyła również w akcji małego sabotażu „Wawer”.

Anna Smoleńska była także łączniczką sekretarza redakcji „Biuletynu Informacyjnego” Marii Straszewskiej. Po nieudanej próbie aresztowania redaktora naczelnego „Biuletynu Informacyjnego” Aleksandra Kamińskiego i sekretarza redakcji Marii Straszewskiej – gestapo w dniu 3 listopada 1942 r. aresztowało Annę Smoleńską wraz rodzicami, siostrą i bratem z żoną.

Prof. Kazimierz Smoleński przez kilka miesięcy był więziony na Pawiaku. Rozstrzelany został przez hitlerowców w Lesie Kabackim 13 maja 1943 r. Miał 57 lat.

Stanisław Smoleński (1908-1986)

Jego syn Stanisław Smoleński, urodzony w 1908 r., z zawodu dziennikarz, osadzony również na Pawiaku, został w transporcie męskim 27 listopada 1942 r. przywieziony do KL Auschwitz. W obozie oznaczono go numerem więźniarskim 78074. W marcu 1943 r. przeniesiony został KL Gross-Rosen, a w miesiąc później do KL Sachsenhausen. Po wojnie powrócił do stolicy, gdzie rozpoczął pracę w Polskim Radiu. Zmarł  w Warszawie 24 stycznia 1986 r.

Razem z nim, 27 listopada 1942 r., transportem żeńskim z Pawiaka do obozu oświęcimskiego przywieziono 53 kobiety, wśród których była jego żona Danuta (nr 26012), matka Eugenia (nr 26010) oraz dwie siostry: Anna (nr 26008) i Janina (nr 26009).

Anna Smoleńska (1920-1943). Zdjęcie znajduje się w Muzeum Auschwitz na wystawie w bloku nr 6.

Większość przywiezionych wówczas warszawianek należała do organizacji „Wawer”. Zatrzymano je podczas aresztowań, 3 listopada 1942 r., w różnych lokalach kontaktowych na terenie Warszawy. W mieszkaniu profesora Kazimierza Smoleńskiego podczas aresztowania, zatrzymano także przebywającą wówczas w nim Krystynę Rejs (nr 26007), która pobyt w niemieckich obozach przeżyła. Żona profesora Kazimierza Smoleńskiego – Eugenia, urodzona w 1886 r., inż. chemik, zginęła w KL Auschwitz 8 marca 1943 r.

Z kolei żona jego syna Stanisława Smoleńskiego – Danuta, urodzona w 1908 r., prawnik, zginęła w KL Auschwitz 13 stycznia 1943 r. Córka profesora Kazimierza Smoleńskiego – Janina, dla której Eugenia – druga żona profesora była macochą, urodzona w 1903 r., dr chemii i biologii, zginęła również w tym obozie 12 marca 1943 r.

Joanna Komorowska, mieszkająca obecnie w Kanadzie, napisała do mnie:

Anna Smoleńska z siostrą Ireną

„Jestem siostrzenicą Anny Smoleńskiej, autorki „Kotwicy”.  Anna, poza przyrodnim rodzeństwem – Stanisławem, Janiną i Felicją, dziećmi mojego dziadka Kazimierza Smoleńskiego z pierwszego małżeństwa, miała młodszą, jedyną rodzoną siostrę Irenę, moją mamę. W dniu nalotu gestapo na mieszkanie Smoleńskich, mama, pomimo przeziębienia, poszła na parę godzin do szkoły.  Nieznany jej asystent ojca ostrzegł ją przed powrotem do domu. Opiekę nad mamą przejęło AK któremu mama pomogła wydobyć ze skrytki ważne, tajne dokumenty. W 1944 roku mama wzięła ślub  z moim ojcem, Jerzym Ustupskim, radiotelegrafistą AK. Ślubu udzielił ksiądz Zieja a gośćmi weselnymi byli przywódcy AK. Mama wraz z ojcem brała udział w Powstaniu Warszawskim, na Żoliborzu w „Łodzi Podwodnej”. Poza mamą i jej ukochanym, bratem Stanisławem, współorganizatorem akcji N, wojnę przeżyła również Felicja, inżynier rolnik, która mieszkała wraz z mężem poza Warszawą (to ona studiowała rolnictwo, wydaje mi się że Anna studiowała polonistykę, muszę to sprawdzić w dokumentach które są w Polsce).

Mama była osobą skromną i cichą nie lubiła rozgłosu, nie przypominała o swoim istnieniu. Dopiero po śmierci mamy moje siostry i ja postanowiłyśmy przestać milczeć, chcemy sprostować nieścisłości w życiorysie naszych bliskich i uzupełnić braki w wiedzy na temat niezwykłej rodziny Smoleńskich. Pomimo dwutygodniowego kotła które gestapo utrzymywało w domu dziadków i wywózce ich mebli tudzież wszystkich innych wartościowych rzeczy, zachowały się pewne dokumenty i fotografie które żona profesora Chrzanowskiego pozbierała z podłogi opuszczonego przez Niemców mieszkania. Fotografie te, przechowywane pózniej w domu Siostry dziadka Smoleńskiego przeżyły w jedynej przestrzeni która zachowała się w całkowicie zbombardowanym domu i ostatecznie trafiły do mojej mamy”.

Symbol Polski Walczącej

Wspomniana Anna Smoleńska, twórczyni znaku Polski Walczącej zginęła w KL Auschwitz, siedemdziesiąt cztery lata temu, 19 marca 1943 r.

Dzisiaj nie wszyscy, patrząc na znak Polski Walczącej – wiedzą, kto zaprojektował ten symbol nadziei Polaków, walczących z okupantem hitlerowskim i jak tragiczna była historia rodziny Smoleńskich z Warszawy.

Adam Cyra

Oświęcim, 16 stycznia 2019 r.

Zapominana martyrologia Polaków w KL Auschwitz

Styczeń 11th, 2019
Wkrótce minie 74. rocznica wyzwolenia KL Auschwitz, który funkcjonował jako niemiecki nazistowski obóz, gdzie masowo ginęli Polacy, o czym nie zawsze się dzisiaj pamięta, szczególnie na Zachodzie. Z mojej rodziny sześć osób zginęło w KL Auschwitz, w tym brat mojego ojca i dwóch moich kuzynów.

Obecnie na terenach tego największego byłego niemieckiego obozu jedynym symbolem religijnym upamiętniającym martyrologię Polaków, prawie samych chrześcijan, jest krzyż na terenie poobozowej żwirowni znajdującej się poza ogrodzeniem dawnego obozu macierzystego w Oświęcimiu, czyli KL Auschwitz I.

W żwirowni tej podczas morderczej pracy ginęli masowo więźniowie karnej kompanii, głównie Polacy i polscy Żydzi, wśród których zdarzali się też katolicy. Krzyż ten jest usytuowany również bardzo blisko bloku nr 11, zwanego Blokiem Śmierci. Na dziedzińcu tego bloku Niemcy rozstrzelali pod Ścianą Straceń co najmniej kilka tysięcy Polaków.

Nie należy również zapominać, że na parterze w bloku nr 11, oczekując na „sąd doraźny”, przebywali więźniowie policyjni, których w większości skazywano na śmierć i natychmiast mordowano. Byli nimi polscy więźniowie polityczni, pochodzący z rejencji katowickiej. Zobacz: Liczba ofiar w KL Auschwitz

Wspomniany krzyż był elementem ołtarza, przy którym na terenie byłego obozu Auschwitz II-Birkenau w czerwcu 1979 r., podczas pierwszej pielgrzymki do Polski, Mszę św. odprawił Jan Paweł II. W 1988 r., za zgodą Kościoła katolickiego, krzyż ten został przeniesiony w procesji na żwirowisko.

Poza granicami Polski – ta polska i nieżydowska martyrologia – jest nadal mało znana. Stąd też należy wciąż przypominać, że KL Auschwitz-Birkenau nie jest – tak jak tereny miejsc masowej zagłady Żydów w Bełżcu czy Sobiborze – prawie wyłącznie i jedynie cmentarzem żydowskim.

W pierwszej części KL Auschwitz, czyli w obozie macierzystym w Oświęcimiu, śmierć poniosło kilkadziesiąt lub może jedynie  kilkanaście tysięcy Żydów. Stanowi to kilka procent z ogólnej liczby około miliona Żydów, którzy zginęli przede wszystkim w komorach gazowych oddalonej o trzy kilometry drugiej części obozu KL Auschwitz II-Birkenau, czyli w Brzezince (około 900 tys.). Ponadto w tej drugiej części obozu, której budowę rozpoczęto w październiku 1941 r., jako zarejestrowani więźniowie ginęli razem Żydzi, Polacy, Romowie, jeńcy sowieccy i więźniowie innych narodowości.

Żydzi przede wszystkim byli masowo mordowani w komorach gazowych Birkenau. Stanowili również połowę zarejestrowanych więźniów (około 200 tys.) osadzonych w KL Auschwitz-Birkenau i w jego około 40 podobozach, w których ich głównie umieszczano.

Nie można jednak zapominać, że druga połowa zarejestrowanych więźniów w KL Auschwitz-Birkenau to przede wszystkim Polacy (około 140 tys.), Romowie (ponad 20 tys.), jeńcy sowieccy (około 12 tys.) i więźniowie innych narodowości (kilkanaście tysięcy).

Polacy stanowili 35 proc. wszystkich więźniów ujętych w ewidencji obozowej i numerowanych, jak również odgrywali szczególną rolę w obozowym ruchu oporu. Ponadto nie zarejestrowano w ewidencji obozowej około 10 tys. Polaków i około 3 tys. jeńców sowieckich, których także zamordowano w KL Auschwitz.

Niemiecki nazistowski obóz Auschwitz w początkowym okresie był miejscem kaźni niemal wyłącznie samych Polaków.

Ginęli tutaj przede wszystkim przedstawiciele polskiej inteligencji oraz członkowie polskiej konspiracji i Polacy schwytani w łapankach, jak również w niewielkiej liczbie polscy Żydzi przywożeni w transportach razem z Polakami.

Masowa zagłada ludności żydowskiej rozpoczęta została w komorach gazowych Birkenau wiosną 1942 roku. Równocześnie transporty polskie kierowane były nadal do KL Auschwitz-Birkenau aż do końca istnienia tego obozu. W tamtych latach przywożono tu m.in. mieszkańców wiosek z Zamojszczyzny (ponad 1300 osób) oraz ludność powstańczej Warszawy (około 13 tys.). Należy zwrócić uwagę na to, że na Zamojszczyźnie w grudniu 1942 r. rozpoczęto realizację planu masowych deportacji Polaków do obozu zagłady Auschwitz. Na szczęście wiosną 1943 r. Niemcy ze względu na sytuację na frontach zaniechali dalszych deportacji Polaków z tych terenów do KL Auschwitz. Polaków przywożono do obozu przez cały okres jego istnienia, zarówno z Generalnego Gubernatorstwa, jak i polskich ziem zachodnich oraz północnych włączonych podczas okupacji do Rzeszy. Do KL Auschwitz trafiali także Polacy z dystryktu galicyjskiego – ze Lwowa.

Pracownicy Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu na przestrzeni kilkunastu lat opracowali i opublikowali bardzo obszerne, kilkunastotomowe Księgi Pamięci poświęcone polskim transportom mężczyzn, kobiet i dzieci z dystryktów: warszawskiego (około 26 tys. osób), krakowskiego (około 18 tys. osób), radomskiego (około 16 tys. osób), lubelskiego (ponad 7 tys. osób).

Dotychczas jako ostatnia ukazała się już piąta Księga Pamięci, której Autorem jest Bohdan Piętka, zatytułowana „Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny 1940-1944″.

Ta trzytomowa publikacja autorstwa wspomnianego historyka Muzeum przedstawia losy 5453 więźniów i więźniarek, których niemieccy naziści deportowali do KL Auschwitz w 84 transportach.

Historyk Bohdan Piętka tak wypowiedział się na temat tej publikacji, którą nazwał dziełem swojego życia:

Najwięcej z nich, bo 4674 osoby, przywieziono z Kraju Warty w transportach z Łodzi, Poznania, Inowrocławia, Kalisza i Sieradza. Znajdowały się wśród nich znaczące postacie polskiego podziemia, przedstawiciele miejscowych elit oraz członkowie wszystkich warstw ówczesnego społeczeństwa polskiego.

Dla badaczy II wojny światowej wspomniane Księgi Pamięci Polaków stanowią cenny materiał źródłowy i poznawczy, który został zgromadzony i opracowany dzięki żmudnej pracy wielu osób. Jednocześnie są one dowodem na to, że tragiczne losy polskich więźniów w KL Auschwitz nie zostały zapomniane. Niestety, żadna z nich dotychczas nie została przetłumaczona na język angielski.

Luki źródłowe wynikające z zacierania śladów zbrodni przez SS i niszczenia dokumentacji obozowej w obliczu klęski III Rzeszy powodują jednak, że nie można odtworzyć pełnego wykazu Polaków deportowanych do tego obozu. Z tego też powodu do tej pory historycy nie potrafią w sposób ostateczny i najbliższy prawdzie odpowiedzieć na pytanie: ilu polskich więźniów zginęło w KL Auschwitz-Birkenau?

Stan wiedzy o tragicznej historii tego obozu pozwala podać jedynie szacunkową liczbę Polaków, którzy stracili w nim życie. Spośród osadzonych w tym obozie około 150 tys. Polaków – sądzę, że  około 100 tys. nie przeżyło wojny i nie doczekało wolności. Zginęli w KL Auschwitz (według szacunkowych obliczeń około 75 tys.) lub po wywiezieniu ich z tego obozu w głąb Niemiec do innych nazistowskich obozów koncentracyjnych (kilkanaście lub kilkadziesiąt tysięcy Polaków).

Z drugiej strony na to zagadnienie można popatrzeć także w inny sposób, przypominając, że w KL Auschwitz-Birkenau i jego podobozach zginęło około 400 tys. obywateli polskich: Polacy (około 75 tys.) i polscy Żydzi (około 300 tys.), co stanowi jedną trzecią zamordowanych, ponieważ liczba wszystkich ofiar tego największego obozu zagłady wynosi co najmniej 1,1 mln ludzi.

Warto także jeszcze raz wspomnieć o zagładzie ponad 20 tys. Cyganów w KL Auschwitz II-Birkenau. Niezbyt często mówi się bowiem, że dla Polaków – podobnie jak dla Żydów, a także dla Romów, w większości chrześcijan, obóz ten to symbol zagłady.

Nie było takiego drugiego nazistowskiego obozu niemieckiego, w którym zginęłoby tak wielu Żydów, Polaków i Romów.

Warto również podkreślić ogromny wkład badawczy historyka-amatora nad martyrologią Polaków w KL Auschwitz.

Jerzy Klistała (ur. 1935 r.) – jest mieszkańcem Bielska-Białej, który w czasie okupacji niemieckiej osobiście doświadczył skutków terroru hitlerowskiego. Jego ojciec za działalność konspiracyjną w ZWZ/AK został rozstrzelany w KL Auschwitz pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 w 1943 r.

Młody Jurek po raz pierwszy zwiedził były obóz Auschwitz-Birkenau jako dwunastoletni uczeń z wycieczką szkolną. Było to dwa lata po wojnie. Nie przypuszczał wówczas, że to miejsce masowych zbrodni hitlerowskich wpłynie na jego późniejsze życie w tak wyjątkowy sposób. Świeże jeszcze ślady po byłym obozie, podziałały wówczas na jego dziecinną świadomość bardzo mocno – przyjechał bowiem do miejsca, w którym zginął jego ojciec, mający zaledwie trzydzieści dwa lata. W życiu dorosłym Jerzy Klistała, już po przejściu na emeryturę, zajął się biografistyką więźniów obozów koncentracyjnych, nie pozwalając, aby pozostali oni bezimienni.

Bielszczanin dotychczas publikował pozycje, związane z martyrologią Polaków z terenu Małopolski, Śląska, Podbeskidzia i Zaolzia. Obecnie pracuje nad słownikiem biograficznym, który będzie poświęcony stratom polskiego duchowieństwa w niemieckich obozach koncentracyjnych z terenów Śląska .

Przed kilku laty prof. Tomasz Nałęcz, ówczesny doradca Prezydenta RP ds. historii, na temat publikacji Jerzego Klistały napisał:

Jestem pod ogromnym wrażeniem dzieła, jakie Pan wykonuje. Jako historyk świetnie zdaje sobie sprawę z tego, ile trudu kryje się za każdą stronicą tych książek. Podziwiam Pana wytrwałość, determinację i umiejętności historyczne, dzięki którym te opracowania w bardzo cenny sposób dokumentują najbardziej dramatyczne karty naszej narodowej historii z okresu II wojny światowej.

Ostatnia publikacja Jerzego Klistały nie pozwala zapomnieć o ofiarach,  jakie ponieśli w walce z niemieckim nazizmem Polacy z Zaolzia.

Zobacz: Siatka „Augusta”

Adam Cyra

Oświęcim, 11 stycznia 2019 r.

36 lat działalności Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau

Styczeń 7th, 2019

Sześć lat temu w 2013 roku ukazał się pięćdziesiąty ósmy i ostatni numer „Biuletynu Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem”, który nawiązywał do trzydziestej rocznicy działalności tej organizacji w latach 1983-2013.

Marek Księżarczyk, długoletni oświęcimski prezes Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau, wspomina: „Organizacja w której działam, istnieje już trzydzieści sześć lat. Warto przypomnieć, że powstała ona w dniu 25 stycznia 1983 roku, z inicjatywy byłych więźniów KL Auschwitz, którzy postanowili podjąć różnorodne działania, aby zachować pamięć o tragicznych wydarzeniach z czasów istnienia niemieckiego obozu zagłady Auschwitz-Birkenau. W ciągu minionych trzydziestu sześciu lat działacze TOnO, nie tylko byli więźniowie, ale również młodzi ludzie, interesujący się historią obozu oświęcimskiego, zrobili wiele, aby zapobiec zapomnieniu”.

Marek Księżarczyk, prezes Oddziału Miejskiego TOnO w Oświęcimiu

„Celem Towarzystwa – stwierdza Marek Księżarczyk, powołując się na jego statut – jest szeroko pojęta opieka nad byłym hitlerowskim obozem zagłady Auschwitz-Birkenau w zakresie dbałości o zachowanie i należyte utrzymywanie jego terenu oraz działalność oświatowa i popularyzatorska, mająca za zadanie zachowanie i utrwalanie w szerokich kręgach społeczeństwa, przede wszystkim wśród młodzieży, pamięci o obozie koncentracyjnym i obozie zagłady Auschwitz-Birkenau oraz innych Miejscach Pamięci Narodowej. Celem Towarzystwa jest również roztaczanie opieki nad byłymi więźniami KL Auschwitz-Birkenau i innych hitlerowskich obozów koncentracyjnych”.

Obecnie Marek Księżarczyk przygotowuje wraz ze mną i zamierza opublikować album o napisach na cegłach bloków poobozowych, które potajemnie wykonywali więźniowie KL Auschwitz. Album będzie zatytułowany „Niezatarte ślady życia”.  Jego promocja odbędzie się 26 stycznia 2019 roku.

Na uwagę zasługują artykuły, drukowane w Biuletynach TOnO przez wiele lat, przypominające mało znane wydarzenia związane z historią KL Auschwitz.

Często ich autorami byli historycy z Muzeum Auschwitz-Birkenau:

Adam Cyra
  • Raport Witolda. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 1991 nr 12, s. 5-71.
  • W obcym mundurze (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 49, s. 42-45.
  • Ludobójca (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 50, s. 15-21.
  • Spadochron, colt i KL Auschwitz (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 50, s. 28-39.
  • Tajemnice Auschwitz (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 50, s. 174-183.
  • Bokser i śmierć (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 51, s. 38-44.
  • Karna kompania w bloku nr 11 (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 51, s. 47-53.
  • Kompania wychowawcza w bloku nr 11 (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 51, s. 44-46.
  • Egzekucja w Olkuszu w dniu 3 marca 1942 r. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2010 nr 55, s. 58-60.
Jerzy Dębski
  • Sportowcy Wisły Kraków i Wisły Zakopane w KL Auschwitz-Birkenau 1940 – 1945. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 2007 nr 51, s. 63-77 (skrót).
Bohdan Piętka
  • „Sprawa Stanisławy Olewnik i żydowskiej rodziny Mławskich w świetle akt gestapo ciechanowskiego”, „Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem” nr 54, Oświęcim 2008, s. 49-53.
  • „Kpt. Franciszek Jabłonka (1913-1943)”, „Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem” nr 57, Oświęcim 2011, s. 36-37.
  • „Henryk Bartosiewicz – bohater polskiej konspiracji wojskowej w KL Auschwitz”, „Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem” nr 57, Oświęcim 2011, s. 31-35.
  • „Adelajda Sawicka – więźniarka z Białegostoku”, „Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem” nr 57, Oświęcim 2011, s. 29-30.
Franciszek Piper
  • Bunt więźniów Sonderkommando w obozie koncentracyjnym Oświęcim-Brzezinka w październiku 1944. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Warszawa 1988 nr 4, s. 34-41.
Piotr Setkiewicz
  • Egzekucja ‘Plastyków’ w KL Auschwitz 27 maja 1942 roku. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, 1992 nr 15, s. 10-19.
Andrzej Strzelecki
  • Historia wciąż żywa. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 1997 nr 32, s. 34-59.
  • Zacieranie przez SS śladów dokonanych zbrodni w KL Auschwitz-Birkenau. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem 1988 nr 5, s. 41-45.
Henryk Świebocki
  • Podziemie w KL Auschwitz (Jeszcze raz o ruchu oporu). (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, 1997 nr 32, s. 7-27.
  • Ruch oporu w KL Auschwitz i jego zasługi dla udostępnienia prawdy o Holocauście. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem. Katowice 1993 nr 18 (wydanie specjalne), s. 139-152.
  • Sprawozdania uciekinierów z KL Auschwitz sporządzone w czasie wojny. (W:) Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, 1995 nr 25, s. 32-38; w j. niemieckim: Während des Krieges verfaßte Berichte von Flüchtlingen aus dem KL Auschwitz. In: Memento Auschwitz. Sonderheft. Gesellschaft zur Betreung von Auschwitz, 1998, s. 95-10.

Jerzy Sawicki (z lewej)

Prezesem Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau jest Jerzy Sawicki, przedstawiciel oddziału warszawskiego TOnO, którego ojciec był więźniem KL Neuengamme i wojny nie przeżył. Siedziba tej organizacji została przeniesiona z Oświęcimia do Warszawy.

Przeprowadzone zmiany zostały wymuszone sytuacją, w której obecnie znalazło się Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem. Na ten temat niedawno zmarły prof. dr Jacek Wilczur z warszawskiego oddziału powiedział:

TOnO powinno być wspierane przez władze państwowe, ponieważ ta organizacja, podtrzymuje wiedzę i pamięć o losie, jaki zaplanowali dla narodu polskiego niemieccy naziści. Niestety, tak nie jest.

W lipcu 2018 r.  został zorganizowany tygodniowy Obóz Pamięci na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau, w którym uczestniczyło kilkunastu członków TOnO z Warszawy, pracując na terenie byłego obozu w Oświęcimiu-Brzezince i zapoznając się z jego historią.

Honorowym Prezesem Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau jest Kazimierz Albin (nr obozowy 118), ostatni żyjący więzień pierwszego transportu 728 Polaków, przywiezionych z więzienia w Tarnowie do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku, który uciekł z budynku obozowej kantyny SS w lutym 1943 roku.

Zobacz: Takiego spotkania w Krakowie jeszcze nie było

W 2016 roku powstało Stowarzyszenie Rodzin Polskich Ofiar Obozów Koncentracyjnych, które po mediacji ministra kultury otrzyma  zaproszenie na rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz 27 stycznia 2019 roku.

Członkowie Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau od wielu  lat uczestniczą w tych uroczystościach.

Adam Cyra

Oświęcim, 10 stycznia 2019 r.

Ostatni „sąd doraźny” w bloku nr 11

Styczeń 5th, 2019

Johannes Thümmler (1906-2002)

Johannes Thümmler urodził się 23 sierpnia 1906 r. w Chemnitz w Niemczech. W latach trzydziestych ukończył studia prawnicze, obronił doktorat, został członkiem partii hitlerowskiej NSDAP a wkrótce też i SS. W lutym 1941 r. otrzymał nominację na szefa placówki gestapo w Chemnitz. We wrześniu 1943 r. przeniesiono go do Katowic na stanowisko szefa gestapo w tym mieście. Równocześnie od jesieni tegoż roku do stycznia 1945 r. przewodniczył „sądowi doraźnemu” w KL Auschwitz. W tym czasie skazał na śmierć co najmniej tysiąc Polaków (mężczyźni, kobiety i dzieci).

Wystawa w bloku nr 11 na temat jego zbrodni uległa likwidacji w Muzeum Auschwitz w maju 2018 r.

Ponieważ prawie cała dokumentacja „sądu doraźnego” katowickiego gestapo została na polecenie Johannesa Thümmlera zniszczona w styczniu 1945 r., bardzo często jedynym śladem po ofiarach tego „sądu”, więzionych w bloku nr 11 i straconych w różnych okolicznościach, są napisy w tym bloku na ścianach, drzwiach, parapetach okiennych i belkach stropowych. Narzędziami do ich wykonania były kawałek ostrego przedmiotu, wsuwka do włosów, ołówek, kredka, a nawet paznokcie. Ostatnie z tych napisów noszą datę 5 stycznia 1945 r. i powstały na trzy tygodnie przed wyzwoleniem KL Auschwitz.

We wspomnianym powyżej dniu, w grupie liczącej około 100 skazańców, został stracony m.in. Zbigniew Kunz z Orłowej na Zaolziu (dzisiaj Czechy), urodzony 22 lutego 1923 r. Był on członkiem Armii Krajowej ps. „Adler”, którego aresztowano 6 kwietnia 1943 r. i osadzono w więzieniu w Cieszynie, a następnie w więzieniu śledczym w Mysłowicach, skąd 17 lutego 1944 r. został skierowany do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 189366.

Jego matka Gabriela Kunzowa, chcąc ratować syna, poprzez swoje znajomości nawiązała kontakt z gestapowcem z Katowic, który pokazał jej akta Zbyszka. Na ich okładce widniały litery „RU” (rückkehr unerwünscht – powrót niepożądany).

Zbigniew Kunz (1923-1945)

Przekupiony gestapowiec Hess przed każdorazowym posiedzeniem „sądu doraźnego” odkładał akta Zbigniewa Kunza na sam spód, przedłużając mu życie. W ostatnich dniach grudnia 1944 r. jego matka udała się do Katowic, chcąc kolejny raz prosić wspomnianego gestapowca o przełożenie akt, lecz otrzymała wiadomość, że wyjechał on na urlop. Akta jej syna tym razem nie zostały przełożone.

Siedemdziesiąt cztery lata temu – 5 stycznia 1945 r. – wezwano Zbigniewa Kunza na ostatni „sąd doraźny” w KL Auschwitz, który odbył się jak zwykle w bloku nr 11 pod przewodnictwem Johannesa Thümmlera. Szef gestapo katowickiego, kat zza biurka, skazał go na karę śmierci. W dniu następnym, 6 stycznia, Zbyszek wraz z innymi skazańcami został rozstrzelany w krematorium nr 5 na terenie KL Auschwitz II – Birkenau, mając zaledwie dwadzieścia jeden lat.

Zamów:   Pozostał po nich ślad …

W archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau są przechowywane (Zespół Wspomnienia, t. 117) wspomnienia więźnia KL Auschwitz, Aleksandra Widery, który pisze w nich, że więziony był z członkami zaolziańskiej grupy ZWZ/AK  wraz z nim osadzonymi w KL Auschwitz.

Poniżej fragment tych wspomnień: W usposobieniu tych cieszyniaków pociągały mnie pogoda i serdeczność oraz szczególna solidarność, z jaką się do siebie odnosili. (…) Czas po pracy spędzałem przeważnie spotykając się w dalszym ciągu z Walterem Stefkiem, Emilem Warchołkiem czy Zbyszkiem Kunzem, albo też z innymi jeszcze kolegami z tejże zaolziańskiej grupy ZWZ/AK. (…) Walter i Emil zostali zabrani z powrotem na blok 11 (…) czekali na śmierć, pozbawieni chyba najmniejszej iskierki nadziei, pełne dwa miesiące. (…) Aż oto 1 listopada 1944 r. nastąpiło to nieuniknione i wyrok został wykonany. (…) Zbyszek Kunz padł ofiarą ostatniego Standgerichtu (został rozstrzelany 6.01.1945 r. – dop. AC). (…) Kiedy go zabrano na blok 11, napisałem poświęcony jego pamięci wiersz, który po powrocie w lipcu 1945 r. z Austrii, gdzie po pobycie w Oświęcimiu przebywałem w Mauthausen i Gusen, odtworzyłem z pamięci (…).

Oto strofy tego wierszowanego epitafium, poświęcone Zbyszkowi Kunzowi:

Kto go nie lubił ?
I za co !
Aż dech zaparło, tak nagle ubył
Z grona przyjaciół.
Około siebie zawsze miał jasno
Jak zapalona choinka.
Że zgrabny chłopak, aż w ręce klasnąć
Drżała dziewczyna
Jedna i druga …
Dzisiaj się po Nim została smuga
Wspomnień i żalu.

Teraz już stamtąd patrzysz na wszystko,
Jak świat się pali,
Jako się w gruzy idea wali
Upiorna cała,
Ona Cię Zbyszku, ona Was Wszystkich
Na śmierć skazała.
Kiedy nam rosną, Zbyszku nadzieje –
Himmler szaleje.

 "Sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz b. więźnia Władysława Siwka

"Sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz b. więźnia Władysława Siwka

Gdyby tam chociaż, jak to się mówi
Na tamtym świecie,
Przyjaciół dawnych można na równi
Znaleźć w komplecie …
Bo to i Pani powinna
przestać się martwić,
przestać rozpaczać o syna.

Walter zabuczy basem,
Emil przedrzeźni czasem –
Koledzy.
W niebie, gdzie wszyscy święci
Już teraz prominenci.
Zbyszkowi nie będzie źle

Tylko mi smutno, że
Że tak kiepsko potrafię pocieszać.

Oświęcim, w styczniu 1945 r.

Aleksander Widera pod swym tekstem jeszcze napisał: Wierszem o Zbyszku (Kunzu – dop. AC) zamykam szkic upamiętniający kilka oświęcimskich śmierci, wyodrębniający kilka indywidualnych sylwetek więźniów z wielotysięcznej rzeszy obozowej, którą spotkał podobny los.

Dwa lata po wojnie Johannes Thümmler, odpowiedzialny m.in. za skazanie na śmierć syna Gabrieli Kunzowej, został internowany przez władze amerykańskie. Wkrótce Polska wystosowała wniosek o jego ekstradycję, który Amerykanie jednak załatwili odmownie.

W 1949 r. wypuszczony na wolność zbrodniarz podjął pracę jako robotnik w Oberdorf, a potem pracował jako pomocnik w Zakładach Zeissa w Oberkochen, niedaleko miasta Aalen w Badenii-Wirtenbergii. W następnych latach awansował na kierownika jednego z działów zakładów optycznych Zeissa.

W latach sześćdziesiątych Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Katowicach prowadziła przeciwko niemu śledztwo, po zakończeniu którego materiał dowodowy przedstawiono prokuraturze niemieckiej. Pod koniec lat siedemdziesiątych prokuratura w Stuttgarcie sprawę przeciwko Thümmlerowi zawiesiła, gdyż – jak stwierdzono: Nie znaleziono dowodów, aby naruszył on prawo lub by działał z niskich pobudek.

Ostatecznie prokuratura w Stuttgarcie w pierwszych miesiącach 2002 r. umorzyła śledztwo przeciwko podejrzanemu o popełnienie zbrodni byłemu szefowi gestapo w Katowicach Johannesowi Thümmlerowi. Prokurator Kurt Schrimm, kierownik centralnego urzędu ds. ścigania zbrodni nazistowskich w Ludwisburgu powiedział: Nie będzie aktu oskarżenia przeciwko Thümmlerowi,  nie znaleźliśmy żadnych dowodów.

Prawie 96-letni Thümmler, mieszkający w ostatnich latach swojego życia w Eriskirch nad Jeziorem Bodeńskim, nigdy nie został ukarany. Zmarł w Niemczech w maju 2002 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 5 stycznia 2019 r.

Zobacz:
Siatka „Augusta”

Czy ktoś nas  przeprosi?

Liczba ofiar KL Auschwitz

Styczeń 2nd, 2019

Liczba ofiar KL Auschwitz – największego niemieckiego obozu koncentracyjnego i ośrodka zagłady – pomimo zweryfikowania  nadal budzi wiele emocji. Co jakiś czas pojawiają się różne polemiczne teksty i krytykowana jest obecnie przyjmowana liczba ofiar obozu oświęcimskiego. Ataki te wychodzą również ze środowisk negacjonistów Holokaustu. Spowodowane są różnymi przesłankami: politycznymi, poszukiwaniem sensacji czy zwykłą nieznajomością tematu i ignorancją. Ostatnio mylne dane na ten temat nagłośnił dr Dariusz Kucharski na portalach Radio Maryja, Fronda i Prawy.

Historyk Bohdan Piętka tak skomentował początek tej niefortunnej wypowiedzi: Po pierwsze to nie jest prawdą, że „dopiero na konferencji w Wannsee, pod Berlinem, 20 stycznia 1942 r. zdecydowano, że nastąpi fizyczna likwidacja ludności żydowskiej”. Decyzja ta zapadła najpóźniej na początku lipca 1941 r. w najbliższym otoczeniu Hitlera, a masowa zagłada Żydów w ośrodkach eksterminacji bezpośredniej rozpoczęła się 8 grudnia 1941 r. w Chełmnie nad Nerem, a więc na sześć tygodni przed konferencją przy ulicy Großer Wannsee 56/58 w Berlinie. Faktycznie rozpoczęła się już 22 czerwca 1941 r., kiedy z chwilą agresji III Rzeszy na ZSRR SS-Einsatzgruppen rozpoczęły masowe rozstrzeliwania Żydów na Wschodzie (Babi Jar i in.). Wspomagane w tym były przez nacjonalistów ukraińskich (pogromy lwowskie, tzw. „dni Petlury” i in.) oraz wojska rumuńskie (masakra w Odessie i in.).

Zobacz teksty w linkach:

Zaniżane są dane dotyczące zamordowanych Polaków w KL Auschwitz

Liczba zamordowanych Polaków w Auschwitz jest zaniżana

Zaniżane dane dotyczące zamordowanych Polaków w KL Auschwitz

W latach 1940-1945 deportowano do KL Auschwitz około 150 tysięcy. Z tej liczby obozie Auschwitz i po przeniesieniu do innych obozów niemieckich, zginęło najwyżej około 100 tysięcy Polaków. Prace nad dokładnym ustaleniem tej liczby ciągle trwają.

Problemy te omawia również Bohdan Piętka, w tekście „Spory wokół liczby ofiar Auschwitz”, przybliżając czytelnikom proces weryfikacji tej tragicznej liczby, dotyczącej wszystkich ofiar obozu Auschwitz-Birkenau,  od około czterech milionów, przyjętych przez sowiecką komisję w 1945 r., do jednego miliona stu tysięcy, przyjętych na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Warto zapoznać się także z ósmy numerem Głosów Pamięci, który jest poświęcony Polakom — więźniom KL Auschwitz.

Wstęp do tej pracy napisał Franciszek Piper, jednak najobszerniejszą część publikacji stanowi szczegółowy wybór źródeł (relacje, wspomnienia, zeznania).

Uzupełnieniem publikacji są dokumenty związane z eksterminacją Polaków, fotografie archiwalne  oraz obrazy i rysunki byłych więźniów Auschwitz.

Czytaj więcej: Bohdan Piętka, Spory wokół liczby ofiar Auschwitz

Bohdan Piętka, O liczbie ofiar KL Auschwitz

Adam Cyra, Jeszcze jedna Księga Pamięci Polaków

Adam Cyra

Oświęcim, 2 stycznia 2019 r.

Przedsylwestrowy wieczór w KL Auschwitz w 1944 roku

Grudzień 29th, 2018

Siedemdziesiąt cztery lata temu, 30 grudnia 1944 roku, w KL Auschwitz powieszono po apelu wieczornym pięciu członków obozowej konspiracji. Na placu przed kuchnią obozową, gdzie ich stracono, za szubienicą była ustawiona choinka, wielki świerk, ozdobiony świeczkami elektrycznymi. Skazańcy przed śmiercią wznosili okrzyki w języku niemieckim i polskim, m.in. „Precz z faszyzmem”, „Niech żyje Polska!”.

Bernard Świerczyna, jeden z powieszonych, zatrudniony był w obozowym magazynie, gdzie przechowywano odzież i bieliznę, z którą często wyjeżdżał również do pralni w Bielsku. Sądził on, że po ukryciu się w wyjeżdżającym z KL Auschwitz z brudną odzieżą samochodzie, łatwo będzie można odzyskać wolność.

Zobacz: wystawa „Pozostał po nich ślad …” i książka „Pozostał po nich ślad …”.

W plan ucieczki został wtajemniczony, obok zaufanego esesmana Franka, także kierowca SS – Rottenführer Johann Roth. O terminie ucieczki powiadomieni byli również członkowie przyobozowego oddziału partyzanckiego Armii Krajowej „Sosienki”, którzy w podoświęcimskiej miejscowości Łęki-Zasole mieli przejąć uciekinierów.

Niestety, kierowca Johann Roth okazał się zdrajcą. Prowadzony przez niego samochód z ukrytymi w jego wnętrzu uciekinierami zatrzymał się przed blokiem nr 11, zwanym Blokiem Śmierci. Aresztowani zażyli truciznę, w wyniku czego zmarli Polacy: Zbigniew Raynoch i Czesław Duzel. Natomiast Bernard Świerczyna wraz z Piotrem Piątym i Austriakiem o nazwisku Ernst Burger zostali osadzeni w podziemiach tego bloku, gdzie wkrótce znaleźli się również dwaj inni Austriacy, więzieni w KL Auschwitz: Ludwig Vesely i  Rudolf Friemel. Zdrajca Roth oświadczył bowiem, że byli oni współorganizatorami ucieczki.

Natychmiast po jego zeznaniach esesmani przeprowadzili obławę w Łękach-Zasolu, podczas której został zastrzelony Konstanty Jagiełło, jeden z wcześniejszych uciekinierów z obozu, oczekujący jako partyzant w tym dniu na przejęcie zbiegów.

„Niezłomni. Pod drutami Auschwitz” – fragment filmu

Aresztowano wówczas kilka osób. Wśród nich był mieszkający wiele lat po wojnie w Libiążu koło Oświęcimia, Kazimierz Ptasiński, któremu jeszcze w tym samym dniu udało się zbiec z siedziby gestapo w Oświęcimiu.

Na dwa tygodnie przed śmiercią, w grypsie adresowanym do żony Margerity, z którą władze obozowe pozwoliły mu zawrzeć związek małżeński w KL Auschwitz 18 marca 1944 roku,  Rudolf Friemel napisał:

Moja kochana, kochana Margo, tulę Cię namiętnie do siebie i życzę Ci na święta wszystkiego najlepszego. Na zawsze Twój R. Co porabia mój mały uparciuch. Pisz mi dużo o nim. Moc ucałowań dla Was obojga!

Rudolf Friemel został powieszony w koszuli ślubnej, na której z okazji tej uroczystości, kilka miesięcy wcześniej, więźniarki wyhaftowały mu róże.

Napis Bernarda Świerczyny na drzwiach celi nr 28

Napis Bernarda Świerczyny na drzwiach celi nr 28

Bernard Świerczyna przed egzekucją, więziony w podziemiach bloku nr 11 w celi nr 28, na trzy dni przed śmiercią, na jej drzwiach ołówkiem napisał: Chciałem tylko być człowiekiem, nie bezduszną składnią cyfr. Byt swój z przyszłym związać wiekiem, dziejów przyszłych poznać szyfr. Zdradą przemoc mnie pojmała i zamknęła pośród krat, lecz honoru nie złamała, nawet go nie złamie kat.

Niżej napis w języku łacińskim: Quia pulchris est pro Patria mori  (Jak słodko jest umierać za Ojczyznę), data: 27 grudzień 1944 r. i podpis: Bernd. Świercz.

Bernard Świerczyna był jednym z najbardziej aktywnych członków konspiracyjnego Związku Organizacji Wojskowej, utworzonego potajemnie w KL Auschwitz przez rotmistrza Witolda Pileckiego.

W 1944 r. powołano konspiracyjną Radę Wojskową Oświęcim, składającą się przeważnie z oficerów różnych narodowości więzionych w obozie. W jej skład wszedł również Bernard Świerczyna i za jego pośrednictwem nawiązano kontakt z dowództwem Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, informując w grypsach wysyłanych z KL Auschwitz o nastrojach panujących wśród więźniów i załogi SS. W ten sposób, tworząc w obozie konspiracyjną Radę Wojskową Oświęcim i nawiązując bliski kontakt z przyobozowym ruchem oporu, chciano przeciwdziałać groźbie całkowitej zagłady więźniów, którą esesmani planowali przeprowadzić w KL Auschwitz przed jego opuszczeniem.

Na terenie  Muzeum Auschwitz-Birkenau w bloku nr 27 do niedawna był dostępny do zwiedzania wystrój małego pomieszczenia, w którym kiedyś Bernard Świerczyna przebywał jako więzień nr 1393, pełniąc funkcję pisarza drużyny roboczej „Bekleidungskammer”. Po wojnie umieszczono w nim tablicę pamiątkową wraz z jego zdjęciem.

Powieszony wraz z nim Piotr Piąty, pochodzący z Krakowa, pozostawił przed śmiercią dwa napisy w bloku nr 11 wyryte w tynku na ścianach w celi nr 28: „Piotr Piąty, Kraków, Brzozowa” oraz rysunek trójkąta więźniarskiego z literą P w środku i obok jeszcze jeden napis, w którym podał swój numer obozowy i adres zamieszkania przed aresztowaniem: 130380 Piotr Piąty, Kraków, Brzozowa 17.

Działając w konspiracji obozowej Bernard Świerczyna posługiwał się pseudonimami „Benek” i „Maks”. Po wojnie został odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari, Śląskim Krzyżem Powstańczym i Krzyżem Oświęcimskim. Dzisiaj jego imię noszą ulice w Mysłowicach i Świętochłowicach.

Pięciu bohaterskich działaczy obozowego Ruchu Oporu zginęło w tej ostatniej egzekucji przeprowadzonej w obozie macierzystym w Oświęcimiu, gdy wolność była już tak blisko. W niecały miesiąc później, 27 stycznia 1945 roku, oddziały Armii Czerwonej wyzwoliły KL Auschwitz.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 30 grudnia 2018 r.

Wigilie Bożego Narodzenia w KL Auschwitz

Grudzień 22nd, 2018

"Wigilia Bożego Narodzenia w 1940 roku", obraz b. więźnia Władysława Siwka

"Wigilia Bożego Narodzenia w 1940 roku", obraz b. więźnia Władysława Siwka

Jedną z najbardziej dramatycznych dla więźniów była wigilia 24 grudnia 1940 roku. Na placu apelowym ustawiono choinkę oświetloną elektrycznymi lampkami.

Były więzień Karol Świętorzecki zapamiętał, że kierownik obozu Karl Fritzsch nazwał leżące pod choinką zwłoki „prezentem” dla żyjących i zakazał śpiewania polskich kolęd.

Dwa lata później w KL Auschwitz, podobnie jak w wigilię 1940 roku, esesmani postawili choinkę na placu apelowym, a pod nią  polecili ułożyć zwłoki zmarłych i zamordowanych więźniów. Czytaj więcej: Wigilia w Bloku Śmierci w 1944 roku

Adam Cyra

Oświęcim, 22 grudnia 2018 r.

Powstanie pomnik rtm. Witolda Pileckiego na koniu

Grudzień 13th, 2018

Zwycięska praca konkursowa, którego rozstrzygnięcie nastąpiło kilka dni temu, przedstawia Witolda Pileckiego skaczącego przez przeszkodę na koniu. Jego tylne nogi znajdują się na postumencie, natomiast przednie zawieszone są w powietrzu. Rotmistrz w lewej ręce trzyma wodze, zaś w prawej uniesioną szable. Autorami projektu są trzej młodzi artyści związani z krakowską Akademią Sztuk Pięknych: Krzesimir Wiater, Jacek Dudek i Andrzej Dromert.

Pomnik ma powstać na rondzie u zbiegu ulic: Oświęcimskiej, Śląskiej i Skorupki, znajdującym się przy Parku Miejskim w Chrzanowie. Pomysłodawcą budowy pomnika są dr Ryszard Sobieraj, Prezes Towarzystwa Krzewienia Tradycji Kawalerii Polskiej im. rtm. Witolda Pileckiego w Chrzanowie oraz Ryszard Kosowski, burmistrz tego miasta. Jego odsłonięcie ma nastąpić w 2020 roku, w setną rocznicę wojny z bolszewikami w 1920 roku.

Lokalizacja pomnika jest bardzo dobra, bowiem obok niego będą przejeżdżać tysiące osób, odwiedzających rokrocznie Muzeum Auschwitz-Birkenau. Pomnik zauważy każdy i zapewne zastanowi się kim jest ta postać na koniu – twierdzą pomysłodawcy jego budowy.

Witold Pilecki, oficer kawalerii WP, uczestnik wojny z bolszewikami w 1920 roku i z Niemcami w 1939 roku, dobrowolny więzień KL Auschwitz, zorganizował konspirację wojskową i przez prawie trzy lata informował Komendę Główną ZWZ/AK o sytuacji w tym obozie. Jego raporty były przekazywane aliantom.Po ucieczce z obozu oświęcimskiego z kolei tworzył tajną organizację NIE (Niepodległość) na wypadek sowieckiej okupacji Polski. Walczył w Powstaniu Warszawskim i był jeńcem wojennym w obozie Murnau. Po wojnie służył w II Korpusie Polskim gen. Władysława Andersa we Włoszech. Wrócił do Polski i został aresztowany w maju 1947 r. przez funkcjonariuszy UB. Po okrutnym śledztwie, które przeszedł w więzieniu na Mokotowie, w okresie terroru stalinowskiego odbył się Jego proces i jako rzekomego agenta obcego wywiadu skazano go na karę śmierci. Zbrodniczy wyrok wykonano 25 maja 1948 roku.

Czytaj więcej: Chrzanów. Chcą postawić pomnik Pileckiego

Adam Cyra

Oświęcim, 13 grudnia 2018 r.

Zmarł prof. Zbigniew Kączkowski, uciekinier z Auschwitz

Grudzień 10th, 2018

W dniu 27 listopada zmarł w Warszawie prof. Zbigniew Kączkowski, więziony przez Niemców w latach drugiej wojny światowej w Auschwitz, Buchenwaldzie, Dorze i Ravensbrück. Miał 97 lat. Uroczystości pogrzebowe odbyły się na Cmentarzu Powązkowskim w Warszawie 7 grudnia 2018 roku.

Czytaj wiecej: Miał uciekać z Józefem Cyrankiewiczem z KL Auschwitz

„Przeżyliśmy Auschwitz …”

Adam Cyra

Oświęcim, 10 grudnia 2018 r.

6. Mazowiecka Brygada OT im. rtm. Witolda Pileckiego

Grudzień 9th, 2018
Witold Pilecki (1901-1948)

Witold Pilecki (1901-1948)

Ponad 70 lat temu rotmistrz Witold Pilecki był torturowany w areszcie śledczym Warszawa-Mokotów przy ul. Rakowieckiej, tam też został zamordowany strzałem w tył głowy 25 maja 1948 roku.

Dzisiaj w tym miejscu jest Muzeum Żołnierzy Wyklętych i Więźniów Politycznych. W dniu 9 grudnia 2018 roku przed jego wejściem przysięgę wojskową złożyło 124 żołnierzy z 6. Mazowieckiej Brygady Obrony Terytorialnej, mającej  za patrona Rotmistrza Pileckiego. W uroczystości wzięła udział Jego córka, Zofia Pilecka-Optułowicz.

6. Mazowiecka Brygada Obrony Terytorialnej im. rtm. Witolda Pileckiego jest jedną z dwóch brygad, którą utworzono  niedawno na terenie Mazowsza.

Czytaj więcej: Żołnierze Wojsk Obrony Terytorialnej złożyli przysięgę w miejscu kaźni rtm. Witolda Pileckiego

Adam Cyra

Oświęcim, 10 grudnia 2018 r.

W Legionach nie tylko byli Polacy …

Grudzień 9th, 2018

W Legionach Piłsudskiego służyło prawie 650 Żydów polskich. Podczas walk  wielu z nich zginęło. Jednym z nich był Władysław Steinhaus, który jako podchorąży służył w 6. pułku piechoty Legionów. Ciężko ranny w bitwie pod Kuklami 24 października 1915 roku, zmarł po kilku dniach w szpitalu w Kowlu na Wołyniu. Po śmierci został awansowany do stopnia kapitana i odznaczony orderem Virtuti Militari. Pozostawił po sobie „Pamiętnik Legionisty”.

Część Legionistów pochodzenia żydowskiego brała potem jeszcze udział w walkach o niepodległość i granice Polski w latach 1918-1921.

Podczas drugiej wojny światowej niektórzy z nich stali się więźniami KL Auschwitz i zostali zamordowani przez Niemców. Wraz z nimi w oświęcimskim obozie ginęli także Legioniści, którzy byli Polakami. Pisałem o tym już poprzednio na moim blogu w artykułach, zatytułowanych „Legioniści Piłsudskiego więźniami KL Auschwitz” i „Legionista Piłsudskiego więźniem policyjnym w bloku nr 11″ oraz „Polak wyznania mojżeszowego”.

W 100. rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości na ich temat można było przygotować wystawę i wydać okolicznościową publikację, o czym jednak nikt wcześniej nie pomyślał, a szkoda, bo była ku temu szczególna okazja.

Adam Cyra

Oświęcim, 9 grudnia 2018 r.

Zapomniana partyzancka potyczka

Grudzień 5th, 2018

W dniu 3 grudnia 1944 roku, siedemdziesiąt cztery lata temu, w Budach-Borze koło Brzeszcz doszło do potyczki partyzantów z oddziału AK „Sosienki” z esesmanami. Partyzanci byli uciekinierami z KL Auschwitz.

Czytaj wiecej: Potyczka pod Oświęcimiem 3 grudnia 1944 roku

Adam Cyra

Oświęcim, 5 grudnia 2018 r.

Porucznik „Steinert”

Grudzień 4th, 2018

Stanisław Dydo (1922-1948)

Stanisław Dydo (1922-1948)

Minęła 70. rocznica zamordowania z wyroku Wojskowego Sądu Rejonowego we Wrocławiu Stanisława Dydo, który został skazany na śmierć tylko za to, że chciał wolnej Polski. Ówczesny prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski. Wyrok przez rozstrzelanie wykonano w więzieniu przy ul. Kleczkowskiej w tym mieście.

Na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu znajdują się liczne groby Polaków zamordowanych w okresie terroru stalinowskiego w Polsce. Na jednej z mogił znajduje się napis: „Śp. Stanisław Dydo, ur. 23 II 1922, zm. 27 XI 1948. Spoczywaj w Bogu niezapomniany Stasiu. Rodzina”.

Rodzina Dydów mieszkała przed drugą wojną światową w Babicach koło Oświęcimia, gdzie jego ojciec Karol Dydo był kierownikiem miejscowej szkoły powszechnej. Pracował tam aż do zamknięcia szkoły przez hitlerowców.

Karol Dydo stał się jedną z ofiar masowych aresztowań, dokonanych wiosną 1940 r. przez gestapo, wśród nauczycieli ziemi oświęcimskiej i 29 lipca tegoż roku jako pierwszy z nich zginął w KL Mauthausen.

Po kilku miesiącach mieszkańcy Babic zostali wysiedleni w związku z powstaniem i rozbudową KL Auschwitz. Babice musiała także opuścić Emilia Dydo wraz z dwoma córkami: Ireną i Zofią oraz synem Stanisławem. Przez pewien czas mieszkali w Oświęcimiu, gdzie Stanisław Dydo pracował w drogerii jako laborant-fotograf.

Wiosną 1941 r. Emilia Dydo wraz z dziećmi została przesiedlona do Rzeszowa, skąd pozwolono im udać się w rodzinne strony nieżyjącego już Karola Dydo do Ropczyc, gdzie Stanisław Dydo wznowił działalność konspiracyjną w ZWZ-AK na terenie powiatu dębickiego.

Równocześnie ukończył konspiracyjną podchorążówkę, wcześniej zdając na tajnych kompletach maturę, której z powodu wojny nie zdążył złożyć w Gimnazjum im. ks. Stanisława Konarskiego w Oświęcimiu.

Był dowódcą plutonu dywersyjnego Placówki Ropczyce w Obwodzie AK Dębica. Posługiwał się pseudonimem „Steinert”. Uczestniczył w wielu akcjach bojowych na tamtejszym terenie, awansując do stopnia podporucznika.

W marcu 1945 r. wyjechał do Krakowa i został studentem Studium Wychowania Fizycznego UJ, gdzie od września tegoż roku rozpoczął działalność w konspiracyjnej organizacji „Wolność i Niezawisłość” (WiN). Z Krakowa zmuszony był, podobnie jak inni jego koledzy i przełożeni z Armii Krajowej, wyjechać do Wrocławia, aby tam schronić się przed represjami ze strony Urzędu Bezpieczeństwa (UB).

Jeszcze raz trzeba przypomnieć, że Stanisława Dydo zginął tylko za to, że działał na rzecz niepodległej  Polski. Przed egzekucją nie pozwolił sobie oczu zawiązać.

Zobacz: „Nie pozwolili sobie oczu zawiązywać …”

Adam Cyra
Oświęcim, 4 grudnia  2018 r.

Było ich czterech …

Listopad 27th, 2018

Zabicie esesmana nad Sołą

Rzeka Soła w Oświęcimiu

Rzeka Soła w Oświęcimiu

W dniu 13 czerwca 1942 r., w godzinach popołudniowych, uciekło trzech więźniów z KL Auschwitz: student Marian Mykała (nr 1363), urzędnik Zygmunt Piotrowski (nr 15303) i kowal Franciszek Sykosz (nr 15402). Przed ucieczką Zygmunt Piotrowski zabił na terenie Klucznikowic (obecnie dzielnica Oświęcimia), pilnującego ich esesmana. Pracowali wówczas w zagajniku poza obozem nad rzeką Sołą, w pewnym oddaleniu od swojego komanda. Mieli tam za zadanie wyciąć style do łopat i naciąć gałęzi na miotły.

Nagle zaatakowany i zabity esesman był Kommandoführerem komanda, które liczyło 30 więźniów. Po stwierdzeniu ucieczki i znalezieniu ciała zabitego, pozostałym 27 więźniom polecono położyć się na ziemi i w bestialski sposób ich pobito, a następnie zostali oni odwiezieni do obozu i umieszczeni w bunkrach bloku nr 11 na okres dwóch tygodni. W tym czasie obozowe gestapo intensywnie ich przesłuchiwało.

Odwetowa egzekucja więźniów KL Auschwitz w dniu 14 czerwca 1942 roku

Nazajutrz, 14 czerwca 1942 r., pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 rozstrzelano 200 więźniów. Najprawdopodobniej była to egzekucja zarządzona przez obozowe gestapo w odwet za wspomnianą ucieczkę i zabicie esesmana w dniu poprzednim.

Czytaj więcej: Ucieczka trzech więźniów z KL Auschwitz

Kilka dni temu otrzymałem interesujący list, w którym jego Autor przedstawił wstrząsającą historię czterech więźniów, którzy zginęli podczas tej egzekucji pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11. Z treścią tego listu warto również zapoznać Czytelników mojego bloga:

„Nazywam się Piotr Figura, mieszkam i pracuję w Krakowie, jestem bibliotekarzem szkolnym. Mam 38 lat. Przez 30 lat mieszkałem na Podkarpaciu, w miejscowości Nowy Żmigród, pow. jasielski. Około 15 lat temu zainteresowałem się lokalną historią i zgłębiam ją do tej pory. Głównym zagadnieniem, nad którym się pochylam są dzieje rodziny Fiałkiewiczów, z której już dzisiaj nikt nie żyje. Interesują mnie dzieje małżeństwa Jakuba i Heleny ze Skibińskich oraz ich dwójki dzieci, którzy zmarli bezpotomnie: syn Stefan Fiałkiewicz (ur.1916) zginął w Auschwitz w 1942 r., córka Elżbieta (ur. 1923 r.) zmarła w 2013 r. w Mytarce. To ona właśnie opowiadała mi dzieje rodziny i historię swojego brata, o którym udało mi się zgromadzić trochę informacji. Pani Elżbieta Fiałkiewicz nigdy nie odwiedziła Muzeum Auschwitz,  jak mówiła – to byłoby dla niej zbyt bolesne przeżycie. Jednak przez przyjaciół skontaktowała się z pracownikami Muzeum, bowiem nie wiedziała jaką śmiercią zginął jej brat. Znała tylko datę. Pracownicy Muzeum potwierdzili jednoznacznie wiadomość, że Stefan został rozstrzelany przed ścianą straceń. Gdy Pani Ela dowiedziała się o tym, płakała.

Mówiąc o wojennych losach Stefana Fiałkiewicza, trzeba powiedzieć też o trzech innych osobach:

Adam Teodor Pisz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Adam Teodor Pisz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Adam Teodor Pisz, ur. 12.12.1899 r. – był inżynierem, mierniczym przysięgłym(od lutego 1938 r.), pracował w Żmigrodzie, ale nie pochodził z tych stron. Być może z okolic Jasła. Przyjechał do Nowego Żmigrodu w czasie prac przygotowawczych do reformy rolnej. Był geodetą, więc mierzył grunty, które następnie miały być scalone i podzielone. Ta reforma, jak wiadomo nie została przeprowadzona, bo wybuchła wojna. Zaangażował się więc w ruch oporu. Z racji swojego rozeznania w czytaniu map Adam Pisz był przewodnikiem na trasie „Korytarza”, a później dowódcą grupy przedostającej się na Węgry i z powrotem.

Leon Wdówka, ur. 28.6.1907 r. w Rzeszowie. Był urzędnikiem w kancelarii notarialnej Waleriana Kosińskiego w Żmigrodzie. Angażował się społecznie, pełnił funkcję sekretarza w kole żmigrodzkim Towarzystwa Szkoły Ludowej. W 1932 ożenił się z Mieczysławą Zubrzycką. Pani Mieczysława Wdówkowa de domo Zubrzycka była nauczycielką szkoły w Żmigrodzie w latach 1929-1935. Oprócz tego, że uczyła klasy początkowe, to działała w sekcji teatralnej. Leon i Mieczysława nie mieli dzieci. Skąd ona pochodziła? Wiem jedynie, że jej rodzice mieszkali w Krakowie.

Stanisław Paulo, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Stanisław Paulo, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Stanisław Paulo, ur. 30.10.1915 r. Mieszkał w Nowym Żmigrodzie, gdzie ukończył szkołę powszechną. Gimnazjum ukończył w Jaśle. W 1936 r. rozpoczął studia prawnicze we Lwowie. Jego narzeczoną była Roma Piwińska, córka nauczycielki Bronisławy Piwińskiej, która przez kilka lat pracowała w szkole w Żmigrodzie. Gdy wybuchła wojna, Roma mieszkała w Krynicy, a Staszek w Żmigrodzie zaangażował się w pracę konspiracyjną. Mam kopię listu Stanisława do Romy z 9 maja 1940 r., w którym pisze, że dawno niewidziany kolega, zaprosił go do siebie i odwiedzi go niezwłocznie: <szurnę się do niego dzisiaj>. Dla Romy oznaczało to jednoznacznie, że 9 maja 1940 r. jej narzeczony wyruszył na Węgry.

Stefan Fiałkiewicz ur. 28.5.1916 r. w Osieku Jasielskim. Był uczniem szkoły w Osieku Jasielskim, Nowym Żmigrodzie i gimnazjum w Jaśle. Od 2 października 1934 r. był studentem weterynarii – lata akademickie: 34/35, 35/36, 36/37, 37/38 i 38/39. Spędził na Akademii Weterynaryjnej we Lwowie. Studiów tych nie zdążył ukończyć. Zajęcia wszystkie odbył, ale nie zdał kilku egzaminów. Według niektórych źródeł był jednym z pierwszych, którzy na terenie Nowego Żmigrodu i okolic rozpoczął pracę konspiracyjną. Szybko, bo już od 19 listopada (data pierwszego spotkania konspiratorów) zaczął działać w podziemiu, pomagał organizować przerzuty ludzi przez granicę.

Ci czterej mężczyźni poznali się przed wojną w Żmigrodzie Nowym. Okupacja zmobilizowała ich do działalności w ruchu oporu. Przez Żmigród przechodziła rezerwowa trasa przerzutowa. „Korytarz”, bo taki miała pseudonim, służyła tym, którzy chcieli wydostać się z okupowanego kraju i wstąpić do WP na uchodźstwie we Francji, a potem w Anglii. Aby ten korytarz mógł sprawnie funkcjonować, potrzebna była organizacja. Komórka takiej organizacji została utworzona w Żmigrodzie już jesienią 1939 r. Jak można domniemywać inż. Pisz i dowódca organizacji w Nowym Żmigrodzie Józef Przybyłowski ps „Zdzisław” podjęli decyzję także o innych działaniach np. przenoszeniu pieniędzy (a może i rozkazów) z Węgier do okupowanego kraju. Praca konspiracyjna na granicy była ryzykowna i szybko się okazało, że Niemcy są czujni i nie tak łatwo im uciec – za pomoc uciekinierom po śledztwie w Gestapo jasielskim, w Warzycach zostali zabici: Antoni Niepokój i Bronisław Brożyna – obaj ze Żmigrodu.

Jaki był powód aresztowania tzw. „grupy inż. Adama Pisza”?

Otóż 9 maja 1940 r. grupa ta rozpoczęła przejście na Węgry, przekroczyła granicę Generalnego Gubernatorstwa i przez Republikę Słowacji dostała się do Budapesztu. Trasa ich wędrówki najprawdopodobniej wiodła właśnie „Korytarzem”. Jednak – według relacji p. Władysława Paulo – człowiek, który miał być ich przewodnikiem na Słowacji, zażądał dużej sumy pieniędzy, na co oni się nie zgodzili. Poszli więc sami. Zachłanny przewodnik miał im na odchodnym powiedzieć: „Pójdziecie, ale ostatni raz…” Było to dla nich wyraźnym sygnałem, że jeśli wrócą tą samą drogą, zostaną schwytani. Na Węgrzech odebrali ok. 5 milionów zł i podążyli do kraju. W obawie przed zdekonspirowaniem, zmienili pierwotną drogę powrotu. Kiedy wracali? 4, może 5 dni później.

Granicę Generalnego Gubernatorstwa chcieli przekroczyć już nie w Hucie Polańskiej, ale w miejscu oddalonym bardziej na zachód. I tu są rozbieżności: mowa o okolicach Muszyny, Krynicy lub Piwnicznej.

Droga powrotna była trudna (być może dlatego, że jej nie znali), poza tym padał deszcz i niedaleko granicy z GG, zaryzykowali i poprosili o pomoc Słowaka. Ten wpuścił ich do domu, ale zawiadomił Niemców. Aresztowanych przewożono kolejno do więzienia w Muszynie, Nowym Sączu, Jasła (gdzie byli jedną noc) i Tarnowa lub Krakowa. Prze około cztery miesiące byli więźniami w Tarnowie, ale wożono ich też do Krakowa. W tym czasie prowadzono śledztwo.

Po ogłoszeniu wyroku – którego nie znam, może wyrok to osadzenie w obozie Auschwitz – transportem z Tarnowa – Krakowa 8 października 1940 r. (tym samym, którym do obozu trafił m.in. Franciszek Gajowniczek, za którego o. Kolbe oddał życie, a także kurierzy tatrzańscy Andrzej Gąsienica nr 5654 i Franciszek Roman nr 5770) przewieziono ich do Auschwitz. Transport ten liczył 342 mężczyzn, głównie tzw. turystów – złapanych na nielegalnym przekraczaniu granicy.

Co było dalej?

Adam Teodor Pisz został przywieziony do KL Auschwitz 8.10.1940 r. transportem z Krakowa-Tarnowa. Numer obozowy 5936. W zbiorach Muzeum Auschwitz posiadają jego list obozowy z dnia 12.1.1941 r. Został rozstrzelany w dniu 14.6.1942 r. (w książce stanów dziennych, podobnie jak w przypadku Leona Wdówki, Stanisława Paulo i Stefana Fiałkiewicza, datę zgonu podano 15.6.1942 r.). Miał żonę Marię i syna Stanisława, który w 1968 r. przekazał Muzeum Auschwitz list obozowy swojego ojca.

Leon Wdówka, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Leon Wdówka, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Leon Wdówka został przywieziony do KL Auschwitz 8.10.1940 r. transportem z Krakowa-Tarnowa. Numer obozowy 5934. Został rozstrzelany w dniu 14.6.1942 r. Jego żona, Mieczysława z Zubrzyckich, po aresztowaniu męża zapadła na chorobę psychiczną.

Stanisław Paulo został przywieziony do KL Auschwitz 8.10.1940 r. transportem z Krakowa-Tarnowa. Numer obozowy 5935. Pod datą 24.3.1942 r. notowany jest też w książce szpitala obozowego – blok nr 20 (najprawdopodobniej chodzi o to, że chorował na czerwonkę). W zbiorach archiwum Auschwitz jest jego list obozowy z dnia 12.1.1941 r. Został rozstrzelany w dniu 14.6.1942 r.

Stefan Fiałkiewicz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Stefan Fiałkiewicz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Bardzo istotną informacją jest to, że Stanisław Paulo miał starszego brata – Władysława, który po II wojnie rozpoczął prywatne śledztwo w sprawie działalności i śmierci Stanisława oraz jego kolegów. Większość informacji o grupie Adama Pisza pochodzi od niego. Udostępniły mi je jego dzieci. Władysław Paulo wykonał tytaniczną pracę, żeby ustalić fakty dot. ich działalności i schwytania. Ja dzisiaj tymi faktami się posługuję, bez nich byłbym ślepy jak kret.

Stefan Fiałkiewicz został przywieziony do KL Auschwitz w dniu 8.10.1940 r. transportem z Krakowa – Tarnowa,obozie oznaczony jako więzień polityczny Polak (P. Pole) numerem 5937. W dniu 14.6.1942 r. został rozstrzelany w obozie”.

Postarałem się o to, żeby w Wikipedii było coś o nim:  https://pl.wikipedia.org/wiki/Stefan_Fiałkiewicz

Piotr Figura

Kraków, 27 listopada 2018 r.

Legioniści Piłsudskiego więźniami KL Auschwitz

Listopad 4th, 2018

W dniu 11 listopada 1941 r. na dziedzincu bloku nr 11 pod Ścianą Straceń w KL Auschwitz odbyła się  pierwsza egzekucja Polaków, o czym pisałem na moim blogu kilkakrotnie już w poprzednich latach. W swoim raporcie z 1945 r. rotmistrz Witold Pilecki napisał, że wśród ofiar tej egzekucji był por. rez. Tadeusz Lech, nr obozowy 9235, pochodzący z okolic Bochni, który na kilka godzin przed śmiercią powiedział do niego: „Cieszy mnie chociaż to, że zginę 11 listopada”.

Zobacz: Polska konspiracja wojskowa w KL Auschwitz

Sto cztery lata temu na Ziemi Olkuskiej stoczona została bitwa pod Krzywopłotami, Załężem i Bydlinem, rozegrana na tutejszych polach między 17 a 19 listopada 1914 r. Walczyli w niej z wojskami rosyjskimi u boku Austriaków również żołnierze I Brygady Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego.

Mogiła Legionistów w Bydlinie

Mogiła legionistów w Bydlinie (proszę kliknąć)

Czterdziestu sześciu z nich zginęło. We wspólnej mogile na cmentarzu w Bydlinie pochowano czterdziestu czterech poległych legionistów.

Jednym z uczestników tych walk był Stanisław Bytnar, który urodził się  31 marca 1897 r. w Ostrowie koło Przeworska. Przed pierwszą wojną światową rozpoczął naukę w Studium Nauczycielskim w Rzeszowie. Po jej wybuchu wstąpił do Strzelca w Krakowie. W listopadzie 1914 r. został ciężko ranny w walkach pod Krzywopłotami.

Mało znanym jest fakt, że podczas drugiej wojny światowej w KL Auschwitz byli więzieni i ginęli żołnierze Legionów, którzy walczyli pod dowództwem Józefa Piłsudskiego na frontach I wojny światowej.

Samych tylko oficerów więziono w tym obozie około trzydziestu, z czego większość z nich pobytu w KL Auschwitz nie przeżyła. Podoficerów i żołnierzy z rodowodem legionowym za drutami tego obozu przebywało znacznie więcej. Podczas drugiej wojny światowej najczęściej byli żołnierzami Związku Walki Zbrojnej, który później przekształcono w Armię Krajową.

Z okazji 100. rocznicy odzyskania przez Polske niepodległości można bylo na ich temat przygotować interesującą wystawę lub wydać okolicznościowy album.

Stanisław Bytnar, który również był więźniem oświęcimskiego obozu, w okresie międzywojennym  ukończył Państwowy Instytut Pedagogiki Specjalnej. Pracował głownie z dziećmi upośledzonymi. Zajmował się także pracą oświatową wśród więźniów z aresztu przy ulicy Rakowieckiej w Warszawie. W czasie drugiej wojny światowej prowadził tajne nauczanie dzieci upośledzonych, jak również dzieci ze szkół normalnych. Zatrzymany przez gestapo wraz z synem w swoim mieszkaniu w Warszawie 23 marca 1943 r., osadzony został na Pawiaku,  skąd 6 kwietnia tegoż roku wywieziono go do KL Auschwitz i oznaczono  numerem obozowym 121389. Stanisław Bytnar zginął w czasie ewakuacji obozu w styczniu 1945 r. i został pochowany w bezimiennej mogile na trasie „Marszu Śmierci”, która prowadziła  do Wodzisławia Śląskiego. Jego synem był Jan Bytnar ps.  Rudy”, który urodził się 6 maja 1921 r. w Kolbuszowej. W czerwcu 1939 r. zdał maturę w Państwowym Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie. Od marca 1941 r. działał w Szarych Szeregach. Zasłynął z działalności w Organizacji Małego Sabotażu „Wawer” m.in. narysował dużą kotwicę Polski Walczącej na cokole pomnika Lotnika na Placu Unii Lubelskiej w Warszawie.

  Jan Ruff (1895-1941) - polski Żyd, podoficer Legionów Józefa Piłsudskiego

Jan Ruff (1895-1941), polski Żyd, podoficer Legionów Piłsudskiego

Aresztowany został przez gestapo 23 marca 1943 r. wraz z ojcem w Warszawie i odbity w kilka dni później, 26 marca, podczas głośnej akcji pod Arsenałem. Zmarł 30 marca 1943 r. na skutek obrażeń odniesionych w czasie bestialskiego śledztwa. Jest jednym z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego „Kamienie rzucone na szaniec”.

Drugim żołnierzem Legionów, który sto lat temu walczył pod Krzywopłotami, był Jan Ruff, polski Żyd, urodzony w Warszawie 29 czerwca 1895 r. Po wybuchu pierwszej wojny światowej wstąpił do Legionów, gdzie ukończył kurs podoficerski. Brał udział w bitwach pod Krzywopłotami, Łowczówkiem i Konarami, odnosząc w ostatniej z nich ciężką ranę w brzuch. W latach 1919-1920 był uczestnikiem wojny z Ukraińcami i bolszewikami. Należał do Związku Polaków Wyznania Mojżeszowego.

Ukończył studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego, uzyskując w 1927 r. wpis na listę adwokatów w Warszawie, gdzie podczas okupacji niemieckiej aresztowano go i wywieziono do KL Auschwitz 6 kwietnia 1941 r.

Jan Ruff, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Jan Ruff, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Jan Ruff oznaczony numerem 13532, zginął w obozie 5 listopada 1941 r. Jego żona Maria z d. Butłow więziona była w KL Ravensbrück.

Obszerny biogram Jana Ruffa opublikowany został w książce Marka Gałęzowskiego „Na wzór Berka Joselewicza. Żołnierze i oficerowie pochodzenia żydowskiego w Legionach Polskich”, Warszawa 2010.

W bitwie pod Krzywoplotami i Załężem uczestniczyl także jako jeden z dowódców Mieczysław Ryś-Trojanowski, który po latach więziony przez hitlerowców zginął w  KL  Mauthausen 4 kwietnia 1945 r.

Zobacz: Relacje uczestników bitwy pod Krzywopłotami i Załężem

Adam Cyra

Oświęcim, 4 listopada 2018  r.

————————————————————————————————————————————————

Pamięć o bohaterach nie ginie

Józef Cyra (1909-1998)

Józef Cyra (1909-1998)

 

W archiwum rodzinnym znalazłem maszynopis poniższego tekstu, zatytułowany „Pamięć o bohaterach nie ginie”, którego autorem jest mój ojciec Józef Cyra. Artykuł ten ze względu na wprowadzenie stanu wojennego nie ukazał się we „Wrocławskim Tygodniku Katolików” („WTK”) w numerze, którego już nie wydano 13 grudnia 1981 r.

Na Jurze Krakowsko-Częstochowskiej w malowniczym zakątku, oddalonym parę kilometrów od Olkusza w kierunku północno-wschodnim, leży miejscowość Krzywopłoty. Miejscowość ta weszła weszła do historii walk o niepodległość Polski. Pod Krzywopłotami legioniści I Brygady Józefa Piłsudskiego w sile dwóch batalionów, IV pod dowództwem „Wyrwy” i VI pod dowództwem Fleszara, a całością dowodził Ryś-Trojanowski  stoczyli zwycięski bój z armią rosyjską w połowie listopada 1914 r.

Na cmentarzu w Bydlinie znajduje się mogiła czterdziestu czterech bohaterskich legionistów poległych w bitwie pod Krzywopłotami. Wśród nich znajduje się dowódca kompanii, porucznik Stanisław Paderewski, przyrodni brat wielkiego patrioty i pianisty Ignacego Paderewskiego. Na ich mogile wznosi się piękny pomnik w kształcie krzyża. Na jego podstawie, na marmurowych tablicach, jest wyryty urywek z poezji Juliusza Słowackiego i nazwiska poległych. Pomnik ten został poświęcony przez ks. Biskupa Władysława Bandurskiego.

Przed wojną, w okresie niepodległej Polski, rokrocznie obchodzono uroczyście rocznicę tej bitwy. Nadszedł koszmar okupacji hitlerowskiej, a później ponad trzydziestoletni okres zakłamania i fałszowania historii.

W tym okresie przychodzili na cmentarz bydliński patrioci szczerze miłujący Ojczyznę i prawdę historyczną, nad mogiłą bohaterów w ciszy cmentarnej, przy poszumie płaczących brzóz zasyłali do Niebios gorące modły, by przeminął czas zakłamania, by prawda i sprawiedliwość zapanowały na polskiej ziemi.

W 67. rocznicę bitwy pod Krzywopłotami, 24 listopada 1981 r., „Solidarność”, PTTK i szkoły zorganizowały podniosłą uroczystość dla uczczenia poległych bohaterów. Przy licznym udziale ludności regionu olkuskiego, pocztach sztandarowych różnych organizacji, na cmentarzu w Bydlinie przy grobie poległych legionistów uroczystość została zapoczątkowana odśpiewaniem „Gaude Mater Polonia”. Koncelebrowana Msza św. Została odprawiona przez duszpasterzy z Cieślina, Bydlina i Jaroszowca. W czasie Mszy św. Homilię wygłosił ks. Proboszcz z Bydlina, podkreślił w niej miłość Ojczyzny  i zasługi legionistów I Brygady Józefa Piłsudskiego przelewających krew w walce o jej niepodległość.

Po Mszy św. zostały złożone na grobach legionistów, żołnierzy września 1939 r. i żołnierzy różnych narodowości poległych w czasie pierwszej wojny światowej wieńce i kwiaty.

Po złożeniu wieńców został wygłoszony wykład obrazujący życie i działalność Józefa Piłsudskiego i roli utworzonych przez niego Legionów w walce o odzyskanie niepodległości. Popłynęły słowa prawdy od długich lat niesłyszane.

Burzliwymi oklaskami została przez zgromadzonych przyjęta rezolucja w sprawie nadania Szkole Podstawowej w Bydlinie imienia Marszałka Józefa Piłsudskiego.

Zapadał zmrok, zapłonęły światła na grobach. Młodzież rozpaliła ognisko i przy nim padały słowa o bohaterskich bojownikach o niepodległość Polski. Śpiewano piosenki legionowe o Tych co „na stos rzucili swój życia los” i o Tej „co nie zginęła, wyrośnie  z naszej krwi”.

W podniosłym nastroju w mrokach listopadowego wieczoru zgromadzeni opuszczali bydliński cmentarz. Nagie konary brzóz w lekkim powiewie wiatru nuciły zwycięską pieśń nadziei.

Józef Cyra

Olkusz, 25 listopada 1981 r.

———————————————————————————————————————————————–

Na stulecie odzyskania niepodległości przywrócili blask zabytkowemu sztandarowi

W dniu 16 listopada 2018 r. w sali kominkowej Muzeum Regionalnego PTTK w Olkuszu odbyła się niezwykła uroczystość. W roku obchodów stulecia odzyskania niepodległości powrócił do dawnej świetności zabytkowy sztandar – symbol wkładu ziemi olkuskiej w odrodzenie Rzeczypospolitej.

80 lat temu, 27 listopada 1938 r. na polach bitwy pod Krzywopłotami z 1914 r. odbyła się wielka uroczystość. Pod kaplicą na bydlińskim cmentarzu zgromadziły się tysiące osób – oficjeli, byłych legionistów, członków Związku Strzeleckiego i mieszkańców ziemi olkuskiej. Po zakończonej Eucharystii ufundowany przez społeczeństwo sztandar przekazano na ręce olkuskich strzelców. W drzewiec sztandaru zostały wbite pamiątkowe gwoździe m. in. od marszałka Edwarda Rydza-Śmigłego i premiera II RP Felicjana Sławoja-Składkowskiego. Zanim rozpoczęła się defilada, komendant olkuskiego Związku Strzeleckiego Stefan Czajka złożył na sztandar przysięgę: „W imieniu Powiatu Związku Strzeleckiego ślubuję i przyrzekam, że czci chorągwi – symbolu honoru, ofiary i pracy strzeleckiej – bronić będziemy całym swoim życiem.”

Sztandar, który w 1939 r. wyruszył wraz ze strzelcami na front, szczęśliwie przetrwał wojnę. W latach 80-tych trafił do olkuskiego oddziału PTTK, staraniem którego kilkanaście lat temu przeszedł renowację. Inicjatywę ufundowania brakującego drzewca wraz z głowicą sfinalizowano w tym roku. Na uroczystości wbicia w odtworzony drzewiec gwoździ pamiątkowych zebrali się fundatorzy oraz przedstawiciele organizacji kultywujących przedwojenne strzeleckie tradycje.

„Gratuluję organizatorom tej akcji i cieszę się, że również mogłem, jako urząd, włączyć się w tę cenną inicjatywę. Mam nadzieję, że będziemy mogli podziwiać ten sztandar podczas uroczystości patriotycznych.” – mówił starosta olkuski Paweł Piasny. Wśród zebranych był także płk. Krzysztof Goncerz, dowódca 11. Małopolskiej Brygady Obrony Terytorialnej. Dla obecnych na sali członków organizacji proobronnych i uczniów klasy mundurowej była to znakomita okazja do poszerzenia wiedzy o terytorialnej służbie wojskowej. Poświęcenia sztandaru dokonał proboszcz parafii św. Andrzeja Apostoła w Olkuszu ks. Mieczysław Miarka.

„Prócz gwoździ współczesnych fundatorów, w drzewcu widocznych jest także 28 replik gwoździ z 1938 r. Chcieliśmy w ten sposób podkreślić swoistą sztafetę pokoleń w kultywowaniu tradycji patriotycznych. – mówi główny koordynator akcji fundacyjnej i dowódca Olkuskiej Drużyny Strzeleckiej Jacek Golik – Prowadzimy rozmowy z kolejnymi darczyńcami, mam nadzieję, że uda się przygotować reprint albumu ze zdjęciami z uroczystości w Bydlinie w 1938 r.”

Wyhaftowane na rewersie sztandaru symbole można odczytać jako historię wkładu ziemi olkuskiej w odzyskanie niepodległości. Widać tam Krzyż Legionowy, reprezentujący żołnierzy Legionów Polskich, walczących m.in. pod Krzywopłotami. Kolejnym emblematem jest odznaka Polskiej Organizacji Wojskowej. POW była konspiracyjną organizacją niepodległościową, utworzoną w 1914 r. z inicjatywy Józefa Piłsudskiego. To „peowiacy” jesienią 1918 r. rozpoczęli rozbrajanie żołnierzy zaborców, dokonując tego również na ziemi olkuskiej. Na biało-czerwonej stronie płatu widać też Krzyż Obrony Lwowa. Jest to nawiązanie do 5. Batalionu Strzelców Olkuskich, ochotniczej jednostki, która w styczniu 1919 r. rozpoczęła swój szlak bojowy od wyruszenia na odsiecz Lwowa, w którym toczyły się zacięte polsko-ukraińskie walki. Uczestnicy uroczystości mogli również oglądać zrekonstruowane mundury 5. Batalionu Strzelców Olkuskich, przygotowane dzięki dofinansowaniu z programu FIO – Małopolska Lokalnie.

W inicjatywę odtworzenia drzewca włączyli się: starosta olkuski Paweł Piasny, prezes ZGH Bolesław SA Bogusław Ochab, proboszcz Bazyliki mniejszej pw. św. Andrzeja Apostoła w Olkuszu ks. Mieczysław Miarka, gen. dyw. Wiesław Kukuła – dowódca Wojsk Obrony Terytorialnej, st. insp. Leszek Steć – dowódca Polskiego Korpusu Drużyn Strzeleckich, Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej Środowisko Szaracy Skarżysko-Kamienna (prezes – Jan Wąsowski) i osoby prywatne.

Na uroczystości byli obecni także m. in. przedstawiciele Związku Strzeleckiego „Strzelec” – Jednostka Strzelecka 3069 Olkusz, Klubu Żołnierzy Rezerwy – LOK Bukowno i Olkusz oraz dyrektor ZDZ – Zespołu Szkół i Centrum Kształcenia Zawodowego w Olkuszu mgr Anna Klat wraz z uczniami.

Akcję zorganizowała Olkuska Drużyna Strzelecka PKDS i Światowy Związek Żołnierzy Armii Krajowej w Olkuszu, we współpracy z prezesem Oddziału PTTK w Olkusz panią Barbarą Stanek.

Tekst: Konrad Kulig, fot. Marian Rusek

Olkusz, 16 listopada 2018 r.

Zginął we Wszystkich Świętych w KL Auschwitz

Październik 29th, 2018

Napis wykonany przed śmiercią przez Juliana Schumachera w bloku nr 11

Napis wykonany przed śmiercią przez Juliana Schumachera w bloku nr 11

Zobacz: 1 listopada oświęcimianie pamiętali o ofiarach Auschwitz

Siedemdziesiąt cztery temu, w dniu 31 października 1944 r., Julian Schumacher jako więzień policyjny został skazany w bloku nr 11 przez „sąd doraźny” – pod przewodnictwem szefa gestapo katowickiego Johannesa Thümmlera - na karę śmierci i stracony w dniu następnym w KL Auschwitz II-Birkenau.

Julian Schumacher (1914-1944)

Julian Schumacher

Na krótko przed śmiercią zdążył na belce stropowej w sali na parterze tego bloku, gdzie był więziony, napisać: „Schumacher Julian z Trzebini, 31.10.44 ogłoszono wyrok, 1.11.44 jeszcze żyje”.

Napis ten można było również oglądać na fotografii, eksponowanej na wystawie o więźniach policyjnych w dwóch salach na parterze w bloku nr 11.

Ekspozycja ta istniejąca przez wiele lat w Muzeum Auschwitz została rozmontowana i usunięta z bloku nr 11 w maju 2018 r.

Zastąpiono ją nową wystawą o obozowym Ruchu Oporu, której otwarcie nastąpiło 14 czerwca 2018 r.

Napis Juliana Schumachera na fotografii nieistniejącej już obecnie wystawy w bloku nr 11

Napis Juliana Schumachera na fotografii nieistniejącej już obecnie wystawy w bloku nr 11 (proszę kliknąć zdjęcie w celu jego powiększenia)

Julian Schumacher urodził się 24 marca 1914 r. w Trzebionce. Jego ojciec Jan był inżynierem górniczym. Do szkoły powszechnej uczęszczał w Krystynowie, a do średniej szkoły handlowej we Lwowie. W 1927 r. wstąpił do II Drużyny Harcerskiej im. T. Kościuszki w Trzebini, później zajmował się we Lwowie zuchami. Kiedy wrócił do Trzebini w 1932 r., pracował w referacie zuchowym. W 1938 r. został mianowany podharcmistrzem. Zatrudniony był w elektrowni w Sierszy. Pod koniec okupacji pracował w biurze w Zakładach Gumowych w Trzebini.

Jesienią 1943 r. angielski lotnik Alfred Walke zbiegł z obozu jenieckiego położonego przy rafinerii w Trzebini i poprosił o pomoc rodzinę Schumacherów, zamieszkałą przy ul. Św. Stanisława w Trzebini. Pomocy udzielono i zbieg ukrywał się do wiosny 1944 r. u tej rodziny w udostępnionym mu pokoju.

W Zakładach Gumowych w Trzebini pracowała Bronisława Gwizdałówna, zajmująca się sprawami personalnymi. Julian Schumacher poprosił ją latem 1944 r., aby mu wyszukała kartotekę jakiegoś pracownika, którego dane miały odpowiadać rysopisowi pewnego mężczyzny. Urzędniczka znalazła kartotekę na nazwisko Rybak. Powyższe dane zostały wykorzystane przez Schumachera w celu sporządzenia fałszywego dokumentu dla zbiegłego jeńca angielskiego. Niestety, został on powtórnie aresztowany, załamał się podczas śledztwa i podał nazwisko Juliana Schumachera jako tego, który mu dostarczył wspomniane fałszywe dokumenty. Kup książkę: „Pozostał po nich ślad …”, Oświęcim 2006

W dniu 21 sierpnia 1944 r. Schumacher został aresztowany w swoim biurze. Równocześnie zatrzymano Bronisławę  Gwizdałównę. Miejscowy policjant niemiecki Wilhelm Bohusch, z pochodzenia Czech, który dokonał aresztowań, doprowadził ich najpierw na posterunek w Trzebini, a w dniu następnym dostarczył do więzienia w Mysłowicach.

Bronisławę Gwizdałównę,  aresztowaną tylko dlatego, że w biurku Schumachera znaleziono jej zdjęcie, zwolniono z więzienia 21 września 1944 r. W mysłowickim więzieniu przebywał już uwięziony wcześniej jej brat Ludwik, który był członkiem AK na Śląsku. Wywieziono go później do KL Auschwitz, gdzie zginął z wyroku policyjnego „sądu doraźnego” 29 września 1944 r.

Zobacz: wystawa internetowa mojego autorstwa, zatytułowana „Pozostał po nich ślad …”

Należy podkreślić, że Julian Schumacher aktywnie działał w AK na terenie Trzebini. Pracujący wówczas w Zakładach Gumowych Stefan Kołodziejczyk relacjonuje: „Po wybuchu powstania warszawskiego w sierpniu 1944 r. przyszli do mnie członkowie sztabu AK: Julian Schumacher, Tadeusz Struzik i Midleja, żądając ode mnie udostępnienia maszyny do pisania, powielacza, matryc i papieru. Zdziwiłem się na co im to potrzebne. Pokazali mi wtedy różne pisma akowskie i poinformowali, że chcą przeprowadzić mobilizację wśród Polaków do armii podziemnej i ruszyć na odsiecz Warszawie. Oświadczyłem im, że nie mogę wydać potrzebnych urządzeń, ale sam wykonam odbitki. Midleja zrobił matryce, a ja powieliłem sto pięćdziesiąt cztery odbitki druków mobilizacyjnych. Schumacher prosił mnie jeszcze o klucz do kantorka, w którym były schowane dokumenty, gdyż potrzebował pięć Ausweisów”.

Razem z Julianem Schumacherem 1.11.1944 r. zginął także Maks Rams z Trzebini

Razem z Julianem Schumacherem 1.11.1944 r. zginął także Maks Rams z Trzebini, pozostawiając również napis pożegnalny w bloku nr 11, brak o nim bliższych danych (proszę kliknąć zdjęcie w celu jego powiększenia).

Blankiety Ausweisów były potrzebne Schumacherowi do sfałszowania dokumentów dla pięciu jeńców angielskich zbiegłych z przymusowej pracy w rafinerii w Trzebini. Niestety, jak już wspomniano, jeden z nich został później ujęty przez hitlerowców. „W czasie przesłuchań – wspomina Stefan Kołodziejczyk – musiał on podać nazwisko Schumachera i Maksymiliana Ramsa, bo ich aresztowano. Do gumowni przyszli gestapowcy,  ponieważ dokument znaleziony przy Angliku był wydany w tym zakładzie i grozili, że wszystkim, którzy udzielili mu pomocy, grozi to samo co Schumacherowi. (…) W więzieniu w Mysłowicach przebywał Franciszek Jędrzejczyk z Trzebini, członek AK. Po zwolnieniu z więzienia opowiadał, że spotkał tam Juliana Schumachera. (…) Jędrzejczyk radził mu, aby całą sprawę wziął na siebie i nie narażał innych. Widocznie tak się stało, bo żadnych konsekwencji nie poniosłem i do końca wojny pracowałem w gumowni”.

Przyczynę aresztowania potwierdził sam Julian Schumacher, pisząc w grypsie przesłanym z więzienia w Mysłowicach do żony Danuty, że został osadzony w tym więzieniu za pomoc udzieloną zbiegłemu jeńcowi angielskiemu.

Policyjny "sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz Władysława Siwka, b. więźnia KL Auschwitz

Policyjny "sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz Władysława Siwka, b. więźnia KL Auschwitz

„Na jego prośbę  – wspomina Ryszard Schumacher – brat mój wraz z Bronisławą Gwizdałówną, która pracowała w kadrach, wyrobili mu fałszywą legitymację służbową i przekazali go organizacji AK w Kędzierzynie, gdzie pracował teść brata, Grzeszczuk. Anglik po kilku miesiącach dostał się w ręce policji niemieckiej i w śledztwie podał nazwiska osób udzielających mu pomocy”.

Zachowało się pismo, które policja w Trzebini otrzymała 21 sierpnia 1944 r. z Katowic. Znajdowało się w nim polecenie natychmiastowego aresztowania następujących osób: Juliana Schumachera, Bronisławy Gwizdałównej i Ryszarda Schumachera. Ten ostatni zdołał zbiec i ukrywał się do końca okupacji. W zamian za niego aresztowano jego żonę Irenę.

Zawiadomienie o straceniu Juliana Schumachera

Zawiadomienie o straceniu Juliana Schumachera

Julian Schumacher po dwumiesięcznym pobycie w więzieniu w Mysłowicach, został 26 października 1944 r. przewieziony do KL Auschwitz i umieszczony w Bloku Śmierci, natomiast Bronisława Gwizdałówna i Irena Schumacher zostały zwolnione. Po wyjściu z więzienia w Mysłowicach Irena Schumacher ciągle była wzywana przez policję w Trzebini i bita podczas przesłuchań, aby ujawniła, gdzie ukrywa się jej mąż Ryszard.

Obydwaj bracia, Julian i Ryszard Schumacherowie, byli przed wojną instruktorami harcerskimi (podharcmistrzami) i od 1940 r. pracowali konspiracyjnie w organizowanych w Trzebini przez magistra praw Franciszka Jędrzejczyka „Szarych Szeregach”, któremu udało się przeżyć pobyt w KL Auschwitz.

Julian Schumacher z wyroku „sądu doraźnego” został stracony w KL Auschwitz II-Birkenau w dniu 1 listopada 1944 r.

Jego brat Ryszard Schumacher (ur. 1912 r.) przez wiele lat pracował w Centrali Produktów Naftowych. Już w 1923 r. wstąpił do Związku Harcerstwa Polskiego. Pracował jako sekretarz komendy Hufca Harcerzy w Trzebini (1928-1936) i drużynowy 5 i 12 Drużyny Harcerzy w Sierszy (1931-1935). Ponadto pełnił funkcję instruktora komendy Hufca Harcerzy w Trzebini (od 1945) i kierownika Referatu Harcerskiego Hufca Kraków-Grzegórzki (1958).

Był współautorem książki dotyczącej historii Hufca Trzebinia. Zmarł w Krakowie 18 listopada 2009 r. w wieku 97 lat. Kilka lat wcześniej został poinformowany przeze mnie o napisie, który przed śmiercią wykonał jego brat Julian Schumacher na belce stropowej jednej z sal na parterze w bloku nr 11. Od tego zdarzenia aż do jego śmierci łączyła mnie z Ryszardem Schumacherem serdeczna przyjaźń.

Adam Cyra

Oświęcim, 29 października 2018 r.

Wspomnienie o Janie Olszyńskim, bokserze i więźniu Auschwitz

Październik 28th, 2018

Ściana Straceń w Muzeum Auschwitz

Ściana Straceń w Muzeum Auschwitz

W dniu 28 października 1942 roku, siedemdziesiąt sześć lat temu, pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11 rozstrzelano około 280 Polaków więzionych w KL Auschwitz. Była to największa egzekucja w historii tego obozu, która miała charakter odwetu na więźniach za sabotaż i akcje partyzanckie prowadzone na terenie Lubelszczyzny, a ofiarami jej byli głównie więźniowie przywiezieni z więzień  w Lublinie oraz Radomiu w 1941 i 1942 roku.

Na piętrze bloku nr 11, który zwany był Blokiem Śmierci, na terenie Muzeum Auschwitz, w kilka lat po wojnie została utworzona wystawa na temat obozowego Ruchu Oporu. Zawierała ona również około trzysta fotografii więźniów Polaków, wykonanych przez obozowe gestapo, którzy zostali rozstrzelani na dziedzińcu tego bloku pod Ścianą Straceń. Można je było oglądąć w korytarzu na piętrze bloku nr 11.

Przez wiele lat Jan Olszyński, który wraz z ojcem Bolesławem i matką był więziony w KL Auschwitz, przyjeżdżał do oświęcimskiego Muzeum w rocznicę tej największej egzekucji przed uroczystością Wszystkich Świętych. Zawsze koło fotografii ojca, rozstrzelanego podczas tej egzekucji, pozostawiał kwiaty. Nie mógł tego tylko zrobić wtedy, kiedy w latach osiemdziesiątych wspomniana wystawa była zamknięta z powodu trwających prac na jej zmianą.

Ekspozycja ta na nowo została otwarta i udostępniona odwiedzającym w 1993 roku. Jan Olszyński przyjechał wówczas ponownie do Muzeum Auschwitz i koło fotografii obozowej znowu pojawiły się przywiezione przez niego kwiaty. Ostatni raz złożył je w 2000 roku. W roku następnym zmarł w Krynicy, mając osiemdziesiąt lat.

Dzisiaj nawet gdyby żył, kwiatów nie mógłby złożyć, ponieważ od kilku lat wystawa ta niedostępna jest dla odwiedzających. Wejście do niej uniemożliwia krata i łańcuch z kłódką.

Opis  tego przerażającego wydarzenia, podczas którego jedną z jego ofiar był Bolesław Olszyński,  zawarłem w tekście zatytułowanym „Największa egzekucja w KL Auschwitz”.

Zachęcam  Czytelników mojego bloga do zapoznania się z tym opisem, zawierającym również fragmenty wstrząsających relacji więźniów KL Auschwitz, będących świadkami tego tragicznego wydarzenia sprzed blisko osiemdziesięciu lat.

Adam Cyra

Oświęcim, 28 października 2018 r.

Ppłk Juliusz Gilewicz (1890-1943)

Październik 27th, 2018

Ppłk lotnictwa Juliusz Gilewicz (1890-1943)

Ppłk lotnictwa Juliusz Gilewicz (1890-1943)

Siedemdziesiąt pięć lat temu, 11 października 1943 r., pod Ścianą Straceń w KL Auschwitz, rozstrzelano pięćdziesięciu czterech więźniów. W grupie rozstrzelanych byli Polacy, wybitni wojskowi, działacze społeczni i polityczni.

Jednym z nich był ppłk Juliusz Gilewicz, który urodził się 19 października 1890 r. w Białopolu (gubernia kijowska), gdzie jego ojciec był administratorem majątku ziemskiego. Do rosyjskiego gimnazjum uczęszczał w Żytomierzu, skąd wydalono go za przynależność do tzw. „Polskiej Korporacji Samokształceniowej”. Już jako ekstern zdał egzamin dojrzałości w Wiaźmie na Ukrainie, a następnie podjął studia na Uniwersytecie w Kijowie, na którym zdołał ukończyć sześć semestrów medycyny i cztery semestry prawa. Znał cztery języki obce: rosyjski, ukraiński, czeski i niemiecki.

Studia przerwał w 1914 r., ponieważ powołano go do armii rosyjskiej i skierowano 5 marca 1915 r. do szkoły lotniczej w Gatczynie, którą ukończył 1 sierpnia 1915 r. Wkrótce wyruszył na front. W lotnictwie carskim Gilewicz odbył blisko 200 lotów bojowych i dwukrotnie był ranny podczas walk powietrznych, otrzymując wysokie rosyjskie odznaczenia wojenne m.in. czterokrotnie Krzyż Orderu św. Jerzego.

Latem 1917 r. dowiedział się o formowaniu polskich oddziałów wojskowych na Białorusi i na własną prośbę został przeniesiony do oddziału lotniczego formowanego przy I Korpusie Polskim gen. Józefa Dowbora-Muśnickiego. Jego zadaniem, po objęciu funkcji oficera technicznego, było zebranie w Brodach wszystkich Polaków, służących w lotnictwie 11. armii rosyjskiej.

W listopadzie 1917 r. Gilewicz w rejonie Starokonstantynowa znalazł się wśród cofających się zbolszewizowanych wojsk rosyjskich, skąd udało mu się jednak przedostać do Kijowa opanowanego przez Ukraińców. W marcu 1918 r. miasto to opanowali bolszewicy i Gilewicz postanowił wówczas z powrotem dołączyć do I Korpusu. W trakcie realizacji tego zamiaru 14 marca 1918 r. został aresztowany na stacji kolejowej Konotop w guberni czernichowskiej przez wkraczające na Ukrainę oddziały niemieckie. Po kilku tygodniach udało mu się zbiec i wyruszył w głąb Rosji, gdzie na terytorium kontrolowanym przez bolszewików przebywała jego rodzina. Ci zatrzymali go i zmusili w czerwcu 1918 r. do wstąpienia do Armii Czerwonej, gdzie otrzymał nominację na dowódcę 3. eskadry artyleryjskiej, z którą miał odejść na front. Formując swoją jednostkę starał się pozyskać do niej jak najwięcej nastawionych antybolszewicko Polaków, aby w przyszłości wraz z nimi przedostać się do Wojska Polskiego, co udało mu się dopiero 7 lipca 1919 r. W sumie wraz z nim szeregi bolszewickie opuściło 17 ludzi: 14 Polaków, 1 Francuz, 1 Rosjanin i 1 Gruzin. Wszyscy uczestniczyli później po stronie polskiej w wojnie z bolszewikami w 1920 r. Gilewiczowi i jeszcze dwuosobowej załodze drugiego samolotu udało się wówczas szczęśliwie przelecieć na stronę polską i wylądować w Nowych Święcianach wśród żołnierzy 1. DP Legionów, dowodzonej przez gen. Edwarda Rydza-Śmigłego.

W dniu 7 stycznia 1920 r. Gilewicz został mianowany dowódcą 5. eskadry lotniczej, którą dowodził aż do 17 kwietnia 1921 r. W sumie podczas wojny polsko-bolszewickiej wykonał około 40 lotów bojowych, zostając za okazane bohaterstwo podczas ich wykonywania odznaczony Srebrnym Krzyżem Orderu Virtuti Militari. W jego wniosku o to odznaczenie można przeczytać: „W akcji pod Żmerynką i Barem kierując działaniem w zastępstwie Szefa Lotnictwa 6. Armii osobiście odpiera atak nieprzyjaciela atakując pociąg pancerny i powracając do oddziału z uszkodzonym przez kule samolotem”.

W okresie międzywojennym zajmuje odpowiedzialne stanowiska w lotnictwie polskim, awansując do stopnia podpułkownika i pełniąc funkcję komendanta parku w 4. Pułku Lotniczym w Toruniu. W 1937 r. został przeniesiony w stan spoczynku i przeszedł do pracy w lotnictwie cywilnym jako naczelnik ruchu w Polskich Liniach Lotniczych „LOT” w Warszawie.

Podczas okupacji hitlerowskiej został aresztowany przez warszawskie gestapo w styczniu 1942 r. za działalność w Związku Walki Zbrojnej. Więziony był najpierw na Pawiaku, a następnie 18 kwietnia tegoż roku przywieziony do KL Auschwitz i oznaczony numerem 31033.

W obozie ppłk Juliusz Gilewicz został wkrótce członkiem konspiracji wojskowej, utworzonej przez rtm. Witoda Pileckiego jeszcze jesienią 1940 r. pod nazwą Związek Organizacji Wojskowej. Latem 1942 r. Gilewicz objął kierownictwo tej organizacji, zaś dowództwo bojowe nad całością przejął mjr Zygmunt Bohdanowski (w obozie zarejestrowany pod nazwiskiem Bończa, nr 30959), który w okresie międzywojennym przez pewien czas był oficerem 5. dywizjonu artylerii konnej w Krakowie i znał dobrze teren w pobliżu Oświęcimia. Z kolei młodszy brat szefa Związku Organizacji Wojskowej, Kazimierz Gilewicz, nr 71886, w powiązaniu z obozem macierzystym w Oświęcimiu prowadził wojskową konspirację w podobozie w Monowicach. Na trop tej organizacji, której celem ostatecznym było wywołanie powstania w obozie i uwolnienie więźniów, gestapo obozowe wpadło dopiero ponad rok później.

Symboliczny grób Juliusza i Kazimierza Gilewiczów na Cmentarzu Wojskowym na warszawskich Powązkach

We wrześniu 1943 r. w KL Auschwitz osadzono w bunkrach bloku nr 11 siedemdziesięciu czterech więźniów. Obozowe gestapo po śledztwie połączonym z intensywnymi przesłuchaniami i biciem część więźniów zwolniło. Pozostałych w liczbie pięćdziesięciu czterech rozstrzelano po Ścianą Straceń w dniu 11 października 1943 r. Znalazło się wśród nich 28 członków Związku Organizacji Wojskowej w obozie, w tym czołowi jej przywódcy: ppłk Juliusz Gilewicz oraz jego brat mjr Kazimierz Gilewicz, mjr Zygmunt Bończa-Bohdanowski, ppłk lotnictwa Teofil Dziama, Jan Mosdorf, kpt. Tadeusz Paolone i ppłk Kazimierz Stamirowski.

Wszyscy zginęli mężnie. Dziama i Paolone (w obozie zarejestrowany pod nazwiskiem Lisowski) zażądali, by strzelano do nich nie w tył głowy, lecz prosto w twarz, jak do żołnierzy. Żądanie to zostało spełnione przez dokonującego egzekucję Rapportführera Wilhelma Clausena. który aresztowany po wojnie, w trakcie przygotowań do procesu, zmarł w więzieniu w Krakowie w 1948 r.

Adam Cyra
Oświęcim, 27 października 2018 r.

75 lat temu Johannes Thümmler został nowym szefem gestapo w Katowicach

Październik 18th, 2018

Zobacz: Sędzia z piekła Auschwitz

Johannes Thümmler urodził się 23 sierpnia 1906 roku w Chemnitz w Niemczech. W latach trzydziestych ukończył studia prawnicze, obronił doktorat, został członkiem partii hitlerowskiej NSDAP a wkrótce też i SS. W lutym 1941 roku otrzymał nominację na szefa placówki gestapo w Chemnitz.

Johannes Thümmler (1906-2002)

Johannes Thümmler (1906-2002)

Siedemdziesiąt pięć lat temu, we wrześniu 1943 roku, przeniesiono go do Katowic na stanowisko szefa gestapo w tym mieście. Równocześnie od jesieni tegoż roku do stycznia 1945 roku przewodniczył „sądowi doraźnemu” w KL Auschwitz. W tym czasie skazał na śmierć co najmniej tysiąc Polaków (mężczyźni, kobiety i dzieci), którzy w bloku nr 11 przebywali jako więźniowie policyjni.

W dniu 2 września 1943 roku odbyło się ostatnie posiedzenie „sądu doraźnego”, któremu przewodniczył poprzedni szef gestapo katowickiego dr Rudolf Mildner. Na karę śmierci skazano wówczas 93 osoby. W grupie tej było kilku więźniów, którzy nie ukończyli jeszcze 18 roku życia, najmłodszymi spośród nich byli: Leokadia Samarzyk (9 lat), Irena Karcz (14 lat), Janina Lazurowska (14 lat), Wanda Jarosz (15 lat), Ryszard Jakubczyk (15 lat) i Antoni Kokosz (16 lat). Dzieci otrzymywały wyroki śmierci i tracone były głównie za to, że donosiły żywność ukrywającym się Żydom lub członkom konspiracji.

"Sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz b. więźnia Władysława Siwka

"Sąd doraźny" w bloku nr 11, obraz b. więźnia Władysława Siwka

Pierwsze „posiedzenie” Standgerichtu (sądu doraźnego), któremu przewodniczył już dr Johannes Thümmler odbyło się 22 października 1943 roku. Zapadło wówczas 111 wyroków śmierci. Jednym ze skazańców był Tadeusz Gzyl, mający 15 lat. Ofiary rozstrzeliwano pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11.

Dr Johannes Thümmler mieszkał m.in. w niemieckim hotelu „Eichendorf” (przed wojną „Polonia”) w Katowicach. Z więźniami, którzy przebywali w piwnicach gmachu siedziby katowickiego gestapo obchodził się brutalnie i czasami osobiście ich mordował. Były więzień Antoni Szwajnoch (nr 26682) w swojej relacji podaje, że w powyższym gmachu często go spotykał: Był to wysoki, postawny mężczyzna ze szramą na policzku. Jedno z takich „spotkań” omal nie skończyło się dla mnie tragicznie. Był to akurat dzień 17 stycznia 1945 roku. (…) Otóż tego właśnie dnia, idąc schodami z piwnicy nie dostrzegłem w porę Thümmlera i nie zdjąłem przed nim czapki. Uderzył mnie więc z całej siły, wybijając mi parę zębów. (…) Pamiętam, że jednego aresztanta zastrzelił w piwnicy osobiście sam Thümmler.

W dniu 5 stycznia 1945 roku odbył się ostatni Standgericht pod przewodnictwem Johannesa Thümmlera, który tak zapamiętała była więźniarka Zofia Gabryś-Domasik: Posiedzenie trwało do wieczora. (…) naliczyłyśmy, że wywołano 78 mężczyzn i 38 kobiet. Atmosfera stała się coraz bardziej napięta i nerwowa. Słychać było cichy płacz i szloch skazanych.

Wśród więźniarek PH w bloku nr 11 były również kobiety ciężarne. Jedna z nich nazywała się Bogdańska. Była więźniarka Wanda Bieniosz zapamiętała, jak w dniu 5 stycznia 1945 roku zobaczyła ją z niemowlęciem na ręku. Była to dziewczynka o imieniu Helenka. Na spacerze na dziedzińcu bloku nr 11 każda z więźniarek, chociaż na chwilę chciała ją wziąć na ręce. Bogdańska otrzymywała dla dziecka dodatek więzienny w postaci kaszy manny. Kiedy w dniu 17 stycznia 1945 roku więźniarki były ewakuowane z bloku nr 11 i skierowano je do bramy wyjściowej obozu, Bogdańska spotkała znajomego więźnia, który pomógł jej odłączyć się od kolumny ewakuacyjnej i ukryć wraz dzieckiem w jednej z piwnic na terenie obozu, gdzie doczekała wyzwolenia w dniu 27 stycznia 1945 roku.

Prawie 96-letni Johannes Thümmler, mieszkający w ostatnich latach swojego życia w Eriskirch nad Jeziorem Bodeńskim, nigdy nie został ukarany. Zmarł w Niemczech w maju 2002 roku.

Czytaj więcej : Zbrodnia nigdy nie osądzona

Władysław Kokot (1909-1944) – więzień policyjny w bloku nr 11

Jan Cupioł (1909-1944) - więzień policyjny w bloku nr 11

Adam Cyra

Oświęcim, 18 października 2018 r.

Zmarł Jerzy Laudański (1922-2018)

Październik 1st, 2018

Jerzy Laudański, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Jerzy Laudański, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W poniedziałek, 1 października 2018 roku, w godzinach rannych zmarł Jerzy Laudański. Pochodził z Jedwabnego, mieszkał w Piszu, miał 96 lat.

W niemieckich obozach Auschwitz i Sachsenhausen przebywał prawie trzy lata, a w stalinowskich więzieniach ponad osiem lat – od 1949 do 1957 roku.

Zobacz: Jerzy Laudański opowiada …

Adam Cyra

Oświęcim, 1 października 2018 r.

Sprawiedliwość po latach

Wrzesień 29th, 2018

Zofia Zużałek, 96. urodziny (22.04.2018 r.)

Zofia Zużałek, 96. urodziny, 22.04.2018 r. Fot. Adam Cyra

Zobacz: Major Piotr Szewczyk uznany za niewinnego

W 110. rocznicę urodzin skoczka spadochronowego – cichociemnego, majora Piotra Szewczyka, pochodzącego z Babic koło Oświęcimia, który w okresie stalinowskim za działalność na rzecz niepodległego bytu Państwa Polskiego został skazany na karę śmierci, jego siostra Zofia Zużałek otrzymała postanowienie Wojskowego Sądu Okręgowego w Warszawie z dnia 6 września 2018 r. unieważniający tamten zbrodniczy wyrok.

Zofia Zużałek, która dzisiaj ma 96 lat i mieszka w Niemodlinie, z otrzymanego postanowienia sądowego również dowiedziała się, że 3 sierpnia tegoż roku prokurator Instytutu Pamięci Narodowej – Oddziałowej Komisji Ścigania Zbrodni Przeciwko Narodowi Polskiemu w Warszawie złożył wniosek o stwierdzenie nieważności wspomnianego wyroku byłego Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 7 maja 1947 r.  W ten sposób po latach ten stalinowski wyrok został ostatecznie unieważniony i sprawiedliwości dziejowej wobec majora Piotra Szewczyka stało się zadość.

Piotr Szewczyk urodził się 9 września 1908 r. w Babicach koło Oświęcimia. Uczestniczył w działaniach wojennych we wrześniu 1939 r. W styczniu następnego roku przekroczył granicę węgierską i dotarł przez Jugosławię do Armii Polskiej tworzonej przez gen. Władysława Sikorskiego we Francji.

W lutym 1940 r. ppor. Piotr Szewczyk był już żołnierzem Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich. Trzy miesiące później, zaokrętowany wraz z nią na jednym ze statków, popłynął z Francji do Norwegii i jako dowódca plutonu uczestniczył w bitwie o Narwik wiosną 1940 r.

W połowie czerwca tegoż roku, kiedy Samodzielna Brygada Strzelców Podhalańskich powróciła z Norwegii do Francji, ppor. Szewczyk zdążył jeszcze wziąć udział w walce z Niemcami na terenie Bretanii, otrzymując za wykazane męstwo francuskie odznaczenie „Croix de Guerre” z palmą.

Po klęsce Francji przedostał się latem 1940 r. do Anglii, aby na wyspach brytyjskich ponownie stać się żołnierzem. W dniu 10 grudnia tegoż roku za bohaterstwo okazane wcześniej pod Narwikiem ppor. Szewczyk otrzymał z rąk gen. Sikorskiego w Szkocji Krzyż Srebrny Orderu Virtuti Militari, a z kolei na posiedzeniu emigracyjnego rządu Norwegii w Londynie 20 marca 1942 r. przyznany mu został Krzyż Wojenny z Mieczem. Należy podkreślić, że to najwyższe norweskie odznaczenie wojenne otrzymało tylko dwunastu oficerów, podoficerów i żołnierzy Samodzielnej Brygady Strzelców Podhalańskich, którzy w szczególny sposób wyróżnili się podczas walk w Norwegii.

W dniu 16 stycznia 1942 r. ppor. Szewczyk, będąc wówczas oficerem Pierwszej Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Stanisława Sosabowskiego, zgłosił się ochotniczo na kilkumiesięczny kurs szkoleniowy cichociemnych i po jego pomyślnym ukończeniu otrzymał awans na porucznika, przyjmując pseudonim „Czer”.

Wieczorem 17 lutego 1943 r. z lotniska pod Londynem odleciała do okupowanej Polski ekipa spadochronowa licząca czterech skoczków. Jednym z nich był por. Piotr Szewczyk. Lot na placówkę odbiorczą, położoną w powiecie siedleckim przebiegał pomyślnie. Przy samym zrzucie pułap był jednak zbyt niski, w wyniku czego „Czer” poważnie się potłukł.

Wiosną 1943 r. por. Szewczyk został skierowany do Lwowa, gdzie jako oficer Armii Krajowej objął dowództwo rejonu dywersyjnego Lwów – Miasto. Nazywano go tutaj „Piter” lub „Siwy”. Inicjował i organizował wiele akcji bojowych w tym mieście. Z dniem 11 listopada 1943 r. awansował do stopnia kapitana.

Podczas wyzwalania Lwowa i w czasie walk o to miasto, trwających od 23 do 27 lipca 1944 r., dowodził kompanią żołnierzy Armii Krajowej, która opanowała m.in. budynek Politechniki Lwowskiej.

Od 25 lipca 1944 r. do Lwowa zaczęły masowo napływać oddziały Armii Czerwonej i wkrótce nastąpiły na polecenie władz sowieckich podstępne aresztowania dowódców a później żołnierzy Armii Krajowej. Awansowany do stopnia majora z dniem 2 sierpnia 1944 r. Piotr Szewczyk uniknął aresztowania we Lwowie przez NKWD i przedostał się do Warszawy, a następnie do Londynu, gdzie dotarł w lipcu 1945 r. Tam 3 września zdał relację z dotychczasowych wydarzeń gen. Stanisławowi Taborowi i przeprowadził rozmowy z innymi polskimi oficerami, np. płk. Marianem Utnikiem, ostatnim szefem VI Oddziału Sztabu Naczelnego Wodza. Wkrótce opuścił Londyn i 15 października był już z powrotem w Warszawie, gdzie został aresztowany przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa na początku listopada 1945 r.

Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z dnia 7 maja 1947 r. Piotr Szewczyk jako kurier rządu emigracyjnego do organizacji „Wolność” i Niezawisłość” został skazany jako rzekomo uczestniczący „w związku mającym na celu obalenie demokratycznego ustroju Państwa Polskiego” na karę śmierci.

Warto tutaj nadmienić, że mieszkańcy Babic zebrali wiele podpisów pod prośbą do ówczesnego prezydenta Bolesława Bieruta o ułaskawienie mjr. Szewczyka. Można przypuszczać, że to właśnie ich prośba wpłynęła na decyzję Bieruta, który karę śmierci zamienił cichociemnemu z Babic na piętnaście lat więzienia.

Piotr Szewczyk przebywał najpierw w więzieniu na Mokotowie. W dniu 17 lutego 1952 r. mjr. Szewczyka przewieziono do Wronek, gdzie wobec skazanych straż więzienna okazywała wrogość groźbami i obelgami.

W marcu 1953 r. zmarł Józef Stalin i wkrótce ujawniono znaczną część zbrodni Urzędu Bezpieczeństwa w komunistycznej Polsce, które nazwano „wypaczeniami” i „łamaniem prawa”. Trzy lata później zrewidowano i sprawę majora Szewczyka, którego w dniu 8 maja 1956 r. zwolniono z więzienia we Wronkach w stanie krańcowego wyczerpania.

Mjr Piotr Szewczyk, mając 79 lat, zmarł 28 stycznia 1988 r. i został dwa dni później, 30 stycznia, pochowany na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu.

Nie doczekał już zmian ustrojowych, które nastąpiły półtora roku po jego śmierci i wolnej, niepodległej Polski, za którą tylu Polaków oddało swoje życie.

Adam Cyra

Oświęcim, 29 września 2018 r.

„Klisze pamięci. Labirynty”

Wrzesień 24th, 2018

Marian Kołodziej na tle jednego ze swoich obrazów "Klisze pamięci. Labirynty"

Marian Kołodziej na tle jednego ze swoich obrazów "Klisze pamięci. Labirynty"

Na temat historii podobozu KL Auschwitz w Harmężach pisałem już obszernie na moim blogu, nie wspominając jednak o niezwykle ciekawej wystawie tam znajdującej się, zatytułowanej „Klisze pamięci. Labirynty”. Ostatnio otrzymałem interesującą prośbę w sprawie tej ekspozycji od pana Pawła Szymanowicza z Krakowa, którą poniżej publikuję:

Z dużym zainteresowaniem odwiedziłem Pański blog poświęcony historii obozu w Auschwitz. Jestem fundraiserem powołanej przez ojców Franciszkanów fundacji Brat Słońce.

Obecnie rozpoczynamy projekt, którego celem jest pozyskanie funduszy na rozbudowę Centrum św. Maksymiliana w Harmężach. Jeżeli to możliwe to prosilibyśmy o zamieszczenie linku do naszej strony poświęconej temu projektowi: (http://bratslonce.pl/kliszepamieci/)

Zależy nam na jak najszerszym rozpropagowaniu  naszego projektu. W załączeniu przesyłam też zwięzłą prezentacje całej idei: Krótka prezentacja „Klisze pamięci”

Pozdrawiam serdecznie, Paweł Szymanowicz, Fundraiser

Fundacja Brat Słońce, ul. Żółkiewskiego 14, 31-539 Kraków

tel. kom. +48 722 100 230, tel./faks +48 12 423 18 98

e-mail: [email protected]www.bratslonce.pl

biuro: pn.-pt. 8:00 -16:00

REGON 122414276, NIP 6751462135, KRS 0000397954

BGŻ BNP Paribas 75 1600 1013 1849 4935 4000 0001

Powyższy projekt w pełni popieram. Nieżyjącego twórcę wystawy „Klisze pamięci. Labirynty”, byłego więźnia KL Auschwitz, Mariana Kołodzieja znałem osobiście i wielokrotnie z Nim rozmawiałem. Zostawił po sobie niezwykłe świadectwo historii.

Adam Cyra

Oświęcim, 24 września 2018 r.

Ppor. Edmund Wilkosz – bohater spod Monte Cassino

Wrzesień 17th, 2018

Maki na Monte Cassino

Kilka dni temu odwiedziłem cmentarz żołnierzy polskich, którzy zginęli we Włoszech podczas walk o zdobycie, bronionego zaciekle przez niemieckich spadochroniarzy, kluczowego punktu oporu, jakim był dla hitlerowców – klasztor na wzgórzu Monte Cassino.

Ppor. Edmund Wilkosz spoczywa wśród 1072 poległych wówczas polskich żołnierzy na najwyższym stopniu Polskiego Cmentarza Wojennego na Monte Cassino. Warto przypomnieć jego postać.

Urodził się 30 listopada 1912 r. w Oświęcimiu. Mieszkał w pobliskich Babicach. Naukę po ukończeniu szkoły powszechnej kontynuował w Prywatnym Gimnazjum Koedukacyjnym im. ks. Stanisława Konarskiego (dzisiejsze Liceum Ogólnokształcące im. Stanisława Konarskiego). Następnie rozpoczął studia na Wydziale Filozoficznym UJ w Krakowie i po ich ukończeniu podjął pracę jako urzędnik administracji państwowej w starostwie powiatowym w Stryju, gdzie pracował do 18 września 1939 r.

Pasją Edmunda Wilkosza było harcerstwo. W latach 1933-1938 pełnił nawet funkcję komendanta Hufca Męskiego w Oświęcimiu. Na kilka miesięcy przed wybuchem drugiej wojny światowej ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy Piechoty.

We wrześniu 1939 r. ze Stryja, gdzie – jak już było wspomniane – pracował na Kresach, został ewakuowany do pobliskiej Rumunii, skąd przedostał się poprzez Węgry, Jugosławię, Grecję i Turcję do Palestyny, wstępując do tworzonej tam Brygady Strzelców Karpackich. W 1941 r. uczestniczył w walkach pod Tobrukiem i za udział w nich został odznaczony Krzyżem Walecznych.

Na początku 1944 r., ppor. Edmund Wilkosz, jako oficer 2. Korpusu Polskiego został przetransportowany do Włoch, gdzie później brał udział w walkach pod Monte Cassino i wtedy to, 14 maja, został ciężko ranny.

Wspomina go Melchior Wańkowicz w części „593 – Góra Ofiarna” i rozdziale „Karpacka rozpoczyna natarcie” w swojej książce „Monte Cassino”: Natarcie otwarły wydzielone z 1. kompanii dwie grupy szturmowe: grupa por. Ulaneckoiego na prawo i grupa ppor. Wilkosza na lewo. Lekkie grupy zbrojne w broń pierwszej potrzeby. Już Wilkosz doszedł do patrolu Jędrzejowskiego. – Romek! Gdzie bunkry? – Nacieraj z lewej odpowiada Jędrzejowski – bo z prawej masz szpandały. Daj piata, będę wspierał. Otrzymuje piata: daje kilka strzałów do bunkrów z Niemcami: rozwalają się bunkry: Jędrzejowski widzi, jak rozpryskują się kamienie, z których je zbudowano. Wilkosz przelazł koncertinę, otrzymując ogień szpandałów. Ulanecki tymczasem atakuje bunkry. Przeszedłszy pierwsze dwa poległ z granatami w ręku na szczycie trzeciego, otrzymując sześć kul w pierś. Ulanecki, tobruczanin, kawaler krzyża walecznych. Wilkosz kontynuuje. Na czwartym bunkrze otrzymawszy cztery pociski w pierś i w brzuch. Wilkosz – jako strzelec jeszcze nagrodzony za Tobruk krzyżem walecznych.

Edmund Wilkosz (1912-1944)

Edmund Wilkosz (1912-1944)

W wyniku odniesionych ran ppor. Edmund Wilkosz zmarł w szpitalu polowym 18 maja 1944 r. W dniu jego śmierci, patrol 12. Pułku Ułanów Podolskich zatknął biało-czerwoną flagę na ruinach zdobytego klasztoru. Na Monte Cassino odegrany został Hejnał Mariacki, co stanowiło obwieszczenie zwycięstwa polskich żołnierzy.

Jedna z ulic w Oświęcimiu nosi imię Witolda Wilkosza, którego narzeczona Anna Zięba pracowała po wojnie w Dziale Naukowym Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Cztery lata temu powstało Muzeum Pamięci 2. Korpusu Polskiego przy Polskim Cmentarzu Wojennym we Włoszech na Monte Cassino. Dowiedz się więcej na stronie www.fondazionemm2c.org

Zobacz: Cenna pamiątka na makulaturze

Adam Cyra

Oświęcim, 17 września 2018 r.

Ucieczka Jana Nowaczka z KL Auschwitz

Sierpień 30th, 2018

Budynek tzw. „Theatergebäude”, gdzie obecnie będzie się mieścić Centrum Nauczania o Auschwitz i Holocauście

Budynek tzw. „Theatergebäude”, gdzie obecnie będzie się mieścić Centrum Nauczania o Auschwitz i Holocauście

Siedemdziesiąt siedem lat temu, 1 września 1941 roku, w czasie pracy karnej kompanii na terenie żwirowni koło „Theatergebäude” uciekł jeden z jej więźniów. Był nim Jan Nowaczek (nr 8488). W dniu kiedy zbiegł z obozu, pilnujący więźniów wartownik zapytał, czy któryś z nich potrafi naprawić mu zepsuty rower. Zgłosił się Nowaczek, którego esesman zamknął w swoim służbowym pomieszczeniu. Więzień szybko naprawił rower i postanowił skorzystać z  nadarzającej się okazji, którą był nie tylko rower, ale także mundur SS wiszący w stalowej szafie.

Nowaczek otworzył szafę narzędziami, którymi naprawiał rower i nie zdejmując pasiaka, ubrał się w mundur, w kieszeni którego znalazł pistolet. Następnie wsiadł na rower i wyjechał poza strefę interesów obozu. Stojący przy szlabanie esesmani, zasalutowali mu, nie zatrzymując go. Uciekinier  przez Grojec dotarł do Poręby Wielkiej. Wszedł do pierwszego z brzegu domu. Miał szczęście, że natrafił na dom zamieszkały przez Polaków, a nie osiedleńców niemieckich, których dużo było w okolicy.

Pomocy w Porębie Wielkiej udzielili mu Franciszka i Wawrzyniec Kuligowie, w zabudowaniach których częściowo spędził noc: Po północy około godziny drugiej mąż wyprowadził go z domu i powiedział, w którym kierunku musi uciekać, żeby przedostać się do Generalnej Guberni. Na drogę otrzymał od nas trochę pieniędzy oraz żywność. (…) Od tych wydarzeń minęło dziewięć miesięcy. Wszyscy byliśmy przekonani, że Nowaczkowi udała się ucieczka.

Należy dodać, że pracująca wtedy przy wydobyciu piasku koło „Theatergebäude” grupa więźniów liczyła dwadzieścia osób. Po ucieczce Nowaczka pozostałych dziewiętnastu jeszcze tego samego dnia umieszczono w bunkrach bloku nr 11. Nazajutrz Lagerführer Karl Fritzsch dziewięciu uwięzionych odesłał z powrotem do Strafkompanie, natomiast dziesięciu nadal pozostawiono w bunkrach i wkrótce zabito ich podczas pierwszej próby uśmiercania więźniów gazem cyklonem B w podziemiach tegoż bloku 3 września 1941 roku.

Po kilku miesiącach Jan Nowaczek został schwytany na terenie Generalnego Gubernatorstwa. Uciekiniera ponownie przywieziono do  KL Auschwitz, gdzie w dniu 29 kwietnia 1942 roku został osadzony w bunkrze bloku nr 11, a następnie w dniu 1 czerwca tegoż roku wcielono go z powrotem do karnej kompanii.

Podczas śledztwa prowadzonego przez obozowe gestapo Nowaczek zupełnie załamał się i wskazał wiele osób, które okazały mu po ucieczce pomoc. Franciszka Kulig z Poręby Wielkiej tak zapamiętała te wydarzenia: W maju pod nasz dom zajechał samochód. Wyszedł z niego esesman i trzymając w ręce teczkę wszedł do mieszkania (…). Po chwili (…) wprowadzili jakiegoś obcego mężczyznę ubranego po cywilnemu. Padło pytanie, czy znam tego człowieka. Zaprzeczyłam. Ale kiedy tenże cywil zaczął mówić, jak wszedł do sieni, gdzie spał i przebierał się, poznałam go – to był Nowaczek.

Były więzień Ludwik Banach (nr 20317) twierdził, że Nowaczek w sumie wskazał około sto dwadzieścia osób, udzielających mu pomocy, które po aresztowaniu zostały uwięzione w KL Auschwitz.  Liczba ta wydaje się przesadną, niemniej można ustalić, że z tej przyczyny tylko ze wspomnianej Poręby Wielkiej aresztowano w dniu 15 maja 1942 roku i osadzono w obozie: Franciszka Domińca i Jana Kuliga  oraz Franciszkę Kulig i jej siostrę Stefanię Magierę.

Mąż wspomnianej Franciszki Kulig – Wawrzyniec początkowo próbował się ukrywać, lecz kilkanaście dni później dobrowolnie zgłosił się do KL Auschwitz, gdzie oznaczono go numerem 41623. W zamian uzyskał zwolnienie żony, która była w zaawansowanej ciąży i 5 czerwca  urodziła syna Wawrzyńca. Jego ojciec został rozstrzelany pod Ścianą Straceń 11 sierpnia,  natomiast  Stefanią Magierę i Jana  Nowaczka stracono  27 sierpnia 1942 roku. Prawdopodobnie w wyniku zeznań Jana Nowaczka został także aresztowany ks. Franciszek Paciorek, wikary z parafii w Spytkowicach koło Zatora, który zginął w KL Auschwitz w dniu  5 marca 1943 roku.

Obecnie ma być utworzone nowe muzeum w Oświęcimiu, które będzie mieścić się w budynku dawnego magazynu żywnościowego SS „Lagerhaus”. Powstanie tam ekspozycja poświęcona mieszkańcom Ziemi Oświęcimskiej, którzy podczas okupacji niemieckiej pomagali więźniom KL Auschwitz. Jednym z nich był Wawrzyniec Kulig, o którym pamięć w tym muzeum powinna być szczególnie  zachowana.

Czytaj więcej: Skazani za jednego uciekiniera

Wawrzyniec Kulig dobrowolnie poszedł do KL Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim, 30 sierpnia 2018 r.

Piąta rocznica śmierci Władysława Foltyna (1923-2013)

Sierpień 21st, 2018

Ausweis okupacyjny Władysława Foltyna

Ausweis okupacyjny Władysława Foltyna

Pięć lat temu, 30 sierpnia 2013 roku, zmarł Władysław Foltyn, mieszkający w Oświęcimiu w pobliżu Muzeum Auschwitz-Birkenau. Był niezwykłym świadkiem historii, do której często wracał w swoich wspomnieniach z lat drugiej wojny światowej.

Władysław Foltyn urodził się 23 listopada 1923 roku w Dworach koło Oświęcimia. Jego rodzina podczas okupacji niemieckiej była zaangażowana w akcję niesienia pomocy więźniom KL Auschwitz.

Wraz ze swoim krewnym Józefem Foltynem przymusowo zatrudniony był na terenie przyobozowym jako pracownik cywilnej niemieckiej firmy „Kluge”.

W dniu 22 listopada 1940 roku, w przeddzień siedemnastych urodzin Władysława Foltyna, który był naocznym świadkiem tego tragicznego zdarzenia, hitlerowcy rozstrzelali w żwirowni, położonej tuż obok obozu Auschwitz czterdziestu Polaków. Był to odwet za działalność ruchu oporu na Śląsku. Ofiary przywieziono z Katowic. Wydarzenie to zapoczątkowało masowe rozstrzeliwania w KL Auschwitz.

Wspomniany mord Niemcy dokonali w głębokim dole, który powstał jeszcze przed drugą wojną światową. Wydobywano w nim żwir. Współcześnie nie ma po nim śladu. Teren, na którym się znajdował, jest położony w obrębie nieistniejącej już bazy Państwowej Komunikacji Samochodowej (PKS), której pozostałości obecnie  należą do Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Władysław Foltyn starał się nieść pomoc uwięzionym w KL Auschwitz , a także pośredniczył w nielegalnej korespondencji więźniów. Na przełomie 1942 i 1943 roku za kontakty z więźniami KL Auschwitz został aresztowany i osadzony w areszcie obozowym w bloku nr 11. Był więziony w celi nr 18, w której wcześniej śmiercią głodową zginął Ojciec Maksymilian Kolbe. Po kilkutygodniowym śledztwie zwolniono go z obozu i został wysłany na przymusowe roboty w głąb Rzeszy.

Śp. Władysław Foltyn, zmarł 30.08.2013 r.

Śp. Władysław Foltyn, zmarł 30.08.2013 r.

Po wyzwoleniu, kiedy wrócił do Oświęcimia, sowieccy żołnierze zamknęli go na krótko w tej samej celi, w której więziło go w latach wojny obozowe gestapo.

Swoje wspomnienia okupacyjne starał się przekazywać młodzieży. Był członkiem Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem w Oświęcimiu. Miał osiemdziesiąt dziewięć lat. Jego pogrzeb odbył się w Oświęcimiu 3 września 2013 roku.
"Lagerhaus" - dawny magazyn żywnościowy załogi SS w KL Auschwitz

"Lagerhaus" - dawny magazyn żywnościowy załogi SS w KL Auschwitz

Władysław Foltyn za zasługi w ratowaniu życia ludzkiego i niesieniu pomocy więźniom obozu Auschwitz-Birkenau był odznaczony Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski.

Obecnie ma być utworzone nowe muzeum w Oświęcimiu, które będzie mieścić się w budynku dawnego magazynu SS „Lagerhaus”. Powstanie tam ekspozycja poświęcona mieszkańcom Ziemi Oświęcimskiej, którzy podczas okupacji niemieckiej pomagali więźniom KL Auschwitz. Jednym z nich był Władysław Foltyn, o którym pamięć w tym muzeum powinna być zachowana.

Adam Cyra

Oświęcim, 21 sierpnia 2018 r.

Niezwykłe spotkanie w Harmężach koło Oświęcimia

Sierpień 20th, 2018
Szef MSZ Niemiec Heiko Maas i minister spraw zagranicznych Polski Jacek Czaputowicz spotkali się 20 sierpnia 2018 roku w Centrum świętego Maksymiliana w Harmężach koło Oświęcimia. Niemiecki polityk odwiedził też Muzeum Auschwitz i Międzynarodowy Dom Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu.

Centrum św. Maksymiliana jest nie tylko ośrodkiem pamięci i modlitwy, kecz także wotum wdzięczności za życie, dzieło oraz ofiarę Maksymiliana Marii Kolbego. Służy ono budowaniu pojednania pomiędzy różnymi narodami i religiami w duchu Świętego Franciszka z Asyżu i Świętego Maksymiliana Kolbe. Prowadzą je Franciszkanie oraz Misjonarki Niepokalanej Ojca Kolbego. Podczas II wojny światowej w Harmężach istniał podobóz  KL Auschwitz.

Podobóz ten został założony 77 lat temu w budynku, w którym dzisiaj mieści się Szkoła Podstawowa im. Św. Maksymiliana Marii Kolbego. Przed wojną była to willa należąca do Gustawa Zwillinga, właściciela folwarku w Harmężach.

Ze szczegółami związanymi z historią podobozu Harmense można zapoznać się w publikacji Adama Cyry, zatytułowanej „Historia podobozu KL Auschwitz w Harmężach”, wydanej kilkanaście lat temu przez Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau.

Czytaj więcej: Historia i pozostałości po podobozie KL Auschwitz w Harmężach

Adam Cyra

Oświęcim, 20 sierpnia 2018 r.

Wśród niosących pomoc więźniom Auschwitz byli kolejarze

Sierpień 19th, 2018

Kolejarze polscy, którzy zginęli w KL Auschwitz, niosąc pomoc więźniom tego obozu, dotychczas nigdzie nie zostali upamiętnieni, ani nie powstało na ich temat żadne opracowanie. Uważam, że dobrym miejscem na zachowanie pamięci o nich byłaby jedna ze ścian nowego dworca kolejowego, który w najbliższym czasie ma powstać w Oświęcimiu.

Marek Księżarczyk, prezes Oddziału Miejskiego TOnO w Oświęcimiu

Marek Księżarczyk, prezes Oddziału Miejskiego TOnO w Oświęcimiu

Podobnego zdania jest Marek Księżarczyk, oświęcimski pasjonat historii i prezes Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o Auschwitz-Birkenau.

- Powinna znaleźć się tam tablica przypominająca o bohaterstwie kolejarzy w tamtym tragicznym okresie dziejów – uważa Marek Księżarczyk.

Jego dziadek był Czechem i więźniem KL Auschwitz, który na skutek pobytu w obozie schorowany zmarł wkrótce po wojnie.

Moim zdaniem na takiej tablicy mogłoby znaleźć się co najmniej kilkanaście nazwisk kolejarzy, którzy zginęli w KL Auschwitz. Inni ryzykując życiem własnym i rodzin, niosąc pomoc więźniom, wojnę przeżyli. Jednym z nich był Jan Śliwka, który przetaczał m.in. pociągi z dworca towarowego w Oświęcimiu, potem kierowane na rampę kolejową KL Auschwitz II-Birkenau. Nieznaną historię oświęcimskiego kolejarza  Markowi Księżarczykowi opowiedział jego wnuk, mieszkający w Brzezince.

Czytaj więcej: Bohaterski kolejarz z Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim,  19 sierpnia 2018 r.

Mit o koszarach austriackich w Oświęcimiu

Sierpień 16th, 2018

W okresie pierwszej wojny światowej Austriacy w dzielnicy Oświęcimia na Zasolu  wybudowali w latach 1916–1917 baraki dla emigrantów zarobkowych z Galicji, którzy z  Oświęcimia wyruszali w świat za chlebem. Wojsko Polskie przejęło te budynki w 1919 roku. Nieprawdziwy jest natomiast mit, że kiedyś były to koszary austriackie, o czym pisze np. Józef Garliński w książce „Oświęcim walczący”, wydanej po raz pierwszy w Londynie w 1974 roku.

W Archiwum Państwowym w Oświęcimiu, mieszczącym się do niedawna w bloku nr 1 na terenie Muzeum Auschwitz odnalazłem dokument w postaci pisma Oświęcimskiego Towarzystwa Przemysłowego z dnia 14 stycznia 1918 roku, którego obszerny fragment – zachowując oryginalną pisownię – warto zacytować: W Oświęcimiu obok dworca kolejowego zbudowano już w czasie wojny obóz, jako stacyę wychodźczą robotników sezonowych dla krajowego biura pośrednictwa pracy. Obóz ten, względnie nowe miasto, o obszarze 50 morgów, wyposażono w tor kolejowy, w całą sieć dróg jezdnych i chodników, w kanalizację, wodociągi, Silnicę elektryczną obok miejscowej gazowni, zakład odkażalno-kąpielowy z pralnią, szpital chirurgiczny i zakaźny, w urząd pocztowo-telegraficzny, posterunek policyi i żandarmerii, gmach giełdy pracy z teatrem i w cały szereg innych budynków murowanych, potrzebnych dla administracji obozu; ponadto zbudowano 22 budynki murowane na pomieszczenie 3 tysięcy robotników oprócz 90 budynków drewnianych, które mogą pomieścić 9 tysięcy robotników. Ogólny nakład budowy całego obozu bardzo znacznie przewyższy kwotę 20 do 25 milionów koron.

Budynek tzw. „Theatergebäude”, gdzie obecnie będzie się mieścić Centrum Nauczania o Auschwitz i Holocauście

Budynek tzw. „Theatergebäude”, gdzie obecnie będzie się mieścić Centrum Nauczania o Auschwitz i Holocauście

Z cytowanego powyżej pisma wynika jednoznacznie, że budynek giełdy pracy z teatrem tzw. Theatergebäude” został wybudowany w czasie pierwszej wojny światowej.

Należy także wyjaśnić, że w piśmie tym jest mowa o 22 budynkach murowanych, które zostały w latach międzywojennych przejęte przez Wojsko Polskie, a w okresie drugiej wojny światowej wykorzystane przez hitlerowców – po dodatkowej rozbudowie – jak bloki KL Auschwitz, bądź budynki administrowane przez obozowe władze SS. W pomieszczeniach Theatergebäudeznajdował się magazyn obozowy.

Budynek, gdzie mieszkał na terenie koszar ostatni przedwojenny komendant garnizonu ppłk Władysław Kiełbasa, Niemcy zamienili na blok 11, zwany Blokiem Śmierci. W koszarach w Oświęcimiu stacjonowali żołnierze, które wchodzili w skład jednostek przedwojennego Wojska Polskiego, jak II Batalion 73. Pułku Piechoty z Katowic, w czasie pokoju liczący 650 żołnierzy ze składu 23. Dywizji Piechoty.W przededniu wybuchu II wojny światowej stacjonowali tutaj również żołnierze 5. Dywizjonu Artylerii Konnej, który w maju 1939 roku zastąpił III Dywizjon 21. Pułku Artylerii Lekkiej, a także dowództwo ośrodka zapasowego 23. Dywizji Piechoty i kadra batalionów zapasowych 73. i 75. Pułku Piechoty.

Pułkownik Władysław Kiełbasa (1893-1939)

Pułkownik Władysław Kiełbasa (1893-1939)

W czasie kampanii wrześniowej żołnierze tych oddziałów wsławili się bohaterstwem. Za udział w walkach obronnych 1939 roku cały 73. Pułk Piechoty, w którego skład wchodził II Batalion z Oświęcimia, został odznaczony Krzyżem Virtuti Militari. Żołnierze tego batalionu pod dowództwem podpułkownika Władysława Kiełbasy, 2 września 1939 stoczyli zwycięski bój z Niemcami pod Wyrami. Niestety, podczas tej walki sam dowódca został śmiertelnie raniony odłamkiem w głowę. – ppłk Kiełbasa pochodził z Ptaszkowej koło Nowego Sącza.

Pułkownik Kiełbasa nie był jedynym wybitnym oficerem i dowódcą w historii oświęcimskiej jednostki w okresie międzywojennym.. Pierwszym komendantem garnizonu był mjr Adam Haber­ling. We wrześniu 1939 roku dowodził obroną Łucka na Wołyniu. Został zamordowany przez Sowietów jeszcze w czasie działań wojennych. Kilku kolejnych oficerów z Oświęcimia w czasie okupacji pełniło kluczowe role w szeregach polskiej konspiracji.

Ppłk Jan Pałubicki był dowódcą Pomorskiego Okręgu Armii Krajowej. Ppłk Henryk Kowalówka z kolei najpierw dowodził Śląskim, a potem Okręgiem Poznań AK. W wyniku zdrady został schwytany przez Niemców i stracony. Można również wymienić, zmarłego po wojnie w Szwajcarii, kpt. Stanisława Karolusa.

W Oświęcimiu służyli również m.in. ppłk Jan Gumowski, który w czasie wojny został inspektorem radomskiego ZWZ i por. Jan Wawrzyczek, który podjął walkę pod drutami obozu Auschwitz, jako dowódca oddziału AK „Sosienki”. Nazwiska żołnierzy oświęcimskiego garnizonu można znaleźć wśród ofiar zbrodni katyńskiej, a także więźniów KL Auschwitz, np. major Zygmunt Bończa-Bohdanowski.

Koszary w Oświęcimiu w okresie międzywojennym

Koszary w Oświęcimiu w okresie międzywojennym

W kampanii wrześniowej 1939 roku jednostki Garnizonu „Oświęcim” walczyły w składzie Armii „Kraków”. Jej zadaniem była obrona południowo-zachodnich rubieży II Rzeczypospolitej.

W dniu 1 września 1939 roku II batalion 73. Pułku Piechoty znajdował się w rejonie Katowic-Ligoty z nastawieniem na działania w kierunku Mikołowa. Szlak bojowy tego batalionu wiódł następnie spod Mikołowa poprzez Sosnowiec, Alwernię, Kraków, Pacanów, Baranów, Biłgoraj i okolice Tomaszowa Lubelskiego, gdzie po wyczerpaniu amunicji i wobec okrążenia przez oddziały niemieckie 20 września nastąpiła kapitulacja całego 73. Pułku Piechoty.

Jarosław Ptaszkowski, lekarz i pasjonat historii z Oświęcimia, autor biogramu płk. Władysława Kiełbasy

Jarosław Ptaszkowski, znany lekarz z Oświęcimia i pasjonat historii , autor biogramu pułkownika Władysława Kiełbasy

Z kolei 5. Dywizjon Artylerii Konnej prowadził działania wojenne, zapewniając artyleryjskie wsparcie Krakowskiej Brygadzie Kawalerii. Walczył razem z nią, wycofując się z rejonu Koszęcin – Woźniki przez Pradła, Rokitno, Baranów, Tarnogród, Szczekociny, Solec, Annopol, Krasnystaw, Czarniowiec i Jacinę. Skapitulował 23 września 1939 roku.

Nim w budynkach pokoszarowych w Oświęcimiu powstał późną wiosną 1940 roku KL Auschwitz, Niemcy przez pewien krótki czas przetrzymywali  w nich polskich jeńców wojennych.

Jedna z ulic w Oświęcimiu kilkanaście lat temu została nazwana ulicą Pułkownika Władysława Kiełbasy (zobacz biogram).

Adam Cyra

Oświęcim, 16 sierpnia 2018 r.

74. rocznica śmierci Antoniego Kocjana (1902-1944)

Sierpień 13th, 2018

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Antoni Kocjan,  uczestnik wojny z bolszewikami w 1920 roku, był konstruktorem szybowcowym w okresie międzywojennym, więźniem KL Auschwitz, przywiezionym do obozu wraz z rotmistrzem Witoldem Pileckim i oficerem wywiadu Armii Krajowej. Na szczególne uznanie zasłużył sobie, po zwolnieniu go z KL Auschwitz w maju 1941 roku, kierując akcją rozszyfrowania tajnych broni niemieckich „V”.

74 lata temu, 13 sierpnia 1944 roku,  podczas ostatniej egzekucji więźniów Pawiaka został rozstrzelany przez Niemców. Kierowany przez niego wywiad lotniczy Komendy Głównej Armii Krajowej przyczynił się do tego, że możliwa była inwazja aliantów w Normandii w czerwcu 1944 roku.

W latach 1943-1944 pod kierunkiem Antoniego Kocjana polski wywiad  rozszyfrował tajemnice niemieckich bomb latających V-1 i rakiet dalekiego zasięgu V-2. Próby z tymi nowymi broniami prowadzone były w Peenemünde na wyspie Uznam koło Szczecina, pod kierunkiem hitlerowskiego konstruktora „broni odwetowej” – Wernhera von Brauna.

Ten niemiecki wynalazca nowej groźnej broni rakietowej, tuż przed zakończeniem wojny, sam oddał się w ręce Amerykanów. W  Stanach Zjednoczonych  von Braun konstruował nowe rakiety. Jedna z nich wyniosła na orbitę amerykańską załogę Apollo 11, która w lipcu 1969 roku stanęła na Księżycu.

W lipcu 1943 r. Adolf Hitler powiedział, że V-2 rozstrzygnie o losach wojny i wyznaczył koniec tegoż roku jako termin zrównania Londynu z ziemią.

Zobacz: Żołnierz Armii Krajowej Antoni Kocjan ujawnił tajną broń Hitlera

Dzięki przekazanym informacjom wywiadowczym Anglicy zbombardowali bazę w Peenemünde w sierpniu 1943 r. Spowodowało to, że niemiecki program użycia tych broni został opóźniony o pół roku, co umożliwiło aliantom inwazję na Francję 6 czerwca 1944 r.,  a Londyn uratowało od wielokrotnie większego zniszczenia

Lądowanie w Normandii – największa pod względem użytych sił i środków operacja desantowa w historii wojen – miało na celu otwarcie w zachodniej Europie tzw. drugiego frontu w europejskim teatrze działań II wojny światowej. Operacja została przeprowadzona we wtorek 6 czerwca 1944 roku pod dowództwem gen. Dwighta Eisenhowera, a trzon sił inwazyjnych stanowiły wojska amerykańskie, brytyjskie i kanadyjskie.

Mało znane są osiągnięcia wywiadu lotniczego Komendy Głównej AK, którym kierował Antoni Kocjan.

Osiągnięcia polskiego wywiadu przyczyniły się do tego, że lądowanie to mogło być możliwe, co potwierdzają słowa wielkich dowódców drugiej wojny światowej.

Dwight Eisenhower, naczelny dowódca alianckich sił inwazyjnych w Normandii, w swoich wspomnieniach pt. „Wyprawa Krzyżowa w Europie” napisał: „Gdyby Niemcom udało się udoskonalić nową broń V-1,V-2 sześć miesięcy wcześniej, nasza inwazja Europy spotkałaby na ogromne trudności, ba, nawet w pewnych okolicznościach stałaby się niemożliwa”.

Z kolei brytyjski marszałek sił powietrznych z tego okresu Philip Jonbert w swej książce, zatytułowanej „Rockets” oświadczył: „Niemcy mogli wygrać drugą wojnę światową gdyby wcześniej zastosowali rakiety V-1, V-2. Pięcioma tysiącami pocisków skierowanymi przeciw urządzeniom inwazyjnym przygotowanymi w południowej Anglii można było nawet powstrzymać inwazję”.

Czytaj więcej i zobacz filmy: „Życie pod wiatr”

Olkuszanin, który wygrał wojnę”

Adam Cyra

Oświęcim, 13 sierpnia 2018 r.

Spór o ulicę Fika w Oświęcimiu

Sierpień 12th, 2018

Ignacy Fik (1904-1942)

Ignacy Fik (1904-1942)

W połowie lipca 2018 roku wojewoda małopolski wydał zarządzenie, które zmieniło w Oświęcimiu nazwę ulicy Ignacego Fika na Tomasza Arciszewskiego. Obligowała go do tego ustawa o zakazie propagowania komunizmu. Wojewoda odwołał się do opinii IPN, który jednoznacznie wskazał, że dotychczasowy patron był działaczem komunistycznym. W ocenie IPN, nie ma wątpliwości, że Ignacy Fik jest symbolem stalinizmu. Zdaniem obecnych włodarzy Oświęcimia to opinia krzywdząca.

Chciałem ustosunkować się do tego sporu i przypomnieć, że komunistyczna Polska Partia Robotnicza (PPR)  utworzona została 5 stycznia 1942 roku w Warszawie podczas okupacji niemieckiej  przez zrzuconą kilka dni wcześniej na spadochronach ze Związku Sowieckiego, wyszkoloną tam przez NKWD, sześcioosobową grupę polskich komunistów z tzw. Grupy Inicjatywnej, w skład której wchodzili m.in. Marceli Nowotko, Paweł Finder i Bolesław Mołojec.

Są to na ogół sprawy znane i skupię się w moim tekście tylko na postaci Ignacego Fika, czerpiąc informacje o nim z „Polskiego Słownika Biograficznego” (PSB) z 1948 roku.

Ignacy Fik (1904-1942) był krytykiem literackim, poetą i działaczem społecznym. Jeszcze podczas studiów na Uniwersytecie Jagiellońskim należał w 1925 roku do projektodawców lewicowej organizacji młodzieżowej pod nazwą „Związek Pionierów”; w związku z czym był aresztowany i przetrzymywany w więzieniu św. Michała w Krakowie.

Od 1927 roku był nauczycielem języka polskiego, łaciny i propedeutyki filozofii, pracując w latach 1930-1938 w Oświęcimiu. Do dzisiaj przy wejściu do Liceum Ogólnokształcącego im. Stanisława Konarskiego wisi tablica jemu poświęcona.

W latach latach 1937 – 1939 był współorganizatorem „Klubu Demokratycznego” w Krakowie i Katowicach. Organizacja ta miała antyrządowy charakter, skupiała radykalnych działaczy lewicowych i komunistycznych.

Podczas okupacji niemieckiej Fik utworzył w Krakowie konspiracyjną organizację pod nazwą „Polska Ludowa”, która w swej deklaracji opowiadała się za powstaniem Polski ludowej, będącej republiką socjalistyczną która miała współpracować z innymi republikami socjalistycznymi, wchodzącymi w skład Związku Sowieckiego. Najprawdopodobniej przewidywał utworzenie z Polski po wojnie „siedemnastej republiki”.

W styczniu 1942 roku „Polska Ludowa” weszła w skład PPR-u, przekształcając się w Komitet Miejski PPR w Krakowie, którego pierwszym sekretarzem został Ignacy Fik. Gestapo krakowskie aresztowało go kilka miesięcy później. Osadzony został w więzieniu przy ul. Montelupich, a następnie rozstrzelany pod koniec listopada tegoż roku.

Maria Fikowa (z d. Moskwa), autorka książek dla dzieci i nowelistka, z którą zawarł związek małżeński w 1936 roku, uwięziona przez Niemców również w październiku 1942 roku, zginęła w czerwcu następnego roku w KL Auschwitz.

W Krakowie jedna z ulic w czasach PRL-u, podobnie jak w Oświęcimiu, też otrzymała imię Ignacego Fika. To jednak już odległa przeszłość, bo uchwałą Rady Miasta Krakowa z 14 czerwca 1991 roku zmieniono jej nazwę na ulicę Józefa Mackiewicza.

W Oświęcimiu przewidywana zmiana na ulicę Tomasza Arciszewskiego zapewne może nastąpić, mimo protestów i obecnego szumu medialnego wokół tej sprawy.

Na temat Marii i Ignacego  Fików informacje są także zawarte w książce prof. Krystyny Heskiej-Kwaśniewicz „Taki to mroczny czas. Losy pisarzy śląskich w okresie wojny i okupacji hitlerowskiej”, Katowice 2004.

Zobacz: http://www.sbc.org.pl/Content/67447/taki_to_mroczny_czas.pdf

Adam Cyra

Oświęcim, 12 sierpnia 2018 r.

Niepokonany w Auschwitz

Sierpień 11th, 2018

Jednym z symboli zagłady Polaków w KL Auschwitz, których deportowano do tego obozu w latach 1940-1945 około 150 tysięcy,  jest  pierwszy transport polskich więźniów politycznych. Transport ten, przywieziony  z tarnowskiego więzienia w dniu 14 czerwca 1940 roku, liczył 728 więźniów. Od czterech lat, decyzją Sejmu RP – 14 czerwca – obchodzony jest jako Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych.

Jednym z więźniów tego transportu był Tadeusz Pietrzykowski, który urodził się 8 kwietnia 1917 roku w Warszawie i w kronikach polskiego sportu zapisał się jako „Teddy”. Przedwojenny wicemistrz Polski i mistrz Warszawy w wadze koguciej  został ujęty w pobliżu granicy węgiersko-jugosłowiańskiej wiosną 1940 roku, gdy przedzierał się do armii polskiej gen. Władysława Sikorskiego we Francji. Potem poprzez areszty żandarmerii węgierskiej i policji słowackiej trafił do więzienia gestapo w Muszynie, a następnie do podobnych więzień w Nowym Sączu i Tarnowie, skąd 14 czerwca 1940 roku został przewieziony do KL Auschwitz, numer obozowy 77.  Zobacz: Koszulka patriotyczna męska „TEDDY”

Tadeusz Pietrzykowski "Teddy"

Tadeusz Pietrzykowski "Teddy"

W marcu 1941 roku stoczył pierwszą w historii tego obozu walkę pięściarską z udziałem więźniów. Pojedynki więzionych w KL Auschwitz polskich bokserów, jakkolwiek rozgrywane na rozkaz esesmanów, miały szczególny aspekt, którego istotę tak ujął w swojej wypowiedzi były więzień Tadeusz Sobolewicz:  Kiedy stałem wokół ringu bokserskiego pod obozową kuchnią i słyszałem okrzyki Polaków – więźniów zagrzewających „Teddego” do walki, zrozumiałem, że tu chodzi o coś więcej. Polak jest w ringu, Polak bije niemieckiego kryminalistę, który wczoraj jeszcze bił i mordował naszych kolegów. Ta atmosfera wokół ringu, ten klimat wśród wychudzonych i zabiedzonych polskich więźniów, to był bodziec dodający otuchy, że przecież jeszcze Polska nie zginęła.

W sumie popularny „Teddy” stoczył w obozie oświęcimskim prawie czterdzieści walk bokserskich, a niektórzy podają, że było ich nawet sześćdziesiąt. Prawie wszystkie z nich zdecydowanie wygrał. Zobacz: Bokser i śmierć

Adam Cyra

Oświęcim, 11 sierpnia 2018 r.

Interesujący i niezwykły jest fragment relacji Tadeusza Pietrzykowskiego na temat Ojca Maksymiliana Marii Kolbego, przechowywanej w Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu:

(…) „Nie pamiętam dokładnie daty, ale działo się to wiosną 1941 r., zatrudniano mnie wówczas przy oraniu pól w Babicach. Pracowałem oczywiście pod nadzorem esesmana Kommandoführera, który znał język polski, pochodził z Rybnika. Przy wykonywaniu tych czynności zauważyłem po drugiej stronie drogi więźniów z komanda grodzącego pastwisko. Tam właśnie jeden z Vorarbeiterów (przodowników pracy – dop. A.C.) znęcał się nad jakimś więźniem, który czołgał się na czworakach, a Vorarbeiter kopał go z całych sił. Oglądana scena oburzyła mnie i postanowiłem dać nauczkę Vorarbeiterowi.

Zwróciłem się więc do pilnującego mnie Kommandoführera, mówiąc, że boksuję i chciałbym sobie potrenować z Vorarbeiterem, który bił więźnia. esesman zgodził się na to, podszedł do swoich kamratów z SS pilnujących więźniów grodzących pastwisko – którzy też wyrazili na to zgodę. Spodziewali się dobrej zabawy, zaczęli nawet robić pomiędzy sobą zakłady. (…) Mając zgodę esesmanów podszedłem do Vorarbeitera pytając, za co bije więźnia. Vorarbeiter odburknął obraźliwie „Halte Schnauze, du blode Polacke” (zamknij pysk, ty durny Polaczku). Nie byłem mu dłużny i w ostrych słowach kazałem, aby zostawił swoją ofiarę. Wówczas oświadczył: „chcesz i ty dostać”? Przytaknąłem. Porzuciwszy bicie Vorarbeiter przyskoczył do mnie. Uderzyłem go wówczas raz, za drugim ciosem upadł na ziemię, Esesmani zaczęli bić brawa, a zdumieni więźniowie z dalsza oniemieli, oglądali niezrozumiałą dla nich scenę. Po chwili Vorarbeiter wstał, znów doskoczył do mnie, więc po kolejnym moim ciosie upadł. Zapytałem go wówczas: „chcesz, aby ciebie zawieziono do krematorium”?

Nie wiem, jakby na tym spotkaniu wyszedł Vorarbeiter  (zabierałem się do sprawienia mu solidnego lania), gdyby nie interwencja ofiary Voraibeitera. Nagle złapał mnie ktoś za rękę mówiąc: „nie bij synu, bracie, nie bij synu”. Proszący miał na nosie okulary w drucianej oprawie, z których jedno ramię zastępował kawałek sznurka. Z natury jestem porywczy (więc pierwszą myślą było stwierdzenie: jaki ja tam twój syn) i głośno powiedziałem: „odczep się, odczep się, jeśli nie chcesz ty dostać”. Podnoszącego się z ziemi Vorarbeitera znów poczęstowałem ciosem na szczękę, po którym po raz trzeci upadł na ziemię.

Proszący jednak nie ustępował, upadł przede mną na kolana i chwytając za ręce błagał: „nie bij synu, nie bij”. Zaśmiałem się z niego stwierdzając: co, lepiej aby on ciebie bił? Tego proszącego więźnia widziałem po raz pierwszy w życiu. Nie było czasu na oglądanie twarzy więźniów. Moja reakcja miała na celu ukaranie Vorarbeitera, który na pewno nie miał czystych rąk nie tylko w obozie, świadczyła o tym jego zwyrodniała twarz, o której można było powiedzieć, że jej właściciel powinien dostać pięć lat więzienia. Natomiast twarz proszącego więźnia była jakaś nienormalna: łagodna, dziwnie spokojna.

Nie wiedziałem co powiedzieć, zabrakło mi języka w ustach. W końcu machnąłem ręką i poszedłem bo skończyła się przerwa i trzeba było powrócić do pracy.

"Ojciec Maksymilian Kolbe", obraz b. więźnia Mieczysława Kościelniaka

"Ojciec Maksymilian Kolbe", obraz b. więźnia KL Auschwitz, Mieczysława Kościelniaka

Reszta dnia toczyła się normalnie, czyli wieczorem znalazłem się w obozie, już po apelu (jako tzw. kommandiert). W pewnej chwili podszedł do mnie więzień z pierwszego transportu ks. Marszałek (…) zapytał mnie: „a cóż to się zdarzyło w czasie pracy. Podobno pobiłeś jakiegoś Niemca”? Przytaknąłem,  a wówczas ks. Marszałek wyjaśnił mi, że ten kogo obroniłem to ojciec Kolbe  z Niepokalanowa. Nazwisko Kolbego nic mi nie mówiło, po prostu nie znałem i nie słyszałem o jego działalności. Ks. Marszałek zaproponował mi spotkanie się z ojcem Kolbe, więc poszedłem za nim na tzw. Birkenallee ( alejka brzóz), gdzie istotnie spostrzegłem Kolbego w towarzystwie innego więźnia, ks. Konrada Szwedy, który pracował w rewirze, gdzie podobno miano opatrzyć rany pobitego, ale tenże nie chciał tam pozostać. Pamiętam, że Kolbe zamienił ze mną parę zdań. Nie pamiętam dokładnie treści tej rozmowy, ale istota jej sprowadzała się do tego, że Kolbe pragnął abym Bogu pozostawił wymierzanie sprawiedliwości. Nie bardzo docierały do mnie te słowa bo stwierdziłem, że po nauczce, którą Vorarbeiter otrzymał ode mnie, chyba nie będzie próbował dalej się znęcać. Potem Kolbe opowiadał nam o swoich misjach w Japonii czego słuchałem z wielka chęcią i wyraziłem chęć posłyszenia w następnych dniach dalszego ciągu jego opowieści.

Za parę dni jeszcze raz spotkałem się z tym człowiekiem i podarowałem ma kawałek chleba (…). Na drugi dzień dowiedziałem się, że Kolbemu skradziono podarowany chleb. Pokazano mi nawet więźnia, który się tego dopuścił. We mnie aż krew zawrzała na taką podłość, więc nie namyślając się wiele doskoczyłem do winowajcy i znów doszło do rękoczynów. Ale i tym razem znalazł się przy mnie ojciec Kolbe i nie pozwolił mi dotknąć złodzieja. Ponieważ miałem w kieszeni kawałek chleba dałem go Kolbemu a ten, na moich oczach przełamał chleb na połowę i jedną z nich dał złodziejowi mówiąc: „on też jest głodny”. Machnąłem na to ręką i poszedłem do pracy. Kolbego widziałem jeszcze parę razy, ale nie miałem czasu nad dokładnym rozpamiętywaniem jego postępowania”.

Źródło: Archiwum Muzeum Auschwitz-Birkenau. Zespół Oświadczenia, t. 39 (duplikat), k. 78-79.

Kantyna SS w KL Auschwitz

Sierpień 10th, 2018

Esesmani z KL Auschwitz. Archiwum Muzeum A-B

Esesmani z KL Auschwitz. Archiwum Muzeum A-B

Stąd do drutów byłego obozu Auschwitz jest tylko 200 metrów, a do bramy z napisem „Arbeit macht frei” 400. Pusty od ćwierć wieku drewniany budynek zabytkowej kantyny SS obecnie przejęła od skarbu państwa Fundacja Pobliskie Miejsca Pamięci Auschwitz-Birkenau z siedzibą w Brzeszczach.

Mordowali bez skrupułów, a potem szli się bawić. Było to ulubione miejsce spotkań esesmanów z załogi KL Auschwitz. Nie tylko jedli tutaj obiady. W kantynie SS organizowano także przedstawienia teatralne, zebrania partyjne członków NSDAP i inne imprezy okolicznościowe esesmanów z udziałem komendanta obozu Rudolfa Hössa. Było też kino.

Budowę kantyny rozpoczęto siłami więźniów w połowie 1941 roku. Rok później budynek był gotowy. Główna sala mogła pomieścić około 1500 osób.  Na jej końcu była scena teatralna z pełnym wyposażeniem. Do dzisiaj widać tutaj ślady m.in. po mechanizmach opuszczających kurtynę i otwór w scenie po budce suflera.

Na tej scenie esesmani oglądali m.in. występy siedmiu karłów więzionych w KL Auschwitz. Brytyjska Telewizja Chameleon TV zrealizowała o nich kilka lat temu film dokumentalny. Jest on poświęcony historii żydowskiej rodziny Ovitz, deportowanej do KL Auschwitz w maju 1944 roku.

Z prawej: Warwick Davis z żoną

Z prawej: Warwick Davis z żoną

W filmie tym, zatytułowanym „Perspectives”, osobą opowiadającą historię rodziny Ovitz jest brytyjski aktor Warwick Davis, znany z wielu produkcji filmowych takich jak: „Gwiezdne wojny”, „Hary Potter” i „Opowieści z Narni”, który sam jest  karłem.

Rodzina Ovitz składała się z dziesięciu osób z czego siedem osób było karłami, pozostałe trzy były normalnego wzrostu. Przed wybuchem II wojny światowej mieszkali na terenie Transylwanii w Rumunii, tworząc tam znaną grupę teatralną.

Filmowa opowieść Warwicka Davisa o rodzinie Ovitzów – siedmiu żydowskich liliputach, którzy przeżyli pobyt w Auschwitz – jest oparta na książce, której autorami są Yehuda Koren i Eilat Negev. Książka ta zatytułowana „Sercem byliśmy wielcy. Niezwykła historia żydowskiej rodziny karłów ocalałej z Holocaustu została wydana w tłumaczeniu na język polski kilkanaście lat temu.

Historia tej żydowskiej rodziny karłów jest wprost nie do uwierzenia, bo jak uznać za prawdę, że artyści-więźniowie śpiewali piosenki o miłości niedaleko od komór gazowych i krematoriów KL Auschwitz. Ten nieprawdopodobny wprost przekaz opowiedziała autorom wspomnianej książki najmłodsza z sióstr, Perla Ovitz, która zmarła w Hajfie wrześniu 2001 roku.

Każdy z nas pamięta bajkę o królewnie Śnieżce i siedmiu krasnoludkach. A tu Ovitzów była dokładnie siódemka, jak w filmie Walta Disneya. Byli oni jak krasnoludki z bajki, grali w obozie na różnych instrumentach i mieli kolorowe ubiory.

Tyle że w prawdziwym życiu „krasnoludki” przywiezione z Transylwanii nie spotkały na swojej drodze królewny Śnieżki – lecz bestię, którą w Auschwitz był dr Josef Mengele. Ten wykorzystując ich do swoich „badań” pozwolił im zachować kolorowe sceniczne ubiory, nie musieli golić głów, a karlice mogły się nawet malować.

Na temat swojej książki Yehuda Koren i Eilat Negev powiedzieli:

Wszystko, co ludzie powinni wiedzieć o Holocauście, jest w naszej książce. Opisaliśmy życie rumuńskich Żydów w Transylwanii. Opisaliśmy wojnę, getto, wywózki, Auschwitz, eksperymenty medyczne, jakim Mengele poddawał więźniów, wyzwolenie obozu przez Rosjan i grozę sowieckiej okupacji. (…) Ovitzowie byli w Auschwitz najsłabsi ze słabych. Żeby wejść na pryczę, musieli prosić o pomoc więźniów normalnego wzrostu. Każdy esesmański pies był dla nich groźny jak tygrys. Lecz byli mądrzy i przebiegli, wiedzieli, że przetrwanie nie zależy tylko od fizycznej siły.

Na rampie wyładowczej w Birkenau, zaraz po przywiezieniu, karły wzbudziły zainteresowanie esesmanów, którzy natychmiast o ich przybyciu powiadomili dra Josefa Mengele. Ten, gdy zobaczył rodzinę siedmiu karłów, uznał, że nadarzyła mu się wyjątkowa okazja, bowiem w swoich „badaniach” szukał kodu genetycznego powodującego karłowatość. Dlatego pozwolił Ovitzom żyć, traktując ich jak rzadkie zwierzęta doświadczalne. Dzięki temu ocaleli, przebywając  w Birkenau aż do wyzwolenia obozu 27 stycznia 1945 roku.

Po wojnie wyjechali do Izraela, działając tam jako grupa artystyczna pod nazwą „Trupa Liliputów”. Ovitzowie byli żydowskimi ortodoksami, świętowali w soboty i przestrzegali reguł koszerności oraz modlili się w synagodze. Ale byli też cząstką show-biznesu, chociaż w obozie spotkali się ze zbrodniczym antysemityzmem w skrajnej postaci.

Film „Perspectives” zapewne jest ciekawy, tym bardziej, że historia siedmiu liliputów z Auschwitz jest w nim opowiedziana przez osobę doskonale znającą realia codziennego życia karłów, bo przecież Warwick Davis jest jednym z nich.

Adam Cyra

Oświęcim, 10 sierpnia 2018 r.

Barbara Puc (1944-2018)

Sierpień 8th, 2018

Barbara Puc (z d. Perończyk) urodziła się 17 maja 1944 roku w KL Auschwitz II-Birkenau, gdzie otrzymała numer obozowy 79496.  Jej rodzice zostali aresztowani w Chrzanowie w listopadzie 1943 roku, kiedy w fabryce lokomotyw, gdzie pracował jej ojciec, odkryto sabotaż.

Aresztowanych rodziców wkrótce, poprzez więzienie śledcze w Mysłowicach, jako więźniów policyjnych przywieziono do bloku nr 11 w KL Auschwitz, gdzie przebywali do połowy kwietnia 1944 roku. Następnie rodziców Zmarłej przeniesiono do KL Auschwitz II-Birkenau.

Matka wraz z urodzoną córką Barbarą pobyt w obozie przeżyła, ojca ewakuowano do KL Mauthausen, skąd przewieziono go do Zamku Hartheim, gdzie  zginął w komorze gazowej 24 kwietnia 1945 roku.

Dwa lata temu Barbara Puc, uczestnicząc w Pielgrzymce – „Mauthausen 2016″, odwiedziła Zamek Hartheim, gdzie umieściła tablicę upamiętniającą śmierć swojego ojca Stefana Perończyka, który w KL Mauthausen był oznaczony numerem obozowym 112552.

Śp. Barbara Puc z zawodu była pielęgniarką, mieszkała w Tychach, zmarła nagle 6 sierpnia 2018 roku, miała 74 lata.

Aktywnie działała w organizacjach byłych więźniów niemieckich obozów koncentracyjnych.

Pogrzeb odbył się w Chrzanowie 10 sierpnia 2018 roku.

Zobacz film dokumentalny: Urodziłam się w KL Auschwitz - Barbara Puc opowiada

Po latach Barbara Puc wspominała: Otrzymałam numer 79496. Mama zapamiętała numer, który mi wytatuowano na lewej nóżce, nawet prosiła po jakimś czasie, by go jeszcze poprawić, bała się, że gdy będę rosła numer zniknie. Ona przecież zamierzała dzięki numerowi mnie odnaleźć. Nie musiała szukać. W 1945 r. doczekała wraz ze mną wyzwolenia obozu. Z dwiema więźniarkami z odwróconego do góry nogami stołu i taboretu zrobiły sanki, na których położyły dzieci, ja wtedy miałam 9 miesięcy. Wyruszyły do domu – dotarły. Ocalałam jako numer 79496, ocalałam po niemowlęctwie w KL Auschwitz-Birkenau. Czy to nie był cud?

Adam Cyra

Oświęcim, 8 sierpnia 2018 r.

Napisy wykonane przez jeńców niemieckich w bloku nr 11

Sierpień 6th, 2018
Napisy wykonane przez jeńców niemieckich w bloku nr 11

Obraz b. więźnia Władysława Siwka "Wpędzanie więźniów do bloku nr 11"

Blok nr 11 na terenie byłego obozu macierzystego KL Auschwitz w Oświęcimiu zwany jest Blokiem Śmierci. Na jego dziedzińcu znajduje się Ściana Straceń, pod którą rozstrzelano co najmniej kilka tysięcy więźniów, głównie Polaków, jak również ginęli tutaj m.in. jeńcy sowieccy, Żydzi i sporadycznie Niemcy, przeciwnicy nazizmu.

Zainteresowanych tematem odsyłam do opracowania prof. Alfreda Koniecznego, który jest wybitnym znawcą tej problematyki:

  • Pod rządami wojennego prawa karnego Trzeciej Rzeszy, Górny Śląsk 1939-1945 (1972)

Piwnice bloku nr 11 w drugiej połowie 1940 roku przerobiono na cele i zamieniono na centralny areszt obozowy, gdzie obozowe gestapo (Politische Abteilung) osadzało więźniów, którzy najczęściej byli rozstrzeliwani pod Ścianą Straceń.

Na parterze i piętrze w różnych okresach czasu w bloku nr 11 przebywali więźniowie kompanii karnej, kompanii wychowawczej, odbywający kwarantannę wejściową lub wyjściową oraz więźniowie policyjni (Polizeihäftlinge), którzy pochodzili oni z rejencji katowickiej i częściowo opolskiej. Przywożono ich z różnych więzień, przede wszystkim jednak z więzienia śledczego w Mysłowicach.

W szczególnych wypadkach zdarzało się, że więźniów policyjnych zamykano w celach znajdujących się w podziemiach bloku nr 11. Byli nimi prawie sami Polacy. Pozostawali oni do dyspozycji szefa gestapo w Katowicach, oczekując na wyrok policyjnego „sądu doraźnego” (Polizeistandgericht). Jego posiedzenia w bloku nr 11 odbywały się co kilka tygodni. Oskarżonych, z małymi wyjątkami, skazywano na śmierć. Liczba ofiar jest szacowana na ponad 3000 osób.

"Polizeistandgericht" (policyjny sąd doraźny) w bloku nr 11, obraz b. więźnia Władysława Siwka

"Polizeistandgericht" (policyjny sąd doraźny) w bloku nr 11, obraz b. więźnia Władysława Siwka

Bardzo często jedynym śladem po ludziach więzionych w bloku nr 11 i straconych są napisy na ścianach, drzwiach, parapetach okiennych i belkach stropowych. Wspomniane inskrypcje, będące bardzo często ostatnim pożegnaniem ze światem, świadczą zazwyczaj o niezwykłej odwadze oraz wielkim harcie ducha ich Autorów. Narzędziami do ich wykonania były kawałek ostrego przedmiotu, wsuwka do włosów, ołówek, kredka, a nawet paznokieć. Jest tych napisów kilkaset, a ostatnie z nich – wykonane przez więźniów KL Auschwitz na trzy tygodnie przed oswobodzeniem ich przez żołnierzy sowieckich – noszą datę 6 stycznia 1945 roku.

W celach bloku nr 11 znajdują się także napisy w języku niemieckim, które pochodzą głównie z okresu, kiedy NKWD po wyzwoleniu KL Auschwitz utworzyło na jego terenie dwa obozy przejściowe dla jeńców niemieckich, skąd masowo wywożono ich do Związku Sowieckiego istniejące do jesieni 1945 roku. Pierwszy z nich znajdował się na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu, natomiast drugi w obrębie Birkenau (na terenie dawnego obozu kobiecego). W obozach tych przebywało około 12 tysięcy osób.

Według zapisów zgonu w księgach Urzędu Parafii Rzymsko-Katolickiej w Brzezince w powyższych obozach zmarło we wspomnianym okresie kilkudziesięciu jeńców niemieckich.

W celach bloku nr 11 jeńcy niemieccy wykonali kilka napisów. Należy jednak jeszcze raz podkreślić, że dla nich cele te nie były celami śmierci, a jedynie pomieszczeniami chwilowego odosobnienia, przeważnie za próby ucieczek, który najprawdopodobniej najczęściej podejmowali jeńcy niemieccy, pochodzący z Górnego Śląska.

Cela nr 4

Hier ist der Ober-Gefreiter
EWALD Motzko
gewessen den 16.V.1945

Cela nr 6

W celi tej znajduje się napis: „Szaloczy Zoltan, TÁLLYA, IST VOLT (tu byłem) 1945 VI 16”. Można przypuszczać, że autorem tego napisu w języku węgierskim był jeniec pochodzący z Węgier.

Cela nr 11

Uffz. Hans Berger
Krappitz O/Sch
eingl. am 10. Aug. 45
wegen Flucht aus der Gefg.

Z treści powyższego napisu wynika, że wykonał go jeniec niemiecki w stopniu podoficera, urodzony w Krapkowicach na Opolszczyźnie, który w podziemiach bloku nr 11 został osadzony 10 sierpnia 1945 r. z powodu ucieczki. Ponadto na jednej ze ścian celi nr 11 jest widoczny również jeszcze jeden napis anonimowego autora w języku niemieckim:

31.5.1945
eingeliefert

Cela nr 19

Ratibor alt. Heimat
ERWIN Fiedler
Niegemann Lohreinsdorf

Cela nr 1

Na futrynie drzwi, prowadzących do tej celi zachował się wiersz napisany najprawdopodobniej przez nieznanego jeńca niemieckiego:

„Jeder Mensch zieht sein Los bei der Geburt und muss den Weg gehen, der ihm vorbestimmt ist, ob wir wollen oder nicht. Das Schicksal ist ohne Mitgefühl ohne Liebe und fragt keinen, wie es ihm recht ist. Się laufen die Wege dahin ins Ungewisse, gerade und krumm, bergauf und bergab, schmal und breit. Mancher stolpert und fällt, steht wieder auf, wischt sich den Staub wieder ab, die Schrammen heilen schnell die Schrammen heilen schnell und alles ist wieder gut. Vielen winkt ein schönes Ziel, wo die Sonne scheint, und das Glück wartet und das grosse ferne Licht überstrahlt ihren Tag, damit sie sicher gehen, aber da sind auch Strassen die ins dunkel führen und an Abgründen dahin, auf denen Gefahr und Tod lauert und der sich auf ihn verlässt, für den erlischt die Stimme. Immer freilich sind für sie die Gnade und das Wunder unterwegs, nur sind sie schwer zu sehen und zu begreifen für die, die im Dunkel wandern müssen”.

Tłumaczenie na język polski powyższego wiersza:

Człowiek ciągnie swój los od urodzenia
I musi podążać drogą przeznaczoną
dla niego
Chce czy nie.

Los jest bez uczuć i miłości
I nie pyta o zdanie
W ten sposób podąża drogą w nieznane,
Prostą i krętą,
W górę i w dół,
Wąską i szeroką,
Ktoś potknął się i upadł, podniósł się,
Rany goją się szybko,
I znów jest wszystko w porządku.

Piękny cel kusi zbyt wielu,
Gdzie świeci słońce i szczęście czeka.
Wspaniałe odległe światła oświetlają drogę,
Aby mogli podążać bezpieczniej.

Ale są też ścieżki które wiodą w ciemność,
I dalej w przepaść,
Gdzie niebezpieczeństwa i śmierć czyhają.
Dla tych którzy tam się znajdują
Słońce odchodzi.

Łaska z pewnością tam jest,
Ale trudno jest zobaczyć i objąć myślą
Tym którzy muszą wędrować w ciemnościach.

W Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu jest przechowywany dziennik jeńca wojennego, niemieckiego sanitariusza Ernsta Dittmara, który zmarł w jednym z tych obozów przejściowych na terenie byłego KL Auschwitz-Birkenau w lipcu 1945 roku. W swoich zapiskach Dittmar wspomina, że jeńcy niemieccy byli niedożywieni, nie ma natomiast żadnej wzmianki, że byli zabijani.

Niewątpliwie zmarłym jeńcom niemieckim obozów przejściowych w Oświęcimiu-Brzezince należy się współczucie. Tragiczny ich los trudno jednak utożsamiać z losem więźniów KL Auschwitz-Birkenau, w którym zginęło ponad milion ludzi, głównie Żydów, Polaków, Cyganów i jeńców sowieckich.

Adam Cyra

Oświęcim, 6 sierpnia 2018  r.

Obraźliwe napisy na domu rodzinnym noblisty

Sierpień 4th, 2018

Rumuńska policja wszczęła dochodzenie w sprawie antysemickich napisów na domu rodzinnym nieżyjącego już amerykańskiego pisarza żydowskiego pochodzenia i laureata Pokojowej Nagrody Nobla Elie Wiesela w mieście Syhot na północnym zachodzie Rumunii.

Jaskraworóżowe graffiti, głoszące m.in., że Wiesel „jest w piekle z Hitlerem”, pojawiło się na ścianach niewielkiego domu w nocy z piątku na sobotę. Dom noblisty jest chronionym zabytkiem – przeczytałem na portalu „Dzieje” w tekście zatytułowanym „Rumunia: napisy antysemickie na domu rodzinnym Elie Wiesela”.

Jego głośna książka o Holokauście, zatytułowana „Noc”, ciągle utrzymuje się na szczytach zachodnich list bestsellerów.

Elie Wiesl  zmarł dwa lata temu w wieku 87 lat. O jego śmierci pisałem wówczas na moim blogu – zobacz: Elie Wiesel (1928-2016).

Adam Cyra

Oświęcim, 5 sierpnia 2018 r.