Sto lat temu walczył pod Kostiuchnówką

Obozowy akt zgonu Jana Łydki

Obozowy akt zgonu Jana Łydki

W KL Auschwitz byli więzieni i ginęli żołnierze Legionów, którzy walczyli pod dowództwem Józefa Piłsudskiego na frontach pierwszej wojny światowej. Samych tylko oficerów więziono w tym obozie około trzydziestu, z czego większość z nich pobytu w KL Auschwitz nie przeżyła. Podoficerów i żołnierzy z rodowodem legionowym za drutami tego obozu przebywało znacznie więcej. Podczas drugiej wojny światowej najczęściej byli żołnierzami Związku Walki Zbrojnej, który w dniu 14 lutego 1942 r. został przekształcony w Armię Krajową. Niektórzy z nich swoje życie zakończyli pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, otrzymując za umiłowanie Ojczyzny i walkę z niemieckim okupantem strzał w tył głowy.

Jan Łydka (z lewej), Wołyń 1916 r.

Jan Łydka (z lewej), Wołyń 1916 r.

Jednym z nich był Jan Łydka, urodzony 24 lutego 1897 r. w Olkuszu. Latem 1915 r. uciekł z domu i jako ochotnik zgłosił się do I Brygady Legionów (5. pułk piechoty). Brał udział w wielu legionowych bitwach na terenie Lubelszczyzny i Wołynia: Urzędów, Jastków, Kobcze, Smolary, Kołki, Koszyszcze, Czernysz, Kostiuchnówka, Maniewicze i Ruda Sitowicka. Bohaterskie boje legionowe, ze słynną Kostiuchnówką na pierwszym miejscu, rozgrywały się na północnym Wołyniu, na tak zwanym Polesiu Wołyńskim, między Styrem a Stochodem. Bitwę pod Kostiuchnówką, stoczoną latem 1916 r., można uznać za najważniejszą ze wszystkich bitew stoczonych przez formacje legionowe na froncie pierwszej wojny światowej.

Zobacz: Bitwa pod Kostiuchnówką – najkrwawszy bój Legionów Polskich

Uroczyste obchody 100-lecia bitwy pod Kostiuchnówką

Po kryzysie przysięgowym w lipcu 1917 r. Jan Łydka był internowany w obozach w Szczypiornie i Łomży. Pod koniec 1918 r., już w stopniu plutonowego został żołnierzem V Batalionu Strzelców Olkuskich. Brał udział w walkach o Lwów, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej, awansowany do stopnia sierżanta i po jej zakończeniu przeniesiony do rezerwy w kwietniu 1921 r.

W latach 1921-1939 służył w Straży Celnej, a następnie w Straży Granicznej – posterunki w Królewskiej Hucie, Rybniku i Korbielowie w Beskidzie Żywieckim. We wrześniu 1939 r. brał udział w działaniach wojennych wraz z obsadą posterunku w Korbielowie jako żołnierz armii „Kraków”.

W październiku 1939 r. powrócił w rodzinne strony i rozpoczął konspiracyjną działalność. Był dowódcą II plutonu Placówki Olkusz ZWZ/AK, awansowany do stopnia podporucznika czasu wojny.

Ściana Straceń na dziedzińcu bloku nr 11

Ściana Straceń na dziedzińcu bloku nr 11

W 1942 r. wywieziono go na roboty przymusowe do Kędzierzyna-Koźla, gdzie dalej kontynuował działalność konspiracyjną, za co został aresztowany i osadzony w więzieniu śledczym w Mysłowicach. Następnie przewieziono go jako więźnia policyjnego (PH) do KL Auschwitz.

Pod koniec czerwca 1943 r. policyjny „sąd doraźny” w bloku nr 11 skazał na śmierć kilkadziesiąt osób przywiezionych do obozu Auschwitz z różnych więzień śląskich. Jednym z nich był Jan Łydka. Miał wówczas 46 lat.

Ppłk Andrzej Łydka

Ppłk Andrzej Łydka

Wraz z nim skazano na śmierć także innych mieszkańców Ziemi Olkuskiej, którzy należeli także do AK. Byli to: Roman Baliński z Pilicy, Anzelm Chodorowski ze Skały, Stefan Dębski ze Sułoszowej (zamieszkały w Olkuszu) i Andrzej Starczynowski z Bukowna. Wszystkich rozstrzelano 29 czerwca 1943 r. pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11.

Wnuk Jana Łydki, legionisty i więźnia KL Auschwitz, będący zawodowym oficerem Wojska Polskiego, mjr Andrzej Łydka, kilka lat temu był jednym z unijnych obserwatorów na misji w Gruzji. Obecnie ma już stopień podpułkownika i jest weteranem wojennym.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 20 sierpnia 2016 r.

Brak komentarzy

Z Powstania Warszawskiego do obozu Auschwitz-Birkenau

W czasie trwania Powstania Warszawskiego do KL Auschwitz-Birkenau deportowano z obozu przejściowego w Pruszkowie prawie trzynaście tysięcy Polaków – mężczyzn, kobiet i dzieci. Pierwszy transport ludności cywilnej z Warszawy wysłano pociągami 11 i 12 sierpnia 1944 roku. Obejmował on blisko dwa tysiące mężczyzn i chłopców oraz prawie cztery tysiące kobiet i dziewczynek. W tym transporcie były głównie osoby, które przeżyły zagładę Woli, a ogółem liczba dzieci i młodocianych w nim przywiezionych przekraczała tysiąc.

Kolejny transport z Pruszkowa zarejestrowano w obozie Auschwitz-Birkenau 4 września 1944 roku. Przywieziono nim prawie dwa tysiące mężczyzn i chłopców oraz ponad tysiąc kobiet i dziewczynek. W transporcie tym przywieziono przeważnie osoby, które przeżyły zagładę Starego Miasta. Do  Pruszkowa kierowano ich od 31 sierpnia, gdzie w obozie byli  przetrzymywani dwie-trzy doby w olbrzymiej hali  bez jedzenia i w potwornych warunkach sanitarnych.

W dniu 13 września 1944 roku przybył do Auschwitz-Birkenau  z Pruszkowa transport męski liczący prawie tysiąc osób, w którym przywieziono trzydziestu dziewięciu chłopców poniżej osiemnastu lat.  Przywiezieni w nim warszawiacy ze Śródmieścia,  w większości dobrowolnie przeszli poza barykady powstańcze, wierząc w gwarancje niemieckie zawarte w zrzucanych ulotkach, w których wzywano ludność cywilną do opuszczenia Warszawy, gwarantując jej bezpieczeństwo oraz „chleb i pracę”.

Bagdan Bartnikowski był przywieziony z Warszawy w jednym z tych transportów jako dwunastoletni chłopiec. Swoje obozowe przeżycia opisał w książce „Dzieciństwo w pasiakach”:

Warszawa, lata czterdzieste, wojenne, ubiegłego wieku, podstawiony pociąg towarowy do załadunku ludzi. Ścisk, tłok, płacz, to są dzieci, pędzone przez hitlerowców do wywózki. Nie wiedza jeszcze gdzie będą wiezione. Wreszcie pociąg rusza, jada. W tłoku, własnych odchodach, bez przystanków, podroż trwa dobę. Po makabrycznych godzinach spędzonych w pociągu, dojechali, zaciekawieni, próbują dowiedzieć się, gdzie są, ktoś krzyknął w oddali, Boże, to Auschwitz. To jest ich cel, przeznaczenie, na jak długo nie wiadomo.

Tutaj zaczyna się ich prawdziwe piekło. Przejście przez łaźnie, wstęp do tego co ma się dziać dalej, baraki, zbijane z desek, z pryczami do leżenia, również tłok, wszechobecny zaduch. Zakazy, zakazy wszystkiego, za jakiekolwiek przewinienie, śmierć. Brak żywności, np. obiady robione są z brukwi i wody, czasami z dodatkiem kawałeczka chleba. Bicia dzieci są na porządku dziennym. Śmierć zbiera swoje żniwo.

Po tygodniach i miesiącach spędzonych w obozie z oddali zaczynają się odzywać wojenne pomruki. Małymi kroczkami zbliża się wolność. Zaczyna się stopniowa ewakuacja obozu, likwidacja, co ważniejszych obiektów obozowych, żeby zatrzeć ślady dzikiej nieludzkiej działalności. Nareszcie nadchodzi ten dzień, dzień wolności.

Ostatni transport pruszkowski zarejestrowano w Auschwitz-Birkenau 17 września 1944 roku.

Przywieziono w nim mieszkańców Czerniakowa, Powiśla, Nowego Światu i podwarszawskich miejscowości – łącznie ponad trzy tysiące mężczyzn i chłopców  oraz co najmniej trzy kobiety.

Wśród przywiezionych z Pruszkowa do obozu Auschwitz-Birkenau znajdowało się wielu ludzi starszych oraz kobiety z dziećmi. Były to osoby, które przeżyły straszliwe chwile, kiedy na ich oczach w bestialski sposób mordowano ich najbliższych. Do obozu koncentracyjnego przybywali w stanie skrajnego wyczerpania psychicznego i fizycznego.

Transport ludności cywilnej z Warszawy deportowano w bydlęcych wagonach, bez jedzenia, wody i możliwości załatwienia potrzeb fizjologicznych. Ich rozładunek następował na rampie kolejowej wewnątrz KL Auschwitz II-Birkenau.

Leokadia Rowińska, 92 lata

Leokadia Rowińska, 92 lata

Leokadia Rowińska mieszkała w Warszawie. Podczas Powstania Warszawskiego jako młoda mężatka była w trzecim miesiącu ciąży. W dniu 12 sierpnia 1944 r. ją i jej matkę przywieziono z Warszawy towarowym pociągiem do obozu Auschwitz-Birkenau.

W styczniu 1945 r. Leokadia Rowińska, oznaczona numerem obozowym 83512, była w dziewiątym miesiącu ciąży. Gdy esesmani zarządzili ewakuację obozu, postanowiła iść w Marszu Śmierci, aby ratować siebie i dziecko, w przeciwnym razie groziło jej rozstrzelanie.

Kiedy do Oświęcimia zbliżali się żołnierze Armii Czerwonej, w dniach od 17 do 21 stycznia 1945 r. esesmani wyprowadzili z KL Auschwitz i jego podobozów około pięćdziesiąt sześć tysięcy więźniów. Więźniowie ci w pieszych kolumnach konwojowani byli przez uzbrojonych esesmanów, którzy nie mogących iść dalej o własnych siłach więźniów rozstrzeliwali. Dwie główne piesze trasy ewakuacyjne wiodły do Wodzisławia Śląskiego i Gliwic, skąd przetransportowano więźniów w odkrytych wagonach koleją do innych obozów koncentracyjnych, położonych w głębi Niemiec i Austrii. Podczas Marszy Śmierci, pieszych i kolejowych, zginęło co najmniej niż 9 tysięcy więźniów KL Auschwitz.

Po wojnie Leokadia Rowińska relacjonowała swoje tragiczne przeżycia:

Szliśmy całą noc i cały dzień aż do Pszczyny w śniegu i mrozie, mijając od czasu do czasu kałuże krwi i martwe postacie.

W Pszczynie pozwolono wycieńczonym więźniom na krótki odpoczynek i dopiero w Porębie esesmani zarządzili nocleg. Leokadia Rowińska spała wraz z innymi więźniarkami na strychu folwarku należącego do niemieckiej rodziny.

W nocy – 21 stycznia 1945 roku – dostała silnych bólów i zaczął się poród. W tych strasznych warunkach na świecie pojawił się Irek. Miejscowa kobieta podarowała jej becik po zmarłym dziecku i uszkodzony smoczek. Pomagająca jej kobieta ochrzciła także noworodka i nadała mu imię Ireneusz.

Chłopczyk wkrótce zmarł. Leokadia Rowińska pochowała go w Porębie pod przydrożną kapliczką.

Na cmentarzu w Pszczynie jest pomnik Ofiar Marszu Śmierci. W zbiorowej mogile spoczywa tam kilkudziesięciu więźniów, którzy podczas ewakuacji obozu zostali zastrzeleni przez esesmanów.

Pięć lat temu, w sześćdziesiątą szóstą  rocznicę urodzin Irka, na tym pomniku Leokadia Rowińska odsłoniła tablicę ufundowaną przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie.

Po odsłonięciu tablicy, poświęconej swojemu synowi, twarz zakryła dłońmi i rozpłakała się.

Ostatni zdrowie i siły nie pozwalały już Jej, aby mogła przyjechać z Warszawy do Oświęcimia i odwiedzić symboliczny grób Jej syna Irka w Pszczynie.

Leokadia Rowińska zmarła 2 sierpnia 2016 roku, a uroczystości pogrzebowe odbyły się 5 sierpnia w kościele św. Jakuba Apostoła przy Placu Narutowicza w Warszawie, gdzie spoczęła na Cmentarzu Wolskim.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 19 sierpnia 2016 r.

Brak komentarzy

Banderowcy w KL Auschwitz

Dotychczas prawie nieznanym wydarzeniem jest osadzenie i więzienie w KL Auschwitz ukraińskich nacjonalistów, chociaż ukazała się obszerna praca na ten temat Adama Cyry, Banderowcy w KL Auschwitz, (w:) „Studia nad faszyzmem i zbrodniami hitlerowskimi”, Wrocław 2008, tom XXX, s. 383-432.

Czytaj więcej: Banderowcy w KL Auschwitz. Działalność Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów w latach 1929-1939

Kiedy w dniu 22 czerwca 1941 roku wybuchła oczekiwana przez ukraińskich nacjonalistów wojna niemiecko-sowiecka wraz z oddziałami Wehrmachtu posuwały się na wschód ukraińskie „grupy marszowe”, samowładnie stworzone przez Stepana Banderę, z zadaniem proklamowania ukraińskiej niepodległości.

W dniu 30 czerwca 1941 roku banderowcy ogłosili we Lwowie niepodległość Ukrainy. Ta proklamacja była sprzeczna z hitlerowskimi planami wobec Ukrainy, co spowodowało, że w najbliższych miesiącach nastąpiły aresztowania przeprowadzone przez gestapo wśród ukraińskich nacjonalistów.

Ponad rok później, 20 lipca 1942 roku, niemiecka policja bezpieczeństwa z Krakowa skierowała do KL Auschwitz dwudziestu trzech banderowców, którzy otrzymali numery od 49721 do 49744. Jako pierwszy z nich w obozie został zarejestrowany Wasyl Bandera, student filozofii, który był bratem Stepana Bandery.

W dniu 24 lipca 1942 roku do KL Auschwitz przywieziono z więzienia na Montelupich w Krakowie jeszcze jednego brata Stepana Bandery – Aleksandra (nr obozowy 51427), doktora nauk społeczno-politycznych, aresztowanego także w Krakowie, który zginął w obozie 10 sierpnia 1942 r. Prawie miesiąc później zmarł w tym obozie, wspominany już jego młodszy brat Wasyl. Do ich śmierci mieli przyczynić się polscy współwięźniowie, uważając ich za wrogów.

Również w późniejszych transportach przywożeni byli banderowcy, którzy dzięki protekcji obozowego gestapo pracowali w dobrych komandach więźniarskich i większości przetrwali pobyt w KL Auschwitz, osiedlając się po wojnie głównie na terenie Stanów Zjednoczonych i Kanady.

Ukraińscy nacjonaliści, mieszkając po wojnie na emigracji, w licznych publikacjach starali się przedstawić swoją działalność w jak najlepszym świetle, chociaż jak słusznie zauważył w swojej pracy angielski historyk Andrew Wilson, Ukraińcy, Warszawa 2002, str. 136:

Złożone dzieje OUN-UPA (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – Ukraińska Armia Powstańcza – dop. A. C.) nie najlepiej zapisały się w pamięci. Fakt, że OUN i UPA   w ogóle były w stanie podjąć walkę, jest dziś przedmiotem dumy wyłącznie na ziemiach Ukrainy Zachodniej.

Ostatnio zbiór listów z KL Auschwitz jednego z ukraińskich nacjonalistów, Mykoły Kłymyszyna, został przekazany do zbiorów archiwalnych Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Czytaj więcej: Oryginalna korespondencja obozowa Mykoły Kłmyszyna

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 17 sierpnia 2016 r.

Brak komentarzy

Papież Franciszek odwiedził blok nr 11

Zobacz: 75. rocznica śmierci o. Maksymiliana Kolbe.

Uroczystości 75. rocznicy śmierci św. Maksymiliana. Uczestniczyła w nich premier Beata Szydło.

Ostatnio otrzymałem maila od pana Sławomira Tomasza Rocha, mieszkającego w Anglii, z którego treścią poniżej warto się zapoznać.

Serdecznie pozdrawiam. Od blisko dziewięciu miesięcy systematycznie publikuję w swoim blogu na stronie: niepoprawni.pl , wspomnienia i relacje naocznych świadków ludobójstwa na Wołyniu i Kresach oraz aktualne teksty i opracowania Kresowian. Jeden z ostatnich wpisów nosi tytuł: „Papieżu Franciszku gdy św. Maksymilian Maria Kolbe kończył żywot w bunkrze głodowym w tym właśnie czasie abp Szeptycki zdradzał Polskę i błogosławił Hitlera”. Proszę o opublikowanie także na swojej stronie, jeśli to możliwe. W chwili wolnej i sposobnej zapraszam do lektury, oto adres dla zainteresowanych: http://niepoprawni.pl/blog/slawomir-tomasz-roch/papiezu-franciszku-gdy-sw-maksymilian-maria-kolbe-konczyl-zywot-w-bunkrze

Z poważaniem, Sławomir Tomasz Roch

=======================================================================================

Zobacz: Św. Maksymilian wiedział, że nie przeżyje wojny

Wizyta papieża Franciszka w byłym niemieckim obozie Auschwitz, 29 lipca 2016 roku, odbyła się w 75. rocznicę apelu, podczas którego polski franciszkanin o. Maksymilian Kolbe zgłosił się na śmierć głodową w zamian za współwięźnia. Papież modlił się w celi nr 18 w bloku nr 11, gdzie o. Maksymilian Kolbe zginął w bunkrze głodowym 14 sierpnia 1941 roku. Nim przeszedł do celi śmierci Św. Maksymiliana zapalił także lampę z herbem papieskim pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11, który zwany był Blokiem Śmierci  (zdjęcie obok).

Ojciec Święty wita się z b. więźniarką Heleną Dunicz-Niwińską

Na dziedzińcu papież Franciszek spotkał się także z dwunastoma byłymi więźniami KL Auschwitz. Rozmawiał m.in. z Helena Dunicz-Niwińską, która urodziła się 28 lipca w 1915 roku w Wiedniu, a Jej miastem rodzinnym był Lwów. Aresztowana na początku 1943 roku, poprzez więzienie na Łąckim we Lwowie, wraz z matką w październiku tegoż roku została przywieziona do Auschwitz-Birkenau, gdzie jako skrzypaczka była członkinią obozowej orkiestry kobiecej do stycznia 1945 roku. Później została ewakuowana do obozów Ravensbrück i Neustadt-Glewe. Wyzwolona w maju 1945 roku. Dzisiaj mieszka w Krakowie. W przeddzień wizyta papieża Franciszka w Muzeum Auschwitz-Birkenau ukończyła 101 lat. Jej matka Maria Dunicz zginęła w KL Auschwitz II-Birkenau na początku grudnia 1943 roku. Miała 55 lat.

Tablica pamiątkowa na murze bloku nr 17

Tablica pamiątkowa na murze bloku nr 17 (zdjęcie bloku i krzesła, na którym siedział papież Franciszek, z prawej strony)

Warto również zwrócić uwagę na to, że wkrótce po przekroczeniu  dawnej bramy obozowej z cynicznym napisem „Arbet macht frei” (praca przynosi wolność) papież Franciszek zatrzymał się i usiadł na krześle przed blokiem nr 17, by modlić się samotnie w pobliżu miejsca, gdzie 75. lat temu o. Maksymilian Kolbe zgłosił się dobrowolnie na śmierć głodową w zamian za Franciszka Gajowniczka.

Ojciec Kolbe został przywieziony z więzienia na Pawiaku do KL Auschwitz 28 maja 1941 roku. Otrzymał numer obozowy 16670.

Franciszek Gajowniczek, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Franciszek Gajowniczek, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W dniu 29 lipca tegoż roku z obozu uciekł więzień. Za karę zastępca komendanta, kierownik obozu Karl Fritzsch, zarządził apel, podczas którego wybrał najprawdopodobniej dziesięciu więźniów, skazując ich na śmierć głodową.

Podczas „wybiórki” wystąpił z szeregu więźniów o. Maksymilian Kolbe i zwrócił się do Fritzscha z prośbą o włączenie go do grupy przeznaczonych na śmierć w zamian za rozpaczającego więźnia, na którego pasiaku był widoczny numer 5659. Fritzsch wyraził zgodę na zamianę. Ocalonym okazał się przedwojenny sierżant WP, Franciszek Gajowniczek, który przeżył pobyt w niemieckich obozach.

Zygmunt Pilawski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zygmunt Pilawski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W dniu 14 sierpnia 1941 roku, po śmierci współwięźniów i przeżyciu ponad dwóch tygodni w bunkrze głodowym, o. Maksymilian Kolbe został uśmiercony zastrzykiem z fenolu przez niemieckiego kryminalistę Hansa Bocka, oznaczonego numerem obozowym 5, który pełnił wówczas funkcję starszego bloku w więźniarskim szpitalu obozowym.

Akt zgonu Zygmunta Pilawskiego

Akt zgonu Zygmunta Pilawskiego

Według nie tylko moich przypuszczeń i ustaleń zbiegłym więźniem w dniu 29 lipca 1941 roku z KL Auschwitz był  Zygmunt Pilawski, oznaczony numerem 14156.

Uciekiniera tego schwytano i ponownie dostarczono do obozu w dniu 25 czerwca 1942 roku. Po porannym apelu w dniu 31 lipca tegoż roku na dziedzińcu bloku nr 11 pod Ścianą Straceń rozstrzelano siedmiu więźniów. Jednym z nich był Zygmunt Pilawski.

Ojciec Maksymilian Kolbe stał się pierwszym polskim męczennikiem podczas drugiej wojny światowej, który został wyniesiony na ołtarze. Do celi nr 18 w podziemiach bloku nr 11 w przeszłości pielgrzymowali poprzednicy Franciszka - Jan Paweł II w 1979 roku oraz dziesięć lat temu Benedykt XVI.

Zobacz film: Auschwitz - wspomniena więźnia nr 1327, który jako dyrektor Muzeum Auschwitz-Birkenau witał w Oświęcimiu papieża Jana Pawła II w dniu 7 czerwca 1979 roku.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 18 lipca 2016 r.

Brak komentarzy

Był sobie Czerwonogród …

Uroczystość w Oświęcimiu

W dniu 15 lipca 2016 roku w Oświęcimiu odbyła się uroczystość związana z 73. rocznicą Rzezi wołyńskiej, rozpoczęta  Mszą św. w kościele pw. Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny.

Następnie jej uczestnicy zebrali się na cmentarzu parafialnym przy tablicy upamiętniającej ofiary ludobójstwa Polaków na Wołyniu i Kresach Południowo-Wschodnich II RP, gdzie złożono kwiaty i zapalono znicze.

Organizatorem uroczystości był Klub „Samborzan” Towarzystwa Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich w Oświęcimiu.

W uroczystości uczestniczyli przedstawiciele władz miasta i powiatu oświęcimskiego, Kresowianie i ich potomkowie oraz miłośnicy historii i tradycji przedwojennych polskich ziem wschodnich.

Zobacz: Odsłonięcie tablicy pamiątkowej w 2012 r.

„Jeśli Ukraina chce się znależć w tradycji zachodnioeuropejskiej, to nie zmieści się w niej z ludobójczym banderyzmem”

———————————————————————————————————————————————

Był sobie Czerwonogród …

W swoich wędrówkach po terenach Podola Zachodniego na Ukrainie, wchodzących przed drugą wojną światową w skład II Rzeczypospolitej, dotarłem do nieistniejącej już dzisiaj osady polskiej w Czerwonogrodzie (zobacz film), pow. Zaleszczyki. Osada ta była położona w dolinie, z trzech stron oblanej wodami rzeczki Dżuryn, stanowiącej dopływ Dniestru. Jedyną możliwością dotarcia do Czerwonogrodu był zawsze własny środek transportu. Ponieważ taki posiadałem, chciałem zobaczyć położony tutaj, największy wodospad na Podolu, liczący 16 metrów wysokości i kilka progów skalnych.

Wodospad w Czerwonogrodzie na Podolu 

Wodospad w Czerwonogrodzie na Podolu

Podziwiając ten wodospad i widząc kąpiących się w jego wodach ludzi, początkowo nie zastanawiałem się zupełnie nad historią tej miejscowości. Nie widziałem tutaj żadnych domów ani stałych mieszkańców, a jedynie w pobliżu wodospadu znajdował się postsowiecki niewielki ośrodek kolonijny. Dopiero, kiedy podszedłem w jego pobliże, zauważyłem w oddali ruiny kościoła i nieco dalej zrujnowany pałac. Żadnych objaśnień nigdzie nie było. Obok ruin kościoła znajdowało się duże śmietnisko, a we wnętrzu kościoła były widoczne krówskie kupy. Dopiero po powrocie do kraju zebrałem nieco informacji o tej nieistniejącej już dzisiaj polskiej miejscowości.

Ruiny pałacu w Czerwonogrodzie

Ruiny pałacu w Czerwonogrodzie

Wzgórza otaczające położony kiedyś w dolinie Czerwonogród są utworzone z czerwonego piaskowca i stąd nazwa tej miejscowości. Wzniesienie w dolinie otoczonej wzgórzami było wręcz wymarzonym miejscem na założenie osady i wybudowanie zamku, którym po wejściu w XIV wieku tych ziem w skład Królestwa Polskiego władali starostowie kamienieccy, początkowo Buczaccy, później Jazłowieccy i Daniłłowiczowie. Dokładnie nie wiadomo, kiedy drewniany zamek przekształcono w murowany z czerwonego miejscowego piaskowca. Obecnie pozostały jedynie dwie baszty i trochę ruin.

W drugiej połowie XVIII  wieku rząd austriacki sprzedał zniszczony mocno już wtedy zamek księciu Karolowi Ponińskiemu. Nowy właściciel rozebrał trzy zniszczone skrzydła wraz z basztami, pozostałe skrzydło z dwoma wieżami przekształcił w pałac, który został zniszczony podczas pierwszej wojny światowej, ale udało się go po jej zakończeniu odremontować. Całkowitą zagładę rezydencji przyniosła dopiero druga wojna światowa.

Ruiny kościoła w Czerwonogrodzie

Ruiny kościoła w Czerwonogrodzie

Nie można zapominać, że dawny Czerwonogród to nie tylko obecne ruiny pałacu, lecz także kościoła, który wzniesiono na początku XVIII wieku. Pozostałości tego kościoła znajduje się niedaleko ruin wspomnianego pałacu, które dzisiaj często odwiedzają nowożeńcy, fotografując się obok zachowanych dwóch baszt pałacowych.

Z daleka widziałem również cmentarz polski, położony na północny wschód od zamku, na stoku doliny Dżurynu. Na odwiedzenie tej cmentarnej pamiątki po mieszkańcach Czerwonogrodu zabrakło mi już  czasu.

Przed drugą wojną światową w tym nieistniejącym już obecnie Czerwonogrodzie mieszkało około 400 osób, głównie Polacy. Od 1944 r. bojówki OUN-UPA (Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów-Ukraińska Powstańcza Armia) dokonywały rzezi polskiej ludności w powiecie zaleszczyckim.

Księżą greckokatoliccy i diakoni prawosławni w cerkwiach poświęcali broń przeznaczoną do mordowania Polaków. Takie zdarzenie miało miejsce m. in. w sąsiednim Nyrkowie, który istnieje nadal i jest zaznaczony na mapach ukraińskich

Podczas drugiej wojny światowej Polacy małopolscy, bardziej niechętnie niż Polacy z Wołynia, decydowali się na opuszczenie rodzinnej ziemi (jedni – licząc na „powrót Polski”, drudzy – uważając, że „i tu, i tam Sowiety”), co najprawdopodobniej dodatkowo mobilizowało OUN-UPA do dalszego palenia polskich wsi, rabunków i kolejnych mordów.

W nocy z 2 na 3  lutego 1945 r. na Czerwonogród nastąpił atak czortkowskiego kurenia  UPA pod dowództwem Petro Chamczuka „Bystrego”.  Bitwa trwała całą noc. Część wsi spłonęła. Upowcy zdobyli wprawdzie pałac, ale Polacy zdołali odeprzeć ataki w Domu Ludowym i kościele.  Zginęło około 50 z nich, a także ponad 20 zostało rannych, z których część potem zmarła. Według raportu UPA, Ukraińcy stracili tylko 2 zabitych i 4 rannych.

W pobliżu ruin kościoła w Czerwonogrodzie znajduje się mogiła pomordowanych, ale mnie nie udało się jej odnaleźć, aby móc pomodlić się za tych, którzy zginęli tylko za to, że byli Polakami.

Mogiła Polaków pomordowanych przez kureń UPA w Czerwonogrodzie (fot. z internetu)

Mogiła Polaków pomordowanych przez kureń UPA w Czerwonogrodzie (fot. z internetu)

Zamordowani zostali wtedy m.in.: Bronikowska Henryka – lat 62 (siostra zakonna), Buszta Teresa – lat 3, Fałkowicz Celina – lat 26, Czereśniowska Joanna, Glezner Franciszek – lat 17, Grabowiecka Helena – lat 75, Greszczyn Stanisław – lat 30, Krystyna – lat 1, Paulina – lat 20, Grzebińska Helena – lat 72, Jakubiszyn Michał – lat 78, ksiądz proboszcz Jurasz Stefan – lat 60, Kalinka Katarzyna (z Rzepniaków) – lat 25, Kobylański Józef – lat 50, Kotyński Józef – lat 10, Jan – lat 19, Korczyński Teodor – lat 62.

Zginęli tutaj również Polacy z sąsiedniego Nyrkowa: Bobryk Eugeniusz – lat 33, Dąbrowski Piotr – lat 75, Gertych Justyna – lat 70, Kamizelich Antoni – lat 50, Karasowski Ignacy – lat 50, Kurchaniewicz Antonina – lat 45, Małanicz Mieczysław – lat 17, Rzepiak Katarzyna – lat 23, Smolińska Wiktoria – lat 29, Świderska Janina – lat 19, Wojnarowska Maria – lat 48, Zalewski Jan – lat 70, Zawadzka Karolina – lat 35, Marysia – lat 2, Żołyńska Józefa – lat 22, Zygmunt I. – lat 65.

Pobyt w dawnym Czerwonogrodzie jest dla mnie smutnym wspomnieniem zagłady dawnych Kresów II Rzeczypospolitej, w dużej mierze pozostających w zapomnieniu za wschodnią granicą dzisiejszej Polski. Jedynie poprawia mi nastrój wspomnienie wycieczki do wodospadu na Dżurynie, który zachwyca od wieków swoim pięknem.

Zobacz: Władysław Kubów, Terroryzm na Podolu Zachodnim, Warszawa 2008

Filmy: Jest nowy zwiastun „Wołynia”

„Każdy Polak miał zostać unicestwiony”

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 13 lipca 2016 r.

Brak komentarzy

Wspomnienie o „Wołyniu i Polesiu”

Halina Ziółkowska-Modła urodziła się w Równem na Wołyniu 30 marca 1924 roku i tam spędziła młodość. Po wojnie została zmuszona do opuszczenia swojego rodzinnego miasta. Uczyła w oświęcimskich szkołach średnich języka polskiego. Po przejściu na emeryturę powołała do życia w Oświęcimiu Koło Terenowe Towarzystwa Miłośników Wołynia i Polesia i rozpoczęła pracę redaktorską.

Wydała osiemdziesiąt pięć numerów kwartalnika „Wołyń i Polesie”. W ostatnim numerze redagowanego przez siebie pisma pożegnała się ze swoimi Czytelnikami słowami: „Przez dwadzieścia lat spotykaliśmy się na łamach czasopisma „Wołyń i Polesie” wyrażając tęsknotę za utraconą Małą Ojczyzną – Wołyniem. Nostalgia była naszą towarzyszką. „Wołyń i Polesie” pomagał nam ukoić tęsknotę za Ziemią Wołyńską. Dziękuję wszystkim Autorom i Czytelnikom za poświęcony czas na utrwalanie pamięci za Utraconą Ziemią”.

Dążeniem Haliny Ziółkowskiej-Modły, która zmarła w Oświęcimiu 24 kwietnia 2015 roku, podobnie jak i wielu innych Kresowian, było przypominanie o polskiej historii Wołynia i Kresów Południowo-Wschodnich II RP, gdzie podczas drugiej wojny światowej ukraińscy nacjonaliści zamordowali około 130 tysięcy Polaków.

Apogeum

banderowskiego ludobójstwa na Wołyniu przypadło

na dzień 11 lipca 1943 roku.

Siedemdziesiąt trzy lata temu na uśpione niedzielnym odpoczynkiem w pierwszych dniach żniw polskie wsie,  na wiernych zgromadzonych w katolickich świątyniach spadły pociski, granaty, butelki z zapaloną benzyną, ostrza wideł, kos, noży i siekier.  Nie było obrońców przed ukraińskimi mordercami spod znaku OUN-UPA, bowiem w wielu polskich miejscowościach na Wołyniu pozostały w większości tylko kobiety i dzieci.

Załączam wiersz, który został mi przesłany 11 lipca 2016 roku:

Przepraszajcie „bracia” Ukraińcy:

Jedźcie na żyzne pola Wołynia – dziś porośnięte chwastami;

Pójdźcie w malownicze jary Podola – dziś puste i osamotnione;

Idźcie w lasy i mokradła Polesia – gdzie dziś nawet ptaki nie chcą śpiewać;

Pędźcie w ludną niegdyś Ziemię Lwowską – która dziś straszy ugorami;

Biegnijcie w lesiste Karpaty – w których dziś nie ma nawet śladu człowieka.

Przepraszajcie „bracia” Ukraińcy:

- rozbite główki dzieci – nabite na sztachety płotów,

- rozprute brzuchy kobiet – utopione w studniach,

- pobite serca chłopów – wrzucone w doły śmierci,

- zakrwawione ołtarze – spalonych w szale kościołów,

- samotną duszę – szukającą swego ciała po lasach.

Przepraszajcie „bracia” Ukraińcy – może wiatr wam odpowie „wybaczam”,

Przepraszajcie „bracia” Ukraińcy – może ptaszek na niebie wam daruje winy,

Przepraszajcie „bracia” Ukraińcy – może samotna grusza nad wami się zlituje,

Przepraszajcie „bracia” Ukraińcy – może złamany krzyż wam odpuści hańbę,

Przepraszajcie „bracia” Ukraińcy – może znajdzie się sucha gałąź na przebaczenie.

Z kim „heroje” walczyliście o „samostiją”?

- z dzieckiem kwilącym w kołysce?

- ze starcem broniącym swego progu?

- z kobietą modlącą się o kulę?

- a może z podlotkiem uciekającym przed gwałtem?

- czy z chłopem proszącym o skrócenie męki?

Tylko powiedzcie: od kiedy to „brat” morduje brata

I za co? I czemu tak okrutnie?

I czemu tyle lat milczeliście uparcie?

I dlaczego tyle lat zwodziliście prawdę?

I jak mogliście zwalać winę na innych?

I dlaczego nie zabiło was sumienie?                   Jacek G. , 09.07.2016 r

Zobacz: „To było ludobójstwo. Nigdy nie możemy o tym zapomnieć”

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 11 lipca 2016 r.

Brak komentarzy

Jerzy Laudański opowiada …

 Jan Tomasz Gross

Jan Tomasz Gross

W dniu 10 lipca 2016 roku minęła 75. rocznica mordu Żydów w Jedwabnem, który Jan Tomasz Gross w sposób tendencyjny opisał w swojej książce „Sąsiedzi” (wydana w 2001 r.) jako zbrodnię popełnioną przez Polaków, ich sąsiadów.

Piętnaście lat temu rozmawiałem na temat tragicznych wydarzeń w Jedwabnem z Jerzym Laudańskim, byłym więźniem KL Auschwitz, który jako rzekomo jeden z głównych sprawców mordu tam popełnionego był sądzony po wojnie i blisko dziesięć lat spędził w więzieniach komunistycznej Polski.

Zobacz: 75. rocznica pogromu w Jedwabnem

Obecnie Jerzy Laudański, urodzony 22 kwietnia 1922 roku w Jedwabnem, ukończył już dziewięćdziesiąt cztery lata. Opowiadał mi wiele o swoim niełatwym życiu.

Jerzy Laudański, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Jerzy Laudański, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Jego ojciec był murarzem, a matka zajmowała się wychowaniem trzech synów i córki Heleny, która  zginęła tragicznie w 1935 roku, uderzona przypadkowo kamieniem przez Adama Tondsdorfa, jednego z mieszkańców Jedwabnego, podczas jego bójki z sąsiadem. Sprawca został za ten czyn osądzony i skazany na więzienie.

Kazimierz – najstarszy z braci – ukończył gimnazjum w Łomży. Chciał być zakonnikiem, ale po półrocznym pobycie u franciszkanów w Niepokalanowie zmienił życiowe plany. Ożenił się i zamieszkał wraz z żoną w Porębie nad Bugiem, pracując jako pisarz w miejscowej gminie. Na kształcenie dwóch młodszych synów: Zygmunta i Jerzego pieniędzy rodzicom już nie starczyło. Kiedy dorośli, pomagali ojcu w murarce. Kazimierz zmarł kilka lat temu.

We wrześniu 1939 roku ojciec Czesław i jego syn Zygmunt umacniali fortyfikacje w Wiznie. Matkę udało się Jerzemu wywieźć do Poręby nad Bugiem. Później wraz z bratem Kazimierzem uciekali na rowerach aż pod Krzemieniec na Wołyniu i tam dowiedzieli się o agresji sowieckiej. Napotkani w Dubnie żołnierze Armii Czerwonej mówili do nich: „Polsza propała na wsiegda”. Konie kawalerzystów sowieckich były głodne i chude, podobnie jak i ich właściciele ubrani w postrzępione mundury.

Jerzy Laudański wspominał: „Na moich oczach wygłodzony żołnierz sowiecki zjadł litr kaszy jaglanej bez soli i bochenek chleba. Potem powiedział: „Tiepier ja pokuszał, nada zakurit” i zrobił „skręta” w kawałku gazety, buchnął płomień z zapalonego papierosa. Wywarło to na nas straszne wrażenie”.

Okupacja sowiecka

W niewielkim drewnianym domu Laudańskich w Jedwabnem zamieszkali sowieci, ale na szczęście szybko wynieśli się i prawowici właściciele mogli do niego powrócić. Organizacja komunistyczna istniała w Jedwabnem długo przed wojną, teraz dorwała się do władzy – byli w niej zarówno Polacy, jak i Żydzi. Zabrali oni parafialny dom na swój użytek, wypędzając z niego dwóch księży wikarych oraz organistę z rodziną. W sali konferencyjnej domu wyświetlano filmy propagandowe, a w jednym z pomieszczeń urządzono bibliotekę z dziełami Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina. Ponadto dom został zamieniony na „tancbudę”, gdzie bawiono się często bardzo hucznie.

Rozpoczęła się kolektywizacja, ale tylko majątki ziemskie zdążono zamienić na kołchozy. Parafie musiały co kwartał płacić coraz większe podatki, ale wszędzie księża jeszcze odprawiali Msze Święte, chociaż po małych parafiach organiści przestali już śpiewać, bo nie było im czym płacić. Równocześnie rozpoczęto aresztowania, które dotknęły miejscową elitę intelektualną i gospodarczą. Powszechnie panował ogólny strach przed zesłaniem. Żadnego Żyda jednak na Syberię nie wywieziono, za wyjątkiem Jakuba Cytrynowicza, który przed wojną przechrzcił się, za co został napiętnowany przez miejscową społeczność żydowską.

Jerzy Laudański kontynuuje opowieść

„I ta ówczesna władza sowiecka zaczęła represjonować ludzi. Mojego ojca zamknęli w więzieniu w Łomży, ponieważ wiele lat pracował przy budowie kościoła i stale był blisko księdza dziekana Mariana Szumowskiego, którego też aresztowali, ale nieco później. Wraz z miejscowymi komunistami tych wszystkich pozamykanych uważali za ludzi wrednych. Zarówno ksiądz dziekan, jak i nikt z pozostałych światlejszych obywateli nie wrócił już nigdy z powrotem. Ojciec miał wiele szczęścia, że z więzienia w Łomży Sowieci nie zdążyli go wywieźć. Dlaczego? Bo ciągle jeszcze w jego sprawie dniami i nocami prowadzili śledztwo, którego nie mogli skończyć.  

Wryła mi się głęboko w pamięć osiemnasta rocznica moich urodzin, 13 kwietnia 1940 roku, kiedy to przyszło trzech „bojców”, aby mnie aresztować wraz z bratem Zygmuntem i matką. Brata na szczęście w domu nie było. Zaczęli stukać do drzwi. Zdążyłem z matką uciec przez okno i odtąd wraz z nią i bratem Zygmuntem musiałem się ukrywać. W tym czasie działała już podziemna organizacja, o której nikt z nas jednak nie wiedział, bo byśmy tam poszli. Później dowiedziałem się dopiero, że ukrywali się w obrębie gminy Jedwabne.

Nastąpiła tragedia, kiedy to jeden z członków podziemnej organizacji, bodajże Dąbrowski, opowiedział swojemu teściowi o tej partyzantce. Ten teść nazywał się Wiśniewski. Ja go nie znałem, lecz o nim słyszałem. On to właśnie doniósł przekazaną mu w zaufaniu informację NKWD. Sowieci okrążyli ukrywających się. Ci dzielnie się bronili, ale zabrakło im amunicji. Większość z nich zginęła. Poległa wówczas moja stryjna Jadwiga Laudańska. Pozostała po niej córka Irena. Tak ukrywając się, doczekaliśmy przyjścia Niemców. Wtedy kryć się było łatwo, bo każdy rolnik udzielił schronienia i dał jeść, mówiąc: „Przecież mnie to może jutro spotkać”.

„Dobry” zastąpiony „lepszym”

Jak Niemcy weszli – mówi Jerzy Laudański – to chwilowo byliśmy zadowoleni, bo pozbyliśmy się koszmaru sowieckiego. Niemców u nas nie znano. Nie wiedziano, do czego są zdolni. Dopiero po kilkunastu dniach, jak pojawiły się afisze z napisami: „Szkło – rozbita butelka na jezdni – kara śmierci”, „Sabotaż – drut kolczasty na jezdni – kara śmierci”, ludzie zaczęli mówić: „Diabli wzięli dobrego, a przyszedł jeszcze lepszy”.

Miejscowi Żydzi musieli rozbić postawiony przez Sowietów pomnik, a potem – jak pamięta Laudański: „Mimo że w 1939 roku nie witali Sowietów owacyjnie, z tego wysokiego pomnika, ważącego chyba tonę, musieli nieść głowę i kawałek popiersia”.

Latem 1941 roku dziewiętnastoletni Jurek, któremu do głowy zapewne wtedy by nie przyszło, że obwiniony będzie jako jeden z głównych sprawców zbrodni na Żydach w Jedwabnem, wyjechał z tej miejscowości do swojego brata Kazimierza, mieszkającego wraz z rodziną w Porębie nad Bugiem. Tam, za jego namową, wstąpił do Związku Walki Zbrojnej/Armia Krajowa, zajmując się kolportażem prasy podziemnej. Do dzisiaj pamięta niektóre tytuły, np. „Orzeł Biały” i „Rzeczpospolita”.

Wpadł podczas dużej obławy, próbując się ukryć wraz z innymi konspiratorami w pobliskim lesie. Wtedy aresztowano także wielu mieszkańców Ostrowi Mazowieckiej. Pieszo, wraz z innymi ujętymi w Porębie, został popędzony do więzienia w tym mieście. Gestapowcom tłumaczył się, że przebywał w lesie, obawiając się wywózki na roboty przymusowe do pobliskich Prus Wschodnich. Nie miał przy sobie żadnych dokumentów, lecz swoje personalia podał zgodnie z prawdą. Po dwóch dniach znalazł się w Warszawie na Pawiaku i przebywał tam do połowy września 1942 roku. Okna jego celi wychodziły na getto. Podczas śledztwa nie załamał się i nie wydał nikogo.

Auschwitz, Gross-Rosen i Sachsenhausen

15 września 1942 roku siedemdziesięciu pięciu więźniów z Pawiaka – w tym Jerzego Laudańskiego – przewieziono samochodem na dworzec w Warszawie i załadowano do pociągu. Tylko co drugi z nich miał przeżyć piekło hitlerowskich obozów koncentracyjnych.

Dzisiaj nazwiska Jerzego Laudańskiego i jego współtowarzyszy obozowej gehenny są opublikowane w wydanej w 2000 roku przez Towarzystwo Opieki nad Oświęcimiem i Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu trzytomowej „Księdze Pamięci. Transporty Polaków z Warszawy do KL Auschwitz 1940-1944″.

Kiedy ustał zgrzyt kół i pociąg zatrzymał się w ciemnościach nocy na bocznicy kolejowej w Oświęcimiu, więźniów otoczył szpaler esesmanów, bijących, gdzie popadło. Wtedy strasznie został pobity Antoni Jankowski (patrz poniżej  obozowe zdjęcie i akt zgonu), murarz z zawodu, który w wyniku odniesionych obrażeń wkrótce zmarł. Była to pierwsza ofiara wśród więźniów, z którymi Jerzy Laudański przybył do KL Auschwitz. W oświęcimskim obozie był także więziony jego syn Henryk Jankowski, oznaczony numerem 63783 i córka Irena Jankowska, oznaczona numerem 22524. Obydwoje pobyt w niemieckich obozach koncentracyjnych przeżyli.

Podczas rejestracji w obozie, kiedy nadano mu numer 63805, podszedł do niego starszy wiekiem więzień, mówiąc: „Chłopaki, idzie zima i ciężko tu przeżyć. Podawajcie takie zawody, co pod dach pójdziecie”.

Akt zgonu Antoniego Jankowskiego

Akt zgonu Antoniego Jankowskiego

Jurkowi stanął wtedy przed oczami warsztat szewski wujka w Jedwabnem. Bez namysłu podał: szewc – i to zapewne uratowało mu życie, bo już był bardzo wycieńczony. Na swoje szczęście otrzymał pracę w warsztacie szewskim na terenie garbarni, wykonując proste czynności przy reperacji obozowych „drewniaków”. Pracował w cieple, gdzie bito tylko za niewykonanie normy. „Kapo – dodaje – bił kijem, ile chciał, tyle lał, dziesięć, dwadzieścia, niejeden nie mógł wstać. Raz nie wykonałem normy i dostałem parę kijów”. Zelówki były robione z metalowych puszek po cyklonie B.

Pewnego razu Jerzy Laudański skaleczył u ręki palec pod paznokciem kawałkiem blachy. Wdało się zakażenie i musiał zgłosić się do obozowego szpitala. Został wprawdzie do niego przyjęty i był operowany, ale o mało nie padł ofiarą „wybiórki” przeprowadzanej wśród chorych. Z powodu wycieńczenia był kandydatem „na gaz”, ale dzięki pomocy lekarza – więźnia ocalał. Do sił wracał powoli m.in. dzięki paczkom, które wysyłali mu rodzice. Pierwszą z nich otrzymał na Święta Bożego Narodzenia w 1942 roku.

Podczas jednej niedzieli, kiedy karnie pracował w żwirowni, na jego oczach esesman zmusił wychudzonego więźnia Żyda do oddalenia się z miejsca pracy i zastrzelił go jako rzekomego uciekiniera.

Antoni Jankowski, zmarł w wyniku pobicia15.10.1942 r.

Antoni Jankowski, zmarł na skutek pobicia 15.10.1942 r.

W marcu 1943 roku, nocą do bloku nr 22 a, gdzie spał Jerzy Laudański, wpadli niespodziewanie esesmani, wypędzając wszystkich więźniów. Uformowano transport, w którym wyjechał do KL Gross-Rosen. Jednak słynny kamieniołom ominął go, bo po sześciu tygodniach znalazł się już w Oranienburgu. Przebywał w jednym z podobozów KL Sachsenhausen, położonym na przedmieściu Berlina, pracując przy produkcji części do czołgów.

Henryk Jankowski, syn Antoniego, przeżył

Henryk Jankowski, syn Antoniego, przeżył

26 kwietnia 1945 roku Jerzy Laudański zobaczył pierwszych zwiadowców sowieckich, którzy uwolnili więźniów i tak ich zapamiętał: „Byli uzbrojeni, obwieszeni granatami i brudni, świeciły się im tylko oczy i zęby, krzyknęli do więźniów, żeby uciekali, bo za chwilę, w celu likwidacji esesmanów ukrywających się po barakach, zostaną one obłożone ogniem artyleryjskim. Tak się też stało. Z daleka widzieliśmy potem, jak z baraków wylatujących w powietrze posypały się tylko drzazgi”.

Później czekała go piesza wędrówka w grupie sześciu kolegów do Odry, a następnie różnymi środkami lokomocji do Jedwabnego, gdzie ostatecznie przybył 15 maja 1945 roku. Był bardzo słaby i wychudzony. W rodzinnym domu nie było go prawie cztery lata.

Rok później ożenił się z Haliną Konferowicz, biorąc ślub kościelny w Białej Piskiej i rozpoczął pracę jako sprzedawca w sklepie. Rodzice i dwaj bracia także szczęśliwie przeżyli wojnę, ale koszmar tragicznych przejść dla rodziny Laudańskich – jak się okazało – miał jeszcze trwać przez kilka lat.

Sąd – 1949 rok

Brat Jerzego Laudańskiego, Kazimierz, twierdził:

„Organizacja komunistyczna [w Jedwabnem - dop. A.C.] istniała już długo przed wybuchem wojny. Policja miała z nią wiele kłopotów. Gdy po 17 września 1939 roku komórka ta, jakby w rewolucję, zorganizowała władzę – ochotniczą milicję, członkami organizacji zostali nieliczni Polacy i w większości skomunizowana młodzież żydowska. Wybrykom tej organizacji przeciwne było starsze społeczeństwo żydowskie. I tu trzeba dokładnie rozróżniać komunistów od społeczności żydowskiej. Do tej żydowskiej społeczności Polacy nie czuli nienawiści, nie było bowiem do tego żadnego powodu. I o ile Polacy współczuli tragedii żydowskiej, to byli przekonani, że komunistów żydowskich spotkała zasłużona kara boska”.

Na powyższą wypowiedź warto zwrócić uwagę. Świadczy ona być może o tym, że jednym z aspektów wydarzeń poprzedzających 10 lipca 1941 roku w Jedwabnem, kiedy nie istniała polska władza, było kierowanie się „ludowym” poczuciem krzywdy i zadośćuczynieniem jej. Takie zdarzenia miały miejsce najprawdopodobniej już nazajutrz po wkroczeniu Niemców do Jedwabnego, 23 czerwca 1941 roku. Ich ofiarą padł m.in. były milicjant na służbie sowieckiej, Polak o nazwisku Czesław Krupiński, względnie Kupiecki, którego wskazano żandarmom niemieckim, a ci go zastrzelili.

Kazimierz Laudański mówił: „Epilog nikomu nie był znany do końca.(…) Po Niemcach można było się wszystkiego spodziewać, ale spalenie żywcem tylu ludzi było strasznym zaskoczeniem”.

Jerzy Laudański nie wiedział, że kiedy jeszcze był więźniem KL Sachsenhausen, Szmul Wasersztajn, funkcjonariusz Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który pochodził z Jedwabnego, ukrywany w czasie wojny przez polską rodzinę Wyrzykowskich, złożył obszerną relację przed pracownikami Żydowskiej Komisji Historycznej w Białymstoku 5 kwietnia 1945 roku. Oto jej fragment:

„W czasie pierwszych pogromów i podczas rzezi, odznaczyli się okrucieństwem niżej wymienieni wyrzutki: 1. Szleziński, 2. Karolak, 3. Borowiuk (Borowski) Mietek, 4. Borowiuk (Borowski) Wacław, 5. Jermałowski, 6. Ramutowski Bolek, 7. Rogalski Bolek, 8. Szelawa Stanisław, 9. Szelawa Franciszek, 10. Kozłowski Geniek, 11. Trzaska, 12. Tarnoczek Jerzyk, 13. Laudański Jurek, 14. Laciecz Czesław”.

Chociaż relacja Wasersztajna, który jeszcze długo pracował w resorcie bezpieczeństwa i najprawdopodobniej wyjechał z Łomży dopiero po wydarzeniach marcowych w 1968 roku do Izraela, gdzie zmarł około 2000 roku, wydaje się zbiorem bardziej zasłyszanych i niesprawdzonych do końca faktów, niż rzeczywiście widzianych przez niego zdarzeń, mimo to wystarczyła, aby wymieniony w niej Jurek Laudański został, tym razem już po wojnie, po raz kolejny uwięziony.

15 stycznia 1949 roku były więzień KL Auschwitz, nr obozowy 63805, został aresztowany przez funkcjonariuszy UB i osadzony w więzieniu w Łomży. Podczas śledztwa Jerzy Laudański zaprzeczał jakimkolwiek stawianym przeciwko niemu zarzutom co do udziału w zbrodniach popełnionych na Żydach w Jedwabnem. Śledczy, „kawał chłopa”, próbował na nim takie zeznania wymusić siłą: biciem gumą lub pięścią w twarz. Wiedząc o wcześniejszym pobycie przesłuchiwanego w KL Auschwitz, chwytał go za włosy i tłukąc jego głową o ścianę, mówił do niego: „Szkoda, że sk… tam przez komin nie poszedłeś, bo bym dla ciebie teraz zdrowia nie marnował”.

W protokole ten mówiący ze wschodnim akcentem funkcjonariusz UB pisał co chciał, nie dając przesłuchiwanemu nic do przeczytania i zmuszał go do podpisania zaprotokołowanych dowolnie zeznań, używając przy tym często przekleństwa: „Blać…, blać”.

W więzieniu w Łomży przebywał także ojciec Jerzego – Czesław Laudański wraz z synem Zygmuntem. Im również zarzucano współudział w zbrodni popełnionej na Żydach w Jedwabnem. Wszyscy trzej konsekwentnie zaprzeczali w śledztwie, a później podczas procesu popełnionym rzekomo czynom.

Sąd Okręgowy w Łomży ogłosił wyrok 17 maja 1949 roku. Ojca Czesława wprawdzie uniewinniono, lecz synowie zostali skazani z paragrafu za współpracę z hitlerowcami: Jerzy Laudański – 15 lat więzienia i Zygmunt Laudański – 12 lat więzienia. Spośród wówczas osądzonych wyższy wyrok otrzymał jedynie niemiecki żandarm z Jedwabnego, Karol Bardoń – kara śmierci. Jerzy Laudański dalej opowiada:

„W moim akcie oskarżenia było, że Niemcy dokonali tego zabójstwa, a Polacy pomagali. Byłem skazany za współpracę z okupantem. Zaprzeczyłem temu w ostatnim słowie, lecz to nie zostało wysłuchane, ale ludzie słyszeli. Niektóre kobiety, jak wyprowadzano mnie z sądu po ogłoszeniu wyroku mówiły: „ale pan im dobrze powiedział”, bo w ostatnim słowie jeszcze dodałem: „Wysoki sądzie, proszę mnie sądzić za to, że będąc więźniem Sachsenhausen pracowałem w fabryce czołgów, które były używane na pewno na froncie wschodnim i Sowietów biły, ja tam pracowałem. Proszę mnie za to sądzić”. Sędziowie spojrzeli po sobie i tylko na ich twarzach pojawił się ironiczny uśmiech. Ale miałem chociaż satysfakcję, że ludzie, których wtedy była pełna sala, to słyszeli”.

Stalinowskie więzienia

Po ogłoszeniu wyroku Jerzego Laudańskiego wywieziono do Ostrołęki, a następnie do więzienia przy ul. 11 Listopada w Warszawie. Najdłużej w odosobnieniu przebywał jednak w Goleniowie, gdzie były warsztaty mechaniczne, w których pracował jako tokarz, mając doświadczenie wyniesione z pracy w hitlerowskiej fabryce czołgów. Nad więźniami znęcano się psychicznie, wrzucając im do cel dzieła Marksa, Engelsa, Lenina i Stalina i zmuszając do ich czytania. Ponadto warunki więzienne były niezwykle uciążliwe, np. spacer trwał tylko pięć minut, ubrania były miesiącami nieprane, jedzenie mało kaloryczne, a rodzina nie mogła uwięzionemu, choćby nawet był umierający, dostarczyć leków w razie choroby. W celi o wymiarach 2 m x 4 m przebywało dziewięciu więźniów. Warunki były okropne.

Warto dodać, że w tym więzieniu, na życzenie żony Haliny – Jerzy Laudański wziął z nią ślub cywilny, bo uprzednio nie przywiązywał do tego wagi. Uroczystość zaślubin odbyła się w gabinecie naczelnika więzienia. Ten wcześniej przez godzinę namawiał Halinę, aby zmieniła decyzję: „Niech się pani zastanowi, co pani robi – przecież on ma do odsiedzenia wyrok piętnastu lat więzienia”.

5 lipca 1952 roku po operacji raka żołądka braciom Laudańskim zmarła matka. Jerzy nie mógł być na jej pogrzebie i o tym smutnym fakcie dowiedział się dopiero dwa miesiące później, podczas więziennego widzenia z żoną.

O śmierci Józefa Stalina dowiedział się w Goleniowie z kolei z gazet, które rozdawano więźniom jako papier higieniczny. W jednej z nich zobaczył „ojca narodów” leżącego w trumnie, co wszystkich więźniów bardzo ucieszyło – słusznie przewidywali, że powinny nastąpić zmiany na lepsze.

Kiedy wkrótce przewieziono Jerzego Laudańskiego do więzienia w Cieszynie, podczas Świąt Wielkanocnych zachorował na zapalenie płuc, ale wtedy praktykowano już na szczęście inne podejście do więźniów – i to uratowało mu życie.

Na koniec trafił jeszcze do jednego więzienia. Był nim zakład karny w Sieradzu, w którym nadszarpnięte długoletnim więzieniem zdrowie całkowicie odmówiło mu posłuszeństwa. W zasadzie aż do momentu uwolnienia cały już czas przebywał w celi szpitalnej, gdzie warunki odosobnienia były nieporównywalnie lepsze.

Jerzy Laudański z więzienia w Sieradzu został przedterminowo zwolniony i wyszedł na wolność 1 marca 1957 roku. Nieco wcześniej, ale również dopiero po „odwilży” październikowej 1956 roku, brama więzienna otworzyła się przed jego bratem Zygmuntem.

Prokurator z IPN

- W grudniu 2000 roku – mówi Jerzy Laudański – odwiedził mnie prokurator z Instytutu Pamięci Narodowej. – Do chwili zetknięcia się z nim żadne obciążenia świadków nie były mi znane. Dopiero wspomniany prokurator mi je odczytał, ale to wszystko były zeznania wymuszone przez UB, np. zeznania Henryka Krystofczyka, który był zagorzałym komunistą i taka była cała jego rodzina. On wprawdzie mnie nie obciążał, zeznając na mój temat w sądzie: „To był taki młody gówniarz, to na niego nie zwracałem uwagi”, natomiast koniecznie chciał „utopić” mojego ojca. Oświadczył, że dobrze ukryty widział z bliskiej odległości, jak „Czesław Laudański bił Żydów i prowadził do spalenia”. Kiedy nasz adwokat poprosił go, aby powiedział, czy mój ojciec nosił wtedy wąsy – wówczas załamał się i speszony odpowiedział: „No, ja tak dokładnie tego nie widziałem”.

Każdy świadek był ponadto zastraszany przez UB, bo funkcjonariusze chcieli się wywiązać z zadania i wykazać, że wykryli sprawców.

Epilog

W niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych Jerzy Laudański przebywał prawie trzy lata, w stalinowskich więzieniach ponad osiem lat – od 1949 do 1957 roku.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 8 lipca 2016 r.

Brak komentarzy

Elie Wiesel nie żyje (1928-2016)

W sobotni wieczór, 2 lipca 2016 r., zauważyłem na różnych portalach internetowych informację o śmierci Elie Wiesela. W wiadomościach „Onetu” przeczytałem:

„Zdobywca Pokojowej Nagrody Nobla, były więzień niemieckich obozów koncentracyjnych zmarł dziś w wieku 87 lat. O jego śmierci piszą najważniejsze media na świecie. To właśnie Elie Wiesel był pomysłodawcą terminu „Holocaust”. Wielokrotnie angażował się też w obronę uciskanych i prześladowanych mniejszości narodowych.

Karta personalna więźnia Lazara Wiesela, nr A-7713

Karta więźnia Lazara Wiesela, nr A-7713

Urodził się  1928 roku w Rumunii w ortodoksyjnej rodzinie chasydów. W czasie II wojny światowej – pisze dale „Onet” – był więźniem obozów koncentracyjnych Auschwitz-Birkenau i Buchenwald. W Auschwitz zginęły jego matka i najmłodsza z trzech jego sióstr.

Po wojnie wyjechał do Francji, gdzie studiował na Sorbonie i rozpoczął pracę dziennikarską, jako współpracownik czasopism francuskich i izraelskich. Był również przewodniczącym amerykańskiej Komisji ds. Holokaustu przy prezydencie USA i inicjatorem budowy Muzeum Holokaustu w Stanach Zjednoczonych. Najbardziej znanym dziełem Wiesela jest powieść „Noc”. To napisana prostym językiem relacja z tego, co działo się w Auschwitz-Birkenau”.

Równocześnie w tekstach internetowych natrafiłem na wypowiedzi Miklosa Grünera, b. więźnia KL Auschwitz, nr obozowy A-11104, mieszkającego w Szwecji, który w 2007 r. napisał książkę „Stolen Identity, A-7713” (Skradziona tożsamość,  A- 7713). W tej publikacji oraz w innych swoich tekstach Miklos Grüner stara się udowodnić, że Elie Wiesela nie więziono w KL Auschwitz i nie był tam oznaczony numerem obozowym A-7713, ponieważ ten numer posiadał Lazar Wiesel, urodzony w 1913 r. Swoje wypowiedzi stara się dodatkowo  uwiarygodnić różnymi dokumentami obozowymi, na których nazwisko Elie Wiesela nigdzie nie jest wyszczególnione.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 3 lipca 2016 r.

Brak komentarzy

Johannes Thümmler (1906-2002) – szef gestapo w Katowicach

Johannes Thümmler

Johannes Thümmler

Urodził się w 1906 roku w Chemnitz. W latach trzydziestych ukończył studia prawnicze, obronił doktorat, został członkiem NSDAP a wkrótce też i SS. W 1941 roku otrzymał nominację na szefa placówki gestapo w Chemnitz.

We wrześniu 1943 roku przeniesiono go do Katowic na stanowisko szefa gestapo w tym mieście. Równocześnie od października tegoż roku do stycznia 1945 roku przewodniczył „sądowi doraźnemu” na terenie obozu Auschwitz w bloku nr 11, wydając ponad 1000 wyroków śmierci. Jego ofiarami byli prawie że sami Polacy.

Po wojnie Thümmler został internowany przez władze amerykańskie, do których w 1947 roku Polska złożyła wniosek o jego ekstradycję.

W 1949 roku Thümmler podjął pracę jako robotnik w Oberdorf, potem jako pomocnik w Zakładach Zeissa w Oberkochen, niedaleko miasta Aalen w Badenii-Wirtembergii. W następnych latach awansował na kierownika jednego z działów zakładów optycznych Zeissa.

W latach sześćdziesiątych Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich w Katowicach prowadziła przeciwko niemu śledztwo, po zakończeniu którego materiał dowodowy przedstawiono prokuraturze niemieckiej.

W 1979 roku prokuratura w Stuttgarcie sprawę przeciwko Thümmlerowi zawiesiła, gdyż – jak stwierdzono – nie znaleziono dowodów, aby naruszył on prawo lub by działał z niskich pobudek. W marcu 2002 roku prokuratura w Stuttgarcie umorzyła śledztwo przeciwko podejrzanemu o popełnienie zbrodni byłemu szefowi gestapo w Katowicach Johannesowi Thümmlerowi, który zmarł dwa miesiące później w maju 2002 roku. Miał dziewięćdziesiąt sześć lat. Za swoje zbrodnicze czyny nigdy nie został ukarany.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 1 lipca 2016 r.

Brak komentarzy

Napis z Bloku Śmierci

Na terenie byłego obozu Auschwitz w bloku nr 11, który zwany był przez więźniów Blokiem Śmierci, na jego ścianach, drzwiach, parapetach okiennych i belkach stropowych więźniowie pozostawili napisy i rysunki, wykonane niejednokrotnie przed straceniem. Ich autorami byli przede wszystkim Polacy.

Treść wielu inskrypcji, będących często ostatnim pożegnaniem ze światem, świadczy o niezwykłej odwadze oraz wielkim harcie i umiłowaniu Ojczyzny. Niejednokrotnie zawarte w nich zostały również prośby skazańców, aby o ich losie powiadomić rodzinę. Nierzadko obok napisów znajdują się rysunki, inicjały i numery obozowe ich Autorów. Napisy wydrapywane były przy użyciu różnych narzędzi: wsuwki do włosów, ołówka, kredki, ale również kawałka ostrego przedmiotu, a nawet paznokcia. Jest tych napisów kilkaset, ostatnie noszą datę 6 stycznia 1945 roku.

Jeden z takich napisów pozostawił olkuszanin Wiesław Lupa, który więziony był w bloku nr 11 i w dniu 31 października 1944 roku został skazany przez niemiecki „sąd doraźny” na karę śmierci. Stracono go w dniu następnym.

Na belce stropowej w jednej z sal znajdujących na parterze w bloku nr 11 pozostał wykonany przez niego napis:

„Wiesław Lupa Olkusz, Robert Koch str. 6, przywieziony 5-10-44, został stracony 1-11-44”.

Wiesław Lupa urodził się 18 grudnia 1920 roku w Olkuszu, gdzie był uczniem Państwowej Szkoły Przemysłowo- Rzemieślniczej, specjalność ślusarstwo, której ukończenie uniemożliwił mu wybuch wojny i okupacja hitlerowska w Polsce.  Już w pierwszych jej miesiącach został wywieziony na roboty przymusowe. Prawdopodobnie przebywał na terenie Górnego Śląska, ponieważ często przyjeżdżał z Rzeszy na krótkotrwałe przepustki do matki, mieszkającej wraz z pozostałym jego rodzeństwem w Olkuszu.

Starszy brat Tadeusz był elektrykiem i pracował w magistracie w Olkuszu. Został zastrzelony w Olkuszu 31 lipca 1940 roku podczas „Krwawej Środy”.

Ponad cztery lata później, policjant niemiecki przekazał Michalinie Lupie lakoniczną wiadomość, że jej młodszy syn Wiesław został stracony w pierwszych dniach listopada 1944 roku. Zrozpaczonej matki nie poinformowano ani o miejscu stracenia, ani o zarzutach, które postawili hitlerowcy jej drugiemu synowi, aresztując go, a później skazując na śmierć.

Streszczenie w języku angielskim

It was only in 1987 that it was possible to establish that Wiesław Lupa from Olkusz, was imprisoned in Block 11 and that on 31 October 1944 he was sentenced by the summary court to the death penalty, which was executed on the following day in KL Auschwitz II-Birkenau. On a ceiling beam in one of the rooms on the ground floor of Block 11, there is an inscription which he made: “Wiesław Lupa Olkusz, Robert Koch str. 6, brought on 5-10-44, put to death on 1-11-44”.

Bibliografia

Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau. Zespół Oświadczenia t. 115, k. 190-193, relacja Janiny Klich, z domu Lupa (siostra Wiesława i Tadeusza); Adam Cyra, Mieszkańcy ziemi olkuskiej w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych, Oświęcim-Olkusz 2005, s. 26 i 172; tegoż, Pozostał po nich ślad … Życiorysy z cel śmierci, Oświęcim 2006; Jan Kantyka, Na jurajskim szlaku, Katowice 1977, s. 25; Marian Kiciarski, Olkusz pod okupacją hitlerowską. Wspomnienia lekarza, „Przegląd Lekarski” 1968 nr 1, s. 231.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 27 czerwca 2016 r.

Brak komentarzy

Pozostał po nich ślad.

Kliknij w obrazek, aby obejrzeć wystawę

Nowość! Wystawa internetowa „Pozostał po nich ślad – Życiorysy z celi śmierci”

Zobacz też: Tu żegnali się z życiem. Poruszające napisy w Bloku Śmierci na wystawie w Google Cultural

Brak komentarzy

Pomyłka w amerykańskiej „Encyklopedii…”

Siedemdziesiąt cztery lata temu, w dniach 13 i 15 czerwca 1942 r.,  deportowano  ostatecznie Żydów z getta olkuskiego w dwóch transportach kolejowych, które odjechały  w kierunku Katowic.  Wywieziono wówczas około trzech tysięcy Żydów (mężczyźni, kobiety i dzieci), wśród których byli również liczni Żydzi z Chorzowa, przesiedleni do Olkusza przez niemieckich nazistów w dniu 15 czerwca 1940 r. Wprawdzie nie ma żadnej dokumentacji hitlerowskiej związanej z ich zagładą, lecz z pewnością zamordowani zostali w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau.

Zobacz: Nazistowski zbrodniarz na dworcu kolejowym w Olkuszu

Yad Vashem fałszuje historię

Upiorne pomówienie olkuszan

FILM (świadkowie mówią) „Krwawa Środa” w Olkuszu

Olkuszanie po raz kolejny wspominali „Krwawą Środę”

Żydzi z Olkusza w zbiorach Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie

Zdjęcia z „Krwawej Środy” w Olkuszu w zbiorach Yad Vashem

Fatalna historyczna pomyłka w amerykańskiej encyklopedii

——————————————————————————————————————————————–

Szanowni Czytelnicy,
przekazuje do wiadomości mail, który wysłałem  15.06.2016 r. do Muzeum Holocastu w Waszyngtonie na adres:
Dear Sir/Madame,
I have notice an unfortunate mistake in „Olkusz” article published in „The United States Holocaust Memorial Museum Encyclopedia of Camps and Ghettos: 1933-1945″. Please see my retification at my historical blog (in the link attached) and let me know what you think.

www.cyra.wblogu.pl

My regards, Adam Cyra

———————————————————————————————————————————————–

W dniu 16.06.2016 r. wysłałem list priorytetem do USA o następującej treści:

 

United States Holocaust

Memorial Museum

100 Raoul Wallenberg Place, SW

Washington, DC 20024-2126

—————————————-

Dear Sir/Madame,

I’m sending you materials about the “Bloody Wednesday” in Olkusz and about martyrdom of Olkusz inhabitants during the Nazi occupation 1939-1945. Please be kind to also have a look at my article on errors made in the entry “Olkusz” in The United Sates Holocaust Memorial Museum Encyclopedia of Camps and Ghettos: 1933-1945 (see: www.cyra.wblogu.pl).

My regards, Adam Cyra

Do pisma załączyłem (bibliografia):

- Adam Cyra, Mieszkańcy ziemi olkuskiej w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych, Oświęcim-Olkusz 2005,

- Marian Kiciarski, Olkusz pod okupacją hitlerowską. Wspomnienia lekarza, ”Przegląd Lekarski” 1968 nr 1,

- Gabriela Zubowa i Lesław Mentlewicz, 1940 „Krwawa Środa”, Olkusz 1985,

- Adam Cyra, Egzekucja w Olkuszu (trzech Żydów) w dniu 3 marca 1942 r., „Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem” 2009 nr 55.

————————————————————————————————————————————————

Dotychczas ukazały się dwa tomy encyklopedii opracowanej przez “Muzeum Holokaustu” w Waszyngtonie, zatytułowanej “Encyklopedia Obozów i Gett: 1933-1945” (The United States Holocaust Memorial Museum Encyclopedia of Camps and Ghettos: 1933-1945), które zostały wydane przez wydawnictwo Uniwersytetu Indiana w USA w 2009 i 2012 roku.

We wspomnianej publikacji “Muzeum Holokaustu” znajdują się błędy, które wkradły się do hasła „Olkusz” (drugi tom „Encyklopedii …”).

Zawarte są w niej informacje,  jakoby Żydzi byli jedynymi ofiarami „Krwawej Środy” w Olkuszu 31 lipca 1940 roku. Ponadto pół miesiąca wcześniej rzekomo miano rozstrzelać w Olkuszu dwudziestu Żydów, a faktycznie ofiarami niemieckiej egzekucji z 16 lipca tegoż roku było dwudziestu Polaków, których nazwiska już dawno ustalono – lista zamordowanych poniżej:

Na błędne informacje odnośnie „Krwawej Środy” zawarte w tej „Encyklopedii …” dotychczas nie zwrócili uwagi miejscowi olkuscy badacze (Olgerd Dziechciarz i Ireneusz Cieślik), chociaż dla nich jako znających okupacyjne dzieje miasta jest oczywiste, że hitlerowski odwet za zastrzelenie niemieckiego żandarma dotknął wielu mężczyzn z Olkusza, nie tylko Żydów.

Zamieszczam fragment streszczenia w języku angielskim publikacji wydanej w Olkuszu w 1985 r., zatytułowanej „Krwawa Środa 1940″:

We wspomnianej amerykańskiej „Encyklopedii …” prezentowane jest także zdjęcia z olkuskiej „Krwawej Środy”,  jako przykład niemieckich prześladowań Żydów w Polsce, chociaż na tej fotografii są widoczni tylko miejscowi Polacy, bo ich w większości dotknął wtedy niemiecki terror.

Takie sprawy trzeba prostować, bowiem wszystkie wydane w Polsce opracowania poświęcone „Krwawej Środzie” w Olkuszu wyraźnie wskazują na potwierdzone źródła informacji, iż ofiarami tych represji byli zarówno Żydzi, jak i Polacy. Nawet w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie znajdują  się  wspomnienia  dwóch  świadków z Olkusza, którzy jednoznacznie potwierdzają ten fakt.

Wzmianki o tym tragicznym wydarzeniu znajdują się również w mojej książce „Mieszkańcy ziemi olkuskiej w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych”, Oświęcim-Olkusz 2005, gdzie w bibliografii wymieniam m.in. wspomnienia Mariana Kiciarskiego, który szczegółowo opisał przebieg „Krwawej Środy” (Marian Kiciarski, Olkusz pod okupacją hitlerowską. Wspomnienia lekarza, „Przegląd Lekarski” 1968 nr 1).

Do pobrania w formacie .pdf: „Olkusz pod okupacją hitlerowską – Wspomnienia lekarza” – autor Marian Kiciarski

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 20 czerwca 2016 r.

Brak komentarzy

Znaleziska z czasów koszmarnej zbrodni

W 1967 roku nieżyjący już dzisiaj reżyser Andrzej Brzozowski zrealizował piętnastominutowy film dokumentalny, zatytułowany „Archeologia”. Jest to film o najbardziej współczesnej i oskarżającej archeologii, przedstawiający relację  z prac wykopaliskowych ekipy archeologicznej z Instytutu Historii Kultury Materialnej PAN w Warszawie na terenie krematorium III w byłym obozie koncentracyjnym Auschwitz II-Birkenau.

Większość znalezionych wówczas rzeczy została zabrana przez pracowników wspomnianego Instytutu, natomiast film ten bardzo często był wyświetlany w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku podczas prelekcji na temat historii obozu, wygłaszanych przez pracowników Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Dzisiaj oglądając ten film możemy zobaczyć jak wydobywa się z ziemi fragmenty przeszłości. Ta porażająca sekwencja obrazów pokazuje prace archeologiczne prowadzone na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau pięćdziesiąt lat temu.  Na odkrywce archeologicznej w milczeniu pracują mężczyźni. Kiedy obracają w rękach odkopane przedmioty można dostrzec, że są to np. sowiecka gwiazda z wojskowej czapki, krzyżyk, czy holenderski ceramiczny korek od piwa.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Zmarł Wojciech Drewniak – więzień Auschwitz, Żołnierz Wyklęty

Witold Pilecki

Witold Pilecki

Sześćdziesiąt osiem lat temu, w dniu 25 maja 1948 roku, w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie UB zamordowało rotmistrza Witolda Pileckiegotwórcę konspiracji wojskowej w KL Auschwitz (wystawa internetowa mojego autostwa – kliknij), bohatera AK i podziemia antysowieckiego, obrońcę Kresów.

Zobacz: Ruch oporu w KL Auschwitz (lekcja internetowa również mojego autorstwa)

WIDEO: „68. lat temu Witold Pilecki oddał życie za Polskę”

Rotmistrz Witold Pilecki był oficerem II Korpusu Polskiego we Włoszech.

Kurierem tego Korpusu był Wojciech Drewniak, były więzień KL Auschwitz, niedawno zmarły.

W Sokółce koło Białegostoku zmarł 14 maja 2016 r. Wojciech Drewniak, długoletni więzień obozu obozu Auschwitz-Birkenau (nr 415), po wojnie kurier II Korpusu Polskiego, gen. Władysława Andersa we Włoszech i więzień UB.

Wojciech Drewniak

Wojciech Drewniak

Wojciech Drewniak urodził się 16 kwietnia 1922 r. w Wadowicach. Tam uczęszczał do tej samej szkoły powszechnej oraz gimnazjum co Karol Wojtyła. W 1936 r. jego ojciec otrzymał pracę w starostwie w Nowym Sączu, gdzie w ślad za nim przeprowadziła się całą rodzina Drewniaków. Wojciech kontynuował naukę w jednej ze szkół średnich o profilu przyrodniczym-matematycznym w Nowym Sączu.

Wcześniej, jego ojciec, por. Wojciech Drewniak był pracownikiem kancelaryjnym w Rejonowej Komendzie Uzupełnień. Stanowisko to objął wtedy po por. Karole Wojtyle seniorze, ojcu przyszłego papieża Jana Pawła II.

Kiedy nastąpiła agresja niemiecka na Polskę w 1939 r., Wojciech Drewniak junior brał udział w kampanii wrześniowej jako żołnierz 1. Pułku Strzelców Podhalańskich, dostając się do sowieckiej niewoli, z której go  zwolniono. Powrócił do Nowego Sącza, skąd w tym czasie wielu młodych Polaków próbowało przedostać się do Wojska Polskiego, tworzonego przez gen. Władysława Sikorskiego we Francji. Młody Wojciech został włączony do grupy przewodników, którzy ich przeprowadzali na szlaku Stary Sącz – Piwniczna – a potem dalej na Bardejów – Preszów – Koszyce.

Aresztowany przez gestapo, wywieziony do KL Auschwitz

Z powodu wsypy został aresztowany w marcu 1940 r. W okresie śledztwa był więziony przez gestapo w Nowym Sączu. Następnie przekazano go do więzienia w Tarnowie, skąd 14 czerwca 1940 r. wywieziony został w pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych do KL Auschwitz, otrzymując numer obozowy 415.

Po trudnym okresie pierwszych obozowych miesięcy w czerwcu 1941 r. trafił jako więzień do dużych zakładów DAW (Niemieckie Zakłady Zbrojeniowe), gdzie produkowano m.in. okna i skrzynie na amunicję. Pracował najpierw jako stolarz maszynowy, później był vorarbeiterem (przodownikiem pracy), a następnie od jesieni 1942 r. pełnił funkcję kapo komanda DAW. Pracując tam, zachorował na tyfus plamisty i przebywał w szpitalu obozowym, który opuścił pod koniec 1943 r. Ważył 35 kilogramów i jako rekonwalescent został przydzielony do komanda, które budowało baraki w KL Auschwitz II-Birkenau.

W dniu 12 listopada 1944 r. wywieziono go z Brzezinki do KL Gross – Rosen (podobóż Reichenau), gdzie otrzymał nr 86750. Wyzwolony został dopiero w pierwszych dniach maja 1945 r.

Ewakuacja zagrożonych represjami komunistycznymi

Wojciech Drewniak

Wojciech Drewniak

Przyjechał do Nowego Sącza, lecz po niedługim czasie zdecydował się przedostać na Zachód, aby wstąpić do II Korpusu Polskiego, gen. Władysława Andersa we Włoszech. Przekroczył granicę koło Kamiennej Góry, a następnie czesko – niemiecką, docierając do byłego obozu jeńców wojennych w Murnau. Tam mieściła się placówka II Korpusu Polskiego, która wytypowała go jako podporucznika II Oddziału tego Korpusu do akcji ewakuacji osób z Polski, zagrożonych represjami komunistycznymi.

W dawnym obozie jenieckim w Murnau przebywali jego koledzy, związani z nim jeszcze pracą kurierską podczas okupacji. Był tam również jego przyjaciel i współwięzień z KL Auschwitz, Tadeusz Cieśla (nr 3715). Po otrzymaniu zadań, środków i kontaktów udali się do Polski celem zorganizowania pierwszego przerzutu, który nastąpił przy współpracy z Francuską Misją Repatriacyjną.

Po powiadomieniu osób i skoncentrowaniu ich w okolicach Katowic oraz wystawieniu odpowiednich dokumentów i uzyskania zgody na ich repatriację do Francji, poczyniono starania o uzyskanie pociągu. Rzekoma grupa „repatriantów francuskich” liczyła około 250 osób. Byli to głównie oficerowie AK i rodziny wyższych oficerów II Korpusu Polskiego we Włoszech. Pociąg podstawiono na dworcu w Katowicach, skąd po odprawieniu jego pasażerów przez Państwowy Urząd Repatriacyjny, nastąpił wyjazd przez Czechosłowację do amerykańskiej strefy okupacyjnej Niemiec  Zachodnich.

Po szczęśliwym wykonaniu pierwszego zadania, Wojciech Drewniak udał się do Włoch, gdzie od dowództwa II Korpusu Polskiego otrzymał kolejne zadanie sprowadzenia następnych około 60 osób. Tym razem, obok Tadeusza Cieśli i pozostałych kolegów, do zespołu, który miał wykonać to ryzykowne zadanie, został dołączony również wspomniany Edward Cieśla – ppor. AK.   Do Polski przyjechali w drugiej połowie grudnia 1945 r. Na wyznaczony termin zbiórki Edward Cieśla nie pojawił się jednak, ponieważ został aresztowany przez funkcjonariuszy UB. W tej sytuacji podjęto decyzję o natychmiastowym przerzucie ludzi przez granicę. Szczęśliwie wszyscy dotarli do Murnau.

Wojciech Drewniak otrzymał ponowny rozkaz wyjazdu do Kraju, aby wyjaśnić okoliczności aresztowania Edwarda Cieśli oraz ustalić możliwości kontynuowania przerzutów.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Ucieczka Rotmistrza Pileckiego

Zobacz film: Jaworzno ma rondo im. Rotmistrza Witolda Pileckiego

115. rocznica urodzin i 68. rocznica śmierci Pileckiego

Warszawski Marsz Rotmistrza Pileckiego 2016

Historia polskiej konspiracji wojskowej w KL Auschwitz (kliknij) jest mało znana.

Obóz Auschwitz powstał dla unicestwienia polskiego podziemia …

———————————————————————————————————————————————-

Zobacz: II Rajd Ułanów zakończony

Rotmistrz Witold Pilecki, żołnierz 1920 i 1939 roku, dobrowolny więzień KL Auschwitz i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie.

Uczestnik walk podczas Powstania Warszawskiego w 1944 roku, więzień obozów jenieckich w Lamsdorf i Murnau, oficer II Korpusu Polskiego we Włoszech, stracony przez komunistów w Warszawie 25 maja 1948 roku.

Witold Pilecki (nr 4859) zagrożony dekonspiracją, a także pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 roku. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edwardem Ciesielskim (nr 12969).

Witold Pilecki (w obozie Tomasz Serafiński), fotografia obozowa

Witold Pilecki (w obozie Tomasz Serafiński), fotografia wykonana przez obozowe gestapo

Posłuchaj: Ballada o Rotmistrzu Pileckim

Ucieczka z piekarni na Niwie

Realizacja niezwykle odważnego przedsięwzięcia była możliwa dzięki pomocy kolegów z organizacji obozowej. W tym czasie Witold Pilecki pracował w paczkarni obozowej, Edward Ciesielski w szpitalu więziennym, a Jan Redzej w magazynie żywnościowym przy kuchni obozowej. Wykorzystując swoje różnorodne kontakty konspiracyjne, Pilecki umożliwił dwom pozostałym śmiałkom dostanie się do komanda zatrudnionego na nocnej zmianie w piekarni w Oświęcimiu na Niwie, poza terenem KL Auschwitz. Pierwszy otrzymał w niej pracę Jan Redzej, który wcześniej poinformował Pileckiego i Ciesielskiego, że więźniowie z tego komanda są zamykani na noc w piekarni wraz z dwoma nadzorującymi ich esesmanami. On również zauważył, że są tam duże żelazne drzwi, przez które można wydostać się na wolność. W piekarni pracowało kilku cywilnych piekarzy i kilku więźniów.

Jan Redzej (w obozie Jan Retko), fotografia obozowa

Według dalszych informacji Redzeja do odkręcenia nakrętki z metalowego uchwytu, przy pomocy którego była przymocowana żelazna sztaba uniemożliwiająca otwarcie wspomnianych drzwi wejściowych do piekarni, konieczne było dorobienie klucza. Odcisk nakrętki sporządził w chlebie Jan Redzej i przekazał go znajomemu ślusarzowi, który mając jej wzór i rozmiar wykonał wkrótce potrzebny klucz. Został on ukryty przez Redzeja w magazynie węglowym na terenie piekarni.

W komandzie piekarzy można było pracować tylko za zgodą obozowego gestapo. Taka zgoda była każdorazowo wymagana w wypadku więźniów pracujących na zewnątrz KL Auschwitz. Odpowiednie skierowanie podpisał i wydał wówczas zgodę na pracę poza obozem Arbeitsdienstführer Franz Hössler. Takie skierowania zdobył Marian Toliński (nr 49). Wprawdzie były one wystawione na innych więźniów i do innych oddziałów pracy, lecz Ciesielski wywabił niepotrzebne dane i sporządził zgodne z potrzebami adnotacje dla siebie i Pileckiego.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Ojciec „Rudego” zginął w Auschwitz

Siedemdziesiąt trzy lata temu, 26 marca 1943 r., w Warszawie w pobliżu budynku Arsenału żołnierze Grup Szturmowych Szarych Szeregów,  którymi dowodził Stanisław Broniewski „Orsza”, odbili z rąk Gestapo Janka Bytnara „Rudego”. O tej akcji można przeczytać w książce Aleksandra Kamińskiego „Kamienie na szaniec”, która po raz pierwszy została wydana konspiracyjnie w lipcu 1943 r., a w powojennych latach wielokrotnie była wznawiana, stając się znaną i poczytną lektura szkolną.

Jednym z jej głównych bohaterów jest Jan Bytnar ps. „Rudy”, który urodził się 6 maja 1921 r. w Kolbuszowej. W czerwcu 1939 r. zdał maturę w Państwowym Gimnazjum im. Stefana Batorego w Warszawie. Od marca 1941 r. działał w Szarych Szeregach. Zasłynął z działalności w Organizacji Małego Sabotażu „Wawer” m.in. narysował dużą kotwicę Polski Walczącej na cokole pomnika Lotnika na Placu Unii Lubelskiej w Warszawie. Aresztowany został przez gestapo 23 marca 1943 r. w swoim mieszkaniu w Warszawie i odbity w kilka dni później, 26 marca, podczas głośnej akcji pod Arsenałem. Zmarł 30 marca 1943 r. na skutek obrażeń odniesionych w czasie bestialskiego śledztwa.

Jego oprawcy z gestapo, SS-Oberscharführer Herbert Schulz i SS-Rottenführer Ewald Lange zostali zastrzeleni z wyroku Wojskowego Sądu Specjalnego AK, kolejno w dniach 6 i 22 maja 1943 r.

Jan Bytnar pośmiertnie 15 sierpnia 1943 r. został mianowany harcmistrzem, a następnie podporucznikiem i odznaczony Krzyżem Walecznych. Jego pseudonimem „Rudy” nazwano 2. kompanię harcerskiego batalionu „Zośka”.

Cmentarz Wojskowy na Powązkach w Warszawie

Cmentarz Wojskowy na Powązkach w Warszawie

W 1978 r. reżyser Jan Łomnicki zrealizował film „Akcja pod Arsenałem”, w którym postać Jana Bytnara odtwarzał Cezary Morawski. Cztery lata później imię Bytnara nadano Liceum Ogólnokształcącemu w Kolbuszowej. Jego imię noszą też liczne Drużyny Harcerskie, np. w Krakowie, Gdańsku i Tarnobrzegu.

Stosunkowo mało znanym wydarzeniem jest fakt, że razem z Janem Bytnarem 23 marca 1943 r. w ich warszawskim mieszkaniu został aresztowany jego ojciec Stanisław Bytnar. Ojciec „Rudego”, urodzony w 1897 r. w miejscowości Ostrów koło Przeworska, był harcerzem, żołnierzem Legionów Polskich i nauczycielem. W dniu 13 maja 1943 r. jako więzień Pawiaka został przywieziony do KL Auschwitz w transporcie liczącym 337 osób.

Wraz z nim zostali przywiezieni, aresztowani po akcji „Pod Arsenałem”, m.in. ppłk. Adam Englert – historyk, dyrektor Archiwum Miejskiego, Antoni Olszewski – Dyrektor Wydziału Technicznego Zarządu Miejskiego i Jan Starczewski – dyrektor Wydziału Opieki i Zdrowia tegoż Zarządu.

Stanisław Bytnar był więziony w KL Auschwitz II-Birkenau. W obozie oznaczono go numerem 121389 i pracował w komandzie „K-365 Wagner Strassenbau”, zajmującym się budową dróg obozowych.

Został zastrzelony przez konwojentów SS, podczas Marszu Śmierci w styczniu 1945 r., na trasie Oświęcim-Wodzisław Śląski, kiedy najprawdopodobniej osłabł i nie miał już sił, aby iść dalej.

Adam Cyra

Oświęcim, 26 marca 2016 r.

Brak komentarzy

Film „Pilecki” na DWD

Film „Pilecki” jest już dostępny na DVD. Premiera odbyła się 1 marca 2016. Można go zakupić w wybranych slepach na terenie całego kraju. W Internecie można go zakupić m.in. na stronie „Red is bad”, „Pasterz.pl”, „Dystrybucja katolicka”.

Film na DVD jest promowany utworem „List do rotmistra” w wykonaniu Dempseya.

Informacja ze strony internetowej Stowarzyszenia „Auschwitz Memento”.

Brak komentarzy

Emigrowali po marcu 1968 roku

Sara Nomberg-Przytyk

Sara Nomberg-Przytyk

Marzec 1968 r. to ważny moment w historii Polski po II wojnie światowej. W moją pamięć mocno wryły się wiece, strajki i manifestacje studenckie, w których uczestniczyłem.

„Wydarzenia marcowe” uformowały w Polsce „pokolenie 68”.

Wielu młodych ludzi z tego pokolenia w latach siedemdziesiątych działało w opozycji antykomunistycznej, a po Sierpniu 1980 r. można ich było spotkać wśród działaczy i doradców NSZZ „Solidarność”.

Dzisiaj niektórzy z nich nadal są aktywni, czego przykładem może być prof. Ryszard Terlecki, obecny wicemarszałek sejmu III RP, z którym rozpoczynałem studia historyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Po marcu 1968 r. emigrowało wielu Żydów, związanych wcześniej z komunistyczną władzą w Polsce. Jedną z takich osób była Żydówka polska, Sara Nomberg (Naumberg)-Przytyk ps. „Klara”.

Urodziła się 10 września 1911 r. w Lublinie, gdzie z ruchem komunistycznym związała się już jako uczennica gimnazjum humanistycznego, wstępując do Związku Młodzieży Socjalistycznej.

Komunistyczna młodość

W 1931 r. zdała maturę i podjęła studia na Wydziale Prawa Uniwersytetu Warszawskiego. Podczas studiów aktywnie działała w Komunistycznym Związku Młodzieży Polskiej. Za tą działalność Sara Nomberg została 31 stycznia 1933 r. aresztowana i osadzona w więzieniu w Lublinie, gdzie później miała sprawę sądowa przed Sądem Okręgowym, który w dniu 1 sierpnia tegoż roku skazał ją na karę sześć lat więzienia i pozbawienie praw publicznych na dziesięć lat.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Pomógł rtm. Pileckiemu w Auschwitz … zginął z rąk AK

Major Stanisław Milczyński ps. „Gryf“, wykonawca wyroku śmierci na Wilhelmie Westrichu, o którym piszę poniżej, w Powstaniu Warszawskim dowodził Kompanią „Krawiec“.

Kilkukrotnie ranny, został odznaczony Orderem Virtuti Militari. Po wojnie wyjechał do Kanady i zamieszkał   w Toronto, gdzie  zmarł 26 stycznia 2016 r. Miał 97 lat.

Siedemdziesią dwa lata temu, 3 października 1943 r. patrol likwidacyjny AK zastrzelił na szosie niedaleko Nowej Iwicznej volksdeutscha Wilhelma Westricha (Westrycha), przedsiębiorcę budowlanego, zwolnionego z obozu Auschwitz w 1942 r.

Akcję przeprowadzono, gdy Westrich wracał z innymi Niemcami, mieszkającymi w Pyrach koło Warszawy, z uroczystości partyjnych. Zabitemu, który miał 49 lat,  zabrano pistolet.

Por. Stanisław Milczyński

Por. Stanisław Milczyński

Dowódcą akcji był por. Stanisław Milczyński ps „Gryf”, urodzony 4 kwietnia 1918 r. Grób Wilhelma Westricha według wszelkiego prawdopodobieństwa znajduje się na Cmentarzu Ewangwlicko-Augsburskim w Warszawie.

Wilhelm Westrich urodził 9 kwietnia 1894 roku. Z pochodzenia był Niemcem i podoficerem rezerwy WP. Przed wojną mieszkał w Pyrach koło Warszawy, gdzie był przedsiębiorcą budowlanym. Podczas okupacji hitlerowskiej aresztowano go i w pierwszym transporcie warszawskim został przywieziony do KL Auschwitz 15 sierpnia 1940 roku.

Jako dobry fachowiec, znający ponadto język niemiecki, został voraibeiterem, czyli przodownikiem pracy w obozowej stolarni. O pracy pod jej dachem w suchych i ciepłych pomieszczeniach marzyło wielu więźniów. Jednym z nich był rtm. Witold Pilecki, twórca konspiracji wojskowej w oświęcimskim obozie, który wykonując różne ciężkie prace pod gołym niebem narażony był na śmierć z powodu postępującego wycieńczenia i potwornych warunków atmosferycznych, jakie miały miejsce jesienią 1940 roku. Postanowił szukać lepszej pracy, o czym tak napisał w swoim powojennym raporcie:

„W obozie były dwie stolarnie. Jedna, wielka, za ogrodzeniem KL Auschwitz na „Industriehof I” i druga – mała, w samym obozie, mieszcząca się w bloku nr 9 (stara numeracja). Do tej mniejszej stolarni, gdzie voraibeiterem był Wilhelm Westrych, którego numer obozowy do dzisiaj jest nieznany, postanowił dostać się rtm. Witold Pilecki. W swoim powojennym raporcie na ten temat tego voraibeitere napisał: „Był nim volksdeutsch – Westrych Wilhelm – pochodzący z Pyr pod Warszawą. Siedział tu za handel walutą i czekał na rychłe zwolnienie. Westrych, jakkolwiek volksdeutsch, jednak na dwóch stołkach siedzący. Pracując dla Niemców, czasami ratował Polaków, jeśli czuł, że może to mieć dla niego jakąś korzyść w przyszłości. Chętnie ratował jakieś byłe znakomitości, by później, jeśli Niemcy przegrają – dla wybielenia tych lat pracy – powołać się na uratowane przez siebie osoby. Należało więc stać się jakąś byłą znakomitością. Zdecydowałem się pójść „na całego”.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Żołnierze Wyklęci z Ziemi Oświęcimskiej i Olkuskiej

Zobacz: Dziewczyna Wyklęta

Żołnierze Wyklęci - bracia Tadeusz i Edward Cieśla

Więzień Auschwitz i Żołnierz Wyklęty

Dzisiaj trudno już znaleźć rozmówcę, który pamięta powojenną, nieraz bardzo tragiczną polską codzienności z lat 1945 – 1956.

Do takich niezwykłych żyjących jeszcze świadków historii należy Anna C. z  Oświęcimia, która w okresie stalinowskim kilka lat spędziła w więzieniu za rzekomą pomoc udzieloną „szpiegom”. Miała wówczas 26 lat.

Obecnie pogodziła się z tym, co ją spotkało, chociaż ciągle pamięta o tragicznej przeszłości.

Urodziła się 29 marca 1923 r. Wkrótce ukończy 93 lata.

Podczas  okupacji niemieckiej uczestniczyła w akcji pomocy więźniom KL Auschwitz.

Zobacz:

Pani premier Beata Szydło kilka lat temu napisała na temat Żołnierzy Wyklętych

Dzień Pamięci o Żołnierzach Wyklętych w Katowicach

Niechęć Adama Michnika (na zdjęciu) do Żołnierzy Wyklętych

Paweł Kukiz o bracie Adama Michnika: (…) mordował polską elitę

Płużański o atakach na Wyklętych: Radziłbym nie obrażać polskich żołnierzy

——————————————————————————————————————————————–

Kapitan AK „Ares”

„Aresa” i dwóch jego kolegów po schwytaniu zastrzelono, wcześniej poddając ich okrutnym męczarniom. Ciała zamordowanych polecono zakopać w przydrożnym rowie. W wyniku starań wdowy po „Aresie” jesienią 1945 r. komunistyczne władzę wyraziły zgodę na przeprowadzenie ekshumacji zamordowanych i pochowanie ich na cmentarzu w Grzegorzowicach koło Nowej Słupi.

Dzisiaj na miejscu tego pochówku znajduje się z daleka widoczny krzyż i tablica z brązu na której widnieje napis:

Ś.P. Kapitan Piotr Przemyski ps. „Ares”, więzień Oświęcimia, odznaczony Krzyżem Virtuti Militari, dwukrotnie Krzyżem Walecznych. Żył lat 26; Ś.P. sierżant Mieczysław Halejak ps. „Kasper” odznaczony Krzyżem Walecznych. Żył lat 26; Ś.P. sierżant Stanisław Cebo PS. „Kruczek”. Żył lat 25.

Czytaj więcej: Bohater z Oddziału „Hardego”

Żółnierze Niezłomni Ziemi Olkuskiej (zwiastun filmu)

Żołnierze Niezłomni Ziemi Olkuskiej (artykuł)

——————————————————————————————————————————————-

Czytaj reszte tego wpisu »

1 komentarz

Upiorne pomówienie mieszkańców Olkusza …

Amerykański historyk Timothy Snyder poinformowałł na Twitterze, że zwróci polskie odznaczenie. Uczyni to, jeśli prof. Janowi Tomaszowi Grossowi odebrany zostanie Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP.

Grossa broni też prof. Paweł Śpiewak.

Francuzi piszą do prezydenta … W obronie Grossa!

Sam Gross zapewne groźbą utraty orderu  zupełnie się nie martwi. Ostatnio udzielił wywiadu o wydźwięku antypolskim dla „Deutschlandfunk” (kliknij) .

Polacy zabili jego zdaniem „dziesiątki tysięcy Żydów”. Gross twierdzi, że żądania, by prezydent RP odebrał mu Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi to „reakcja na artykuł, w którym napisał, że Polska jest zobowiązana przyjąć uchodźców”.

Prof. Jan Tomasz Gross propaguje teorię o „wrodzonym antysemityzmie” Polaków. Dlaczego antysemityzm jest „wrodzony” tylko u Polaków? – tego ten „siewca nienawiści”  już nie wyjaśnia.

Zobacz: To już chorobliwe ? Jan Tomasz Gross w „Deutschlandfunk” …

Gross stał się mistrzem plucia na Polskę i Polaków

Gross-Goebbels naszych czasów

Skąd się wzięło „polskie SS”?

Zobacz także: Timothy Snyder: Jeśli Gross straci odznaczenie, zwrócę swoje

Jan Tomasz Gross straci order? Snyder: jeżeli się tak stanie, zwrócę też swój

Znowu sąsiedzi …

Ksiądz Boniecki broni Grossa

Dramatyczny apel do obronców Grossa …

Łgać jak Gross. Czas już najwyższy powiedzieć „nie”!

——————————————————————————————————————————————-

Przypominam poniżej jeden z moich tekstów, pisanych w ciągu ostatnich piętnastu lat. Wypowiadałem się w nich krytycznie na temat nieprawdziwych ustaleń, zawartych w pracach tego kontrowersyjnego badacza, któremu obecnie chce się odebrać Krzyż Kawalerski Orderu Zasługi RP.

Zobacz: O sprawiedliwy osąd historii

——————————————————————————————————————————————–

W 2007 roku ukazało się wznowienie książki prof. Jana Tomasza Grossa „Upiorna dekada”, w której można przeczytać, że jest to wydanie nowe, poprawione i rozszerzone. Mimo tych poprawek, na stronie 43 w tej publikacji nadal znajduje się niezmieniony tekst, stanowiący treść przypisu nr 17:

„Pełniejszą informację na temat miejscowości, w których mordowano Żydów masowo podczas akcji wysiedleńczych i okoliczności tych zbrodni można uzyskać, studiując kolekcję archiwalną, zatytułowaną „Relacje indywidualne nr 301” w Żydowskim Instytucie Historycznym. Po przeczytaniu 1500 relacji z depozytu zawierającego około 7000 zeznań można zestawić następującą, niepełną listę miast i miasteczek, w których się to wydarzyło: (…), Olkusz, (…)”.

Z wywodów prof. Jana Tomasza Grossa w tej książce oraz z powyższego przypisu jednoznacznie wynika, że mordercami Żydów w kilkunastu miastach okupowanej Polski byli sąsiedzi Polacy, a zbrodnie takie zostały również popełnione przez Polaków-mieszkańców Olkusza podczas wysiedlania Żydów z tego miasta.

Historykom znane są wszystkie relacje, złożone przez olkuskich Żydów i przechowywane dzisiaj w archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego, ale w żadnej z nich nie ma najmniejszej wzmianki o tym, aby podczas wywożenia Żydów z Olkusza na zagładę w czerwcu 1942 r., którykolwiek z Polaków, mieszkających w tym mieście, popełnił zbrodnię na jakimkolwiek żydowskim sąsiedzie.

O tym co działo się w getcie w Olkuszu i co stało się z jego mieszkańcami, najpełniejszą relację złożył w pierwszych powojennych latach olkuski Żyd, Marian Głuszecki, który pod swoim prawdziwym nazwiskiem Marian Auerhahn przeżył gehennę wysiedlania i później pobytu w obozie oświęcimskim, gdzie oznaczony był numerem 176512. Relacja ta została spisana w lutym 1948 r. i jest przechowywana w Żydowskim Instytucie Historycznym w Warszawie. Warto przytoczyć jej obszerny fragment:

„W czerwcu 1942 r. nastąpiła likwidacja getta w Olkuszu. Że na taką akcję zanosi się, wszyscy mieszkańcy getta wiedzieli. Na dwa tygodnie przed akcją zlikwidowano szop krawiecki, mieszczący się w budynku b. gimnazjum, maszyny do szycia wywieziono do Rajchu, a pracownicy szopu zostali wywiezieni do Będzina, gdzie dalej pracowali w szopie krawieckim. Akcja rozpoczęła się nad ranem. Dzielnica obstawiona była podwójnym szpalerem policji niemieckiej. Inni rewidowali dom za domem, wszędzie wyciągając ludzi. Pędzili ich na duży plac (przy gimnazjum). Po przeszukaniu wszystkich domów ludzi odprowadzano do budynku nowo budującego się gmachu ubezpieczalni społecznej. (…). Małą garstkę młodych ludzi wysortowano jako zdolnych do pracy, i tych ulokowano w poszczególnych klasach gimnazjum pod strażą. Następnego dnia wywieziono ich do gułagu do Sosnowca, a stamtąd do obozów pracy. Ludzi zamkniętych w budynku Kasy Chorych, przeznaczonych na stracenie jako niezdolnych do pracy, trzymano bez wody i żywności w ciemnym budynku (…). Podzielono ich na dwie grupy. Pierwszą odstawiono pod silną eskortą policji na dworzec w sobotę, reszta pozostała w zamknięciu do poniedziałku, kiedy to ich załadowano na pociąg. Transporty te poszły do Oświęcimia (…). Milicjanci żydowscy, którzy na akcję tę przyszli specjalnie z Będzina i Sosnowca, znęcali się w niemożliwy sposób nad ludźmi, bijąc i kopiąc ich. Jeden z nich szczególnie wyróżniał się pod tym względem brutalnością, (…) zauważył mnie jeden z gestapowców i zapytał, wskazując na to, co robi milicja żydowska, jak mi się to podoba i co ja o tym sądzę. Powiedział on, że ordnerzy żydowscy zachowują się znacznie gorzej niż gestapowcy i że wzywa mnie na świadka, że gestapo w ogóle ludzi nie bije, że robią to wszystko żydowscy ordnerzy, jak sam zresztą widzę (…). Po skończonej likwidacji okazało się, że w kryjówkach znajduje się cała masa Żydów (…). Kryjówki zazwyczaj były z góry przygotowane tak dobrze, że odkrycie ich przez Niemców było niemożliwe. Wynajdywali je jednak, prześcigając się w gorliwości, żydowscy ordnerzy, doprowadzając tych ludzi na punkt zborny. A ludzi ukrywających się (…) dołączono automatycznie do transportu oświęcimskiego. Każdy Żyd, spotkany w tym czasie na ulicy getta, był narażony na śmierć przez zastrzelenie na miejscu”.

Nieżyjąca już dzisiaj Janina Cyra (z domu Kocjan) tak kilka lat temu wspominała Mariana Głuszeckiego:

„Autor powyższej relacji ginekolog Marian Auerhahn był bardzo cenionym Żydem-lekarzem. Powrócił do Olkusza w 1945 r. Zmienił wtedy nazwisko na Głuszecki. Zdobył tytuł naukowy doktora medycyny. Pracował w klinice ginekologicznej w Krakowie. Wszystkie kobiety z ciężkimi przypadkami z Olkusza trafiały do tej krakowskiej kliniki, gdzie pracował jako ordynator. Byłam jedną z jego pacjentek”.

Jan Tomasz Gross

Jan Tomasz Gross

Nie ma żadnych źródeł – co warto jeszcze raz podkreślić – które pozwalałaby sformułować takie stwierdzenie, jak to uczynił prof. Jan Tomasz Gross w „Upiornej dekadzie”, że Polacy z Olkusza masowo mordowali Żydów podczas akcji wysiedleńczej prowadzonej przez hitlerowców w tym mieście, noszącym wówczas niemiecką nazwę Ilkenau.

Masowe mordy popełnione przez olkuszan na swoich sąsiadach Żydach są wymysłem i pomówieniem, nierzetelnego badacza, jakim w tym wypadku okazuje się prof. Jan Tomasz Gross, autor wątpliwej jakości książek „Strach” (2008 r.) i „Złotych żniw. Rzecz o tym co się działo na obrzeżach zagłady Żydów”" (2011 r.), opublikowanych przez wydawnictwo „Znak” w Krakowie.

Bibliografia (zobacz i porównaj):

Jan Tomasz Gross, Upiorna dekada. Eseje o stereotypach na temat Żydów, Polaków, Niemców, komunistów i kolaboracji 1939-1948, Kraków 2007; Adam Cyra, Mieszkańcy ziemi olkuskiej w hitlerowskich więzieniach i obozach koncentracyjnych, Oświęcim-Olkusz 2005; Adam Cyra, Upamiętnienie Żydów olkuskich. 65. rocznica likwidacji getta w Olkuszu, Oświęcim-Olkusz 2007; Krzysztof Kocjan, Zagłada olkuskich Żydów, Olkusz 2002; Olkusz: zagłada i pamięć. Dyskusja o ofiarach wojny i świadectwa ocalałych Żydów (pod red. Ireneusza Cieślika, Olgerda Dziechciarza i Krzysztofa Kocjana), Olkusz 2007; Janina Cyra, Kolejne udowodnione kłamstwo Jana Tomasza Grossa, „Nasza Polska” nr 17 z 29 kwietnia 2003 r.; Janina Cyra, Olkusz nie był Jedwabnem, „Słowo Żydowskie” nr 7-8 z 17-30 kwiecień 2004 r.; Kazimierz Czarnecki, Moje doświadczenia życiowe, „Biuletyn Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem” nr 50 z kwietnia 2007 r.

Obecnie Kancelaria Prezydenta Andrzeja Dudy rozważa odebranie Janowi Tomaszowi Grossowi nadanego mu przez byłego już prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego Krzyża Kawalerskiego Orderu Zasługi RP.

Zobacz: Zhańbiony Order czyli sprawa Jana Tomasza Grossa

Gross straci order?

List otwarty do prezydenta w obronie Jana Grossa: To szykany, tak się nie robi

Światowy Kongres Żydów staje w obronie J.T. Grossa

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 16 lutego 2016 r.

Brak komentarzy

74. rocznica powstania Armii Krajowej

14 lutego 1942 r.  Naczelny Wódz gen. Władysław Sikorski polecił przekształcić Związek Walki Zbrojnej w Armię Krajową.

Wydanie rozkazu o powstaniu AK było spowodowane koniecznością scalenia polskich konspiracyjnych oddziałów zbrojnych i podporządkowania ich emigracyjnemu rządowi RP w Londynie.

Cztery lata temu premier Beata Szydło, wówczas wiceprezes PiS, na ten temat tak napisała w tekście „Ku Pamięci …” (czytaj obok).

Mój ojciec Józef Cyra podczas drugiej wojny światowej był żołnierzem Armii Krajowej w Okręgu Krakowskim, posługiwał się pseudonimem „Dalkiewicz”.

Za działalność konspiracyjną odznaczony Brązowym Krzyżem Zasługi z Mieczami.

Jego brat przyrodni Antoni Mularczyk i dwóch bratanków:  Józef i Stefan zginęli w KL Auschwitz.

Brat Tadeusz Cera (Cyra) natomiast ukrywał dwóch Żydów – braci w Zamłyniu koło Minogi, którzy dzięki tej pomocy ocaleli. Po wojnie jeden z nich zamieszkał w Monachium a drugi w Nowym Yorku.

Mój stryj za swój bohaterski czyn dotychczas nie został uhonorowany medalem Sprawiedliwy wśród Narodów Świata.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 15 lutego 2016 r.

Brak komentarzy

Zmarł Kazimierz Ptasiński (1921-2016)

W dniu  5 lutego 2016 roku, w wieku 95 lat, zmarł  porucznik Kazimierz Ptasiński, który urodził się   w Libiążu 19 lutego 1921 r. W przeddzień 71. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz, uczestniczył jeszcze w Muzeum oświęcimskim w sesji historycznej, poświęconej więźniom drugiego transportu warszawskiego. Wśród nich byli m.in.  rtm. Witold Pilecki, Władysław Bartoszewski i Konstany Jagiełło, który po ucieczce z obozu, działając w konspiracji przyobozowej, zginął w Łękach-Zasolu  27 października 1944 roku.

Kazimierz Ptasiński, Libiąż 25.01.2016 r.

Kazimierz Ptasiński, Biblioteka w Libiążu 25.01.2016 r.

Kazimierz Ptasinski podczas wojny mieszkał we wspomnianej miejscowości i pracował w kopalni „Brzeszcze-Jawischowitz”. W podziemiu pełnił funkcję łącznika Batalionów Chłopskich, współpracując jednocześnie z przyobozową  grupą  Polskiej Partii Socjalistycznej, jak również z  Armią Krajową. Brał udział w organizowaniu ucieczek więźniów z KL Auschwitz.  Aresztowano go  27 października 1944 roku w Łękach-Zasolu, podczas nieudanej próby przejęcia z obozu kolejnych uciekinierów.

Jednym z nich miał być wówczas Bernard Świerczyna (nr 1393), który zatrudniony w „Bekleidungskammer”, gdzie sortowano odzież i bieliznę, często wyjeżdżał do pralni w Bielsku. Sądził on, że po ukryciu się w wyjeżdżającym z obozu z brudną odzieżą samochodzie, łatwo będzie można odzyskać wolność. W plan ucieczki był wtajemniczony, obok zaufanego esesmana Franka, także kierowca SS – Johann Roth.

O terminie ucieczki powiadomiono członków przyobozowej konspiracji, którzy w podoświęcimskiej miejscowości Łęki-Zasole mieli przejąć uciekinierów. Niestety kierowca SS okazał się zdrajcą. Prowadzony przez niego samochód z ukrytymi w jego wnętrzu uciekinierami zatrzymał się przed blokiem nr 11, zwanym „Blokiem Śmierci”.

Zobacz: Spotkanie w Miejskiej Bibliotece Publicznej w Libiążu 25 stycznia 2016 roku

Kostek Jagiełło (1916-1944)

Kostek Jagiełło (1916-1944)

Aresztowani zażyli truciznę, w wyniku czego zmarli Polacy: Zbigniew Raynoch i Czesław Duzel. Natomiast Bernard Świerczyna wraz z Piotrem Piątym i Austriakiem o nazwisku Ernst Burger zostali osadzeni w podziemiach bloku nr 11, gdzie wkrótce znaleźli się również dwaj inni Austriacy, więzieni w KL Auschwitz: Ludwig Vesely i Rudolf Friemel. Zdrajca Roth oświadczył bowiem, że byli oni współorganizatorami ucieczki.

Natychmiast po jego zeznaniach esesmani przeprowadzili obławę w Łękach-Zasolu, w czasie której został zastrzelony Konstanty Jagiełło (nr 4007), wspomniany uciekinier z obozu, oczekujący jako partyzant w tym dniu na przejęcie zbiegów

Podczas wspomnianej obławy Kazimierz Ptasiński był świadkiem zastrzelenia przez esesmanów Kostka Jagiełły. W czasie jej trwania aresztowano w Łękach-Zasolu kilka osób, w tym także Kazimierza Ptasińskiego, któremu wkrótce udało się jednak zbiec z siedziby gestapo w Oświęcimiu.

Bernard Świerczyna powieszony w obozie 30 grudnia 1944 roku wraz z czterema innymi więźniami był jednym z twórców wojskowej organizacji konspiracyjnej wśród więźniów KL Auschwitz.

Po wojnie Kazimierz Ptasiński był prześladowany przez Urząd Bezpieczeństwa. Pracował m.in. w kopalni „Brzeszcze” i w Nadleśnictwie Chrzanów.  W wolnej Polsce  został mianowany na stopień porucznika.

W 2011 roku za  zasługi w ratowaniu życia ludzkiego  i za niesienie pomocy więźniom KL Auschwitz otrzymał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski, przyznany przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego.

Msza żałobna została odprawiona w Kościele pw.  Przemienienia Pańskiego w Libiążu, gdzie uroczystości pogrzebowe odbyły się 9 lutego 2016 roku. W ceremonii uczestniczyła wojskowa asysta honorowa.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 9 lutego 2016 r.


Brak komentarzy

Liczba ofiar KL Auschwitz

Liczba ofiar KL Auschwitz – największego niemieckiego obozu koncentracyjnego i ośrodka zagłady – pomimo zweryfikowania  nadal budzi wiele emocji. Co jakiś czas pojawiają się różne polemiczne teksty i krytykowana jest obecnie przyjmowana liczba ofiar obozu oświęcimskiego. Ataki te wychodzą również ze środowisk negacjonistów Holokaustu. Spowodowane są różnymi przesłankami: politycznymi, poszukiwaniem sensacji czy zwykłą nieznajomością temau i ignorancją.

Omawia je Bohdan Piętka, w tekście „Spory wokół liczby ofiar Auschwitz”, przybliżając czytelnikom proces weryfikacji tej tragicznej liczby  od około czterech milionów, przyjętych przez sowiecką komisję w 1945 roku, do jednego miliona stu tysięcy, przyjętych na początku lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku.

Czytaj więcej: Bohdan Piętka, Spory wokół liczby ofiar Auschwitz

Adam Cyra, O ofiarach KL Auschwitz - głos w dyskusji

Adam Cyra, Jeszcze jedna Księga Pamięci Polaków

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 5 lutego 2016 r.

Brak komentarzy

Blok Śmierci po wyzwoleniu KL Auschwitz

Wkrótce po wyzwoleniu KL Auschwitz na teren byłego obozu udał się Stanisław Tomaszek, chcąc zobaczyć blok nr 11, w którym przez pewien czas był więziony. Przy bramie z napisem „Arbeit macht frei” stali żołnierze Armii Czerwonej, którzy umożliwili mu wejście na teren wyzwolonego obozu:

Blok nr 11

Blok nr 11

„Na drugi lub trzeci dzień po wyzwoleniu Oświęcimia udałem się na teren byłego obozu, aby odwiedzić blok nr 11 (…). W bloku nr 11 zastaliśmy sceny mrożące krew w żyłach. W pierwszym pomieszczeniu po prawej stronie od wejścia, gdzie kiedyś urzędował esesman, zastaliśmy parę zwłok z widocznymi ranami kłutymi, które zadano bagnetami lub ostrymi narzędziami. Podłoga w tym pomieszczeniu aż lepiła się od krwi. W którymś z dalszych pomieszczeń (…) zobaczyliśmy jeszcze gorszy widok. Na podłodze leżały zwłoki kobiety z rozciętym brzuchem. Kobieta musiała być ciężarna, bo martwy płód znajdował się obok. Było to coś przerażającego, że do dnia dzisiejszego nie mogę zapomnieć tego widoku. Przerażał sadyzm oprawców SS, którzy potrafili się w ten sposób pastwić nad swoimi ofiarami. W innym pomieszczeniu widziałem także zwłoki jakiegoś starca. Łącznie w bloku nr 11 zastaliśmy parę trupów. Wszystkie zwłoki znajdowały się w salach na parterze, w podziemiach cele były puste – przynajmniej te, które oglądaliśmy”.

Z kolei Zdzisław Bosek, pochodzący z Brzeszcz, który pracował po wyzwoleniu KL Auschwitz jako ochotnik-sanitariusz w szpitalu obozowego Polskiego Czerwonego Krzyża w Oświęcimiu – relacjonował: „W dniu naszego przybycia na teren wyzwolonego obozu (2-3 lutego 1945 r.) odwiedziliśmy blok nr 11. W bloku tym zastaliśmy wiele zwłok więźniów (…). W kilka dni potem do bloku nr 11 przenieśliśmy zwłoki więźniów, które zebraliśmy z ulicy wiodącej od bramy przy dawnej willi komendanta obozu do krematorium nr 1. Blok nr 11 został wykorzystany jako kostnica szpitalna”.

Po wyzwoleniu obozu w salach bloku nr 11 odnaleziono kilka grypsów, ukrytych w różnych miejscach tego bloku, np. w szparach podłogowych pomiędzy deskami. Najczęściej skazańcy pisali je na krótko przed wykonaniem wyroku śmierci i stanowiły one listy pożegnalne do rodzin.

Oto treść jednego z nich: „Zasądzony w dniu 31.X.1944, czekamy wyroku jest nas 70 ludzi, giniemy razem z miesiącem październikiem, a przed tak wielkim świętem wszystkich świętych będziemy już się cieszyli w niebie, zatem jeszcze raz za wszystko Wam Bóg zapłać i przesyłam mojej rodzinie moje Ojcowskie błogosławieństwo, niech ma was Matka najświętsza w swojej opiece. Całuję Was i ostatni raz ściskam. Magiera”.

Inny z więźniów, zakonnik Bogusław Woźnicki, który obóz przeżył, napisał gryps, który ukrył na parterze w bloku nr 11 w styczniu 1945 r. Adresował go do swojej siostry Józefy Pacut, zamieszkałej w Wadowicach.

Gryps ten został odnaleziony po wyzwoleniu obozu przez księdza Lucjana Stradę: „Przechodząc przez jedną z sal na parterze bloku nr 11 (po prawej stronie, znajdującej się jednak w części przed schodami wiodącymi do podziemi) dostrzegłem na podłodze w szparze między deskami jakiś maleńki świstek bibuły. Schyliłem się, podniosłem i stwierdziłem, że był to tzw. Gryps pisany przez jakiegoś więźnia, który przebywał w bloku nr 11. W grypsie podano nazwisko i adres w Wadowicach. Byłem przekonany, że wysyłający celowo ukrył gryps w szparze podłogi licząc, że ktoś go odnajdzie”.

Bardzo często jedynym śladem po ludziach więzionych w bloku nr 11 i straconych w różnych okolicznościach są także napisy na ścianach, drzwiach, parapetach okiennych i belkach stropowych.

Wspomniane inskrypcje, będące bardzo często ostatnim pożegnaniem ze światem, świadczą zazwyczaj o niezwykłej odwadze oraz wielkim harcie i umiłowaniu Ojczyzny. Niejednokrotnie zawierają również prośby skazańców, aby o ich losie powiadomić rodzinę. Obok napisów w wielu celach znajdują się rysunki, inicjały i numery obozowe ich autorów. Narzędziami do ich wykonania były kawałek ostrego przedmiotu, wsuwka do włosów, ołówek, kredka, a nawet paznokieć. Jest tych napisów kilkaset, ostatnie noszą datę 6 stycznia 1945 r., wykonane więc zostały na trzy tygodnie przed wyzwoleniem KL Auschwitz. W kilkudziesięciu wypadkach można dać dokładną odpowiedź, kto był ich autorem, niestety w większości przypadków jest to niemożliwe.

Drzwi celi nr 21 w bloku nr 11

Na drzwiach celi nr 21 w Bloku Śmierci za pomocą rysunków ppor. Stefan Jasieński, skoczek spadochronowy-cichociemny, posługujący się pseudonimem „Urban”, symbolicznie „napisał pamiętnik” swojego bogatego w różnorodne doświadczenia życia. Jego niezwykła ilustrowana autobiografia zawiera m.in.: herb rodu Jasieńskich „Dołęga”, lancę ułańską z proporcem, szablę, motocykl, angielski czołg Cromwell, nad nim Znak Spadochronowy przedstawiający spadającego do ataku orła, a także samolot bombowy Halifax i skoczka opadającego na spadochronie. Ponadto wykonał rysunki w tynku ścian celi nr 21, w tym dwa rysunki o tematyce religijnej.

Pierwszy z nich przedstawia postać Chrystusa Ukrzyżowanego, natomiast drugi wizerunek Chrystusa Miłosiernego.

Ppor. Stefan Jasieński wykonał także w celi nr 21 kalendarz, który zawiera wyryte w tynku liczby, oznaczające kolejne poniedziałki od 13 listopada 1944 roku do 1 stycznia 1945 roku. Sześć pozostałych dni tygodnia stanowią, częściowo jeszcze widoczne w tynku, kropki w liniach poziomych.

„Urban” zginął w KL Auschwitz w nie wyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach na początku stycznia1945 r.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 1 lutego 2016 r.

Zamów: Adam Cyra, Spadochroniarz „Urban”, Oświęcim 2005

Brak komentarzy

Wyzwolenie KL Auschwitz

Kiedy 27 stycznia 1945 roku do obozów Auschwitz-Birkenau-Monowitz wkroczyli żołnierze Armii Czerwonej, pozostało w nich tylko około siedem tysięcy chorych i wycieńczonych więźniów (mężczyzn, kobiet i dzieci).

Nie byli oni już w stanie uczestniczyć w morderczych, pieszych marszach ewakuacyjnych, zwanych Marszami Śmierci, z których główny prowadził do Wodzisławia Śląskiego. Niemcy wyprowadzili w nich ok. 56 tys. więźniów.

W bezpośrednich działaniach wojennych, mających na celu wyzwolenie KL Auschwitz i miasta Oświęcimia, poległo ponad 230 żołnierzy sowieckich. Pochowani zostali w zbiorowej mogile na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu.

Najprawdopodobniej znajdowało się wśród nich także kilku Polaków wcielonych z poboru do Armii Czerwonej. Byli oni sowieckimi żołnierzami 100. Lwowskiej Dywizji Strzeleckiej, wchodzącej w skład 60. Armii 1. Frontu Ukraińskiego, która bezpośrednio brała udział w operacji oświęcimskiej. Rodziny poległych przypuszczalnie do dzisiaj nie wiedzą, gdzie znajduje się ich grób.

    Zbiorowy grób żołnierzy Armii Czerwonej w Oświęcimiu. Fot. Przemysław Bibik

Zbiorowy grób żołnierzy Armii Czerwonej w Oświęcimiu. Fot. Przemysław Bibik

Zapewne Polacy to: Włodzimierz Duda ze Lwowa, Piotr Kurelas i Eugeniusz Żuk z okolic tego miasta, a także Józef Mielnik z okolic Drohobycza, Włodzimierz Mielnik z Kamionki Strumiłowej oraz Józef Ataczuk i Józef Rarycki z okolic Kamieńca Podolskiego, którzy zginęli jako żołnierze sowieccy, niosąc ratunek więźniom KL Auschwitz i wyzwalając spod okupacji hitlerowskiej mieszkańców Oświęcimia.

W dniu 27 stycznia 2016 r. odbyły się uroczystości upamiętniające 71. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau.

Zobacz: Były więzień Auschwitz …

Więźniowie przygotowywali powstanie. Miała pomóc Armia Krajowa

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 21 stycznia 2016 r.

Brak komentarzy

„Polska … ich zagazowała”.

W dniu 6 stycznia 2016 roku francuska telewizja I-Télé (należąca do grupy Canal+) wyemitowała program „Le Grand Décryptage”, poświęcony zamachom terrorystycznym w Paryżu z 13 listopada 2015 roku. Wystąpił w nim m.in. Joël Mergui – prezydent Centralnego Konsystorza Izraelskiego we Francji (Consistoire central israélite – CCI), który nieforunnie i niezgodnie z prawdą wypowiedział się w tym programie:

„Teraz chciałbym (…) przypomnieć, że Żydzi przeszli przez historię doznając rożnego rodzaju nienawiści, rożnego rodzaju masakr. I że w imię judaizmu wspólnota żydowska nigdy nie powstała ani żeby zniszczyć Hiszpanię, która ich wypędziła, ani Polskę, która ich zagazowała”.

Wypowiedź ta  nie powinna mieć miejsca, tym bardziej że nastąpiła przed 71. rocznicą  wyzwolenia KL Auschwitz przez żołnierzy Armii Czerwonej 27 stycznia 1945 roku.

Ambasada RP w Paryżu reaguje na skandaliczne słowa

Francja usłyszała, że „Polska zagazowała Żydów”

 

 

 

 

 

Czytaj więcej:
Kto neguje Holocaust? Zobacz: „(…) interweniuje Muzeum Auschwitz-Birkenau”

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 18 stycznia 2016 r.

Brak komentarzy

Terroryści z Galicji

Osiemdziesiąt lat temu, 13 stycznia 1936 r., Stepana Banderę, dzisiaj powszechnie uznawanego na Ukrainie za bohatera, skazano w II Rzeczypospolitej Polskiej jako terrorystę na karę śmierci.

W dniu 13 stycznia  minęło 80 lat od ogłoszenia wyroku w sprawie zabójstwa ministra spraw wewnętrznych II RP, Bronisława Pierackiego, w zamachu dokonanym przez Organizację Ukraińskich Nacjonalistów, którego konsekwencją było utworzenie obozu odosobnienia w Berezie Kartuskiej dla osób podejrzanych o działalność antypaństwową.

W 1929 r. na Kresach Południowo-Wschodnich II RP rozpoczęła nielegalną działalność Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Od roku następnego członkowie tej organizacji rozpoczęli akcje sabotażowo-dywersyjne i terrorystyczne przeciwko Polakom, jak również Ukraińcom, dążącym do ugody z Polską.

Szczególnie głośnym aktem terrorystycznym było zabicie 15 czerwca 1934 r. na rozkaz OUN ministra spraw wewnętrznych płk. Bronisława Pierackiego. Zbrodniczego czynu dokonał w Warszawie młody Ukrainiec o nazwisku Hryc Maciejko. Jego wprawdzie nie zdołano aresztować, ale udało się ująć kilkunastu współpracujących z nim innych nacjonalistów.

Dwa lata później w procesie warszawskim zapadły wyroki, m.in. Stepana Banderę, studenta agronomii na Politechnice Lwowskiej, który wyraził zgodę na dokonanie zamachu, skazano na karę śmierci z zamianą, na mocy amnestii na karę dożywotniego więzienia oraz Mykołę Kłymyszyna, studenta filozofii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie, na karę dożywotniego więzienia i aplikanta sądowego Jarosława Raka na cztery lata więzienia.

Karę śmierci zamienioną na dożywotnie więzienie otrzymał również Mykoła Łebed’, absolwent gimnazjum we Lwowie, który był głównym organizatorem tego zamachu i najbliższym współpracownikiem Stepana Bandery.

Skazanych w tym i innych procesach nacjonalistów ukraińskich umieszczano w różnych zakładach karnych Polski (głównie we Wronkach, Rawiczu, na Świętym Krzyżu i w Berezie Kartuskiej), a w okresie Wielkanocy 1939 r. przetransportowano wielu z nich do więzień w Siedlcach i Brześciu nad Bugiem. Mury więzienne udało się im opuścić we wrześniu 1939 r., kiedy Polska znalazła się pod okupacją niemiecką i sowiecką.

Niektórzy z nich zostali później osadzeni przez w KL Auschwitz jako uprzywilowani więźniowie tego niemieckiego nazistowskiego obozu koncentracyjnego.

Zobacz: Banderowcy w KL Auschwitz (mój artykuł zamieszczony w „Kresowym Serwisie Informacyjnym”)

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 14 stycznia 2015 r.

Apel!

Hucisko i Miedziaki, powiat Bóbrka, województwo lwowskie, 10 kwietnia 2016 r. w dolnośląskiej wsi Niezgoda (k. Żmigrodu), byli mieszkańcy Huciska i Miedziaków chcą uroczyście odsłonić pomnik upamiętniających wymordowanych mieszkańców tych miejscowości. Zamordowano tam ponad 120 osób. Aresztowanych spędzono do zagrody Piotra Gierusa, związano i tam, stosując tortury, mordowano: rozstrzeliwano, rąbano siekierami, kilka osób przecięto piłą. Po egzekucji zwłoki wrzucono do stodoły i podpalono. Do pojedynczych zbrodni doszło także w innych obejściach. Oprócz mordów Ukraińcy dokonali rabunku mienia Polaków.Wszystkich ludzi dobrej woli chcących włączyć się w budowę pomnika prosimy o kontakt pod nr tel. 608 084 053 ([email protected]) lub z nami. Z poważaniem Jerzy Rudnicki (tel. 696-188-979) Prezes Zarządu Głównego Towarzystwa Miłosników Kultury Kresowej

Zobacz: Ucieczka z Huciska

Brak komentarzy

Józef Cyrankiewicz w KL Auschwitz

Rotmistrz Witold Pilecki – dobrowolny więzień i twórca konspiracji wojskowej w KL Auschwitz, uciekinier z tego obozu i uczestnik Powstania Warszawskiego, po wojnie oficer II Korpusu Polskiego  gen. Władysława Andersa we Włoszech, stracony w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r.

Józef Cyrankiewicz – również więzień obozu oświęcimskiego, kiedy został dokonany mord sądowy na Pileckim – był od kilkunastu miesięcy premierem komunistycznej Polski.

W różnych tekstach można spotkać się z pomówieniami odnośnie pobytu Józefa Cyrankiewicza w KL Auschwitz. Ich autorzy często sugerują, że były długoletni premier PRL odegrał jako konfident negatywną rolę w obozowym ruchu oporu, a także naganną była jego postawa wobec rtm. Witolda Pileckiego, kiedy ten został uwięziony, a potem był sądzony i oczekiwał na wykonanie wyroku śmierci.

Józef Cyrankiewicz nie przyczynił się do śmierci Rotmistrza  Pileckiego

Fragment książki Tadeusza Płużańskiwego „Rotmistrz Pilecki j jego oprawcy”,  Warszawa 2015

Grypsy z Oświęcimia (kliknij)

Aby poznać szczegółowo prawdę o pobycie Józefa Cyrankiewicz w KL Auschwitz warto zapoznać się ze starannie udokumentowaną książką Ireny Paczyńskiej, zatytułowaną „Grypsy z Konzentrationslager Auschwitz Józefa Cyrankiewicza i Stanisława Kłodzińskiego” (Wydawnictwo Uniwersytetu Jagiellońskiego,  Kraków 2013).

Były więzień Stanisław Kłodziński, nr obozowy 20019, w swoim opracowaniu, zatytułowanym „Józef Cyrankiewicz w obozie oświęcimskim”, wydrukowanym w „Przeglądzie Lekarskim” nr 1 z 1990 r., napisał:

Józef Cyrankiewicz, fot. 1946 r.

Józef Cyrankiewicz, fot. 1946 r.

„Cyrankiewicz – wielokrotnie wspominany w literaturze obozowej – przez cały czas od przybycia do Oświęcimia i aż do marszu ewakuacyjnego stamtąd w styczniu 1945 r. (…) wyróżniał się twardą i aktywną postawą więźnia konsekwentnie walczącego o przetrwanie własne i społeczności współwięźniów. (…) W czasie udręczającego marszu śmierci z Oświęcimia wykazał odporność, a nawet potrafił innych podtrzymywać nie tylko psychicznie, lecz także fizycznie. Dzięki temu kilkunastu współwięźniom – wycieńczonym, wygłodzonym, przemarzniętym, pokonującym zawieje śnieżne – uratował wtedy życie”.

Osobiście w połowie lat osiemdziesiątych przez wiele miesięcy zbierałem materiały na temat działalności obozowego ruchu oporu w 1944 r. z udziałem Józefa Cyrankiewicza i skoczka spadochronowego – cichociemnego ppor. Stefana Jasieńskiego ps. „Urban”. Efektem moich wysiłków badawczych jest wydana w 2005 r. książka „Spadochroniarz „Urban”.

Nie natrafiłem wtedy ani nigdy później, na ślad żadnych dowodów, które świadczyłyby o tym, że postawa Józefa Cyrankiewicza jako więźnia KL Auschwitz była negatywna.

Cytowany  już  poprzednio  Stanisław  Kłodziński, który   jako    pielęgniarz    pracował   razem z  Józefem Cyrankiewiczem w o obozowym bloku szpitalnym nr 20, we wspomnianym opracowaniu trafnie i zgodnie z prawdą twierdzi, że:

„Józef Cyrankiewicz (1911-1988), (…) zapisał się na trwałe w historii KL Auschwitz jako więzień konspirator, wyróżniający się bardzo silną indywidualnością (…), odważny, przemyślny i doświadczony, umiejący podejmować oryginalne, bardzo ryzykowne i trafne decyzje w najtrudniejszych warunkach i sytuacjach obozowych. Jest to karta mało znana nawet historykom, a szerokim kręgom często w ogóle nie znana bądź uproszczona czy sfałszowana”.

Józef Cyrankiewicz nie był nigdy członkiem utworzonego przez rtm. Witolda Pileckiego konspiracyjnego Związku Organizacji Wojskowej w KL Auschwitz, jak również przebywając w tym obozie nigdy nie poznał osobiście Witolda Pileckiego. O jego działalności w obozowym ruchu oporu Cyrankiewicz wiele słyszał, kojarzył go jednak z więźniem o nazwisku Tomasz Serafiński, pod którym to nazwiskiem rotmistrz był zarejestrowany w obozie.

Potwierdził to sam Pilecki w meldunku wysłanym z Kraju 4 września 1946 r. do sztabu II Korpusu we Włoszech (kopia tego meldunku jest przechowywana w Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu). Ponadto Pilecki ani w raporcie dla Komendy Głównej Armii Krajowej z jesieni 1943 r., sporządzonym już po jego ucieczce z KL Auschwitz, ani w powojennym raporcie z 1945 r. nic nie wspomina o jakiejkolwiek znajomości z Józefem Cyrankiewiczem (kopie raportów są przechowywane w Archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu).

Obecnie nie ma także żadnych wiarygodnych dokumentów, które potwierdzałyby wyjątkowo negatywną rolę, jaką rzekomo miał odegrać Józef Cyrankiewicz podczas procesu rtm. Witolda Pileckiego w 1948 r. W zaistniałej sytuacji niewątpliwie Józef Cyrankiewicz zachował się biernie, chociaż niewiele mógł pomóc, ponieważ prośby o ułaskawienie rozpatrywał prezydent Bolesław Bierut, który rzadko korzystał z przysługujących mu uprawnień i z reguły zatwierdzał wcześniej zapadłe wyroki śmierci.

Należy podkreślić, że w polskim państwie podziemnym Józef Cyrankiewicz, który szybko włączył się do konspiracji pepeesowskiej i Związku Walki Zbrojnej, jesienią 1940 r. był przewidziany na stanowisko zastępcy Delegata Rządu na Kraj (Armia Krajowa w dokumentach 1939-1945, t. 1, Wrocław 1990, s. 383).

Ponadto trzeba także przypomnieć, że latem 1944 r. w KL Auschwitz powstała konspiracyjna Rada Wojskowa Oświęcim, składająca się przeważnie z więzionych w tym obozie oficerów różnych narodowości. Na jej czele miał stanąć Józef Cyrankiewicz, któremu dowódca Okręgu Śląskiego Armii Krajowej mjr Zygmunt Walter-Janke, polecił przekazać w październiku 1944 r. pisemne pełnomocnictwo kierowania konspiracyjnymi pracami wojskowymi na terenie KL Auschwitz. Ta nominacja wcześniej została poparta przez więzionego już w tym czasie w obozie por. Wacława Stacherskiego ps. „Nowina”, inspektora katowickiego Armii Krajowej, straconego w KL Auschwitz we wrześniu 1944 r.

Zastępca inspektora w Inspektoracie Bielskim AK, którym wtedy był Stanisław Chybiński – uciekinier z KL Auschwitz, samowolnie wstrzymał jednak nominację „Rota” (jeden z obozowych pseudonimów Józefa Cyrankiewicza), pisząc na niej: „Nieaktualne”. Uzasadnił swój czyn tym, że najpierw należało ustalić wzajemne stosunki między Radą Wojskową Oświęcim, Inspektoratem Bielskim AK i Obwodem Oświęcimskim AK oraz grupą PPS w Brzeszczach koło Oświęcimia, a dopiero później podejmować taką decyzję.

Koniecznie należy zacytować fragment zachowanego raportu komendantury policji bezpieczeństwa w Katowicach z dnia 18 grudnia 1944 r.:

„Jak wynika z przechwyconego materiału, obóz koncentracyjny w Oświęcimiu jest także w strefie działania AK. Z ramienia inspektora obozem zajmuje się Wojskowa Rada Obozu – WRO (…). Jako komendant obozu z ramienia AK wyznaczony został niejaki „Rot”. Zajmuje się on zwłaszcza sporządzaniem raportów o sytuacji w obozie i przekazywaniem ich da-lej do okręgu (…). Obecnie organizacja ta jest rozpracowywana, o czym po upływie pewnego czasu, sporządzony zostanie specjalny raport”.

Z przedstawionego fragmentu raportu – sporządzonego na podstawie doniesień obozowego gestapo – jednoznacznie wynika, że starano się wówczas dopiero rozpracować obozowy ruch oporu, znając jedynie pseudonim jego przywódcy.

Na szczęście już wkrótce – 27 stycznia 1945 r. – obóz oświęcimski do którego weszli żołnierze Armii Czerwonej przestał istnieć.

Dalszy bieg wypadków mógł bowiem doprowadzić do sytuacji, że Politische Abteilung zdekonspirowałoby całkowicie organizację obozową i nastąpiłyby aresztowania jej członków wewnątrz obozu. Działania wojenne Armii Czerwonej – powodujące przesunięcie się linii frontu na teren Górnego Śląska oraz wcześniejsza ewakuacja urzędów niemieckich i policji – uniemożliwiły jednak gestapo prowadzenie dalszego rozpoznania, a tym samym będące w toku śledztwo nie zakończyło się tragicznie dla obozowego ruchu oporu, w tym przede wszystkim dla pozostałych w KL Auschwitz członków Rady Wojskowej Oświęcim i samego Józefa Cyrankiewicza.

O tamtych dramatycznych zdarzeniach przypomina dzisiaj odwiedzającym Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu wystawa na piętrze w bloku nr 11, zatytułowana „Obozowy i przyobozowy ruch oporu”, gdzie między innymi pokazane są zdjęcia więźniów KL Auschwitz, najbardziej zasłużonych w obozowej konspiracji.

Na pierwszym miejscu znajduje się fotografia rtm. Witolda Pileckiego a nieco dalej zdjęcie Józefa Cyrankiewicza. W dokumentacji archiwalnej Muzeum oświęcimskiego jest bowiem wiele wzmianek o jego pozytywnej postawie w KL Auschwitz, nie ma natomiast dowodów na to, jakoby jego działalność w obozie była haniebna. W aktach procesowych Witolda Pileckiego też nie ma śladu, aby ówczesny premier PRL przyczynił się do skazania i rozstrzelania bohaterskiego rotmistrza.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 9 stycznia 2015 r.

Brak komentarzy

Ostatnie dni byłego komendanta KL Auschwitz

Na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau znajduje się eksponat, który nie pochodzi z czasów istnienia niemieckiego obozu koncentracyjnego. Jest nim zachowana szubienica, pod którą nikt nie składa nigdy kwiatów i nie zapala zniczy. Na tej szubienicy prawie sześćdziesiąt dziewięć lat temu został stracony w dniu 16 kwietnia 1947 r.  założyciel i pierwszy komendant KL Auschwitz, o którym rok temu pisałem na moim blogu w tekście zatytułowanym „Ludobójca i jego wnuk” (kliknij).

Wiosną 1940 r.  Rudolfa Hőssa mianowano komendantem KL Auschwitz. W tym niemieckim obozie początkowo więzieni byli prawie sami Polacy, ponieważ miał on służyć jako instrument terroru do podbitego narodu polskiego i być miejscem izolacji, a następnie eksterminacji wielu tysięcy polskich patriotów. Stopniowo przekształcił się także w miejsce masowej zagłady Żydów oraz ginęli w nim także Cyganie, jeńcy sowieccy i ludzie innych narodowości.

Rodzina Rudolfa Hőssa mieszkała w piętrowej willi położonej w niewielkiej odległości od małego krematorium i kolczastych obozowych drutów. Warunki mieszkaniowe – napisze w swoich wsopmnieniach Rudolf Hőss – były doskonałe: „Dzieci mogły szaleć do woli, żona miała tyle ulubionych kwiatów, że czuła się wśród nich jak w raju”. Sama zaś Hedwig Hőss mawiała: „Tu żyć i tu umierać”.

Willa  Rudolfa Hőssa

Willa Rudolfa Hőssa

Proces Rudolfa Hőssa przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie toczył się w dniach od 11 do 29 marca 1947 r.  Wyrok śmierci ogłoszony 2 kwietnia 1947 r. były komendant KL Auschwitz przyjął spokojnie, świadom swej winy i przygotowany na taki wynik procesu od samego początku.

Na temat procesu  Rudolfa Hőssa i jego stracenia ukazało się ostatnio opracowanie Marcina Witkowskiego, zatytułowane „Rudolf Höss w wadowickim więzieniu. Ostatnie dni byłego komendanta Auschwitz” (kliknij). Zostało ono opublikowane w „Przeglądzie Historyczno-Kulturalnym. Wadoviana” 2015 nr 18.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 8 stycznia 2016 r.

Brak komentarzy

2016 Rokiem Cichociemnych – spadochroniarz „Urban

Sejm RP ustanowił rok 2016 Rokiem Cichociemnych. Ich imię w Wojsku Polskim obecnie nosi jednostka wojskowa Wojsk Specjalnych GROM im. Cichociemnych Spadochroniarzy Armii Krajowej. W tym roku minie 75 lat od pierwszego spadochronowego zrzutu cichociemnych na teren okupowanej Polski.

Cichociemni

Wysyłano ich samolotami do okupowanej Polski początkowo z Wielkiej Brytanii, a od końca 1943 r.  z Brindisi we Włoszech. Wszyscy byli ochotnikami, pełniąc po zrzucie w okupowanym Kraju służbę w szeregach ZWZ-AK.

Na przeszkolenie cichociemnych zgłosiło się 2413 oficerów i podoficerów Polskich Sił Zbrojnych ma Zachodzie. Ogółem przeszkolono 606 osób, a do przerzutu zakwalifikowano 579 z nich.

Szkolenie cichociemnych w Wielkiej Brytanii

Szkolenie cichociemnych w walce wręcz

Od 15 lutego 1941 r. do 26 grudnia 1944 r. przeprowadzono 82 loty, w czasie których przerzucono do okupowanej Polski 316 cichociemnych, wśród których znalazła się jedna kobieta - Elżbieta Zawacka.

Podczas wojny zginęło w sumie 103 cichociemnych. Dziewięciu zostało zamordowanych przez władze komunistyczne w powojennej Polsce.

Jednym z poległych podczas drugiej wojny światowej był ppor. Stefan Jasieński, pseudonim „Urban”.

Kup Spadochroniarza „Urbana” (kliknij)

Stefan Jasieński urodził się 2 kwietnia 1914 r. w Wilnie. W 1932 r. ukończył gimnazjum oo. Marianów na Bielanach w Warszawie. Przyjaźnił się w tym czasie ze swoim rówieśnikiem Edmundem Osmańczykiem. Następnie studiował architekturę na Politechnice Warszawskiej. Szkołę podchorążych rezerwy kawalerii ukończył w latach 1937/1938 w Centrum Wyszkolenia Kawalerii w Grudziądzu. Jego rówieśnikiem i serdecznym przyjacielem był gen. Stefan Bałuk, który w wieku stu lat zmarł 30 stycznia 2014 r.

Służba w Wojsku Polskim w w latach 1937-1942

Stefan Jasieński, fot. 1943 r.

 

 

 

 

 

Stefan Jasieński walczył w kampanii wrześniowej 1939 r. w Warszawskiej Brygadzie Pancerno-Motorowej, a następnie przedostał się poprzez Węgry do Francji, gdzie jako żołnierz 10. Brygady Kawalerii Pancernej powtórnie przeżył gorycz porażki i drogą morską ewakuował się do Anglii 26 czerwca 1940 r. Tam służąc nadal w 10. Brygadzie Kawalerii Pancernej, ciągle w składzie 10.Pułku Strzelców Konnych, otrzymał w 1942 r. promocję oficerską. 16 maja tegoż roku został powołany na kurs szkoleniowy skoczków spadochronowych-cichociemnych, który ukończył po siedmiu miesiącach, uzyskując jednocześnie przeszkolenie w zakresie wywiadu.

Skok na spadochronie

Wraz z trzema kolegami wylądował na spadochronie w okolicach Częstochowy. Miało to miejsce w nocy z 13 na 14 marca 1943 r. Szczęśliwie dotarł do miejsca przeznaczenia w Warszawie, gdzie wkrótce po okresie aklimatyzacji Oddział II Komendy Głównej AK skierował go do działalności wywiadowczej na Wileńszczyźnie. Posługiwał się pseudonimem „Urban”.

Niebezpieczna zadanie pod Oświęcimiem

Latem 1944 r. wysłano go w okolice Oświęcimia. Wykonując powierzone zadanie „Urban” nawiązał kontakt organizacyjny z mjr. Zygmuntem Walterem-Janke, komendantem Okręgu Śląskiego AK. Miejscowi działacze Batalionów Chłopskich, z którymi „Urban” konspiracyjnie współpracował, zapewnili mu pobyt w Malcu koło Kęt u kowala Franciszka Pawia.

Poprzez grypsy przenoszone przez łączników, nawiązał kontakt z obozową konspiracyjną Radą Wojskową Oświęcim, w której aktywnie działał więzień Józef Cyrankiewicz (nr obozowy 62933). Treść zachowanych grypsów Józefa Cyrankiewicza do „Urbana” zawiera szczegóły o dyslokacji sił niemieckich, zasadach strzeżenia obozu i stanie kompanii wartowniczych SS, informacje o składzie narodowościowym i nastrojach wśród załogi SS oraz dokładne dane o stanie liczbowym więźniów w KL Auschwitz i jego podobozach.

Postrzelenie „Urbana”

Prowadzone przez „Urbana” prace nad planem uwolnienia skazanych przez SS na zagładę wielu tysięcy uwięzionych za drutami obozu oświęcimskiego przerwało tragiczne wydarzenie w Malcu w nocy z 28 na 29 września 1944 r., kiedy został postrzelony i aresztowany przez patrol żandarmerii hitlerowskiej.

Przywiezienie do KL Auschwitz

Rany „Urbana” były poważne i po przewiezieniu go do KL Auschwitz trafił najpierw do szpitala obozowego. Przebywał w nim około trzech tygodni. Następnie został przeniesiony do celi nr 21 w podziemiach Bloku Śmierci (blok nr 11). Nie wiadomo dokładnie jak wyglądał przebieg przesłuchań ppor. Jasieńskiego przez obozowe gestapo. W każdym razie nikogo nie zdradził i nikt z powodu jego zeznań nie został aresztowany. Swoją postawą wzbudzał szacunek wśród współwięźniów.„Urban” żył jeszcze 3 grudnia 1944 r. Rozmawiał wtedy z nim ksiądz Władysław Grohs    Rosenburg, ówczesny wikary z Oświęcimia, kapelan obwodu oświęcimskiego AK, jeden  z organizatorów pomocy dla więzionych w KL Auschwitz,  osadzony w obozie 10 listopada 1944 roku.

Rysunki ppor. Stefana Jasieńskiego

Rysunki "Urbana" na drzwiach celi nr 21

Rysunki "Urbana" na drzwiach celi nr 21

Na drzwiach celi nr 21 w Bloku Śmierci za pomocą rysunków ppor. Stefan Jasieński symbolicznie „napisał pamiętnik” swojego bogatego w różnorodne doświadczenia życia. Jego niezwykła ilustrowana autobiografia zawiera m.in.: herb rodu Jasieńskich „Dołęga”, lancę ułańską z proporcem, szablę, motocykl, angielski czołg Cromwell, nad nim Znak Spadochronowy przedstawiający spadającego do ataku orła, a także samolot bombowy Halifax i skoczka opadającego na spadochronie.

Ponadto wykonał rysunki w tynku ścian celi nr 21, w tym dwa rysunki o tematyce religijnej. Pierwszy z tych rysunków przedstawia postać Chrystusa Ukrzyżowanego, natomiast drugi, wizerunek Chrystusa Miłosiernego. Urban” wykonał także w celi nr 21 kalendarz, który zawiera wyryte w tynku liczby, oznaczające kolejne poniedziałki od 13 listopada 1944 roku do 1 stycznia 1945 r. Sześć pozostałych dni tygodnia stanowią, częściowo jeszcze widoczne w tynku, kropki w liniach poziomych.

Tajemnicza śmierć cichociemnego

Ppor. Stefan Jasieński poniósł śmierć w obozie oświęcimskim – w nie wyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach – na początku stycznia 1945 r. Posiadał nadane w czasie wojny odznaczenia: Virtuti Militari V klasy i Złoty Krzyż Zasługi z Mieczami.

Upamiętnienie „Urbana”

Był bratem Wandy Komar-Żylińskiej, matki znanego sportowca – niestety już nieżyjącego – Władysława Komara, który zdobył dla Polski w pchnięciu kulą złoty medal na olimpiadzie w Monachium w 1972 r.

W styczniu 2005 r. imię cichociemnego ppor. Stefana Jasieńskiego zostało uroczyście nadane Powiatowemu Zespołowi Nr 3 Szkół Technicznych i Ogólnokształcących w Oświęcimiu.

Zobacz: Spadochron, colt i KL Auschwitz

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 2 stycznia 2016 r.

Brak komentarzy

Powieszony w koszuli ślubnej w Sylwestra 1944 roku

Po latach Erich Hackl (ur. 1954 r. w Steyr), jeden z czołowych współczesnych prozaików austriackich, dokonał w przejmujący sposób rekonstrukcji niezwykłych losów Margarity i Rudolfa Friemlów. Jego książka, zatytułowana „Wesele w Auschwitz”, została przetłumaczona na język polski i wydana w 2006 r.

Rok wcześniej przed ukazaniem się polskiego wydania powyższej książki, Ireneusz Dobrowolski zrealizował głośny film dokumentalny „Portrecista”, w którym Wilhelm Brasse z Żywca opowiada o sobie jako o „fotografie z Auschwitz”, który jako więzień oświęcimskiego obozu wykonał Margaricie i Rudolfowi  fotografię ślubną, na którym jest widoczny także ich synek Edi.

Wielka miłość

Rudolf Friemel urodził się w 1907 r. w Wiedniu, gdzie pracował jako mechanik samochodowy. Był żonaty z Austriaczką, z którą był w separacji, kiedy w drugiej połowie lat trzydziestych ubiegłego wieku, walcząc w Międzynarodowych Brygadach w Hiszpanii, poznał młodą Hiszpankę.Margarita Ferrer urodziła się w 1916 r. i była jego wielką miłością. Wziął z nią ślub cywilny, zgodnie z prawem obowiązującym w republice. Po jej upadku Friemel został internowany w południowej Francji. Jego żona także wyemigrowała i kiedy urodziła syna w 1941 r., zamieszkała u ojca Friemla w Wiedniu. W tym samym roku Rudolf otrzymał rozwód, a orzeczenie w tej sprawie wydał wiedeński sąd krajowy. Jego związek małżeński, zawarty jeszcze w Hiszpanii, dla niemieckich władz nazistowskich był nieważny, ponieważ popierały one stanowisko reżimu gen. Franco, który nie uznawał ślubów zawartych za czasów republiki.

Aresztowanie

Rudolf Friemel, znany ze swoich lewicowych i antyfaszystowskich przekonań, kiedy chciał wrócić do żony i syna, został aresztowany i przebywał w więzieniach, a następnie w pierwszych miesiącach 1942 r. został osadzony w KL Auschwitz, gdzie otrzymał nr 25173.

Wesele w Auschwitz

Margarita i Rudolf Friemlowie, fotografia ślubna

Margarita i Rudolf Friemlowie, fotografia ślubne

W tym czasie ojciec Friemla i jego żona Margarita czynili starania, aby Rudolf Friemel mógł wziąć z nią ślub zgodnie z prawem niemieckim. Podanie w tej sprawie wysłali do Reichsführera SS Heinricha Himmlera, który prośbę załatwił pozytywnie.Ojciec i brat Friemla oraz jego żona Margarita i synek Edi otrzymali zezwolenie na przyjazd do KL Auschwitz. Rudolfowi pozwolono zapuścić włosy i na dzień ślubu otrzymał garnitur, koszulę  i  krawat oraz nowe buty, pochodzące z magazynów SS.

W 18 marca 1944 r. goście weselni wraz z młodą parą, przy dźwiękach orkiestry obozowej, udali się do obozowego Urzędu Stanu Cywilnego, gdzie zawarty został  związek ślubny.

Na zakończenie wesela, więzień Wilhelm Brasse, wykonał w pracowni fotograficznej zdjęcie ślubne.

W obozowym domu publicznym, zwanym „puffem”, który znajdował się na piętrze bloku nr 24, nowożeńcy otrzymali pokój na jedną noc.

Schwytani podczas ucieczki

W dniu 27 października 1944 r. więźniarska konspiracja przygotowała brawurową i bardzo niebezpieczną ucieczkę, w której wzięło udział pięciu członków organizacji ruchu oporu, a jej powodzenie miało świadczyć o sile obozowego Ruchu Oporu.

Bernard Świerczyna (nr 1393), jeden z uciekinierów, jako zatrudniony w „Bekleidungskammer”, gdzie sortowano odzież i bieliznę, często wyjeżdżał do pralni w Bielsku. Sądził on, że po ukryciu się w wyjeżdżającym z obozu z brudną odzieżą samochodzie, łatwo będzie można odzyskać wolność. W plan ucieczki był wtajemniczony, obok zaufanego esesmana Franka, za dużą opłatą w złocie i dolarach, także kierowca SS – Rottenführer Johann Roth. O terminie ucieczki powiadomieni byli również członkowie przyobozowego oddziału partyzanckiego Armii Krajowej „Sosienki”, którzy w podoświęcimskiej miejscowości Łęki-Zasole mieli przejąć uciekinierów.Niestety przekupiony kierowca – wspomniany Johann Roth – okazał się zdrajcą. Prowadzony przez niego samochód z ukrytymi w jego wnętrzu uciekinierami zatrzymał się przed blokiem nr 11, zwanym „Blokiem Śmierci”. Aresztowani zażyli truciznę, w wyniku czego zmarli Polacy: Zbigniew Raynoch (nr 60746) i Czesław Duzel (nr 3702).

Kostek Jagieło (1916-1944)

Kostek Jagieło (1916-1944)

Natomiast Bernard Świerczyna wraz z Piotrem Piątym (nr 130380) i Austriakiem o nazwisku Ernst Burger (nr 23850) zostali osadzeni w podziemiach tego bloku, gdzie wkrótce znaleźli się również dwaj inni Austriacy, więzieni w KL Auschwitz: Ludwig Vesely (nr 38169) i wspominany już Rudolf Friemel. Zdrajca Roth oświadczył bowiem, że byli oni współorganizatorami ucieczki.

Śmierć Kostka Jagiełły

Natychmiast po jego zeznaniach esesmani przeprowadzili obławę w Łękach-Zasolu, w czasie której został zastrzelony Konstanty Jagiełło (nr 4007), jeden z wcześniejszych uciekinierów z obozu, oczekujący jako partyzant w tym dniu na przejęcie zbiegów

Kazimierz Ptasiński, dzisiaj ma 94 lata

Kazimierz Ptasiński, dzisiaj ma 95 lat

Aresztowano wówczas kilka osób

Spośród nich żyje do dzisiaj, mieszkający w Libiążu, Kazimierz Ptasiński, któremu wkrótce udało się zbiec z siedziby gestapo w Oświęcimiu.

Esesman Roth został w szczególny sposób wyróżniony za zdradę. Nagrodą była fotografia szefa WVHA (Głównego Urzędu Gospodarczo-Administracyjnego), Oswalda Pohla, z jego własnoręczną dedykacją.

Stanowiło to dowód, jak wielką wagę przywiązywało kierownictwo obozów koncentracyjnych do uniemożliwienia tej ucieczki.

Gryps adresowany do żony

Kazimierz Ptasiński (z lewj), Libiąż,  26.01.2016 r.

Kazimierz Ptasiński (z lewej), Libiąż 26.01.2016 r.

Na dwa tygodnie przed śmiercią, 14 grudnia 1944 r., w grypsie adresowanym do żony, Rudolf Friemel napisał: Moja kochana, kochana Margo, tulę Cię namiętnie do siebie i życzę Ci na święta wszystkiego najlepszego. Na zawsze Twój R. Co porabia mój mały uparciuch. Pisz mi dużo o nim. Moc ucałowań dla Was obojga!

Egzekucja 30 grudnia 1944 r.

Osadzonych w podziemiach „Bloku Śmierci” pięciu członków obozowej konspiracji, którzy w ciągu kilkutygodniowego śledztwa nikogo nie zdradzili i swoimi zeznaniami nie przyczynili się do dalszych aresztowań, powieszono po apelu wieczornym 30 grudnia 1944 r. Na placu przed kuchnią obozową, gdzie ich stracono, za szubienicą była ustawiona choinka, wielki świerk, na którym paliły się świeczki elektryczne. Skazańcy wznosili przed śmiercią okrzyki w języku niemieckim i polskim, m.in. „Precz z faszyzmem” i „Niech żyje Polska!”.

Wilhelm Brasse

Wilhelm Brasse (1917-2012)

 

Odszedł ostatni świadek

Po ponad 68. latach od tego niecodziennego obozowego ślubu Wilhelm Brasse, który podczas uroczystości weselnej w KL Auschwitz sfotografował w dniu ślubu Margaritę i Rudolfa Friemlów, umiera w  Żywcu 23 października 2012 r.

Ten niezwykły świadek historii, który zmarł mając 95 lat, już nikomu osobiście nie opowie o tej tragicznej historii, która w obozie oświęcimskim wydarzyła się naprawdę.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 28 grudnia 2015 r.

Brak komentarzy

Wigilia w Bloku Śmierci w 1944 roku

Ta historia jest bardzo poruszająca i warto ją przypomnieć. Anna Karasiowa, której rodzice Jadwiga i Piotr Makowscy zginęli w KL Auschwitz,  kilka lat temu napisała do mnie: O losie mojej Mamy poinformowała mnie w latach pięćdziesiątych, Wanda Bienioszek, też więźniarka bloku nr 11, ale nie opowiadała mi o wigilii w grudniu 1944 r. W obozie Auschwitz zginął też mój Ojciec, Piotr Makowski, organizujący w Sosnowcu Organizację Orła Białego. Sama już jestem stara ale historie rodzinne ważne są dla moich dzieci i wnuków.

Blok nr 11 (Blok Śmierci)

Blok nr 11 (Blok Śmierci)

Od pani Anny Karasiowej z Krakowa otrzymałem również zdjęcie jej matki, dr Jadwigi Makowskiej, więzionej w bloku nr 11, którą hitlerowcy rozstrzelali na trzy tygodnie przed wyzwoleniem KL Auschwitz przez żołnierzy sowieckich w dniu 27 stycznia 1945 r.

Siedemdziesiąt jeden lat temu, niezapomnianym dniem dla więźniów Bloku Śmierci (blok nr 11) w KL Auschwitz była wigilia Bożego Narodzenia w dniu 24 grudnia 1944 r. Esesmani zgodzili się, aby w ten wigilijny wieczór wyszły na korytarz wszystkie więźniarki i więźniowie, którzy przebywali także na parterze tego bloku w salach za kratą. Na środku korytarza ustawiono choinkę. Na schodach prowadzących z parteru do podziemi, gdzie znajdował się areszt obozowy stali więźniowie, którym pozwolono także wyjść z jego cel. Kilka więźniarek ubrało się w nocne koszule, mające imitować anielskie szaty. Śpiewano wspólnie kolędy, najpierw po niemiecku, a później po polsku.

Obraz b. więźnia KL Auschwitz, Władysława Siwka, "Policyjny sąd doraźny w bloku nr 11"

Obraz b. więźnia KL Auschwitz, Władysława Siwka, "Policyjny sąd doraźny w bloku nr 11"

Następnie rozpoczęły się deklamacje, do których teksty ułożyła dr Jadwiga Makowska, nauczycielka przedmiotów humanistycznych, którą w kilkanaście dni później skazano podczas ostatniego posiedzenia „sadu doraźnego” na śmierć 5 stycznia 1945 r. i rozstrzelano w dniu następnym w krematorium nr V w KL Auschwitz II-Birkenau.

Fragment tych deklamacji tak zapamiętała była więźniarka Róża Dryjańska: Nie wiem, czy wiecie, że istnieje Auschwitz na świecie, nie jest on tak straszny, jak go malują, bo w nim ludzie jak w raju się czują, że się niczym nie martwimy, bo nie wiemy, czy nas wyprowadzą własne nogi, czy też kominem wezwą nas Bogi. A jak się dowiedziałam, to szybko do Auschwitz przyjechałam (…).

Następnie ktoś zaczął czytać wcześniej napisany wiersz o wymowie bardzo patriotycznej, w którym były karykaturalne określenia hitlerowskiego systemu. Wśród więźniów znajdował się lekarz Ukrainiec, banderowiec, Wasyl Stroncićkyj (nr obozowy 155021), który znał dobrze język polski i zameldował o treści tej deklamacji esesmanowi Bruno Schlagemu. Natychmiast rozpędzono wszystkich do cel, a następnie ustalono nazwisko więźnia, czytającego wiersz i jego dwóch współautorów. Wszyscy trzej zostali bestialsko pobici. Wspomniany Wasyl Stroncićkyj, ewakuowany 18 stycznia 1945 r. do KL Mauthausen, doczekał wyzwolenia, zmarł w USA w 1975 r.

Wspomniana dr Jadwiga Makowska (z domu Pomiankowska) urodziła się 5 czerwca 1897 r. w Chrzanowie. Po ukończeniu gimnazjum w Myślenicach, gdzie rodzice przenieśli się krótko po jej urodzeniu, studiowała polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie, uzyskując tytuł doktorski na  seminarium prof. Ignacego Chrzanowskiego w 1922 r.. Wcześniej kontynuowała także naukę w krakowskim Konserwatorium w klasie fortepianu.

dr Jadwiga Makowska (1897-1945)

dr Jadwiga Makowska (1897-1945)

Podjęła pracę w gimnazjum w Opatowie, gdzie poznała przyszłego swojego męża Piotra Makowskiego, wówczas nauczyciela rysunków. Obydwoje pracowali potem w gimnazjum w Słonimie, a następnie w Sosnowcu, gdzie dr Jadwiga Makowska  uczyła języka polskiego w Gimnazjum im. Stanisława Staszica od 1931 r., a ponadto w roku szkolnym 1933/1934 pracowała także w tym mieście w Gimnazjum im. Bolesława Prusa. W latach 1936 – 1938 była kuratorem gazety szkół średnich Sosnowca, zatytułowanej „Młodzi idą”.

Podczas okupacji niemieckiej należała wraz z mężem Piotrem Makowskim do konspiracyjnej Organizacji Orła Białego, współredagując z nim, a później po jego aresztowaniu redagując już samodzielnie, konspiracyjne czasopismo „Nasze Sprawy”. Równocześnie przez cały czas była bardzo zaangażowana w tajnym nauczaniu.

Po raz pierwszy aresztowano ją w sierpniu 1940 r. i po krótkim pobycie w sosnowieckim więzieniu zwolniono. W lipcu 1944 r. ponownie została zatrzymana przez funkcjonariuszy gestapo z Katowic. Osadzono ją w więzieniu śledczym w Mysłowicach, po czym jako Polizeihäftling (więzień policyjny) została przywieziona do KL Auschwitz. Przebywała w bloku nr 11, gdzie podczas posiedzenia policyjnego „sądu doraźnego” 5 stycznia 1945 r. skazano ją na karę śmierci, wyrok wykonano w dniu następnym.

W ostatnich tygodniach swojego życia, osadzona w Bloku Śmierci, dr Jadwiga Makowska uczyła uwięzione wraz z nią  młode Polki języka francuskiego, co tak zapamiętała była więźniarka Róża Dryjańska: Uprzednio wspomniana dr Makowska powtarzała nam, że mamy się uczyć. Pamiętam także, że przebywając w naszej sali uczyła nas języka francuskiego, robiła nam także wykłady z historii starożytnej. Przypominam sobie, że w kaflowym piecu, stojącym w więziennej sali, znalazłyśmy podręcznik do nauki języka francuskiego, z którego później korzystała dr Makowska.

Jej mąż, Piotr Makowski, urodził się 2 kwietnia 1894 r. w pow. lipowieckim (gub. kijowska), w majątku ziemskim o nazwie Ferma Stepowa. Po ukończeniu gimnazjum w Niemirowie, uczęszczał do Akademii Sztuk Pięknych w Kijowie, której jednak nie ukończył. Potem przez jeden semestr studiował historię sztuki na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie. Dalsze studia na tym kierunku przerwała mu wojna polsko-bolszewicka w 1920 r., której był uczestnikiem.

Gimnazjum Przemysłu Artystycznego w Sosnowcu

Gimnazjum Przemysłu Artystycznego w Sosnowcu

Z zawodu nauczyciel, oficer rezerwy piechoty Wojska Polskiego. W okresie międzywojennym związał swoją działalność i aktywność zawodową z Sosnowcem, gdzie był dyrektorem Gimnazjum Przemysłu Artystycznego  im. Stanisława Witkiewicza oraz wykładał teorie perspektywy i teorie barwy. Warto zaznaczyć, że języka polskiego w tej szkole uczył Mieczysław Kotlarczyk, który później, w okresie okupacji hitlerowskiej, współpracował z Karolem Wojtyłą w Teatrze Rapsodycznym w Krakowie.

Piotr Makowski już w październiku 1939 r. należał do założycieli tajnej Organizacji Orła Białego na terenie Śląska i Zagłębia Dąbrowskiego. Redagował wraz z żoną Jadwigą, o czym już było wspomniane, czasopismo konspiracyjne „Nasze Sprawy’.

W dniu 4 grudnia 1939 r. aresztowany został w wyniku donosuł. Więziono go w Katowicach i Mysłowicach, a później w nieustalonych okolicznościach przekazano do więzienia w Radomiu. Na początku stycznia 1941 r. w transporcie więźniów został przywieziony do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer więźniarski 8393.  Zginął w obozie w tym samym roku, przypuszczalnie 21 marca.

Zobacz:   Wigilia na zesłaniu

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 21 grudnia 2015 r.

Brak komentarzy

Historia na cegle pisana

Marek Księżarczyk z Oświęcimia

Marek Księżarczyk z Oświęcimia

Prezes oświęcimskiego Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, Marek Księżarczyk, od lat interesuje się historią byłego niemieckiego obozu koncentracyjnego Auschwitz-Birkenau. Jedną z jego pasji jest fotografowanie śladów po więźniach, do których należą napisy wykonane przez nich na cegłach, z których zbudowane są zachowane poobozowe bloki i baraki.

Niedawno Markowi Księżarczykowi udało się odnaleźć na jednej z takich cegieł na terenie byłego obozu Auschwitz II-Birkenau na odcinku BIa napis o następującej treści:

„97430 Franek”, a obok rysunek trójkąta więźniarskiego z literą „P” w środku.

Fot. Marek Księżarczyk

Fot. Marek Księżarczyk

Autor napisu pracował na wspomnianym odcinku obozowym w baraku „Sauny” jako fryzjer. Napis wykonał na jednej z cegieł tego zachowanego do dzisiaj budynku.

Franciszek Kuropka urodził się 5 września 1920 roku w Jarocinie koło Poznania. Od wczesnego dzieciństwa  związany był z ruchem harcerskim. Podczas niemieckiej okupacji działał w konspiracji jako członek Szarych Szeregów. Gestapo wpadło na Jego trop i  został schwytany. W transporcie z Łodzi przewieziony go do KL Auschwitz II-Birkenau i oznaczono numerem obozowym 97430, który utrwalił na wspomnianej cegle. Numer ten miał też wytatuowany na ręku.

Po wojnie Jego znajomi wspominali: Jak wielu z tych, którzy przeżyli prawdziwą gehennę wojny niechętnie o tym mówił. Nieraz gdy rozmowy zeszły na te tematy, wszelkie informacje z tego epizodu życia trzeba było z Niego prawie siłą wyciskać. To jest charakterystyczna cecha u ludzi, którzy doznali prawdziwych cierpień podczas wojny, bo przecież to, co przeżyli nie da się ująć w słowa.

W 1944 roku został przeniesiony do KL Mauthausen, gdzie doczekał wyzwolenia wiosną następnego roku. Po wojnie przebywał w obozie dipisowskim w Altstadt w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec, gdzie włączył się w działalność harcerską i szkolną. Tam też wziął ślub z Cecylią Eljasińską, którą poznał jeszcze podczas wojny.   Na początku lat pięćdziesiątych Franciszek i Cecylia Kuropkowie, już z trzyletnim  synem Jerzym, przyjechali do Australii, osiedlając w Brisbane, gdzie w 1953 roku urodził się ich drugi syn Jan.

Na życie Franciszek zarabiał jako robotnik fizyczny, później jako motorniczy tramwajowy, a następnie aż do emerytury jako kierowca autobusów.

Znajomi z Australii jeszcze tak Go zapamiętali: Jego życiową maksymą były słowa przyrzeczenia harcerskiego: „Harcerz służy Bogu i Polsce i sumiennie spełnia swoje obowiązki”. Dla niego to nie była czcza formułka, którą wymawia się na zlotach czy ogniskach harcerskich. Dla niego były to słowa na codzienne życie. W pracy społecznej dzielnie Mu pomagała żona Cecylia i później synowie Jurek i Janek. Nawet wnętrze swojego domu urządził tak, że przypominało harcerską stanicę.

Ale polem Jego działalności nie było tylko harcerstwo. Działał również bardzo aktywnie w Stowarzyszeniu Polskich Kombatantów oraz Stowarzyszeniu Polskim „Polonia” w Queensland.  

Ostatnie 7 czy 8 lat to były już lata ciągłego cierpienia. Miał uszkodzony kręgosłup. Przyczyną tego mogła być Jego praca w młodych latach, w obozie w Birkenau i przy kopaniu rowów kanalizacyjnych. Później dołączył do tego rak krwi. Widzieliśmy jak powoli umierał na naszych oczach – wspominali przyjaciele i rodzina.

Bardzo często, co warto podkreślić,  jedynym śladem po ludziach więzionych w KL Auschwitz i zamordowanych w różnych okolicznościach są napisy na ścianach, cegłach, drzwiach, parapetach okiennych i belkach stropowych. Obok napisów w wielu pomieszczeniach obozowych znajdują się rysunki, inicjały i numery obozowe ich autorów. Narzędziami do ich wykonania były nierzadko kawałek ostrego przedmiotu, gwóźdź, wsuwka do włosów, ołówek, kredka, a nawet paznokieć. Jest tych napisów kilkaset, ostatnie noszą datę 6 stycznia 1945 r., powstały więc na trzy tygodnie przed wyzwoleniem KL Auschwitz-Birkenau.

Jeden z tych napisów wykonał Franciszek Kuropka, lecz nigdy swojego autorstwa tego „śladu na cegle” osobiście nie potwierdził. Miał 89 lat. Odszedł na wieczną wartę w dniu 28 czerwca 2009 roku.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 15 grudnia 2015 r.

Brak komentarzy

Informacja o konkursie dotyczącym rtm. Pileckiego

Informacja dla nauczycieli historii oraz uczniów o organizowanym konkursie filmowym dotyczącym  rtm. Witolda Pileckiego.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 2 grudnia 2015 r.

——————————————

Drodzy Państwo,

Zapraszamy Państwa do wsparcia promocji projektu ,,Multimedialna Lekcja Historii i Patriotyzmu”, którego celem jest przybliżenie młodzieży postaci rtm. Witolda Pileckiego. Wierzymy, że Państwa zaangażowanie i działania w tym kierunku, przyczynią się do wzrostu świadomości patriotycznej młodych Polaków. Przez ponad 40 lat nie wolno było wymawiać w Polsce nazwiska rtm. Pileckiego, dziś już można, dlatego zachęcamy do mówienia o rtm. Witoldzie Pileckim w szkole w sposób ciekawy i inspirujący młodych ludzi. Projekt składa się z dwóch części: CZĘŚĆ I – film „PILECKI” – fabularyzowany dokument w reż. Mirosława Krzyszkowskiego, który aktualnie jest grany w kinach w całej Polsce. Dodatkowo we wszystkich kinach sieci Cinema City, Helios i Multikino istnieje możliwość zorganizowania pokazów grupowych, nawet jeśli film nie jest grany repertuarowo. W celu zakupu biletów lub umówienia pokazu dla szkoły prosimy o kontakt bezpośrednio z danym kinem.

Film zwyciężył w prestiżowym plebiscycie ,,Wydarzenie Historyczne Roku 2014″, zorganizowanym przez Muzeum Historii Polski oraz został objęty patronatem m.in.: Instytutu Pamięci Narodowej, Muzeum Powstania Warszawskiego oraz Związku Harcerzy Rzeczpospolitej. CZĘŚĆ II Lekcja w szkole w oparciu o film ,,PILECKI”.

Ze strony www.pilecki-film.pl (zakładka ,,Dla Nauczycieli”) mogą pobrać Państwo bezpłatne scenariusze kreatywnej i angażującej uczniów lekcji historii lub WOS, przygotowanych przez ekspertów. Informacje o filmie:

Od 25 września w kinach w całej Polsce wyświetlany jest długo oczekiwany fabularyzowany dokument w reż. Mirosława Krzyszkowskiego o rtm. Witoldzie Pileckim. Film ukazuje przedwojenne losy rotmistrza, jego działania w czasie II wojny światowej i wreszcie bestialskie potraktowanie niezłomnego żołnierza po 1945 roku. W części dokumentalnej filmu wystąpił syn rotmistrza, Andrzej Pilecki. To dzięki jego wypowiedziom powstał prywatny obraz legendarnego Żołnierza Wyklętego, zapamiętanego przez kilkuletniego chłopca.

Bohaterski rotmistrz to doskonały wzór Polaka, obywatela i przyjaciela – postać wierna ideałom, które są bliskie każdemu polskiemu sercu. Pileckim szczególnie mocno zafascynowane jest dziś młode pokolenie, a brytyjski historyk profesor Michael Foot zaliczył go do sześciu najodważniejszych ludzi ruchu oporu z czasów II wojny światowej. KONKURS dla uczniów szkół gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych Plakat oraz szczegółowy regulamin konkursu znajdą Państwo na: www.pilecki-film/konkurs

Film został wyprodukowany przez Stowarzyszenie Auschwitz Memento, a dystrybuowany jest przez firmę KONDRAT-MEDIA. Środki na film zostały pozyskane w ramach zbiórki publicznej dzięki akcji „Projekt: Pilecki”.

W razie pytań prosimy o kontakt pod adresem e-mail: [email protected] W temacie prosimy wpisać Multimedialna lekcja Historii i Patriotyzmu.

Z wyrazami szacunku

Twórcy i Dystrybutorzy Filmu

Brak komentarzy

Dziesiąta rocznica śmierci Józefa Garlińskiego (1913-2005)

W swej ostatniej książce „Świat mojej pamięci”, wydanej w 1998 r., dr Józef Garliński, zmarły dziesięć lat temu – 29 listopada 2005 r. – w wieku dziewięćdziesięciu dwóch lat w Londynie, napisał:

Nikt nie wie, jak długo będzie żyć. Często ci, którzy urodzili się w bogatych krajach, w dobrobycie i dostatku, umierają młodo, a chorowici i słabi, głodni i narażeni na niebezpieczeństwo, dożywają sędziwych lat.

Dr Józef Garliński wsparł materialnie i przyczynił się do zakończenia prac nad wystawą „Obozowy i przyobozowy Ruch Oporu w KL Auschwitz”, której otwarcie na piętrze w bloku nr 11 na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau nastąpiło 15 listopada 1993 r.

Dzieciństwo i młodość

Józef Garliński (1913-2005)

Józef Garliński (1913-2005)

Józef Garliński urodził się 14 października 1913 r. w Kijowie, w polskiej rodzinie osiadłej tam od kilku pokoleń. Do niepodległej Polski przybył wraz z rodzicami dopiero w 1920 r.

Naukę rozpoczął w szkole powszechnej w Warszawie, którą następnie kontynuował, mieszkając w internacie, u Ojców Pijarów w Rakowicach pod Krakowem i u Ojców Jezuitów w Chyrowie pod Przemyślem. Następnie młody Józef został przyjęty do Gimnazjum Humanistycznego imienia Adama Asnyka w Kaliszu, w którego murach uzyskał maturę w 1934 r.

W latach 1934-35 odbył służbę wojskową w Szkole Podchorążych Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu, a następnie rozpoczął studia prawnicze na Uniwersytecie Warszawskim, których ukończenie uniemożliwił mu wybuch II wojny światowej.

Dramatyczne przeżycia podczas drugiej wojny światowej

W kampanii wrześniowej w 1939 r. uczestniczył jako podporucznik rezerwy 1. Pułku Szwoleżerów. Przed pójściem na front, 4 września, wziął ślub z Irlandką, Eileen Short. Walczył pod Krasnobrodem, Kowalowem, Suchowolą i Jacnią na Lubelszczyźnie, gdzie został ranny.

We wrześniu 1939 r. został również zmobilizowany jego ojciec, major rezerwy Jarosław Garliński, który dostał się do niewoli sowieckiej, był więziony w Starobielsku i w 1940 r. zamordowało go NKWD w Charkowie.

Po krótkim pobycie w niewoli, Józef Garliński został z niej zwolniony, udał się więc do Warszawy, gdzie wraz z żoną włączył się w działalność konspiracyjną. Pracował w kontrwywiadzie Komendy Głównej ZWZ/AK, kierując m.in. wywiadem więziennym, którego zadaniem było nawiązywanie tajnych kontaktów z osobami znajdującymi się w rękach gestapo. Równocześnie kontynuował studia na wydziale prawa tajnego Uniwersytetu Warszawskiego, uzyskując pod koniec 1942 r. tytuł magistra.

20 kwietnia 1943 r. pomyłkowo został aresztowany zamiast Tadeusza Garlińskiego, z zawodu inżyniera radiomechanika, poszukiwanego przez gestapo w związku z tajną produkcją aparatów radiowych w Warszawie. Osadzono go w więzieniu na Pawiaku i w dniu 13 maja 1943 r. wywieziono do obozu Auschwitz, gdzie oznaczony został numerem 121421. Więziony był później w Neuengamme i jego filiach, gdzie ostatecznie w podobozie Ludwigslust doczekał końca wojny 4 maja 1945 r.

Żona Józefa – Eileen, dla której Polska stała się drugą ojczyzną, przeżyła wojnę w okupowanej stolicy, pracując konspiracyjnie dla Delegatury Rządu i biorąc udział w Powstaniu Warszawskim jako sanitariuszka. Los dla obydwojga okazał się łaskawy. Józef Garliński miał zaledwie trzydzieści dwa lata, gdy po wojnie spotkali się w Londynie. Powitanie po dwuletniej rozłące w listopadzie 1945 r. stanowiło dla nich niezapomnianą chwilę, wartą trudu walki, cierpień i tęsknoty.

Pierwsze lata na emigracji

Wierność ideałom Polski Niepodległej w powojennej rzeczywistości politycznej zmusiła Józefa Garlińskiego do pozostania poza krajem i zamieszkania na stałe w Londynie, gdzie pracował zawodowo m. in. w kanadyjskim towarzystwie ubezpieczeniowym.

Prawdziwą pasją Józefa Garlińskiego stało się jednak pisarstwo historyczne. W sumie opublikował około dwadzieścia książek, w tym kilka wydań obcojęzycznych. Zaczynał Garliński od wspomnień („Dramat i Opatrzność”, 1961, „Matki i żony”, 1962) i okupacyjnych opowiadań („Ziemia”, 1964) oraz dwóch książek zbliżonych do eseju historycznego („Między Londynem a Warszawą”, 1966, „Politycy i żołnierze”, 1968).

Rozgłos przyniosła mu jednak dopiero praca „Oświęcim walczący” na temat przyobozowego i obozowego ruchu oporu w KL Auschwitz. Jej pierwsze fragmenty były drukowane w 1970 r. na łamach paryskich „Zeszytów Historycznych”. Trzy lata później Garliński obronił w języku angielskim monografię oświęcimskiej konspiracji, zatytułowaną „Fighting Auschwitz” jako pracę doktorską w London School of Ecomomics and Politikal Science (Uniwersytet Londyński). Dotychczas książka ta miała siedemnaście wydań: sześć angielskich, dwa amerykańskie, jedno francuskie, pięć polskich – w Londynie i dwa w drugim obiegu w kraju, a także jeszcze jedno już „legalne” w Polsce w 1992 r.

Bardzo pomocną w jej pisaniu okazała się ponad stustronicowa relacja rotmistrza Witolda Pileckiego – więźnia nr 4859 – na temat jego pobytu w KL Auschwitz oraz działalności konspiracji wojskowej w tym obozie, której był jednym z najbardziej zasłużonych twórców.

Ta niezwykła relacja powstała zaraz po wojnie i była przechowywana w Studium Polski Podziemnej w Londynie. Jej autor – żołnierz 1920 i 1939 r. – oficer Tajnej Armii Polskiej i ZWZ/AK, dobrowolny więzień KL Auschwitz w latach 1940-1943, po ucieczce z tego obozu uczestnik Powstania Warszawskiego, później jeniec wojenny w Lamsdorf i Murnau, a następnie oficer II Korpusu gen. Władysława Andersa – został w okresie terroru stalinowskiego stracony w Warszawie 25 maja 1948 r.

W tekście swej unikalnej relacji rtm. Witold Pilecki zamiast nazwisk używał wyłącznie liczb. Wprawdzie sporządził oddzielny „klucz” z wykazem konspiratorów oświęcimskich, lecz ten niestety nie odnalazł się.

Józef Garliński po latach żmudnej pracy – konfrontując tekst tej relacji z innymi źródłami oraz przeprowadzając na ten temat wiele rozmów i prowadząc rozległą korespondencję z byłymi więźniami KL Auschwitz – zrekonstruował zaginiony „klucz”. W ten sposób – w dużej mierze w oparciu o powyższą relację – mogła powstać książka „Oświęcim walczący”, w której autor przełamał wiele mitów i niedomówień w dotychczasowym przedstawianiu podziemia oświęcimskiego, sumiennie obrazując w niej nie tylko rolę więźniów – Polaków, lecz także więźniów innych narodowości: Żydów, Czechów, Francuzów, Rosjan, Austriaków, jak również Niemców.

Dalsza twórczość historyczna

Po tej książce ukazały się dwie następne interesujące pozycje („Ostatnia broń Hitlera”, 1977 i „Enigma”, 1979) oraz dwa lata później najbardziej sensacyjne opracowanie („Szwajcarski korytarz”, 1981). W latach osiemdziesiątych powstały jeszcze dwie dalsze książki („Polska w drugiej wojnie światowej”, 1982 i „Niezapomniane lata”, 1987). Liczne artykuły na przestrzeni wielu lat Garliński drukował także w prasie emigracyjnej.

Wszystkie dotychczas wymienione pozycje ukazywały się do 1989 r. na obczyźnie i w czasach komunistycznych w Polsce były bardzo trudno dostępne lub wręcz zakazane.

Józef Garliński był zapraszany na wykłady z historii przez liczne uniwersytety zagraniczne m.in. w Stanach Zjednoczonych, Kanadzie, Wielkiej Brytanii i Szwajcarii.

Obok historii drugą jego pasją był sport. Ukochany tenis, który zastąpił uprawianą kiedyś lekkoatletykę, utrzymywał go przez wiele lat w świetnej kondycji psychofizycznej.

Kontakty z Polską po czterdziestu siedmiu latach

Przełom lat 1989-1990 umożliwił Józefowi Garlińskiemu wreszcie odwiedzenie Polski po czterdziestu siedmiu latach pobytu poza jej granicami. Pierwszy raz przyjechał do rodzinnego kraju wiosną 1990 r. Miało to miejsce wkrótce po śmierci Jego nieodłącznej towarzyszki życia, ukochanej żony Eileen, która zmarła 26 marca 1990 r. i została pochowana w Londynie. Tablica upamiętniająca jej bohaterską postawę podczas okupacji hitlerowskiej znajduje się w katedrze polowej Wojska Polskiego w Warszawie.

W latach dziewięćdziesiątych Józef Garliński wydał w wolnej Polsce, swoją ostatnią książkę, stanowiącą jego wspomnienia „Świat mojej pamięci” (tom 1, 1992 i tom 2, 1998). W jej zakończeniu napisał:

Okrutna przeszłość przeminęła. „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Powtarzam te piękne słowa, bo sam cudem wyrwałem się z kręgu przemocy i nienawiści.

W dniu 9 października 1995 r., ambasador RP udekorował Józefa Garlińskiego w Londynie krzyżem Komandorskim Polonia Restituta z Gwiazdą. Było to dla niego – obok wojennego krzyża Virtuti Militari oraz Krzyża Walecznych – najcenniejsze odznaczenie, choć wszystkie miały dla Niego wielką, pełną wspomnień wartość.

W 2003 r. Garliński został uhonorowany tytułem Kustosza Pamięci Narodowej. Pogarszający się stan zdrowia spowodował jednak, że do Polski w ostatnich latach swojego życia już nie przyjeżdżał.

Śmierć w Londynie

Doktor Józef Garliński, współtwórca Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego w Londynie oraz przez wiele lat prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie i profesor PUNO (Polskiego Uniwersytetu na Obczyźnie), który w polskim kręgu kulturalnym w Anglii był postacią absolutnie wyjątkową, zmarł w Londynie 29 listopada 2005 r.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 26 listopada 2015 r.

Brak komentarzy

Mało znany epizod z powojennej historii Oświęcimia

Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR)

W dniu 27 lipca 1944 r. Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, będący tymczasowym organem komunistycznej władzy wykonawczej, zawarł z rządem ZSRR układ o polsko-sowieckiej granicy państwowej. Zapadły wówczas decyzje odnośnie losów ludności polskiej, ukraińskiej, białoruskiej, litewskiej i żydowskiej zamieszkującej po obydwu stronach nowo powstałej  linii granicznej. Ostatecznie  zostały one określone w dwustronnych układach z trzema republikami sowieckimi: białoruską, ukraińską i litewską. Porozumienia te zostały podpisane we wrześniu 1944 r.  Ustalono w nich także utworzenie terenowych placówek do spraw przesiedleń. Na pojałtańskim terytorium Polski instytucje przesiedleńcze utworzył Państwowy Urząd Repatriacyjny.

Geneza i powstanie Państwowego Urzędu Repatriacyjnego

Państwowy Urząd Repatriacyjny (PUR) powstał 12 października 1944 r. na podstawie dekretu Polskiego Komitetu Wyzwolenia Narodowego z dnia 7 października 1944 r. Jego działalność obejmowała organizację repatriacji ludności z obszarów innych państw na teren Polski,  regulowanie w sposób planowy napływu repatriantów,  opiekę sanitarno – żywnościową nad nimi oraz planowe rozmieszczenie repatriantów i organizację ich osadnictwa, prowadzenie pomocy repatriantom w zakresie odbudowy ich warsztatów pracy oraz popieranie repatrianckich zrzeszeń i instytucji społecznych w kraju i za granicą.

W kilka miesięcy później PUR został podporządkowany Ministrowi Ziem Odzyskanych  i podlegał mu do 1949 r. kiedy to ustawą z dnia 11 stycznia 1949 r. zlikwidowano to ministerstwo, a PUR podporządkowano ponownie Ministrowi Administracji Publicznej.

Punkt Odżywczo – Sanitarny PUR w Oświęcimiu

Punkt Odżywczo-Sanitarny PUR (PO-S PUR) w Oświęcimiu utworzony został we wrześniu 1945 r. i podporządkowany został początkowo Powiatowemu Oddziałowi PUR w Białej Krakowskiej, a od połowy 1946 r. Powiatowemu Oddziałowi PUR w Chrzanowie.

Henryk Białożyt pamięta (patrz zdjęcie poniżej)

Henryk Białożyt pamięta (patrz zdjęcie poniżej)

Punkty odżywczo – sanitarne jako części składowe oddziałów powiatowych PUR  nie posiadały  rozbudowanego aparatu administracyjnego, a zadania przez nich wykonywane koncentrowały się na udzielaniu pomocy aprowizacyjnej oraz sanitarnej dla przemieszczanych transportów repatriantów i przesiedleńców. Przez  PO-S w Oświęcimiu do końca 1945 r. przemieszczały się głównie transporty z Polakami wysiedlanymi z terenów Rzeczypospolitej zajętych przez Związek Sowiecki oraz repatriantami z Zachodu, natomiast od połowy 1946 r. byli to głównie przesiedleńcy z terenów powiatów rzeszowskiego, nowosądeckiego, przemyskiego, gorlickiego, jasielskiego narodowości ukraińskiej, wysiedlani na tereny zachodniej Polski.  Po rozpoczęciu akcji „Wisła ” w kwietniu 1947 r. zwiększyła się ilość transportów z przesiedleńcami, którymi byli głównie Łemkowie.

Jeden z nieistniejących już dzisiaj baraków PUR PO-S w Oświęcimiu

Jeden z baraków PUR PO-S w Oświęcimiu

Likwidacja PUR PO-S w Oświęcimiu następowała stopniowo. Rozpoczęto ją 22 maja 1948 r. od likwidacji części obowiązku związanych ze sprawami sanitarnymi i od 26 maja istniał jako Punkt Odżywczy (PO) w Oświęcimiu z 4 osobową obsadą, który działał formalnie do 8 sierpnia 1948 r., kiedy to został zlikwidowany, a jego zadania przejęte zostały przez Powiatowy Oddział PUR w Krakowie. Ostateczna likwidacja działalności PUR PO-S w Oświęcimiu nastąpiła z końcem 1948 r.

Punkt Odżywczo-Sanitarny w Oświęcimiu w latach 1945-1948

Punkty odżywczo – sanitarne (PO-S)  Państwowego Urzędu Repatriacyjnego (PUR) po wojnie tworzone były głównie przy szlakach kolejowych, którymi przemieszczano repatriantów i osiedleńców. Niewątpliwie Oświęcim był takim miejscem  ponieważ położony jest niedaleko Śląska w rozwidleniu dwóch szlaków kolejowych prowadzących w stronę Krakowa. W Oświęcimiu istniała też infrastruktura potrzebna do zorganizowania takiego punktu.

PUR PO-S w Oświęcimiu mieścił się w dwóch barakach, które były usytuowane w pobliżu dworca kolejowego w Oświęcimiu (teren ten zajmuje dzisiaj nieczynny hotel „Glob”). W jednym z tych baraków mieściły się trzy biura, kuchnia i magazyn z darami UNRA (Organizacja Narodów Zjednoczonych do Spraw Pomocy i Odbudowy), natomiast w drugim ambulatorium, izba chorych z dwudziestoma łóżkami polowymi i magazyn żywnościowy. Personel tej placówki liczył dziesięć osób. Obok mogły się równocześnie zatrzymać cztery pociągi na torach szerokotorowych i jeden na torach, o normalnym odstępie kół, na który przeładowywano transporty przybyłe w pociągach szerokotorowych. Przeładunek nieraz trwał kilka dni. Pociągi przyjeżdżały m.in. z Kołomyi, Stanisławowa  i Tarnopola oraz z Rzeszowa  i Sanoka.

W latach 1945-1946 r. na stacji kolejowej w Oświęcimiu zatrzymywały się  liczne transporty z repatriantami i przesiedleńcami. W niektórych transportach byli repatrianci z Niemiec i Francji. W pozostałych repatrianci z Kresów i przesiedleńcy ze wschodnich ziem polskich. Wśród nich było wielu chorych, starców, inwalidów i matek z małymi dziećmi, którym społeczność oświęcimska śpieszyła z pomocą, przynosząc odzież i żywność dla dzieci.

W 1947 r. nadal były liczne transporty, którymi przewieziono około 20 tysięcy osób wraz z bydłem, końmi i trzodą chlewną. Byli to przesiedleńcy przywiezieni m.in. z Sanoka, Rzeszowa, Limanowej, Starego Sącza i Jasła oraz małe grupy repatriantów z Anglii, Francji, Niemiec oraz Węgier i Włoch. Repatrianci z Francji, to osoby, które wyemigrowały przed 1939 r., a wówczas powracały  z rodzinami do Polski. Nadal przybywały  także pociągi z repatriantami z Kresów,  np. transport ze Złoczowa.

Dodatkowo w ramach Akcji „Wisła” od maja do lipca 1947 r. przez węzeł kolejowy w Oświęcimiu przejechało 269 transportów z 77.052 osobami. Dworzec kolejowy Oświęcim stal się punktem filtracyjnym, gdzie wybierano z transportów podejrzanych o współpracę z Organizacją Ukraińskich Nacjonalistów – Ukraińską Powstańczą Armią (OUN-UPA), kierując ich bez wyroków do Centralnego Obozu Pracy „Jaworzno” lub do Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego (WUBP) w Krakowie dla przeprowadzenia doraźnego śledztwa.

Od sierpnia 1947 r. do PUR PO-S w Oświęcimiu nadal kierowane były jeszcze osoby narodowości ukraińskiej, głównie Łemkowie.  Na ten temat możemy przeczytać w piśmie PO-S  w Oświęcimiu z dnia 30 września 1947 r., skierowanym do PUR Oddział Kraków: „Z Akcji „W” nadchodzą sporadycznie indywidualne rodziny i pojedyncze osoby. Zdarzają się dość częste wypadki, że osoby te są przekazywane przez PUR – Powiatowe Oddziały z woj. Rzeszów, bez bliższych danych wyjazdu i numeru transportu, brak tych danych utrudnia dalsze skierowanie do Punktów Rozładunkowych. Są i także wypadki, że śmiertelnie chore osoby są przesyłane na PO-S w Oświęcimiu bez żadnych danych i te osoby Punkt skierowuje do szpitala, gdzie po paru dniach osoba umiera. (…) to miało miejsce z ob. Katarzyną Cholawską, ur. 15 grudnia 1933 r., odesłana do szpitala 3 września 1947 r., zmarła tam 26 września tegoż roku”

Potwierdzeniem powyższych stwierdzeń były wcześniejsze dwa zgony, które odnotowano w maju 1947 r.  W czasie jazdy transportu do Oświęcimia zmarł Jan Osmak, mający 76 lat, który pochodził ze wsi Olszanica, pow. Lesko. Ciało zmarłego zabrano z pociągu na stacji kolejowej w Oświęcimiu celem pogrzebania. Powodem śmierci miał być uwiąd starczy. W podobnych okolicznościach zmarła Anna Trefenko ze wsi Gaszowa, pow. Sanok, natomiast Rozalia Strzelec, ur. w 1875 r. w Bochuczu, pow. Przemyśl, zmarła po przyjeździe do Oświęcimia. Pochówkiem zmarłych zajęła się gmina Brzezinka.

Miały miejsce również tragiczne zdarzenia, np. 14 czerwca 1947 r. na stacji kolejowej w Oświęcimiu  poniósł śmierć pod kołami pociągu przez własną nieostrożność Wiktor Harywczak ze wsi Stawisza, pow. Gorlice, narodowości ukraińskiej, ur. w 1857 r., przywieziony transportem, który miał oznaczenie „R” nr 222.

nryk Białożyt pokazuje miejsce,  na którym znajdowały się baraki PUR w Oświęcimiu

Henryk Białożyt pokazuje miejsce, na którym znajdowały się baraki PUR PO-S w Oświęcimiu

Ponadto były wypadki przywożenia Łemków, którzy po ich wywiezieniu na Ziemie Zachodnie uciekali i wracali w swoje rodzinne strony, położone na terenie województwa nowosądeckiego. Tam aresztowali ich funkcjonariusze Urzędu Bezpieczeństwa (UB) z Nowego Sącza, a następnie dostarczali ich do PUR w Oświęcimiu celem odesłania ich z powrotem na Ziemie Zachodnie. Wspomniane UB przywoziło także do Oświęcimia nowosądeckich Łemków, którzy ukrywali się w swoich miejscowościach przed przesiedleniem na Ziemie Zachodnie.

Od stycznia do lipca 1948 r. z pomocy PUR PO-S w Oświęcimiu skorzystało około   650  osób, które odnotowano w 80 transportach. Byli to repatrianci z Kresów i z Zachodu, np. z Niemiec oraz przesiedleńcy przywiezieni m.in. z Limanowej, Nowego Sącza, Nowego Targu, Tymbarku, Rzeszowa i Przemyśla.

W PUR PO-S w Oświęcimiu pracowali wówczas m.in. Antoni Karabuła (kierownik), Maria Gretka, Maria Sikora i żyjący do dzisiaj Henryk Białożyt, repatriant z Landwarowa, województwo wileńskie.

W sierpniu 1948 r. odnotowano ostatni transport, składający się z dwóch wagonów, w którym znajdowało się 21 osób, w tym 5 dzieci oraz 6 krów. Byli to przesiedleńcy z terenów powiatu Limanowa.

W dniu 2 i 18 czerwca 1948 r. kierownik PUR PO-S w Oświęcimiu, Antoni Karabuła, zajmował się także podczas akcji wyjazdowej samochodem do Jaworzna-Szczakowej, wypłaceniem dwudziestu ośmiu doraźnych zapomóg pieniężnych oraz zaprowiantowaniem dla prawie stu osób narodowości ukraińskiej na pięć dni (chleb i konserwy), zwolnionych z tamtejszego Centralnego Obozu Pracy i następnie skierowanych na Ziemie Zachodnie i Północne.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 17 listopada 2015 r.

Brak komentarzy

Odnaleziona tablica z czasów istnienia KL Auschwitz

Marek Księżarczyk, prezes Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem, dokonał niezwykłego odkrycia. Jeden z mieszkańców wsi Brzezinka pokazał mu interesującą tablicę w języku niemieckim, która najprawdopodobniej w czasie wojny była umieszczona na dworcu towarowym w Oświęcimiu.

Było to torowisko między obozami Auschwitz i Birkenau, na które Niemcy kierowali liczne pociągi z późniejszymi ofiarami KL Auschwitz.

Od wiosny 1942 r. do połowy maja 1944 r. na tzw. „Judenrampe” niemieccy naziści przywieźli ponad pół miliona Żydów z całej Europy, a także kilkadziesiąt  tysięcy Polaków, głównie więźniów politycznych, Romów i przedstawicieli innych narodowości.

Wśród transportów żydowskich lekarze SS, na znajdującym się obok tego torowiska polu i pobliskiej drodze dokonywali selekcji, podczas których od 70 do 75 procent osób kierowali bezpośrednio na zagładę do pobliskich komór gazowych w KL Auschwitz II-Birkenau.

Warto przytoczyć w całości tłumaczenie tego niemieckiego obwieszczenia (Bekanntmachung), które widnieje na odnalezionej tablicy:

1. Wejście na teren pomieszczeń ekspedycji, szop towarowych, ulic załadunkowych i innych miejsc kolejowego dworca towarowego, w szczególności torów kolejowych, nieuprawnionym jest niedozwolone. Do nieuprawnionych należą także obsługujący kolej, którzy nie są zatrudnieni na terenie towarowym i na rampach.

2. Na terenie dworca, dziedzińców, ulic załadunkowych i dojazdowych, pojazdom wolno się poruszać w zwolnionym tempie. W czasie postoju wszystkie zwierzęta pociągowe należy wyprzęgnąć i trzymać za cugle lub uzdę w momencie przejazdu pociągów i pojedynczych lokomotyw. Wyjątkowo i za szczególnym pozwoleniem zarządu dworca lub odprawy ekspedycyjnej pojazdy można pozostawić na noc (dot. także tych przeznaczonych do przewozu bagażu podręcznego), należy je jednak wystarczająco oświetlić.

3. Pozostawienie przedmiotów na rampie wyładowczej bez zezwolenia jest zabronione.

4. Drobne towary można zabrać z szop towarowych tylko za wyraźnym pozwoleniem personelu nadzorczego.

5. Zatrzymanie się sprzedających na obszarze dworca bez zezwolenia jest zabronione.

6. Poruszanie się wagonów kolejowych jest dozwolone tylko za jednoznaczną zgodą urzędników kolejowych i pod ich nadzorem.

7. W przypadku gdyby jakichkolwiek ilości węgla, słomy itp. Spadły w czasie załadunku towaru na ziemię, należy je natychmiast zebrać i po zakończeniu załadunku przez spedytora załadować ponownie. Zbieranie węgla przez nieuprawnionych jest zabronione. Wyraźne naruszenie przepisów podlega karze zgodnie z par. … 7 i 82 … Zarządu Budowy Kolei.

Dyrekcja Zarządu Koleją Wschód.

Jest to jeszcze jedna tablica z czasów istnienia KL Auschwitz, którą dopiero teraz udało się odnaleźć. Wątpliwość jednak budzi, czy dworzec towarowy w Oświęcimiu podlegał administracyjnie Reichsbandirektion Osten, bo raczej powinien nim podczas okupacji hitlerowskiej zarządzać Reichsbandirektion Oppeln.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 13 listopada 2015 r.

Brak komentarzy

Tadeusz Sobolewicz (1925-2015)

W dniu swoich imienin, 28 października 2015 r., w wieku 90 lat, zmarł w Krakowie, były więzień KL Auschwitz, Tadeusz Sobolewicz, który urodził się w Poznaniu 25 marca 1925 r.

Za działalność konspiracyjną został aresztowany w 1941 r. i był więziony w KL Auschwitz (nr obozowy 23053), a następnie w innych obozach m.in. w Buchenwaldzie, Flossenbürgu i Mülsen, gdzie uległ ciężkiemu poparzeniu w czasie buntu więźniów. Wyzwolenia doczekał w maju 1945 r.

Jego ojca Stanisława, legionistę Józefa Piłsudskiego i majora Wojska Polskiego, również  więziono w KL Auschwitz (nr obozowy 23387), gdzie zginął 20 czerwca 1942 r.

Stanisław, ojciec Tadeusza Sobolewicza, zginął 20.06.1942 r.

Stanisław, ojciec Tadeusza Sobolewicza, zginął 20.06.1942 r.

Z kolei matka Anna była więźniarką KL Ravensbrück (nr obozowy 7256). Po wyzwoleniu  w maju 1945 r. powróciła do Polski.

Tadeusz Sobolewicz po wojnie przez ponad półtora roku przebywał  Niemczech. Kiedy wrócił do Polski, ukończył studia aktorskie, a następnie pracował w teatrach: Słowackiego w Krakowie, Współczesnym we Wrocławiu i Wyspiańskiego w Katowicach.

Tadeusz Sobolewicz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Tadeusz Sobolewicz, fot. obozowe gestapo

Był autorem licznych publikacji o tematyce obozowej, w tym książek „Wytrzymałem więc jestem” i „Mieć kogoś”.

Podczas wizyty Benedykta XVI w Muzeum Auschwitz-Birkenau, 28 maja 2006 r., Tadeusz Sobolewicz,  jako jeden z 32 byłych więźniów witał papieża przy Ścianie Straceń na dziedzińcu bloku 11. Ojciec Święty oddał tam hołd pomordowanym.

Tadeusz Sobolewicz na przestrzeni ostatnich lat wielokrotnie spotyjn0u0ukał śięz młodzieżą polską i niemiecką w Międzynarodowym Domu Spotkań Młodzieży oraz Centrum Dialogu i Modlitwy w Oświęcimiu. Praca edukacyjna, którą prowadził z młodymi ludźmi, przyczyniała się do porozumienia obydwóch narodów, za co osiem lat temu został uhonorowany Krzyżem Zasługi na Wstędze Republiki Federalnej Niemiec.

Uroczystości pogrzebowe odbyły się na Cmentarzu Rakowickim w Krakowie 5 listopada 2015 r.

Zobacz: „Wytrzymałem więc jestem”

Uroczystości pogrzebowe 5 listopada 2015 r.

Uczcili minutą ciszy …

Pogrzeb Tadeusza Sobolewicza

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 29 października 2015 r.

Brak komentarzy

Znowu sąsiedzi …

Kontrowersyjny publicysta prof. Jan Tomasz Gross, nieustannie zarzucający Polakom mordowanie Żydów podczas drugiej wojny światowej,  ostatnio  napisał w niemieckiej  gazecie   „Die Welt”: 

Polacy słusznie byli dumni z oporu, jaki stawiali nazistowskim okupantom, ale faktycznie podczas wojny zabili więcej Żydów niż Niemców.

ONR odpowiedzialny za Holocaust

Apel do prezydenta Andrzeja Dudy.

Obecnie Reduta Dobrego Imienia czyni starania, aby Janowi Tomaszowi Grossowi został odebrany Kawalerski Order Zasługi Rzeczypospolitej Polski, nadany mu przez ówczesnego Prezydenta RP,  Aleksandra Kwaśniewskiego, w 1996 r.

Z kolei prof. dr Jan Żaryn z Instytutu Pamięci Narodowej w Warszawie, który obecnie został wybrany senatorem z listy PiS-u,  powiedział:

Przede wszystkim sami jako naród po 1989 roku zostaliśmy bardzo mocno przećwiczeni, w sytuacji kiedy jeszcze nie przedyskutowaliśmy swojej historii po dziesięcioleciach PRL.

Prof. Jan Żaryn

Prof. Jan Żaryn

Namacalnym przykładem procesu ćwiczenia nas batem była książka Jana Tomasza Grossa pt. Sąsiedzi z zakłamaną treścią i zakłamaną interpretacją, która uderzyła w nas w momencie kiedy jeszcze nie odkryliśmy pamięci wspólnotowej, choćby fenomenu ratowania Żydów w czasie II wojny światowej.

Tygodnik „Newsweek” ostatnio reklamuje książkę „Miasta śmierci. Sąsiedzkie pogromy Żydów” autorstwa doktora filozofii Mirosława Tryczyka,  którą można już nabyć w księgarniach.

Autor przedstawia w niej rzekomo nieznane dotąd mordy, dokonane przez samych Polaków lub z ich udziałem nie tylko w Jedwabnem, ale też w ponad stu innych miastach i wsiach Podlasia,  zarówno po polskiej jak i obecnie białoruskiej stronie granicy.

W swoich badaniach opiera się – tak przynajmniej promowany jest w mediach – na materiałach „zgromadzonych w IPN, zeznań świadków zbrodni złożonych w śledztwach, materiałów radzieckich, niemieckich i instytutu Yad Vashem”. Można odnieść wrażenie, że odkrywana jest prawda o nowych faktach historycznych.

Autorowi tej pracy i jej czytelnikom warto przypomnieć, że przed wielu laty ukazały się dwa opracowania: dr. Szymona Datnera „Eksterminacja ludności żydowskiej w Okręgu Białostockim” i dr. Andrzeja Żbikowskiego „Lokalne pogromy Żydów w czerwcu i lipcu 1941 r. na wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej”. Obydwie prace zostały opublikowane na łamach „Biuletynu Żydowskiego Instytutu Historycznego”, wydawanego  w Warszawie.  Pierwszej z nich dr Mirosław Tryczyk nawet nie wymienił w bibliografii załączonej do swojej pracy, stanowiącej głownie zbiór różnych zeznań, w tym spisywanych przez oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa (UB), co do wiarygodności których można mieć liczne zastrzeżenia.

Z inspiracji Niemców

Przytaczam fragmenty tekstu dr. Szymona Datnera, który w latach 1944-1946 był dyrektorem oddziału białostockiego Centralnego Komitetu Żydów w Polsce. Tekst ten ukazał się na łamach wspomnianego „Biuletynu ŻIH” w 1966 r.:

„Pojęcie ‘Okręg Białostocki’ (Bialystoker Bezirk) zostało stworzone przez niemieckiego okupanta i było nazwą używaną do końca okupacji. (…) Wkraczaniu wojsk niemieckich do wielu miejscowości towarzyszyły okrutne i krwawe rzezie ludności żydowskiej. Niedobitki ocalałe z tych rzezi szukały schronienia w większych skupiskach. Tak np. do Łomży schroniły się niedobitki ocalałe z rzezi w m. Jedwabnem, dalej Żydzi z miast Miastkowo i Śniadów; do Knyszyna – uciekinierzy z rzezi w Szczuczynie, Radziwiłłowie, Trzciannem i Tykocinie (…).

Pierwsze masowe zbrodnie na ludności żydowskiej w Okręgu Białostockim były w większości wypadków najprawdopodobniej dziełem tzw. „grup operacyjnych”. (…) Niekiedy grając na najniższych instynktach, oddziały te organizowały wybuchy ‘gniewu ludu’, dostarczając przy tym broni, dając wskazówki, nie biorąc jednak same udziału w rzezi. Z reguły fotografowali rozgrywające się sceny, by mieć dowody, że Żydzi są znienawidzeni nie tylko przez Niemców. (…)

W Jasionówce, w czasie zajmowania miasta, żołnierze niemieccy razem z miejscową chuliganerią zorganizowali pogrom, którego ofiarą padły 74 ofiary. To samo wydarzyło się w Rajgrodzie, gdzie liczba ofiar wyniosła ok. 100 osób. W Kolnie elementy kryminalne ze wsi Czerwone i Ząbiele wykorzystały wkroczenie wojsk niemieckich dla urządzenia pogromu, którego ofiarą padło 30 osób. Gwałcono kobiety i rabowano mienie. W Goniądzu z rąk niemieckich i ich miejscowych wspólników zginęło 217 Żydów. W czasie pogromu w Szczuczynie padło 300 ofiar. (…) W lipcu 1941 r. Niemcy wymordowali ok. 800 Żydów z Zambrowa i ok. 2.000 w Łomży. Po (…) rzezi dokonanej w Wiznie, resztę Żydów Niemcy wygnali z miasteczka. Większość zbiegła do Jedwabnego, gdzie wkrótce wraz z wszystkimi Żydami padli ofiarą straszliwej masakry. (…)

Do zbrodni na tych obszarach Niemcy przyciągnęli męty spośród miejscowej ludności oraz tzw. granatową policję. Było to zjawisko raczej rzadkie w dziejach okupowanej Polski, jak również na pozostałych obszarach Okręgu Białostockiego, gdzie ludność miejscowa – zarówno Polacy, jak i Białorusini – nie dała się obałamucić niemieckiej prowokacji. (…)

Jako pierwsze padło ofiarą miasteczko Wąsosz (pow. grajewski), gdzie z wyjątkiem 15 Żydów, którzy zdążyli się ukryć, wymordowano okrutnie wszystkich pozostałych w liczbie ponad 1.000 ludzi. Zdarzyło to się 5 lipca 1941 r.

Zbrodnia ta otwarła serię innych w tymże rejonie. Nie ulega wątpliwości, że były one wszystkie inspirowane przez jedno i to samo ‘Einsatzkommando’, jeżdżące z osiedla do osiedla i podjudzające do zbrodni. Tam, gdzie Niemcy nie znaleźli powolnych wykonawców, tam krwawego dzieła dokonywali sami. Stwierdzono udział w zbrodniach przestępców, którym wojna otworzyła wrota więzienne lub też zażartych faszystów i elementów aspołecznych.

Dnia 7 lipca 1941 r. spalono żywcem zamkniętych w stodole niemal wszystkich Żydów miasteczka Radziłów (pow. Grajewo). Dn. 11 lipca [Datner myli się, 10 lipca - dop. A.C.] zginęło w ten sam okrutny sposób ok. 1500 mieszkańców m. Jedwabne, wśród nich uciekinierzy z uprzednich pogromów, np. w Wiznie (…).

Jeśli chodzi o odpowiedzialność prawną – w rozumieniu prawa międzynarodowego – to za wszystkie wymienione wyżej zbrodnie, popełnione do 1 sierpnia 1941 r., bezpośrednią odpowiedzialność ponosi Wehrmacht (administracja wojskowa), a po tym okresie władza cywilna (E. Koch i jego administracja) i podległe jej formacje policyjne”.

Spore wątpliwości

Ponad ćwierć wieku później ukazał się również na łamach „Biuletynu ŻIH” artykuł dr. Andrzeja Żbikowskiego, zatytułowany „Lokalne pogromy Żydów w czerwcu i lipcu 1941 r. na wschodnich rubieżach II Rzeczypospolitej”. Autor tego tekstu – opublikowanego w 1992 r. – słusznie przyznaje, że o sytuacji na Kresach wschodnich w latach 1939-1941 „skrótowo i w sposób generalizujący można powiedzieć, iż znaczny wzrost napięcia w nienajlepszych od połowy lat trzydziestych stosunkach polsko-żydowskich przyniosły dwa zjawiska: 1. powszechny entuzjazm ludności żydowskiej dla zajmujących polskie tereny wschodnie wojsk sowieckich, w oczywisty sposób niezrozumiały dla Polaków i uznawany za dowód zdrady polskiego państwa; 2. duża reprezentacja osób pochodzenia żydowskiego w sowieckim okupacyjnym aparacie państwowym oraz częste nadużywanie tych stanowisk na niekorzyść przedstawicieli innych nacji”.

Dalej w swoim opracowaniu dr Andrzej Żbikowski pisze: „W bogatych materiałach wspomnieniowych w Archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego natrafiłem na bardzo niewiele informacji o krwawych pogromach poza terenami zamieszkanymi przez Ukraińców. Pogrom litewski w Kownie jest znany z literatury, rezygnuję więc z jego relacjonowania. O pogromie w Radziwiłowie koło Grajewa oraz o krwawych zajściach w sąsiednim Wąsoszu i Jedwabnem informuje jedynie relacja Menachema Finkielsztejna. Składał ją przed urzędnikami Komitetu Żydowskiego w Białymstoku w 1945 r. kilkakrotnie. Zapis wywiadu jest dosyć zniekształconym tłumaczeniem z języka jidisz. Całość zeznań Finkielsztejna jest wyraźnym doniesieniem na kilku czy też kilkunastu Polaków z Radziłowa, pomagających Niemcom w poszukiwaniu miejscowych komunistów i komsomolców. Osoby te zostały podobno przez Niemców uzbrojone i przez trzy dni terroryzowały całe miasteczko. Wiele danych przytoczonych przez autora relacji, przede wszystkim liczba ofiar pogromu (1.500 osób), budzi spore wątpliwości. Informacje dotyczące Jedwabnego są równie mało dokładne”.

Bez komentarza

Jan Tomasz Gross i Mirosław Tryczyk (z prawej)

Jan Tomasz Gross i Mirosław Tryczyk (z prawej)

Podobnie jak prof. Jan Tomasz Gross, który ostanio znieważył naród polski w swoim artykule, opublikowanym na  łamach internetowej wersji  niemieckiego dziennika „Die Welt”,  dr Mirosław Tryczyk nie jest z wykształcenia historykiem. Dotychczas znany był przede wszystkim ze swoich wystąpień medialnych jako zwolennik  lewicowych partii (np. Twojego Ruchu Janusza Palikota) oraz środowisk homoseksualnych.

O książce dr. Mirosława Tryczyka pozytywnie wypowiada się znany socjolog, fizozof i eseista, prof. Zygmunt Bauman, mający nieciekawą przeszłość z okresu stalinowskiego w Polsce: Mirosław Tryczyk stworzył dzieło wielkie, jakie daremnie czekało od wielodziesięciu lat na historyków zdolnych a chętnych się jego podjąć. Wielkie: bowiem doniosłe dla przywrócenia świadomości narodowej wiedzy o przeszłości, której brak ciąży na jej teraźniejszości, a przyszłości gorzej jeszcze jej przedłużająca się nieobecność wróży. (…).
Zygmunt Bauman,  Profesor emerytowany Leedskiego Uniwersytetu.

Zobacz:

Przyczynek do dyskusji o Jedwabnem

Jan Tomasz Gross pod lupą prokuratury za oszczerstwa wobec Polaków

Odebrać Grossowi Krzyż Kawalerski. Podpisz petycję !

Adam Cyra

Oświęcim, dnia  12 października 2015 r.

Brak komentarzy

Nieśli pomoc więźniom Żydom z Sonderkommando

W dniu 7 października 1944 roku – siedemdziesiąt jeden lat temu – wybuchło w KL Auschwitz II – Birkenau tragicznie zakończone powstanie więźniów z Sonderkommando, specjalnej grupy roboczej Żydów palących ciała zamordowanych  w dołach spaleniskowych i krematoriach Brzezinki. Podpalili oni i poważnie uszkodzili jedno z nich oraz zaatakowali przebywających w pobliżu esesmanów. Niektórym udało się wydostać za druty obozu, lecz podczas pościgu wszyscy zostali otoczeni przez esesmanów i zamordowani. Podczas walki i próby ucieczki oraz w wyniku późniejszych represji zginęło około 450 Żydów, w tym przywódcy buntu, m.in. Załmen Gradowski i Józef Deresiński. Zabito trzech esesmanów i kilkunastu z nich raniono.

Z okazji tej rocznicy ukazała się książka „Zagłada w pamięci więźniów Sonderkommando”,  której autorem jest Piotr M. A. Cywiński.

Do walki mieli się włączyć inni więźniowie KL Auschwitz-Birkenau. Stąd też obozowy ruch oporu starał się wcześniej pomóc więźniom z Sonderkommando, ułatwiając im zdobycie prochu, który później, podczas wspomnianego buntu, Żydzi wykorzystali do zniszczenia krematorium nr IV.

Na ten temat interesujące szczegóły znalazłem w powojennej relacji Leona Szwenglera (nr obozowy 1125), który za kontakty z czterema więźniarkami Żydówkami, wykradającymi proch z zakładów Union Werke, był po buncie Sonderkommando więziony w bunkrach bloku nr 11.

Ocalał dzięki temu, że więziona również w tym bloku jedna z tych czterech polskich Żydówek – Estera Wajcblum (nr obozowy 48149), z którą utrzymywał wspomniane kontakty, nie wydała go, wykazując się bohaterską postawą podczas śledztwa połączonego z torturami, prowadzonego przez obozowego gestapo.

Ich bohaterstwu jest poświęcona  tablica pamiątkowa na terenie byłego obozu macierzystego w Oświęcimiu, umieszczona na murze bloku nr 27, we wnętrzu którego znajduje się izraelska wystawa narodowa, zatytułowana „Szoa”.

Leon Szwengler tak wspomina w swojej relacji potajemną współpracę z tymi więźniarkami:

Pracowałem jako murarz przy budowie baraków przeznaczonych na magazyny. Idąc do pracy, przechodziliśmy obok zakładów Union-Werke. Nawiązaliśmy kontakt z kobietami pracującymi w tych zakładach. Pamiętam imię młodej Żydówki z Warszawy – Estera. (…) Od organizacji przez Bernarda Świerczynę otrzymałem polecenie przenoszenia do obozu prochu wyrabianego w Union-Werke. Estera również była członkiem Ruchu Oporu. Miała mi dostarczać proch z zakładów. W umówionym miejscu pod parkanem chowała dla mnie paczuszki z prochem. Początkowo zapakowany był w papier, a później w małej buteleczce od lekarstw. Z kolei ja podawałem paczuszkę młodym Rosjanom, którzy ze mną pracowali w komandzie i oni przenosili ją do obozu, gdzie proch oddawaliśmy Żydom, a ci dostarczali go członkom Sonderkommando w Brzezince. (…) Taki stan trwał dwa miesiące. Przez ten okres czasu dostarczyliśmy do obozu pół kilograma prochu. Więźniowie robili z niego petardy, gdyż Sonderkommando przygotowywało się do powstania.

Z dalszej  części relacji Leona Szwenglera wynika, że uczestniczył on w przekazywaniu materiału wybuchowego dla Sonderkommando z polecenia Bernarda Świerczyny (nr 1393) – członka kierownictwa polskiej konspiracji wojskowej w KL Auschwitz (Rada Wojskowa Oświęcim), który wcześniej współpracował sekretnie z Witoldem Pileckim przed jego ucieczką z obozu. Stąd można sądzić, że polskiej konspiracji więźniarskiej znane były plany konspiracji żydowskiej odnośnie buntu Sonderkommando i współdziałała z nią w jego przygotowaniach.

Niezwykle zasłużony w działalności obozowego ruchu oporu Bernard Świerczyna został aresztowany przez obozowe gestapo po nieudanej próbie ucieczki z obozu 27 października 1944 roku i powieszony w publicznej egzekucji 30 grudnia tegoż roku w obozie macierzystym w Oświęcimiu.

Powszechne powstanie więźniów KL Auschwitz jesienią 1944 roku doprowadziłoby do uratowania się najwyżej niewielkiej grupy spośród nich. Siły Okręgu Śląskiego AK oraz  konspiracji wojskowej w KL Auschwitz były za słabe nawet, żeby pospieszyć ze skuteczną pomocą Żydom z Sonderkommando.

Ponadto pomoc taka mogła zakończyć się nieobliczalnymi konsekwencjami dla pozostałych więźniów KL Auschwitz oraz ich ogólną masakrą, o czym pisze w mojej książce  „Spadochroniarz „Urban”, Oświęcim 2005.

Szczegóły związane z bohaterskim zrywem żydowskich więźniów z Sonderkommando przypomina również  na swoim blogu Bohdan Piętka w okolicznościowym artykule,  zatytułowanym „Bunt Sonderkommando”.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 7 października 2015 r.

Brak komentarzy

75. rocznica przwiezienia rotmistrza Witolda Pileckiego oraz Antoniego Kocjana do obozu Auschwitz: Człowiek, który ujawnił tajną broń Hitlera

Znany dziennikarz radiowy i telewizyjny Krzysztof  Ziemiec napisał:

„Trzeba docenić starania płynące z serca, nawet jeśli efekt nie jest na miarę Oscara.

Lubię to, co nieznane. Ale wiem, że nie jest to normą. Normą za to jest coraz powszechniejsze krytykowanie czegoś „z definicji”. Że nie nasze, że wrogie, że nie służy sprawie, tzn. naszej sprawie, bo inne się nie liczą!

Słabe to, ale utwierdzam się w przekonaniu, że coraz bardziej powszechne. Oto na dzień przed premierą trafiłem na recenzję filmu „Pilecki”. Zaczyna się takimi słowami w tytule: „Świetlicowa pulpa patriotyczna”. Słabe? Na miarę dawnej „Trybuny Ludu”, ale to współczesny, jeden z chętnie czytanych portali. Autor (pewnie bardzo młody – nie żebym nie cenił młodych, ale przez to niedoświadczony, także historycznie) pisze dalej: „W modnym ostatnio nad Wisłą nurcie niskobudżetowych para-dokumentalnych biografii bohaterów narodowych sporo się dzieje: swoich filmów, w takiej czy innej formie, doczekali się już m.in. Krzysztof Kamil Baczyński, Jan Paweł II i bohaterowie Powstania Warszawskiego. W kolejce stoją już kolejni – zasłużeni, wielcy, zapomniani. Na początek: rotmistrz Witold Pilecki, żołnierz Armii Krajowej, więzień i organizator ruchu oporu w Auschwitz”.

Z kolei  Jan Kołakowski twierdzi:

„Uważam, że film jest godny polecenia – zwłaszcza młodemu pokoleniu, które dzięki niemu wzbogaci swoją wiedzę. Widzowie chyba też są tego zdania, bo na seanse wciąż przychodzi relatywnie sporo osób – nawet w dzień powszedni. Duża część z nich przynosi ze sobą patriotyczne emblematy: bluzy, szaliki, koszulki.

Z całą pewnością nie zgodzę się z poglądem reprezentowanym przez jednego z recenzentów z Wirtualnej Polski (głosem zresztą dość odosobnionym), że „Pilecki” to „świetlicowa patriotyczna pulpa”. Nie dostrzegam w tej produkcji kiczu „quasi-natchnionej hagiografii”. Wręcz przeciwnie – twórcom udało się uniknąć patetycznego kaznodziejstwa. Nie dostrzega się też rzekomej „taniej cyfrowej obróbki” – jak pisałem, od strony wizualnej film zrobiony jest nieźle. Zwłaszcza jak na tak skromny budżet”.

Zobacz: Niechciany Pilecki – Idziemy

Wielki powrót Witolda Pileckiego

—————————————————————————————————————————————–

Film o rotmistrzu Witoldzie Pileckim wszedł na ekrany kin w Polsce.

Prezydent Andrzej Duda na pokazie filmu „Pilecki” powiedział: „Rotmistrz Witold Pilecki, to największy przykład niezłomności”.

Siedemdziesiąt pięć lat temu, w drugim transporcie warszawskim, który przybył do KL Auschwitz w nocy z 21 na 22 września 1940 r., razem z rotmistrzem Pileckim do obozu został przywieziony Antoni Kocjan i niedawno zmarły Władysław Bartoszewski.

Zobacz: przemówienie prezydenta Andrzeja Dudy – premiera filmu „Pilecki”

Mnie najbardziej interesował Pilecki jako człowiek

Recenzja filmu „Pilecki”

——————————————————————————————————————————————– Polscy emigranci mieszkający w Wielkiej Brytanii uczcili 75. rocznicę bitwy o Anglię. 15 września 2015 r. w Londynie odbyła się manifestacja upamiętniająca bohaterskich lotników z Dywizjonu 303.

Zadaję sobie pytanie, a kiedy upamiętniony w Londynie zostanie Antoni Kocjan, który w dużej mierze ocalił to miasto przed zniszczeniem podczas drugiej wojny światowej i kiedy o Nim powstanie film ?

Zobacz: Człowiek, który zatrzymał rakiety

Antoni Kocjan – w cieniu polskich bohaterów drugiej wojny światowej

V-2 – „cudowna broń” Hitlera rozgryziona przez Polaków

——————————————————————————————————————————————–

W dniu 29 sierpnia 2015 r. z Oświęcimia wyruszył Rajd Motorowy, którego uczestnikami byli motocykliści z Gentlemen’s Club Oświęcim.

Celem Rajdu, zorganizowanego w 71. rocznicę śmierci Antoniego Kocjana i w 75. rocznicę przywiezienia go do KL Auschwitz, było uczczenie pamięci tego bohaterskiego olkuszanina, dzięki któremu ujawniona została   nowa broń niemiecka V-1 i V-2.

Członkowie wspomnianego Klubu Motocyklowego w rodzinnej chacie Kocjana, usytuowanej obecnie u podnóża zamku w Rabsztynie, złożyli wieniec z biało-czerwonymi szarfami, na których znajdują się napisy: „Pamięci Antoniego Kocjana” oraz Motocykliści „Gentlemen’s Club” Oświęcim.

Po złożeniu kwiatów  motocykliści z Oświęcimia zostali oprowadzeni po zamku,  z  zainteresowaniem słuchając objaśnień Jacka Sypienia, prezesa Stowarzyszenia Zamek Rabsztyn, na temat jego kilkuwiekowej historii.

Wiosną przyszłego roku członkowie oświecimskiego  klubu motocyklowego  zamierzają zorganizować rajd szlakiem ucieczki rotmistrza Witolda Pileckiego z KL Auschwitz do Nowego Wiśnicza.

Moment składania wieńca  filmowali działacze

Klubu Historycznego im. Armii Krajowej z  Olkusza.

Zobacz reportaż:

M o t o c y k l i ś c i   i   h i s t o r i a

——————————————————————————————————————————————

W ramach Europejskich Dni Dziedzictwa „Utracone Dziedzictwo” 19 i 20 września 2015 r. można było bezpłatnie zwiedzać „Chatę Kocjana” w Rabsztynie.

Zwiedzający mieli okazję zobaczyć wnętrza zrekonstruowanego drewnianego domu z połowy XIX wieku, w którym urodził się Antoni Kocjan. Na wystawie można zobaczyć fotografie i dokumenty związane z Nim, modele szybowców oraz film o Antonim Kocjanie.

W ‘Chacie Kocjana” znajduje się także ciekawa ekspozycja etnograficzna.

——————————————————————————————————————————————–

O Antonim Kocjanie pisze angielski historyk Dawid G. Williamson w przetłumaczonej na język polski i wydanej w tym roku  książce „Polski Ruch Oporu 1939-1947″.

Pierwszymi ludźmi, mającymi w swych rękach Wunderwaffe, byli poza Niemcami, Polacy – twierdzi  Michał Wojewódzki, autor książki „Akcja V-1, V-2″, w której pisze m.in. o przejęcia rakiety V-2 przez polski wywiad Armii Krajowej.

————————————————————

Było to 18 stycznia 1945 r., kiedy w domu mojego dziadka Stanisław Kocjana, mieszkającego na obrzeżach Olkusza, zakwaterowało się dowództwo jednego z oddziałów Wehrmachtu, wycofującego się pod naporem żołnierzy Armii Czerwonej.

Wieczorem w następnym dniu niemieccy oficerowie wyszli przed dom mojego dziadka i zaprosili jego mieszkańców, w tym moją matkę oraz jej siostrę i brata, aby wspólnie obserwowali niebo, bo za chwilę Wunderwaffe, czyli najprawdopodobniej rakiety, polecą w kierunku „Iwana”. Na niebie nie pojawiła się jednak żadna „cudowna broń” i jeszcze nad ranem tej samej nocy Niemcy uciekli opuszczając Olkusz, który został wyzwolony 20 stycznia 1945 r.

Fragment strony tytułowej broszury z tekstem Jacka Sypienia, wydanej przez Miejski Ośrodek Kultury w Olkuszu

Fragment strony tytułowej broszury z tekstem Jacka Sypienia, wydanej przez Miejski Ośrodek Kultury w Olkuszu w 2015 r.

Żaden z oficerów niemieckich, chcących w tą pamiętną noc oglądać pokaz Wunderwaffe, nie zdawał sobie wówczas sprawy z tego, że zaledwie 1,5 km od domu mojego dziadka, znajduje się rodzinna drewniana chata olkuszanina, który podczas drugiej wojny światowej powstrzymał niemieckie rakiety.

 

 

 

Dzisiaj koniecznie powinniśmy  przypominać nie tylko Polakom, lecz również światu  o dokonaniach Antoniego Kocjana, pochodzącego ze Skalskiego (obecnie w granicach miasta Olkusza), który swoimi  wybitnymi uzdolnieniami technicznymi i prowadzoną przez siebie działalnością wywiadowczą w ramach struktur Armii Krajowej niewątpliwie przyczynił się do wygrania przez aliantów drugiej wojny światowej.

Marginalizacja tragicznych losów Polaków podczas drugiej wojny światowej wpłynęła na zniekształcony obraz historii Polski na Zachodzie, gdzie praktycznie Antoni Kocjan obecnie jest zupełnie zapomniany.

Najlepszą popularyzacją jego  postaci i niezwykłych dokonań może być film dokumentalny, który powinien powstać jak najszybciej. Dzisiaj rzadko bowiem również w Polsce wspominamy Antoniego Kocjana, który zadał hitlerowcom cios niezwykle dotkliwy, a zdaniem wielu też decydujący o wyniku wojny oraz uratowaniu Londynu przed zniszczeniem latającymi bombami V-1 i rakietami V-2.

Niestety dzisiaj, Polski Instytut Sztuki Filmowej przekazuje środki finansowe na powstawanie takich filmów jak „Pokłosie” czy „Ida”, natomiast zapewne nie przejawi zainteresowania powstaniem filmu o Antonim Kocjanie, a przecież jak napisał na swoim blogu Bohdan Piętka„Nikt na świecie nie upomni się o sprawy polskie, jeśli samym Polakom na nich nie zależy”.

Przed laty postać Antoniego Kocjana została pokazana w filmie fabularnym „They Saved London” (Oni ocalili Londyn) w reżyserii Vernona Sewella, produkcja amerykańsko-angielska z 1958 r. Film ten  stanowił ekranizację powieści brytyjskiego autora Bernarda Newmana o tym samym tytule,  wydanej trzy lata wcześniej. Jej autor był również współscenarzystą wspomnianego filmu.

Z kolei w Niemieckiej Republice Demokratycznej w 1967 r. powstał film fabularny „Die Gefrorenen Blitze” (Zamrożone błyskawice), w którym pokazano trud polskiego wywiadu z lat wojny, zbierającego informacje o nowoczesnym niemieckim uzbrojeniu „V”, którego ośrodek znajdowal się  w Peenemünde. W filmie tym przedstawiono także jak po zbombardowaniu tego ośrodka przez lotnictwo angielskie w sierpniu 1943 r. udało się członkom polskiego ruchu oporu w następnym roku dostarczyć do Wielkiej Brytanii części rakiety V-2.

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Antoni Kocjan, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

W 2015 roku przypada 71. rocznica aresztowania i śmierci Antoniego Kocjana – wybitnego konstruktora, więźnia obozu Auschwitz, a jednocześnie konspiratora, który przekazał aliantom informacje o poligonie niemieckiej superbroni V w Peenemünde.

W dniu 19 września 1940 r. Antoni Kocjan został zatrzymany podczas drugiej wielkiej łapanki ulicznej w Warszawie i osadzony na Pawiaku, skąd w nocy z 21 na 22 września przywieziono go do KL Auschwitz w transporcie, który liczył 1705 więźniów. Razem z nim do obozu przywieziono wówczas rtm. Witolda Pileckiego (nr 4859) i znanego ze swojej powojennej działalności, niedawno zmarłego Władysława Bartoszewskiego (nr 4427).

Zachowało się oryginalne zwolnienie Antoniego Kocjana z obozu, datowane 22 maja 1941 r. i osiem jego oryginalnych listów obozowych (w tym siedem z kopertami), pisanych z KL Auschwitz do żony Elżbiety Kocjanowej, która zmarła w 1985 r. Jej córka Anuncjata Imstepf przekazała te dokumenty wraz z wieloma innymi do Muzeum Lotnictwa w Krakowie (proszę kliknąć).

Jeden z tych listów obozowych oraz zwolnienie Antoniego Kocjana z KL Auschwitz (kopie) są wyeksponowane na wystawie w „chacie Kocjana, zrekonstruowanej u podnóża ruin zamku w Rabsztynie, o której pisze poniżej.

Blok nr 10 a (później nr 8 a)

Blok 10 a (później 8 a). Fot. Adam Cyra

Antoni Kocjan pracował w obozowej ślusarni. Przebywał w bloku nr 10 a (później numer 8 a). Zwolniono go z KL Auschwitz 22 maja 1941 r., dzięki staraniom jego znajomych z Warszawy i technicznej firmy niemieckiej „Techno-Service”, w której pracował przed aresztowaniem.

Po zwolnieniu ponownie podjął pracę we wspomnianej firmie niemieckiej jako zaopatrzeniowiec. We wrześniu 1941 r. wrócił do działalności konspiracyjnej w ZWZ/AK.

Nieliczni konstruktorzy lotniczy pozostali w Warszawie i dlatego umiejętności Kocjana były szczególnie ważne dla wywiadu przemysłowego AK. Podjął się tego zadania, zostając szefem Referatu Lotniczego, działającego w strukturach tzw. Biura Studiów Przemysłowo-Godpodarczych.

W latach 1943-1944 pod kierunkiem Antoniego Kocjana polski wywiad  rozszyfrował tajemnice niemieckich bomb latających V-1 i rakiet dalekiego zasięgu V-2. Próby z tymi nowymi broniami prowadzone były we wspomnianym Peenemünde na wyspie Uznam koło Szczecina.

W lipcu 1943 r. Adolf Hitler powiedział, że V-2 rozstrzygnie o losach wojny i i wyznaczył koniec tegoż roku jako termin zrównania Londynu z ziemią.

Dzięki przekazanym informacjom wywiadowczym Anglicy zbombardowali bazę w Peenemünde w sierpniu 1943 r. Spowodowało to, że niemiecki program użycia tych broni został opóźniony o pół roku, co umożliwiło aliantom inwazję na Francję 6 czerwca 1944 r., a Londyn uratowało od wielokrotnie większego zniszczenia

W dniu 20 maja 1944 r. nad brzegiem Bugu koło wsi Klimczyce w okolicach Sarnak spadła rakieta V-2, którą udało się zamaskować żołnierzom AK. Zdobycie rakiety i dostarczenie jej do Warszawy zbiegło się z aresztowaniem Kocjana, z powodu wykrycia drukarni tajnych wydawnictw wojskowych AK, mieszczących się w spalonych przedwojennych warsztatach szybowcowych Kocjana na skraju Pola Mokotowskiego.

Pół wieku później odsłonięto pomnik w Sarnakach  z napisem „Oni ocalili Londyn. They saved London. Uczestnikom operacji V-2.  Sarnaki 1995”.

Zwolnienie Antoniego Kocjana z KL Auschwitz 22.05.1941 r.

Zwolnienie Antoniego Kocjana z KL Auschwitz 22.05.1941 r.

 

W dniu 1 czerwca 1944 r. Kocjan został ponownie ujęty.     Do wpadki doszło z powodu wykrycia drukarni tajnych wydawnictw wojskowych AK, mieszczących się w piwnicach przedwojennych spalonych warsztatów szybowcowych Kocjana na skraju Pola Mokotowskiego.

W zaistniałej sytuacji kurierem został Jerzy Chmielewski, zwolniony również z KL Auschwitz, były szef Biura Studiów Przemysłowo-Gospodarczych. Części V-2 załadowano do dwóch stalowych butli tlenowych.  Następnie raport na temat broni oraz butle przetransportowano pod Tarnów,  gdzie znajdowało się lądowisko.

Pomnik na miejcu lądowiska pod Tarnowem

Pomnik na miejcu lądowiska pod Tarnowem

Przed wspomnianym aresztowaniem Antoni Kocjan zdążył opracować zasady konstrukcji, mechanizm sterowania oraz dane taktyczno-techniczne rakiety V-2, wykonując własnoręcznie rysunki do tej analizy.

W nocy z 25 na 26 lipca po cenny ładunek przyleciał samolot z Brindisi. Przez Włochy Chmielewski trafił do Londynu. Tam przekazał raport i części rakiety Oddziałowi VI Sztabu Wodza Naczelnego. Brytyjczycy wprawdzie nie mieli szans przeciwstawić się naddźwiękowej prędkości V-2, ale poznali przynajmniej, co im zagraża. Zrozumieli, że muszą niemieckie wyrzutnie rakietowe zwalczać na wszelkie możliwe sposoby. A pierwsze rakiety V-2 spadły na Londyn już 9 września 1944 r.  Zdobyte i dostarczone do Wielkiej Brytanii jej części  uznano za największą sensację wojny.

Wyrzutnia rakiet V-2

Wyrzutnia rakiet V-2

Ponieważ aresztowanie Kocjana nie mało nic wspólnego z jego działalnością wywiadowczą, lecz jedynie z wykryciem tajnej drukarni wojskowej, próbował się bronić. Argumentował, że nie miał z tą sprawą nic wspólnego. 12 lipca 1944 r. z Pawiaka została wypuszczona jego żona Elżbieta Kocjanowa. Antoni również miał być zwolniony. Niestety, w ostatniej chwili zdradziła go łączniczka AK. Poinformowała gestapowców o jego udziale w konspiracyjnej produkcji granatów. To przesądziło o jego losie.

Skatowanego Kocjana, niesionego na egzekucję na noszach, rozstrzelano w grupie ostatnich więźniów Pawiaka 13 sierpnia 1944 r. Miejsce, w którym został pochowany, pozostaje niewiadomą. Rozkazem gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, wydanym pod koniec powstania warszawskiego, za swoje niezwykłe zasługi Antoni Kocjan został odznaczony Krzyżem Orderu Virtuti Militari V klasy.

Po zakończeniu drugiej wojny światowej V-1 i V-2 dały początek amerykańskim programom rakietowym i lotom kosmicznym na księżyc. Za sukcesami w tej dziedzinie stał Werner von Braun, konstruktor hitlerowskich rakiet. Z nim nierówną walkę w prowadził Antoni Kocjan, który z podolkuskiej drewnianej chaty wyruszył na wojnę z niemiecką, niezwykle groźną nową bronią V.

Figura Maryi, widoczna na zdjęciu znajduje się przy ul. Jasnej w Olkuszu. Na zdjęciu, zaraz za figurą, widzimy drewnianą,  chatę, która obecnie została przeniesiona do pobliskiego Rabsztyna. To w niej,  12 sierpnia 1902 r.  urodził się Antoni Kocjan. Wioska Skalskie, wchodząca obecnie w skład Olkusza, była typową małopolską miejscowością, której mieszkańcy utrzymywali się głównie z rolnictwa. Rodzina bohatera drugiej wojny światowej była  bogata w wiarę i patriotyczne tradycje.

Pomnik przed Politechniką Warszawską

Pomnik przed Politechniką Warszawską

W 1991 roku przed gmachem Wydziału Elektroniki Politechniki Warszawskiej odsłonięto pomnik z napisem: „Siłą nauki polskiej i odwagą społeczeństwa w akcji Armii Krajowej w latach 1942-1944 wykryto tajemnicę V1 i V2, przyczyniając się do zwycięstwa w II wojnie światowej” oraz  „Kierownicy Akcji: Antoni Kocjan, Stefan Waciórski, Grupa wywiadowcza Lombard,  Profesorowie  Politechniki  Warszawskiej  Janusz   Groszkowski,  Bohdan  Stefanowski, Marceli  Struszyński,  Józef Zawadzki”.

W ramach prac rewitalizacyjnych ruin zamku w Rabsztynie koło Olkusza, u jego stóp została zrekonstruowana  zabytkowa  chata rodzinna Antoniego Kocjana, która obecnie jest już dostępna do zwiedzania.

Stowarzyszenie Zamek Rabsztyn zoorganizowało 29 – 30 sierpnia 2015 r. XII turniej rycerski na zamku w Rabsztynie (Rabsztyn, woj. małopolskie) , przy okazji można było zwiedzić „chatę Kocjana”.

W latach 1970, 1972, 1975 i 1984 opublikowano cztery wydania książki Michała Wojewódzkiego „Akcja V-1 i V-2”. W 1972 r.  ukazała się książka Bohdana Arcta „Polacy z walce z bronią V”. W 1977 r. Józef Garliński wydał w Londynie „Ostatnią broń Hitlera”. Po odnalezieni kompletu meldunków Biura Studiów Przemysłowych KG AK opublikowana została w 2000 r. książka Andrzeja Glassa, Sławomira  Kordaczuka i Danuty Stępniewskiej „Wywiad Armii Krajowej w walce z V-1 i V-2” oraz „Meldunki Miesięczne wywiadu przemysłowego KG ZWZ/AK 1941-1944”.  Ukazało się też szereg artykułów poświęconych bądź akcji w Sarnakach, bądź  o poligonie Blizna, czy akcji III Most.  Tematyka akcji V-1 i V-2 jest również zawarta w książce Halszki Szołdrskiej „Lotnictwo Armii Krajowej”  z 1998 r. Ponadto  Muzeum Lotnictwa w Krakowie wydało w 2002 r. książkę Andrzeja Glassa „Antoni Kocjan szybowce i walka z bronią „V”.

W 1997 r.  Zespół Szkół nr 3 w Olkuszu otrzymał imię Antoniego Kocjana. Czytaj więcej …

 

 

 

 

 

 

Zobacz: Chcą nakręcić film o Kocjanie

Adam Cyra

Oświęcim, 2.08. 2015 r.

1 komentarz

„Musiał być zlikwidowany”

Jerzy Rawicz opisał jego losy w książce zatytułowanej „Kariera szambelana”, wydanej w 1971 r.

Stefan Eugeniusz Ołpiński urodził się 1 stycznia 1898 r. w Tarnowie. Był wnukiem powstańca styczniowego z 1863 r. Kazimierza Ołpińskiego i synem Leona Ołpińskiego, z zawodu krawca.  W rok po jego urodzeniu rodzice przenieśli się do Sanoka, gdzie później rozpoczął naukę szkolną. Matka Stefana, bardzo pobożna Wiktoria z Jękotów, chciała, aby został księdzem, ale jej syn nie wybrał drogi do kapłaństwa.

W latach pierwszej wojny światowej został powołany do służby w armii austriackiej, z której po kilkunastu miesiącach zwolniono go najprawdopodobniej ze względu na stan zdrowia.

Podczas wspomnianej służby do swojego nazwiska dodał arystokratyczny przydatek von, a także usunął laseczkę z litery Ł rodowego nazwiska, stając się  Olpińskim.

Ożenił się z węgierką Gizelą Banfy, z którą później zamieszkał Krakowie, gdzie w latach dwudziestych prowadził różne firmy handlowe, zajmujące się dostawami wojskowymi. Wkrótce jednak rozstał się z węgierską żoną, która powróciła wraz z małym synkiem do rodziców na Węgry.

Stefan Olpiński ułożył sobie rodzinne życie z córką krakowskiego artysty fotografa, Karoliną Kryjak i miał z tego związku troje dzieci. Z drugą żoną, która zmarła w 1932 r.,  osierocając swoją trójkę dzieci, w ostatnich latach przed jej śmiercią pozostawał w separacji. Dzieci wychowywane były przez dziadków Kryjaków, natomiast Stefan łożył na ich utrzymanie i spotykał się z nimi. Sam zajmował się w Warszawie pracą dziennikarską i publicystyczną

Potem  wyjechał do Niemiec, gdzie  otworzył agencję prasową, lecz już w 1936 r. opuścił ten kraj i udał się do Szwajcarii , a następnie na krótko do Hiszpanii, gdzie pracował jako korespondent wojenny.

W Paryżu na rok przed wybuchem wojny ukazała się jego książka pod tytułem „Podnieśmy Ją wzwyż”, w której przewidział datę napaści Niemiec na Polskę i opisał jej przebieg, co okazały się bardzo zbliżone do wydarzeń kampanii wrześniowej z 1939 r.

Stefan Ołpiński, zdjęcie obozowe

Stefan Ołpiński, zdjęcie obozowe

Stefan Eugeniusz Ołpiński został przywieziony do KL Auschwitz transportem z Paryża 10 października 1942 r. i zginął 4 stycznia 1944 r. W obozie oznaczony był numerem 67214.

Były więzień KL Auschwitz, Czesław Arkuszyński (nr 131603), w swoich wspomnieniach napisał:

Wszyscy autorzy opisujący sprawę Ołpińskiego są jednomyślni w ocenie, że był on współpracownikiem gestapo w obozie i że to w wyniku jego denuncjacji rozstrzelano wielu wartościowych ludzi, w tym kilku wysokich oficerów Wojska Polskiego. (…) Ołpiński miał na 25 bloku wydzielony pokój, pomimo, że nie piastował żadnej funkcji w obozie. Wobec więźniów utrzymywał, że jest tłumaczem w Komendanturze  Obozu. (…) W okresie pomiędzy Bożym Narodzeniem 1943 roku a Nowym Rokiem Ołpiński znalazł się na bloku 20 z tyfusem plamistym (…). Wiele wskazuje na to, że prawdziwa jest powszechnie opisywana wersja o prezencie, jaki dano wcześniej Ołpińskiemu w postaci zawszonego tyfusowymi wszami swetra. (…) Organizacja ZOW po aresztowaniach z września i rozwałkach z października 1943 r. dokładnie inwigilowała  Ołpińskiego.  Jego kontakty z Politische Abteilungiem były udowodnione.  Musiał być zlikwidowany.

Stefan Ołpiński zmarł w szpitalu obozowym na skutek niewłaściwego leczenia, zastosowanego przez konspirację więźniarską przy współudziale pielęgniarza Stanisława Głowy (nr 20017), członka konspiracji wojskowej utworzonej w KL Auschwitz przez rtm. Witolda Pileckiego.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 25 czerwca 2015 r.

Brak komentarzy

Zapomniana rzeźba góralki

Przed kilku laty Marek Księżarczyk, prezes Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem pokazał mi małą rzeźbę z drewna, przedstawiającą góralkę.

Marek Księżarczyk, odkrywca wielu tajemnic związanych z historią KL Auschwitz

Marek Księżarczyk, odkrywca wielu tajemnic związanych z historią KL Auschwitz

Równocześnie poinformował mnie, że jej właścicielem jest mieszkaniec Oświęcimia. w którego domu podczas wojny mieszkał prof. dr Carl Clauberg, niemiecki ginekolog, przeprowadzający lekarskie zbrodnicze eksperymenty w KL Auschwitz.

Jego rodzina ze swojej posiadłości była wówczas wysiedlona i po wojnie, kiedy swój dom na nowa odzyskała, znaleziono w nim figurkę, którą wykonał w obozie Bronisław Czech, znany zawodnik narciarski, szesnastokrotny mistrz Polski, olimpijczyk, taternik, ratownik górski, niezwykle uzdolniony plastycznie.

Bronisław Czech urodził się 25 sierpnia w 1908 r. w Zakopanem, gdzie uczył się w Szkole Przemysłu Drzewnego. W 1933 r. wstąpił do Centralnego Instytutu Wychowania Fizycznego w Warszawie. Trzykrotny olimpijczyk, do wybuchu drugiej wojny światowej startował we wszystkich ważniejszych zawodach w kraju i za granica, uzyskując wiele nagród.

Rzeźba z drewna, przedstawiająca góralkę

Rzeźba z drewna, przedstawiająca góralkę

Podczas wojny został aresztowany za działalność konspiracyjną i przywieziony w pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych z więzienia w Tarnowie do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 r. Oznaczono go numerem 349. Początkowo przydzielony został do pracy w obozowej stolarni. Kiedy jednak esesmani zauważyli jego zdolności artystyczne, skierowano go do łyżkarni, gdzie wyrabiał obozowe drewniaki i łyżki więzienne. Później rzeźbił m.in. talerze, kubki, pudełka, podstawki pod kałamarze i tace w pięknym zakopiańskim stylu.

Ten znany przedwojenny zawodnik narciarski po trzech latach koszmarnego pobytu w obozie zaczął tracić siły. Umieszczono go bloku szpitalnym nr 20, gdzie zmarł 5 czerwca 1944 r. Do śmierci Bronka przyczyniło się głównie załamanie psychiczne, spowodowane w KL Auschwitz jego tęsknotą za górami. Doskonale pamiętał go z obozu Józef Paczyński (nr więźniarski 121), który w tym roku  zmarł w Krakowie w wieku 95 lat.

Udało się ustalić, że, że jeden z obozowych szkiców rysunkowych Bronisława Czecha, przechowywany dzisiaj w Muzeum Auschwitz-Birkenau, przedstawiający młodą góralkę, bardzo jest podobny do figurki z drewna, odkrytej przez Marka Księżarczyka. Dziewczyna w góralskim stroju trzyma w lewej ręce dzban, a w prawej naręcze kwiatów.

Figurka nadal jest w prywatnym posiadaniu

Figurka nadal jest w prywatnym posiadaniu

Zarówno wspomniany rysunek, jak i rzeźba góralki mają te same wymiary. Według tego szkicu zapewne, z niewielkimi tylko zmianami, Bronisław Czech wykonał w obozie wspomnianą figurkę, która nadal jest w prywatnym posiadaniu

Utalentowany zakopiańczyk nie tylko pracował w komandzie „Tischlerei” (stolarnia), a następnie „Schnitzerei” (snycernia), lecz zajmował się w obozie również malarstwem na szkle, wcześniej rysując do tych obrazów szkice, w których dominującym tematem był pejzaże tatrzańskie i góralskie sceny rodzajowe.

Jego siostra Janina Czech-Kapłan wspominała przed laty, że takie szkice brat potajemnie wysyłał jej z obozu do Zakopanego, a ona korzystając z gotowych wzorów, wykonywała z nich obrazy na szkle.

Dzisiaj wiele ulic i szkół w Polsce nosi imię Bronisława Czecha, w tym Akademia Wychowania Fizycznego w Krakowie, a więc to odkrycie sprzed kilku lat jest tym bardziej cenne, chociaż nie wzbudziło do tej pory większego zainteresowania.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 21 czerwca 2015 r.

Brak komentarzy

Takiej drugiej ucieczki w KL Auschwitz nie było

Siedemdziesiąt trzy lata temu,  20 czerwca 1942 r., wykradzionym samochodem i w mundurach SS na wolność wydostali się z KL Auschwitz:  żyjący do dzisiaj  Kazimierz Piechowski (nr 918), Eugeniusz Bendera (nr 8502), Józef Lempart (3419) i Stanisław Jaster (nr 6438).

O  tragicznych losach tego ostatniego można dowiedzieć się z książki Darii Czarneckiej, „Sprawa Stanisława Gustawa Jastera ps. „Hel” w historiografii. Kreacja obrazu zdrajcy i obrona”, Warszawa 2014 oraz filmu dokumentalnego Małgorzaty Walczak i Marka Tomasza Pawłowskiego „Jaster. Tajemnica Hela”, rok produkcji 2014.

Stanisław Jaster urodził się 1 stycznia 1921 r. Mieszkał w Warszawie, gdzie tuż przed wybuchem wojny złożył egzamin maturalny w Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie.

W czasie okupacji hitlerowskiej Jasterowie ukrywali w swoim mieszkaniu broń, stanowiącą pozostałość po kampanii wrześniowej. O aresztowaniu Stanisława  Jastera zadecydował przypadek. Został on schwytany podczas łapanki 19 września 1940 r. Znalazł się w więzieniu na Pawiaku, a 23 listopada 1940 r.  został przywieziony do KL Auschwitz.

W dniu 20 czerwca 1942 r. Jaster zbiegł z obozu wraz z trzema wspomnianymi  więźniami. Kiedy dotarł do Warszawy, w swoim rodzinnym domu nikogo już nie zastał, bowiem kilka dni później,  po stwierdzeniu ucieczki, gestapo aresztowało jego rodziców.

Ojciec zginął w KL Auschwitz 3 grudnia 1942 r. Matka początkowo więziona była na Majdanku, później została przewieziona do KL Auschwitz II-Birkenau, gdzie zmarła 26 lipca 1943 r.

Stanisław Jaster  po swej ucieczce z obozu oświęcimskiego skontaktował się z podziemną organizacją. Stał się żołnierzem Armii Krajowej i członkiem oddziału „Osa-Kosa 30”, który był wydzielonym oddziałem w strukturach Kierownictwa Dywersji AK.  Przekazał Komendzie Głównej AK raport od rotmistrza Witolda Pileckiego o sytuacji w KL Auschwitz-Birkenau.

Uczestniczył w wielu akcjach bojowych. Walczył między innymi pod Celestynowem 20 maja 1943 r. – w czasie udanej akcji żołnierzy batalionu „Zośka”. Dokonano wówczas odbicia więźniów politycznych przewożonych z Majdanka do Oświęcimia. Wyróżnił się w tej akcji szczególna odwagą i opanowaniem.

W 1943 r. po przeprowadzonych przez gestapo aresztowaniach  Stanisława Jastera zaczęto podejrzewać o zdradę. W nie wyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach został stracony  tegoż roku w Warszawie.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 19 czerwca 2015 r.

,

Brak komentarzy

„Kolumb” z powieści Romana Bratnego

W transportach Polaków z Warszawy do KL Auschwitz przywieziono w latach 1940-1945 około dwadzieścia sześć tysięcy więźniów – mężczyzn, kobiet i dzieci.

Jednym z uwięzionych był Krzysztof Mikołaj  Sobieszczański, który urodził się w Odessie 16 lipca 1916 r. Do wybuchu rewolucji bolszewickiej wychowywał się w majątku rodziców w Beyzymówce na Podolu. Jego ojciec służył jako rotmistrz w Pułku Ułanów Krychowieckich i podczas wojny z bolszewikami zmarł na tyfus w Równem na Wołyniu 6 stycznia 1920 r.

W okresie międzywojennym służył w stopniu starszego marynarza z cenzusem w Marynarce Wojennej w Gdyni. Był zafascynowany morzem i już w 1936 r. używał pseudonimu „Kolumb”.

Przed wybuchem wojny ożenił się ze Stefanią Grzywacz, z którą miał dwoje dzieci: córkę Elżbietę (26.o8.1942) i syna Tomasza (5.01.1944 r.).

Mikołaj Sobieszczański, zdjęcie wykonana przez obozowe gestapo

Mikołaj Sobieszczański, zdjęcie wykonana przez obozowe gestapo

Aresztowany został 1 października 1940 r. za śpiewanie piosenek o wydźwięku antyniemieckim w jednej z restauracji na Bielanach w Warszawie i umieszczono go w więzieniu na Pawiaku.

Po kilku miesiącach w nocy z 31 stycznia na 1 lutego 1941 r.  przywieziony do obozu Auschwitz w transporcie, który liczył 593 więźniów. W świetle obozowych reflektorów, bici i szczuci przez esesmanów psami, nowo przywiezieni opuszczali wagony. Rano poddano ich rejestracji. Krzysztof  Mikołaj Sobieszczański otrzymał numer obozowy 9913.

Po przebraniu w pasiaki więźniów z tego transportu skierowano na kwarantannę, która odbywali w bloku nr 2. Po paru dniach prawie połowa z nich trafiła do karnej kompanii, ginąc w niej po krótkim pobycie. Pozostali, zapewne był wśród nich także Sobieszczański, zostali skierowani do najbardziej uciążliwych komand roboczych. Los jednak okazał się łaskawy dla byłego marynarza, bo dzięki staraniom matki, która powoływała się na ich koneksje rodzinne z arystokracją niemiecką,  zwolniono go z KL Auschwitz pod koniec 1941 r.

Na wolności rozpoczął w marcu 1943 r. działalność konspiracyjną, zostając żołnierzem Armii Krajowej – członkiem specjalnego oddziału dywersyjnego Kedywu Okręgu Warszawskiego Armii Krajowej. Brał udział w wielu akcjach bojowych,  m.in.  4 marca 1944 r. udanym zamachu na Karla Schmalza, zwanego „Panienką”. Uczestniczył także w innych likwidacjach Niemców i konfidentów gestapo. Posługiwał się pseudonimami: „Krzysztof”, „Kolumb” i „111 S”.

Akcja „Panienka” była przykładem typowej likwidacji, której celem stał się jeden z niemieckich katów ludności Warszawy, będący postrachem Woli i Ochoty. Pierwszy po broń sięgnął Schmalz, jednak „Kolumb” zabił go wcześniej strzałem z pistoletu maszynowego.

Znając dobrze język niemiecki, często uczestniczył w akcjach przeciwko hitlerowcom w przebraniu żołnierza Wehrmachtu. Później walczył w Powstaniu Warszawskim, podczas którego został dwukrotnie ranny. Odznaczono go Krzyżem Walecznych i otrzymał awans  na podporucznika czasów wojny w dniu 2 października 1944 r. Przebywał w obozie jenieckim, w którym doczekał wyzwolenia wiosną 1945 r.

Zachowało się trzynaście jego obozowych listów, które wysłał  z KL Auschwitz do żony Stefanii.

Po zakończeniu działań wojennych Krzysztof Mikołaj Sobieszczański pozostał na emigracji, gdzie zmienił nazwisko na Robert Steen i związał się z austriacką Żydówką Rosą, nazywaną przez kolegów z AK Różą. Miał z nią dwie córki (1947 i 1949). Nadal jednak utrzymywał kontakt z żoną w Polsce, którą wspomagał finansowo. Żona „Kolumba” wciąż była inwigilowana i nękana przez funkcjonariuszy Urzędu Bezpieczeństwa (UB).

Stanisław Likiernik, od 68 lat mieszka na emigracji we Francji

Stanisław Likiernik, od 68 lat mieszka na emigracji we Francji

Krzysztof Mikołaj Sobieszczański w Zachodniej Europie organizował nielegalny handel bronią i zajmował się przemytem samochodów. Założył również firmę wydobywającą ładunki z zatopionych podczas wojny statków na Morzu Śródziemnym.

Zginął w 1949 r. na wodach włoskich i francuskich miedzy Genuą a Cannes w niewyjaśnionych do dzisiaj okolicznościach, wypadając za burtę z pokładu jachtu. Żył 34 lata.

Znajdujący się wraz z nim na jachcie młody człowiek był potem sądzony w Marsylii i dwa lata spędził w we francuskim więzieniu.

Wspomniana akcja„Panienka” znalazła swój literacki opis w powieści Romana Bratnego „Kolumbowie”.

Z kolei na ekran telewizora została przeniesiona przez Janusza Morgensterna w znanym serialu o tym samym tytule.

Michał Wójcik razem z Emilem Maratem rok temu wydali wywiad-rzekę ze Stanisławem Likiernikiem. Książka ta jest zatytułowana „Made in Poland.  Opowiada jeden z ostatnich żołnierzy Kedywu Stanisław Likiernik”.  Bohater tego wywiadu, mieszkający we Francji, jest jednym z dwóch prototypów literackiej postaci  „Kolumba” Bratnego.

Autor tej powieści kończy ją w ten sposób: „Kolumb, potykając się o próg kajuty, wraca na pokład. Srebrne księżycowe światło jak piasek niezmierzonej pustyni. Mechanicznie zawraca w stronę przeciwległej burty. Ale i tam, na wybrzeżu, pogasły ostatnie światła ludzkich domów. Jest sam na ogromnej, bezmiernej pustyni światła. Stoi nieruchomy, w jakimś bezmyślnym „zdumieniu”. Nagle podnosi głowę. Zdawało mu się, że usłyszał jakiś głos czy szept. Natęża słuch. To tylko fala, poruszona pierwszym podmuchem wiatru, plusnęła o burtę”.

Roman Bratny tworząc tę postać w powieści „Kolumbowie. Rocznik 20″ – jak napisał do mnie Michal Wójcik – „złożył” ją z dwóch prawdziwych: Stanisława Likiernika i Krzysztofa Mikołaja  Sobieszczańskiego, przy czym pseudonim wziął tego drugiego.

Rodzina „Kolumba” po wojnie nie kontaktowała się z Muzeum Auschwitz-Birkenau i jej członkowie nie wiedzieli, że w zbiorach muzealnych zachowała się fotografia Krzysztofa Mikołaja Sobieszczańskiego, wykonana przez obozowe gestapo w KL Auschwitz.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 15 czerwca 2015 r.

Brak komentarzy

Jedyny świadek podczas uroczystości 14 czerwca 2015 r.

Jerzy Bogusz (nr obozowy 61), Muzeum Auschwitz-Birkenau, 14 czerwca 2015 r. Fot. Adam Cyra

Jerzy Bogusz (nr obozowy 61)

Siedemdziesiąt pięć lat później, jedynym żyjącym byłym więźniem z pierwszego transportu Polaków do KL  Auschwitz, uczestniczącym w uroczystości na terenie Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, zorganizowanej przez Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich w dniu 14 czerwca 2015 r. (proszę kliknąć), był Jerzy Bogusz z Krakowa. Ten niezwykły świadek w tym roku ukończy dziewięćdziesiąt cztery lata.

Jerzy Bogusz urodził się w 1922 r. w Nowym Sączu. Wybuch wojny zastał go we Lwowie, gdzie zamierzał rozpocząć studia na Politechnice Lwowskiej.

W pierwszych miesiącach okupacji niemieckiej aresztowano go za działalność konspiracyjną i  wywieziono z więzienia w Tarnowie do KL  Auschwitz, gdzie przybył w transporcie więźniów, liczącym 728 więźniów. Był dzień 14 czerwca 1940 r. Jerzy Bogusz został zarejestrowany jako więzień nr 61.

Podczas uroczystości w dniu 14 czerwca 2015 r. wspominał na terenie Muzeum Auschwitz-Birkenau:

Jerzy Bogusz, zdjęcie obozowe

Jerzy Bogusz, zdjęcie obozowe

Pięć miesięcy żyję w okupowanym Nowym Sączu, gdzie wiele osób angażowało się w przerzut  młodych ochotników – przez Słowację i Węgry – do oddziałów Wojska Polskiego, organizowanych we Francji przez gen. Władysława Sikorskiego. W Nowym Sączu zaczęły się aresztowania. Mnie zatrzymano 29 kwietnia 1940 r. wraz z kilkunastoosobową grupą kolegów. Większość miała po 18 lat. Po trwającym niemal dwa tygodnie brutalnym śledztwie, wywieziono nas do więzienia w Tarnowie. Miesiąc później – 13 czerwca 1940 r. – pod eskortą zaprowadzono nas do tarnowskiej łaźni publicznej. Grupa 728. więźniów w ciasnej, dusznej łaźni spędzić musiało całą noc. O godz. 5 rano zostaliśmy wyprowadzeni z łaźni, uformowani w kolumny i od eskortą SS przeprowadzeni główną ulicą Tarnowa. Spoglądali na nas przerażeni tarnowianie z okien i spod ścian kamienic. Kolejnym „przystankiem” była rampa kolejowa za dworcem w Tarnowie. Załadowano nas do wagonów osobowych, w których mogliśmy siedzieć. Pociąg ruszył. Około południa minęliśmy Kraków. W wagonach zrobiło się potwornie gorąco i duszno. Mijane stacje miały już niemieckie, nieznane nam nazwy. Nie wiedzieliśmy, gdzie jesteśmy. Na którejś ze stacji pociąg skierowano na boczny tor. Kiedy ustał zgrzyt kół, z okien wagonu dostrzegliśmy dwa duże budynki, jeden z nich otoczony wysokim płotem z drutu kolczastego. To był Oświęcim – Auschwitz.

Los okazał się łaskawy dla Jerzego Bogusza, bo w kwietniu 1942 r. po dwuletnim pobycie w obozie wraz z grupą około 50 innych więźniów zwolniono go z KL Auschwitz.

Składanie kwiatów pod Ścianą Straceń

Składanie kwiatów pod Ścianą Straceń

Po odzyskaniu wolności ponownie zaangażował się w działalność podziemną. Był żołnierzem 1. Pułku Strzelców Podhalańskich AK.

Po wojnie Jerzy Bogusz studiował na Politechnice Krakowskiej i został jej pracownikiem naukowym. Na tej krakowskiej uczelni pracował aż do emerytury.

W dniu 14 czerwca 2015 r. spotkałem na dziedzińcu bloku nr 11 u członkinię Klubu Motocyklowego Gentlemen’s Club z Oświęcimia.

Przed chwilą motocyklistka ta ubrana w strój klubowy z ogromnym zaintersowaniem słuchała wspomnień Jerzego Bogusza.

Ten niezwykły świadek historii, siedząc na krześle opowiadał o swoich przeżyciach obozowych sprzed siedemdziesięciu pięciu lat.

Warto jeszcze raz przypomnieć, że Jerzy Bogusz był jedynym byłym więźniem z pierwszego transportu tarnowskiego, który uczestniczył w tej podniosłej rocznicowej uroczystości.

Na dziedzińcu bloku nr 11 obecnych było podczas składania kwiatów pod Ścianą Straceń kilkaset osób.

Tekst i zdjęcia: Adam Cyra

Oświęcim, dnia 14 czerwca 2015 r.

1 komentarz

Nazistowski zbrodniarz na dworcu kolejowym w Olkuszu

Siedemdzisiąt trzy lata temu, w dniach 13 i 15 czerwca 1942 r.,  deportowano  ostatecznie Żydów z getta olkuskiego w dwóch transportach kolejowych, które pojechały  w kierunku Katowic.  Wywieziono wówczas około trzech tysięcy Żydów (mężczyźni, kobiety i dzieci), wśród których byli również liczni Żydzi z Chorzowa, przesiedleni do Olkusza przez niemieckich nazistów w dniu 15 czerwca 1940 r. Wprawdzie nie ma żadnej dokumentacji hitlerowskiej związanej z ich zagładą, lecz z pewnością zamordowano ich w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau.

Zobacz: Żydzi w Olkuszu w latac 1939-1942

Żydzi na dworcu kolejowym w Olkuszu przed deportacją na zagładę, czerwiec 1942 r.

Żydzi na dworcu kolejowym w Olkuszu przed deportacją na zagładę, czerwiec 1942 r.

Zachowały się zdjęcia Żydów, oczekujących na pociąg, którym pojechali z dworca kolejowego w Olkuszu na zagładę. Razem ze zgromadzonymi Żydami, pilnowanymi przez niemieckich i żydowskich policjantów, został sfotografowany na jednym ze zdjęć, umundurowany Friedrich Kuczynski. Ten nazistowski funkcjonariusz, podpierając się lewą rękąpod bok, trzyma pałkę w prawej ręce i przygląda się Żydom, których wcześniej przy likwidacji getta w Olkuszu, współpracując z gestapo, wyselekcjonował na śmierć jako nienadających się na wywiezienie do obozów pracy.

Ten nazistowski funkcjonariusz był pracownikiem urzędu, który w ostatnich miesiącach 1940 r. utworzył Reichsführer SS i szef niemieckiej policji Heinrich Himmler, powołując Specjalnego Pełnomocnika Reichsführera SS i Szefa Niemieckiej Policji do spraw Zatrudnienia Obcych Narodowości na Górnym Śląsku. Stanowisko pełnomocnika powierzono SS-Oberführerowi Albrechtowi Szmeltowi, ówczesnemu prezydentowi policji we Wrocławiu, natomiast kierownikiem Wydziału „J” dla spraw żydowskich w tym urzędzie, który miał siedzibę w Sosnowcu, został Friedrich Kuczynski, mający wówczas 26 lat.

Friedrich Kuczynski był Niemcem, który urodził się 4 września 1914 r. w Suczawie na terenie Bukowiny w Rumunii. Posiadał wyższe wykształcenie, był nauczycielem gimnazjalnym, władał językiem niemieckim, francuskim i rumuńskim. Podczas drugiej wojny światowej był urzędnikiem wspomnianego Wydziału „J” do spraw żydowskich, odpowiadając po wojnie za nadużycia i bestialstwa wobec Żydów oraz współudział w ich unicestwieniu na terenie m.in. Olkusza, Chrzanowa, Zawiercia, Sosnowca i Będzina.

Po wojnie olkuski Żyd, Eliasz Lemberg, relacjonował:

Było to 10 czerwca 1942 r. O godzinie 4-tej nad ranem policja niemiecka nakazała wszystkim wyjść z mieszkań i zebrać się na jednym placu. Tam nastąpiła selekcja; obecny był przy tym Kuczyński (…). Ludność podzielono na trzy grupy, 1) część przeznaczona od razu na zagładę, 2) rzemieślnicy reklamowani w liczbie około 100 osób, którzy zostali od razu wysłani do Sosnowca i 3) grupa wysłana do obozu, w której ja się znajdowałem.

Fotokopia z akt sądowych Friedricha Kuczyńskiego

Fotokopia z akt sądowych Friedricha Kuczyńskiego

Po klęsce Niemiec hitlerowskich Friedrich Kuczynski ukrywał się w miejscowości Albersrieth na terenie Bawarii, gdzie przebywała także jego matka Rosa Kuczynski (z d. Hilbert) i żona Hanna z dziećmi. Tam rozpoznali go najprawdopodobniej Żydzi chrzanowscy, którzy spowodowali jego aresztowanie, a potem w drodze ekstradycji przekazano go do dyspozycji władz polskich. Najpierw przebywał w więzieniu w Brzegu, skąd przewieziono go w kwietniu 1947 r. do więzienia karno-śledczego w Sosnowcu (Radocha), gdzie tamtejszy Sąd Okręgowy skazał go na karę śmierci 23 września 1948 r. Wyrok zatwierdził na początku następnego roku Sąd Najwyższy na posiedzeniu wyjazdowym w Krakowie, a nieco później ówczesny prezydent Bolesław Bierut odrzucił prośbę o łaskę, w zakończeniu której Friedrich Kuczyński napisał:

Upraszam jeszcze raz Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej, w imieniu swych dzieci i ich łez, o darowanie mi życia.

W godzinach wieczornych 22 lutego 1949 r., na podwórzu więziennym – w obecności naczelnika tego więzienia w Sosnowcu, protokolanta, lekarza i księdza – podprokurator Z. Jarocki odczytał Friedrichowi Kuczyńskiemu sentencję wyroku i oznajmił skazanemu, że Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej nie skorzystał z przysługującego mu prawa łaski. Wyrok śmierci wykonano przez powieszenie, a zwłoki tego nazistowskiego zbrodniarza, którego stracono w wieku 34 lat, zostały pogrzebane na cmentarzu Nowosieleckim w Sosnowcu.

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 13 czerwca 2015 r.

Brak komentarzy

Nieznana historia. Dwaj dalsi kuzyni Rotmistrza Pileckiego więźniami KL Auschwitz

Marek Poklewski-Kozieł, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Marek Poklewski-Koziełł, zdjęcie obozowe

Jednym z symboli zagłady Polaków w obozie Auschwitz jest pierwszy transport polskich więźniów politycznych. 14 czerwca 1940 r. z więzienia w Tarnowie przywieziono tam 728 więźniów. Od dziewięciu lat decyzją Sejmu RP 14 czerwca obchodzony jest jako Narodowy Dzień Pamięci Ofiar Nazistowskich Obozów Koncentracyjnych.

Niedawno napisał do mnie prof. Michał Sławiński, który obecnie czasowo przebywa we Włoszech, a na stałe mieszka w Kanadzie, gdzie jest wykładowcą na jednej z wyższych uczelni. W swoim liście poinformował mnie, że w KL Auschwitz zginęli dwaj jego bliscy kuzyni.

Jednym z nich był rodzony brat jego babki, Zbigniew Patocki, nr obozowy 310, natomiast drugim cioteczny brat babki, Marek Poklewski-Koziełł, nr obozowy 11310. Obaj pochodzili z Kresów II RP  i byli też dalszymi kuzynami rotmistrza Witolda Pileckego.

Teofila Pilecka (po mężu Narkieicz-Jodko)

Teofila Pilecka (po mężu Narkiewicz-Jodko)

Po Zbigniewie Patockim w dokumentach obozowych, przechowywanych w Muzeum Auschwitz-Birkenau nie ma żadnego śladu. Nie zachowała się również jego fotografia obozowa. Pozostał jedynie anonimowy do niedawna numer obozowy 310, którym oznaczono nieznanego dotychczas więźnia, przywiezionego 75 lat temu, w pierwszym transporcie Polaków z więzienia w Tarnowie do KL Auschwitz w dniu 14 czerwca 1940 r.

Transport ten liczył 728 polskich więźniów politycznych, których oznaczono w obozie numerami od 31 do 758. Jednym z nich był znany bokser, Tadeusz Pietrzykowski (nr 77), zmarły w Bielsku-Białej w 1991 r. Jego obozowe przeżycia są wyjątkowe i niezwykłe,  o czym wcześniej pisałem na moim blogu, w tekście,  zatytułowanym „Bokser i śmierć”.

Takich niezwykłych postaci w tym transporcie było więcej. Można do nich przykładowo jeszcze zaliczyć Henryka Bednarskiego (nr 61), który w latach 1914-1917 służył w Legionach Polskich Józefa Piłsudskiego. Był znanym narciarzem i zasłużonym taternikiem. W 1944 r. przeniesiono go z Auschwitz do obozu w Dachau, gdzie zmarł z wycieńczenia w miesiąc po wyzwoleniu.

Niestety, nie wiemy nic na temat pięćdziesięciu jeden więźniów Polaków z pierwszego transpory tarnowskiego, po których pozostały, podobnie jak do niedawna po Zbigniewie Patockim, tylko anonimowe numery.

Obecnie żyje jeszcze kilku byłych więźniów spośród  przywiezionych pierwszym transportem Polaków z  Tarnowa do KL Auschwitz. Są to: Kazimierz Albin (nr 118), Jerzy Bogusz (nr 61), Włodzimierz Borkowski (nr 360), Wojciech Drewniak (nr 415), Józef  Stós (nr 752),  Zygmunt Sobolewski (nr 88),  Stanisław Szpunar (nr 133), Zbigniew Tryczyński (nr 276) i Kazimierz  Zając (nr 261).

Wybór relacji oraz szczegółową listę więźniów z pierwszego transportu z datą i miejscem urodzenia oraz krótką informacją obozowym losie zawiera co dopiero wydana książka Piotra M.A. Cywińskiego „Początki Auschwitz w pamięci pierwszego transportu polskich więźniów politycznych”, Oświęcim 2015.

Prawie w przeddzień 75. rocznicy przywiezienia pierwszych Polaków do KL Auschwitz udało się ustalić nazisko jeszcze jednego więźnia, który w powyższej książce występuje tylko jako anonimowy numer 295, o którym brak było dotychczas jakiejkolwiek informacji. Obecnie wiemy, że jest nim Karol Sopczak, urodzony 19 stycznia 1892 r. w Stanisławowie, z zawodu murarz, 14 czerwca 1940 r. przywieziony do KL Auschwitz transportem z Tarnowa, numer więźniarski 295, w styczniu 1945 r. przeniesion do KL Groß-Rosen, a 7 marca 1945 r. do KL Buchenwald.  Dalszy los nieznany. Jego fotografia obozowa nie zachowała się.

Powracając do historii Zbigniewa Patockiego i Marka Poklewskiego-Koziełła, Teofila Pilecka, herbu Leliwa, była ich prababką (a prapraprababką Autora wyżej wspomnianego listu).  W połowie dziewiętnastego wieku wyszła za mąż za Tomasza Narkiewicza-Jodko, właściciela majątku ziemskiego w Łopusznie na Nowogródczyźnie, położonego na zachód od Mińska (obecnie Białoruś).

Witold Pilecki nie miał kontaktu w obozie ani ze Zbigniewem ani z Markiem. Rotmistrz najprawdopodobniej nie wiedział nawet o ich uwięzieniu w KL Auschwitz i nie byli oni  członkami Związku Organizacji Wojskowej, który utworzył potajemnie w obozie.

Łopuszna - w powozie Roman Narkiewicz-Jodko (syn Tomasza) z żoną

Łopuszna - w powozie Roman Narkiewicz-Jodko (syn Tomasza) z żoną

Zbigniewa Patockiego zatrzymano na granicy ze Słowacją przy próbie przedostania się do Wojska Polskiego, tworzonego we Francji przez gen. Władysława Sikorskiego. Zginął w KL Auschwitz 19 maja 1941 r.

Tomasz Narkiewicz-Jodko, właściciel Łopuszej

Tomasz Narkiewicz-Jodko, właściciel majątku w Łopusznej

Marek Poklewski-Koziełł urodził się w dniu 28 kwietnia w 1920 r.  w Janowie Podlaskim, gdzie jego ojciec Zdzisław Poklewski-Koziełł pracował jako dyrektor  stada ogierów. Pozostały po nim zdjęcia oraz obraz z jego podobizną, namalowany przez Stanisława Pękalskiego. Marek Poklewski-Koziełł zginął w Auschwitz w dniu 24 lipca 1941 r.

Jego ojciec Zdzisław Poklewski-Koziełł był ostatnim właścicielem Łopusznej do sowieckiej konfiskaty ziem wschodnich II RP we wrześniu 1939 r.

Marek Poklewski-Koziełł, zginął w Auschwitz w wieku 21 lat

Zbigniew Patocki, zginął w KL Auschwitz w wieku 30 lat. Zdjęcie z 1928 r.

Marek Poklewski-Koziełł, obraz Stanisława Pękalskiego

Marek Poklewski-Koziełł zginął w KL Auschwitz w wieku 21 lat, obraz Stanisława Pękalskiego

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dziad Zbigniewa i Marka, a także prapradziad prof. Michała Sławińskiego, Paweł Poklewski-Koziełł został zesłany na Syberię po Powstaniu Styczniowym w 1863 r., skąd — po dziesięciu latach zesłania — nie miał prawa powrotu do majatku na rodzinnych Kresach i osiadł w majatku Mniszkow koło Piotrkowa Trybunalskiego. Tam ożenił się z Wandą Narkiewicz-Jodko (córka Teofili de domo Pileckiej) i tam też urodziły się jego dzieci, miedzy innymi matka Zbigniewa ( prababka prof. Michała Sławińskiego) i ojciec Marka. Podobna konfiskata majątków i zesłanie na Syberię, też po 1863 r.,  spotkały również przodków Witolda Pileckiego.

Kapliczka na cmentarzu w Jakubowie

Kapliczka na cmentarzu w Jakubowie

Warto jeszcze dodać, że Zbigniew Patocki urodził się w dniu 4 sierpnia 1910 r. w Witkowiźnie, majątku Patockich koło Mińska Mazowieckiego, który rodzina odzyskała w 2000 r. Ukończył studia rolnicze w Szkole Głównej Gospodarstwa Wiejskiego (SGGW) w Warszawie, a potem jeszcze studia podyplomowe we Francji. Skupiał się na hodowli koni i sporcie jeździeckim.

Na oddalonym od tego majątku o kilka kilometrów cmentarzu w Jakubowie znajdują się symboliczne kamienne grobowce Zbigniewa Patockiego i Marka Poklewskiego-Koziełła, a ponad nimi jest drewniana kapliczka z herbem Patockich „Prus” i herbem własnym Poklewskich-Koziełłów.

Zobacz: Nie przeżyła nawet połowa

Spektakl teatralny „Rotmistrz Pilecki”

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 30 maja 2015 r.

1 komentarz

Niezwykłe spotkanie z byłą wieźniarką KL Auschwitz

Zofia Posmysz podczas spotkania

Zofia Posmysz podczas spotkania

W dniu 28 maja 2015 r. w Auli Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie przy ul. Krupniczej 33 odbyło się kolejne niecodzienne spotkanie, w którym uczestniczyło około  1500 osób.

Jego bohaterką była Zofia Posmysz,  więziona kiedyś w Auschwitz (nr 7566) i innych niemieckich nazistowskich obozach koncentracyjnych, mieszkająca obecnie w Warszawie.

Zofia Posmysz urodziła się  23 sierpnia 1923 r. w Krakowie, gdzie za działalność konspiracyjną gestapo aresztowało ją w kwietniu 1942 r. i umieściło  niemieckim więzieniu  „Montelupich-Helclów”. Poddana była brutalnemu śledztwu.

Zofia Posmysz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zofia Posmysz, zdjęcie obozowe

W dniu 30 maja 1942 r. wywieziono ją w transporcie  kobiet, do KL Auschwitz. Początkowo przebywała w wydzielonym obozie kobiecym na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu, potem   w karnej kompanii w Budach, a następnie w obozie kobiecym w KL Auschwitz II- Birkenau.Uczestniczyła w pieszym Marszu Śmierci do Wodzisławia Śląskiego w styczniu 1945 r. Później  więziono ją w KL Ravensbrück oraz w Neustadt-Glewe, który był podobozem KL Ravensbrück. Po wyzwoleniu wróciła do Polski.

Podczas spotkania można było zakupić następujące książki     Zofii Posmysz o tematyce obozowej:

„Wakacje nad Adriatykiem” (Oświęcim 2004), „Pasażerka” (Warszawa 2010) i „Chrystus oświęcimski”  (Oświęcim 2014).

Zobacz: Zofia Posmysz

Adam Cyra

Oświęcim,  dnia 27 maja 2015 r.

Brak komentarzy

Nagroda Kustosza Pamięci Narodowej dla Kazimierza Piechowskiego i dzieci rtm. Pileckiego

Dzieci rtm. Witolda Pileckiego – Zofia i Andrzej Pileccy, więzień KL Auschwitz Kazimierz Piechowski, żołnierz AK Juliusz Kulesza,  Muzeum Polskie w Rapperswilu i pośmiertnie opozycjonista Janusz Krupski zostali uhonorowani nagrodą Kustosza Pamięci Narodowej na Zamku Królewskim w Warszawie 22 maja 2015 r.

Za każdym Kustoszem stoi jakaś cząstka narodowej pamięci.

Kazimierz Piechowski, obok Prezes IPN Łukasz Kamiński

Kazimierz Piechowski, obok Prezes IPN Łukasz Kamiński

List do zebranych skierował prezydent Bronisław Komorowski. „Prawdziwym zaszczytem jest dołączanie do grona laureatów nagrody Kustosza Pamięci Narodowej. Jej poczet obejmuje cenionych badaczy najnowszej historii Polski, ale też jej znamienitych współtwórców (…). Historia jako dyscyplina nauki, źródło tożsamości i nauczycielka życia istnieje tylko dzięki ciągłości przekazu. Troska o to, by współcześni i potomni mogli poznać możliwie pełną wiedzę o faktach z przeszłości jest jedną z najcenniejszych przysług, jakie można wyświadczyć wspólnocie narodowej – napisał prezydent.

Nagrodę Kustosza Pamięci Narodowej odbierają z rąk Prezesa IPN Łukasza Kamiśkiego: Zofia Pilecka-Optułowicz i Andrzej Pilecki

Nagrodę Kustosza Pamięci Narodowej odbierają z rąk Prezesa IPN Łukasza Kamiśkiego: Zofia Pilecka-Optułowicz i Andrzej Pilecki

Kazimierz Piechowski, nr obozowy 918,  to jeden z pierwszych więźniów politycznych KL Auschwitz, który w brawurowy sposób uciekł z tego obozu 20 czerwca 1942 r.  Potem przyłączył się do oddziału AK i do końca wojny był w oddziale partyzanckim. Po 1945 r.  został aresztowany przez UB. W więzieniu spędził siedem lat. Po odzyskaniu wolności ukończył studia i pracował w Stoczni Gdańskiej. Napisał obozowe wspomnienia „Byłem numerem .. : Świadectwa z Auschwitz”.

Zofia Pilecka-Optułowicz i Andrzej Pilecki są dziećmi rtm. Witolda Pileckiego, uczestnika wojny w 1920 r. i w 1939 r., dobrowolnego więźnia Auschwitz, który trafił tam by utworzyć konspirację wojskową, uczestnika powstania warszawskiego i powojennej konspiracji, straconego przez  komunistów 25 maja 1948 r.. W PRL jego dzieci były szykanowane,  po odzyskaniu wolności w 1989 r. przyczyniły się do rehabilitacji ojca, do dzisiaj kultywując o Nim pamięć.

Po uroczystości: Kazimierz Piechowski z żoną Igą

Po uroczystości: Kazimierz Piechowski z żoną Igą

Nagrodę Kustosz Pamięci Narodowej została ustanowiona w 2002 r. i  ma charakter honorowy.

Jej celem jest „umocnienie szacunku dla narodowej przeszłości i ochrona wartości, dzięki którym Polska przetrwała przez lata zniewolenia”.

O Kazimierzu Piechowskim i rtm. Witoldzie Pileckim wielokrotnie pisałem już na moim blogu.

Zobacz także:  Wręczenie nagród IPN – Kustosz …

Adam Cyra

Oświęcim, 23 maja 2015 r.

W dniu 9 maja 2015 roku w Miejskim Ośrodku Kultury w Wojkowicach odbył się spektakl teatralny „Rotmistrz Witold Pilecki”.

Zobacz: Andrzej Pilecki: cały czas uczę się ojca

Brak komentarzy

Odeszła najstarsza mieszkanka Oświęcimia

W dniu 12 maja 2015 roku zmarła najstarsza oświęcimianka, która za półtora miesiąca ukończyłaby sto pięć lat.

Śp. Marta Burdek (1910-2015)

Śp. Marta Burdek (1910-2015) - urodziny 103 lata, 28 czerwca 2013 r.

Marta Burdek urodziła się 28 czerwca 1910 roku w Michałkowicach na Zaolziu (obecnie Republika Czeska). Miała burzliwe i niełatwe życie. Podczas wojny zmuszona była podjąć ciężką pracę w  niemieckim przemyśle zbrojeniowym w Boguminie (czes. Bohumin).

Od ponad pół wieku mieszkała w Oświęcimiu. Była emerytowaną pracownicą kopalni Brzeszcze.

Msza żałobna 15 maja 2015 r.

Msza żałobna 15 maja 2015 r.

Marta Burdek w wolnym czasie  czytała książki.

Rozwiązywała też krzyżówki  i  grała z przyjaciólmi w remika. Była zawsze bardzo przyjaźnie nastawiona do otoczenia oraz cechowały ją pogodne usposobienie, dobry humor i optymizm, które zapewne przyczyniły się do jej długowieczności.

Uroczystości pogrzebowe odbyły się 15 maja 2015 r. na cmentarzu komunalnym w Oświęcimiu.

Tekst i foto:  Adam Cyra

Oświęcim, dnia 13 maja 2015 r.

Brak komentarzy

„Wytrzymałem więc jestem”

W dniu 14 maja 2015 r. w Auli  Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie przy ul. Krupniczej 33 odbyło się kolejne niecodzienne spotkanie z udziłem około 400 osób.

Tadeusz Sobelewicz

Tadeusz Sobelewicz

Jego bohaterem był Tadeusz Sobolewicz,  więziony kiedyś w Auschwitz (nr 23053) i innych niemieckich obozach koncentracyjnych, mieszkający obecnie w Krakowie.

Spotkanie w Krakowie 14.05.2015 r.

Spotkanie w Krakowie 14.05.2015 r.

Nieżyjący już dzisiaj niemiecki konsul generalny   w Krakowie, dr Thomas Gläser, w 2007 r. wręczył  T.  Sobolewiczowi Krzyż Zasługi na Wstędze za  pracę edukacyjną, którą prowadził dotąd z młodymi ludźmi, przyczyniając się do porozumienia narodów polskiego i niemieckiego.

 

Krzyż zasługi został formalnie przyznany mu wtedy przez ówczwsnego prezydenta Niemiec, Horsta Köhlera.

W uroczystości wzięły udział także delegacje z Muzeum Auschwitz-Birkenau, Międzynarodowego Domu Spotkań Młodzieży w Oświęcimiu i Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem.

Tadeusz Sobolewicz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Tadeusz Sobolewicz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Tadeusz Sobolewicz urodził się 25 marca 1925 r. w Poznaniu. Za działalność konspiracyjną został aresztowany w 1941 r. i więziony w KL Auschwitz, a następnie w innych obozach m.in. w Buchenwaldzie, Flossenbürgu i Mülsen, gdzie uległ ciężkiemu poparzeniu w czasie buntu więźniów. Wyzwolenia doczekał w maju 1945 r.

Po wojnie przez ponad półtora roku przebywał  Niemczech. Kiedy wrócił do Polski, ukończył studia aktorskie, a następnie pracował w teatrach: Słowackiego w Krakowie, Współczesnym we Wrocławiu i Wyspiańskiego w Katowicach.

Tadeusz Sobolewicz (w środku), z prawej konsul dr Thomas Gläser

Tadeusz Sobolewicz (w środku), z prawej konsul dr Thomas Gläser - zmarł w 2011 r.

Jest autorem licznych publikacji o tematyce obozowej, w tym książek „Wytrzymałem więc jestem” i „Mieć kogoś”.

Podczas wspomnianej uroczystości w 2007 r.  konsul generalny, dr Thomas Gläser, powiedział w swoim okolicznościowym wystąpieniu:

Dla szefa niemieckiej placówki zagranicznej wręczenie Krzyża Zasługi w imieniu głowy państwa jest czymś szczególnym. W pańskim przypadku jest to rzecz niezwyczajna: pod okupacją niemiecką wycierpiał pan wiele: najpierw ucieczka przed Wehrmachtem na wschód Polski, następnie ucieczka przed Armią Czerwoną do Tarnowa, tam aresztowanie i wraz z ojcem zesłanie do Auschwitz, gdzie pański ojciec zmarł. Pana matka była więźniarką obozu koncentracyjnego w Ravensbrück. Pan sam był więźniem obozów w Buchenwaldzie i Flossenbürgu, w których wiele pan wycierpiał, odniósł wiele ran, wreszcie pod koniec wojny uczestniczył pan w Marszu Śmierci i został wyzwolony przez armię amerykańską. (…) Muszę przyznać, drogi panie Sobolewicz, że nie wiem, czy gdybym ja był polskim więźniem obozów koncentracyjnych, to kiedykolwiek podałbym rękę jakiemuś Niemcowi.

Tadeusz Sobolewicz po wojnie postępował jednak zupełnie przeciwnie. Na przestrzeni ostatnich lat wielokrotnie spotykał się z młodzieżą niemiecką. Takich spotkań odbył około półtora tysiąca.  Zapewne  dlatego, że mówi o rzeczach  wstrząsających  – zawsze przykuwa uwagę słuchaczy.

Jeżeli dzisiaj ktoś chce się dowiedzieć co oznaczało aresztowanie przez gestapo i zesłanie do obozu Auschwitz – to powinien przeczytać „Wytrzymałem więc jestem”.

Wspomniana książka została wydana także w języku angielskim, niemieckim, hiszpańskim i włoskim. Obozowe wspomnienia Tadeusza Sobolewicza można było nabyć podczas spotkania z ich Autorem.

Adam Cyra Oświęcim, dnia 11 maja 2015 r.

Brak komentarzy

Odszedł Janusz Młynarski (1922-2015)

W Niemczech 6 maja 2015 r. zmarł Janusz Młynarski, długoletni więzień obozu Auschwitz, który za kilkanaście dni ukończyłby dziewięćdziesiąt trzy lata. Mieszkał w Baumberg-Monheim nad Renem.

Janusz Młynarski urodził się 21 maja 1922  r. w Poznaniu w polskiej rodzinie, ale z brzmiącym po niemiecku nazwiskiem Müller.

Kiedy rozpoczęła się okupacja hitlerowska Polski, zmienił nazwisko na Młynarski. Nie chciał bowiem zwracać na siebie uwagi gestapo po niemiecku brzmiącym nazwiskiem.

Miał siedemnaście lat i był uczniem gimnazjalnym. Został aresztowany podczas łapanki w Krakowie i przewieziony do więzienia w Tarnowie, skąd 14 czerwca 1940 r.  deportowano go w pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych do KL Auschwitz.  W obozie otrzymał numer 355.

Transport ten liczył 728 więźniów. Kierownik obozu Karl Fritzsch powtarzał nowo przybyłym, że nikt z więźniów nie przeżyje więcej niż trzy miesiące, nie dając im nadziei na odzyskanie wolności. Młynarski przebywał w KL Auschwitz ponad cztery lata.

Janusz Młynarski. Foto: Stefan Hanke

Janusz Młynarski ze swoim portretem obozowym, wykonanym przez współwięźnia Jana Gąsiora-Machnowskiego. Foto: Stefan Hanke

W obozie zachorował na tyfus plamisty. Przeżył dzięki pomocy współwięźniów i potem sam pomagał innym pracując jako sanitariusz w obozowym szpitalu.

Pomocy od niego doznał także rotmistrz Witold Pilecki, który przed swoją ucieczką z fikcyjnym podejrzeniem zachorowania na dur wysypkowy został przez obozowy ruch oporu umieszczony w bloku szpitalnym nr 20. Przeby w izbie, gdzie pielęgniarzem był Janusz Młynarski.

W styczniu 1945 r., na kilka dni przed wyzwoleniem obozu oświęcimskiego przez żołnierzy Armii Czerwonej, ewakuowano więźniów. Janusz Młynarski wyruszył w pieszym Marszu Śmierci do Wodzisławia Śląskiego, skąd wywieziono go do KL Mauthausen. Cudem przeżył, wyzwolony w maju 1945 r. Ważył wówczas trzydzieści dwa  kilogramy. Zdecydował się na powrót do Polski, kiedy ktoś poinformował go, że w radiu był nadawany komunikat jego matki, która błagała, żeby wrócił do domu do Poznania.

Muzeum Auschwitz. Wejście na dziedziniec bloku nr 11, od lewej Józef Stós (nr 752), + Janusz Młynarski (nr 355), od prawej: Kazimierz Piechowski (nr 918), + Józef Hordyński (nr 347)

Muzeum Auschwitz. Wejście na dziedziniec bloku nr 11, od lewej Józef Stós (nr 752), + Janusz Młynarski (nr 355), od prawej: Kazimierz Piechowski (nr 918), + Józef Hordyński (nr 347)

 

 

Janusz Młynarski po powrocie do Kraju z całą determinacją pragnął zostać lekarzem. Ukończył studia medyczne i został uznanym chirurgiem ortopedą. Był lekarzem piłkarzy Górnika Zabrze w czasach Ernesta Pola i Włodzimierza Lubańskiego, a także ordynatorem oddziału ortopedii w Zabrzu i dyrektorem szpitala w  Zakopanem. Mieszkał w Niemczech od 1971 r. Zabiegał o pojednanie między Polakami i Niemcami.

Nie wszyscy  rozumieli, dlaczego on były więzień obozu Auschwitz teraz zamieszkał w Niemczech, w kraju oprawców. Janusz Młynarski wówczas  odpowiadał  im, że nie można wszystkich ludzi mierzyć tą samą miarą. W obozie Auschwitz poznał nie tylko niemieckich katów. Spotkał tam też Niemców, dzięki którym udało mu się przeżyć, np. Otto Küsel (nr obozowy 2).

Z przykrością zawsze stwierdzał, że na Zachodzie martyrologia Polaków jest najczęściej pomijana, bądź w najlepszym wypadku marginalizowana.

Dr Janusz Młynarski należał do tych byłych więźniów KL Auschwitz, którzy stali się członkami-założycielami Polskiej Unii Seniorów.  Należał także do inicjatorów pomysłu budowy Kopca Pamięci i Pojednania w Oświęcimiu.

Zobacz:  Ostatnio odeszli byli więźniowie KL Auschwitz …

——————————————————————————————————————————————–

Obecnie żyje jeszcze kilku byłych więźniów spośród  przywiezionych pierwszym transportem Polaków z  Tarnowa do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 r. Są to: Kazimierz Albin (nr 118), Włodzimierz Borkowski (nr 360), Józef Stós (nr 752) i Stanisław Szpunar (nr 133).

Jednym z żyjących jest także Wojciech Drewniak (nr 413), po wojnie kurier II Korpusu Polskiego gen. Władysława Andersa we Włoszech.

W tym roku obchodzona jest 114. rocznica urodzin Witolda Pileckiego. Z tej  okazji odbył się Warszawski Marsz Rotmistrza w dniu 17 maja, który rozpoczął się uroczystą Mszą Świętą w Archikatedrze Św. Jana o godz. 15:00.

Zobacz: II Wrocławskie Dni Rotmistrza Pileckiego

Adam Cyra Oświęcim, dnia 7 maja 2015 r.

Brak komentarzy

Noc z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Pilecki ucieka z Auschwitz

 

Witold Pilecki z żoną Marią, zdjęcie ślubne 1931 r.

Witold Pilecki z żoną Marią, zdjęcie ślubne 1931 r.

Rtm. Witold Pilecki (1901-1948), żołnierz 1920 i 1939 r., dobrowolny więzień KL Auschwitz (nr 4859) i twórca konspiracji wojskowej w tym obozie, uczestnik Powstania Warszawskiego, więzień obozów jenieckich w Lamsdorf i Murnau, oficer II Korpusu Polskiego we Włoszech, zamordowany strzałem w potylicę w więzieniu mokotowskim w Warszawie 25 maja 1948 r.

Witold Pilecki został przywieziony z Warszawy do KL Auschwitz w transporcie, który liczyl 1705 więźniów.

Władysław Bartoszewski, zdjęcie wykonana przez obozowe gestapo

Władysław Bartoszewski, zdjęcie obozowe

 

 

 

 

 

 

Zmarły w dniu 24 kwietnia 2015 roku profesor Władysław Bartoszewski był najprawdopodobniej ostatnim żyjącym więźniem KL Auschwitz, który razem z Pileckim został przywieziony do obozu w drugim transporcie warszawskim w nocy z 21 na 22 września 1940 r. 

Siedemdziesiąt dwa lata temu Witold Pilecki zagrożony dekonspiracją, a także pragnąc jako naoczny świadek przekazać prawdę o KL Auschwitz, zbiegł z obozu w nocy z 26 na 27 kwietnia 1943 r. Uciekał wraz z Janem Redzejem (nr 5430) i Edwardem Ciesielskim (nr 12969).

Czytaj więcej: Wielki powrót Witolda Pileckiego Rajd konny szlakiem ucieczki Witolda Pileckiego

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 25 kwietnia 2015 r.

Brak komentarzy

Mnie to wcale nie dziwi …

Mariusz Max Kolonko w załączonym filmie interesująco mówi z Nowego Jorku o tym, jak to James Comey twierdził o polskiej współwinie za zagładę Żydów w Muzeum Holocaustu w USA.

Mariusz Max Kolonko uważa, że za swoją skandaliczną wypowiedź szef FBI powinien przeprosić Polaków.

Max Kolonko

Max Kolonko

Mnie ta antypolska wypowiedź tego Amerykanina, który być może wcześniej naczytał się również książek w języku angielskim Jana Tomasza Grossa i naoglądał filmów, takich jak „Pokłosie” czy „Ida”, zrealizowanych w dodatku w Polsce – wcale nie dziwi.

Znam różne osoby z Polski, które jeździły do Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, ale nigdy nie słyszałem od nich żadnych krytycznych głosów na temat narracji historycznej tego amerykańskiego Muzeum.

Skoro godziliśmy się z opowiadaniem o historii, tak jak we wspomnianych książkach i filmach oraz na ekspozycji Muzeum Holocaustu w Waszyngtonie, gdzie przypuszczam nie broni się Polaków przed tymi kłamstwami – to sądzę, że James Comey  powiedział publicznie jedynie to, co nie od dzisiaj jest rozpowszechniane w USA na temat współwiny Polaków w zagładzie  Żydów.

Ten znany polski  komentator również  podkreśla, że opinie o współudziale Polaków w holokauście są w USA bardzo mocno utrwalone, także na najwyższych szczeblach administracji amerykańskiej. Na potwierdzenie swoich słów przytoczył wypowiedź prezydenta Baracka Obamy, który dokonując wręczenia pośmiertnie nagrody Janowi Karskiemu mówił o „polskich obozach śmierci”.

Nawiązując do tych kłamliwych wypowiedzi, należy przypomnieć, że już po ucieczce rtm. Witolda Pileckiego,  inni uciekinierzy z KL Auschwitz informowali także o Holocauście Żydów, którego sprawcami w żaden sposób nie byli Polacy.

W listopadzie 1943 r. dokonał ucieczki z obozu Polak Jerzy Tabeau. W pisemnym sprawozdaniu przedstawił wydarzenia w KL Auschwitz z okresu od wiosny 1942 do jesieni 1943 r. Jego sprawozdanie zostało władze Podziemia wysłały z okupowanej Polski. W Szwajcarii przeczytało go kilku dyplomatów, przedstawiciel Światowego Kongresu Żydów, tzw. „raport polskiego majora” dotarł także do rządów Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

W kwietniu 1944 r. uciekło z KL Auschwitz dwóch Żydów ze Słowacji – Rudolf Vrba (w obozie Walter Rosenberg) i Alfred Wetzler. Na podstawie ich relacji powstało obszerne sprawozdanie w języku słowackim i niemieckim, zawierające opis wydarzeń w KL Auschwitz od kwietnia 1942 do kwietnia 1944 r. Sprawozdanie to zostało następnie przekazane potajemnie do rządów państw alianckich, Światowego Kongresu Żydów, Międzynarodowego Czerwonego Krzyża i Watykanu.

W końcu maja 1944 r. zbiegli z KL Auschwitz kolejni dwaj Żydzi, pochodzący z Polski – Czesław Mordowicz i ze Słowacji – Arnošt Rosin. Po przedostaniu się na Słowację również potajemnie złożyli przedstawicielom Rady Żydowskiej relację o wydarzeniach w obozie z okresu kwiecień-maj 1944 r., głownie o prowadzonej zagładzie Żydów z Węgier w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau. Sprawozdanie to  przekazano też na Zachód.

Wymienione raporty w całości lub fragmentach publikowano w krajach alianckich i Szwajcarii.  W listopadzie 1944 r. w Waszyngtonie została wydana broszura „German Extermination Camps – Auschwitz and Birkenau”. Pierwsza jej część zawierała tekst Vrby i Wetzlera, uzupełniony raportem Mordowicza i Rosina, w drugiej zaś znajdował się „raport polskiego majora” – Jerzego Tabeau.

Ponadto informacje pochodzące z tych raportów były zamieszczane na łamach prasy amerykańskiej, brytyjskiej i szwajcarskiej.

Dyrektor FBI James Comey

Dyrektor FBI James Comey

Działaniom tym towarzyszyły apele o zbombardowanie komór gazowych i krematoriów w KL Auschwitz II-Birkenau oraz prowadzących do tego obozu linii kolejowych. Kierowane one były głównie do władz Stanów Zjednoczonych. Występowały z nimi różne osoby i organizacje, przeważnie żydowskie. Okazały się one jednak bezskuteczne.

Amerykański Departament Wojny zajmował  stanowisko, że siły wojskowe nie powinny być użyte do celów nie militarnych. Ponadto był zdania, że skuteczną pomoc więźniom i deportowanym do komór gazowych może przynieść tylko szybkie zwycięstwo aliantów nad Trzecią Rzeszą. Podobny pogląd wyrażało również brytyjskie Ministerstwo Lotnictwa.

Zobacz: Polska żąda wycofania gry ze sformułowaniem o nazistowskiej Polsce

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 23 kwietnia 2015 r.

Brak komentarzy

Dramat sprzed siedemdziesięciu lat

Tadeusz Uszyński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Tadeusz Uszyński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Po ucieczce z podobozu KL Auschwitz w Jaworznie schwytali go partyzanci AK. Prawdopodobnie przypisali mu oni zbrodnicze czyny innego więźnia, kryminalisty niemieckiego Bruno Brodniewicza (nr 1) i Kurt Pennewitz (nr 3263) został powieszony przez nich przypuszczalnie w okolicach Tenczynka lub Tenczyna w styczniu 1945 roku.

Kurt Pennewitz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Kurt Pennewitz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Być może stąlo się to na Przełęczy Glisne, a w grupie partyzantów AK był uciekinier z KL Auschwitz, Tadeusz Uszyński (nr 1880), który miał go podobno osobiście stracić. Bardzo trudno jednak dzisiaj ustalić przebieg tamtych dramatycznych zdarzeń sprzed  lat.

Może przypadek lub pomoc Czytelników mojego bloga pomoże w dokonaniu dalszych ustaleń w tej sprawie, która jest bardzo ważna dla córki Kurta Pennewitza i jej rodziny mieszkającej w Polsce. Czytaj więcej …
Adam Cyra

Oświęcim, dnia 18 kwietnia 2015 r.

Brak komentarzy

Niezwykły projekt upamiętnienia ofiar KL Auschwitz z 1943 r.

Pan Redaktor Leszek Konarski z Krakowa przesłał mi niezwykłą  informację, którą chciałem się podzielić z Czytelnikami mojego bloga:

W „Przeglądzie” z dnia 13-19 kwietnia 2015 roku  podałem informację o wystawie w Toruniu prac mojego ojca, artysty malarza Mariana Konarskiego. Na tej wystawie znalazły się trzy rysunki  z projektem monumentalnego pomnika upamiętniającego ofiary Auschwitz, który mój ojciec wykonał w … 1943 roku, a więc jeszcze w czasie działania obozowych krematoriów. Ojciec mieszkał w czasie okupacji w Krzeszowicach, działał najpierw w ZWZ  i  potem w AK. Od marca 1943 roku do maja 1944 w swoim domu w Krzeszowicach prowadził komórkę legalizacyjną dla III baonu 3 pułku Strzelców Podhalańskich „Harnasie’ z oddziałów „Błyskawica”, „Grom” i Wicher”. Wytwarzał dokumenty i pieczęcie. Wykonał około 160 kompletów dokumentów, które były wykonywane w Krzeszowicach i potem przerzucane na Podhale.

Z obozem Auschwitz formalnie nie miał żadnego związku ale, jak mi opowiadał, poprzez kolegów z AK doskonale wiedział co tam się dzieje i wiedział, że to się musi skończyć i ofiary Auschwitz muszą być uczczone wielkim pomnikiem.  Zaprojektował taką monumentalna budowlę w 1943 roku, na projektach jest data. Nie ma tylko informacji, że to chodzi o Auschwitz z uwagi na bezpieczeństwo.

Nie wiem czy ktoś uwierzy, ale jest to autentyczna prawda, ze ojciec w czasie wojny już projektował pomnik dla Oświęcimia. Proszę zobaczyć jak ładny jest ołtarz pośrodku tej budowli. Aniołowie przelewają krew.  Te projekty pomnika dla Auschwitz z 1943 roku można do 24 maja 2015 roku zobaczyć na wystawie w Muzeum Okręgowym w Toruniu, w salach ratusza Staromiejskiego.

W ubiegłych latach wspomniane projekty były pokazane na wystawie w warszawskiej „Zachęcie” w 1989 r. i w Muzeum Polskim w Chicago w 1990 r. Nikt wtedy nie zwrócił uwagi na datę ich powstania.

Pan Leszek Konarski jeszcze napisał:

To miało być takie oświęcimskie Koloseum, prawie jak to w Rzymie. Choć są trzy krzyże to na ołtarzu tylko dwaj aniołowie aby był to ołtarz dla wyznawców wszystkich religii. Po wojnie ojciec chyba nikomu nie proponował realizacji tego projektu ze względu na skalę i koszty tego przedsięwzięcia.

O potrzebie upamiętnienia ofiar KL Auschwitz-Birkenau rozmyślali też więźniowie i to wówczas, gdy on jeszcze funkcjonował.  Adam Jerzy Brandhuber – artysta plastyk, absolwent Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, uczeń Mehoffera, Malczewskiego i Dębickiego, więzień tego obozu, a po wojnie długoletni pracownik Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkaneu – wspominał:

Jerzy Adam Brandhuber, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Jerzy Adam Brandhuber, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Robiłem projekt na pomnik na po wojnie. Miałem oficjalne, konspiracyjne zamówienie od kol. Benka Świerczyny.  Zrobiłem. Był to gigant (…) Cały teren na zachód od obozu w Brzezince, od krematoriów miał być wyrównany – jako kolosalny plac apelowy, kilometry, kilometry kwadratowe. W środku kolos-komin, w przekroju prostokątny – jak w krematorium – tylko x razy większy, 50-60 metrów wysoki. A na nim z kamienia wprawione symbole, grubo ciosane, z czterech stron. Widoczny z daleka – z daleka. Doprowadzony do niego gaz – jak wieczny znicz. Dzień i noc. W nocy łuna jak wtedy. A dookoła rzędami jak bloki (więźniowie), gdy stali na apel, uformowani, wyrównani w oddziałach jak kamienie, jak urny (nie groby, bo ich wtedy nie było) oddziały w dziesięciu rzędach – jak tam, w obozie – 500, 600 więźniów, pięć, sześć milionów kamieni. Wtedy tak liczyli. A między tymi grupami pusto, ani trawki, ani drzewa. I tylko dookoła rząd słupów z działami i lampami na słupach, by nocą perły, sznur pereł świateł – jak wtedy – kilometry, kilometry.

Rozmach przedstawionego na zdjęciach jednego i plastyczny opis drugiego projektu był ogromny. Zapewne wynikało to z konieczności zmierzenia się projektantów z potrzebą upamiętnienia ofiar tej niespotykanej dotąd w dziejach ludzkości zbrodni, jaka miała miejsce w KL Auschwitz-Birkenau.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 16 kwietnia 2015 r.

Brak komentarzy

Więzień Auschwitz i Żołnierz Wyklęty

Wojciech Drewniak ukończył dziewięćdziesiąt trzy lata. Urodził się 16 kwietnia 1922 r. w Wadowicach. Tam uczęszczał do tej samej szkoły powszechnej oraz gimnazjum, co Karol Wojtyła. W 1936 r. jego ojciec otrzymał pracę w starostwie w Nowym Sączu, gdzie w ślad za nim przeprowadziła się całą rodzina Drewniaków. Wojciech kontynuował naukę w jednej ze szkół średnich w Nowym Sączu.

Wojciech Drewniak

Wojciech Drewniak

Kiedy nastąpiła agresja niemiecka na Polskę w 1939 r., brał udział w kampanii wrześniowej i dostał się do sowieckiej niewoli, z której został zwolniony. Powrócił do Nowego Sącza, skąd w tym czasie wielu młodych Polaków próbowało przedostać się do Wojska Polskiego, tworzonego przez gen. Władysława Sikorskiego we Francji. Młody Wojciech został włączony do grupy przewodników, którzy ich przeprowadzali na szlaku Stary Sącz – Piwniczna – a potem dalej na Bardejów – Preszów – Koszyce.

Z powodu wsypy został aresztowany w marcu 1940 r. W okresie śledztwa był więziony przez gestapo w Nowym Sączu. Następnie przekazano go do więzienia w Tarnowie, skąd 14 czerwca 1940 r. wywieziony został w pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych do KL Auschwitz, otrzymując numer obozowy 415.

Po trudnym okresie pierwszych obozowych miesięcy, zgłosił się do pracy w stolarni, a później trafił do dużych zakładów DAW (Niemieckie Zakłady Zbrojeniowe), gdzie produkowano m.in. okna i skrzynie na amunicję. Pracując tam, zachorował na tyfus plamisty i przebywał w szpitalu obozowym, który opuścił pod koniec 1943 r. Ważył 35 kilogramów i jako rekonwalescent został przydzielony do komanda, które budowało baraki w KL Auschwitz II-Birkenau.

W dniu 12 listopada 1944 r. wywieziono go z Brzezinki do KL Gross – Rosen, gdzie otrzymał nr 86750. Wyzwolony został dopiero w pierwszych dniach maja 1945 r.

Przyjechał do Nowego Sącza, lecz po niedługim czasie zdecydował się przedostać na Zachód, aby wstąpić do II Korpusu Polskiego, gen. Władysława Andersa we Włoszech. Przekroczył granicę koło Kamiennej Góry, a następnie czesko – niemiecką, docierając do byłego obozu jeńców wojennych w Murnau. Tam mieściła się placówka II Korpusu Polskiego, która wytypowała go jako podporucznika II Oddziału tego Korpusu do akcji ewakuacji osób z Polski, zagrożonych represjami komunistycznymi.

W dawnym obozie jenieckim w Murnau przebywali jego koledzy, związani z nim jeszcze pracą kurierską podczas okupacji. Był tam również jego przyjaciel i współwięzień z KL Auschwitz, Tadeusz Cieśla (nr obozowy 3715) oraz jego brat Edward. Po otrzymaniu zadań, środków i kontaktów udali się do Polski celem zorganizowania pierwszego przerzutu, który nastąpił przy współpracy z Francuską Misją Repatriacyjną.

Po powiadomieniu osób i skoncentrowaniu ich w okolicach Katowic oraz wystawieniu odpowiednich dokumentów i uzyskania zgody na ich repatriację do Francji, poczyniono starania o uzyskanie pociągu. Rzekoma grupa „repatriantów francuskich” liczyła około 250 osób. Byli to głównie oficerowie AK i rodziny wyższych oficerów II Korpusu Polskiego we Włoszech. Pociąg podstawiono na dworcu w Katowicach, skąd po odprawieniu jego pasażerów przez Państwowy Urząd Repatriacyjny, nastąpił wyjazd przez Czechosłowację do amerykańskiej strefy okupacyjnej Niemiec  Zachodnich.

Po szczęśliwym wykonaniu pierwszego zadania, Wojciech Drewniak udał się do Włoch, gdzie od dowództwa II Korpusu Polskiego otrzymał kolejne zadanie sprowadzenia następnych około 60 osób. Tym razem, obok Tadeusza Cieśli i pozostałych kolegów, do zespołu, który miał wykonać to ryzykowne zadanie, został dołączony również wspomniany Edward Cieśla – ppor. AK.   Do Polski przyjechali w drugiej połowie grudnia 1945 r. Na wyznaczony termin zbiórki Edward Cieśla nie pojawił się jednak, ponieważ został aresztowany przez funkcjonariuszy UB. W tej sytuacji podjęto decyzję o natychmiastowym przerzucie ludzi przez granicę. Szczęśliwie wszyscy dotarli do Murnau.

Wojciech Drewniak otrzymał ponowny rozkaz wyjazdu do Kraju, aby wyjaśnić okoliczności aresztowania Edwarda Cieśli oraz ustalić możliwości kontynuowania przerzutów.

W marcu 1946 r., wykonując powierzone mu zadanie, został aresztowany w Kielcach i przewieziony do gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego w Warszawie. Tam w więzieniu przy ul. Rakowieckiej rozpoczęło się jego śledztwo. które trwało do marca następnego roku.   Wyrokiem Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie z 17 marca 1947 r.  skazano go na karę śmierci, zamienioną mu na 10 lat więzienia, a później zaniżoną w wyniku amnestii do pięciu lat. Był więziony w Warszawie i we Wronkach. Ostatecznie wolność odzyskał w 1952 r.

Ewa i Wojciech Drewniakowie (90. rocznica urodzin)

Ewa i Wojciech Drewniakowie (90. rocznica urodzin)

Zaczął się nowy rozdział w jego życiu. Podjął pracę jako robotnik w Zakładach Drzewnych w Warszawie, produkujących stolarkę budowlaną, a następnie pracował w podobnych zakładach, m.in. w Płocku, Wołominie, Augustowie i Mieroszowie.

W tym czasie rozpoczął zaocznie studia na kierunku technologii drewna w Akademii Rolniczej w Poznaniu, uzyskując tytuł inżyniera.  Po ukończeniu studiów pracował m.in. w Biurze Studiów i Projektów Zjednoczenia Stolarki Budowlanej w Warszawie, skąd przeniesiono go do budujących się Zakładów Stolarki Budowlanej w Sokółce koło Białegostoku, gdzie jako dyrektor tych zakładów przeszedł na emeryturę 1981 r.

W następnych latach zajmował się pracą społeczną. Był członkiem Zarządu Głównego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem oraz wiceprzewodniczącym zarządu Wojewódzkiego Związku Inwalidów Wojennych w Białymstoku i Prezesem jego Oddziału w Sokółce. Działał również w Związku Kombatantów RP i Byłych Więźniów Politycznych.

W dniu 15 listopada 1990 r., w związku z rewizją nadzwyczajną wniesioną przez Ministra Sprawiedliwości,  Sąd Najwyższy w Warszawie uniewinnił Wojciecha Drewniaka od czynów przypisywanych mu przez komunistów, które rzekomo godziły w dobro Polski.

W dniu 17 stycznia 2000 r. prezydent Aleksander Kwaśniewski odznaczył go Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, a Minister Obrony Narodowej 21 maja 2001 r. mianował Wojciecha Drewniaka na stopień majora Wojska Polskiego w stanie spoczynku.  Posiada Honorowe Obywatelstwo Sokółki, gdzie do dzisiaj mieszka wraz z żoną Ewą.  Jego życie było pełne poświęcenia dla Polski.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 14 kwietnia 2014 r.

1 komentarz

70. rocznica wyzwolenia KL Buchenwald

Petro Fedorowicz Miszczuk był więziony w jednym z podobozów KL Buchenwald od stycznia do kwietnia 1945 r.

Petro Fedorowicz Miszczuk (nr 105105) był więziony w jednym z podobozów KL Buchenwald od stycznia do kwietnia 1945 r.

W dniu 4 kwietnia 2015 r. ponad osiemdziesięciu byłych więźniów z KL Buchenwald i jego podobozów na terenie dawnego obozu macierzystego uczciło 70. rocznicę jego wyzwolenia.

Napis prowadzący kiedyś do tego obozu brzmiał „Jedem das Seine”, czyli „każdemu, co mu się należy”.

Obóz ten istniał od 1937 do 1945 r. W tym okresie łącznie więziono w nim około 238 tys. mężczyzn, kobiet i dzieci z wielu państw Europy, wśród nich byli także Polacy. Liczbę ofiar szacuje się na 56 tysięcy ludzi.

W dniu 11 kwietnia 1945 r. w Buchenwaldzie wybuchło powstanie więźniów. Wkrótce  wkroczyli amerykańskie żołnierze, wyzwalając 21 tys. ludzi.

Minutą ciszy o godz. 15.15 uczczono pamięć pomordowanych, ponieważ dokładnie o tej godzinie KL Buchenwald został wyzwolony.

W poniższym linku można oglądnąć film i zdjęcia z obchodów 70. rocznicy wyzwolenia Buchenwaldu, w których uczestniczył Petro Fedorowicz Miszczuk (nr 105105), mieszkający w Czerwonogradzie na Ukrainie. Na filmie i zdjęciach jest on pokazany z flagą Ukrainy w ręku.

http://www.cravunkele.de/

W tym roku Petro Fedorowicz Miszczuk, urodzony w 1926 r. w Kisielinie na Wołyniu i tam spędził młodość, który obecnie ma osiemdziesiąt dziewięć lat, swoją obecnością w Buchenwaldzie wzbudził duże zainteresowania mediów niemieckich.  Poprzednio pisałem już o nim w kilku artykułach na moim blogu.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 12 kwietnia 2015 r.

Brak komentarzy

Upamiętnienie ofiar zbrodni w Miednoje

Siedemdziesiąt pięć lat temu, wiosną 1940 roku w Miednoje grzebano zamordowanych Polaków przez sowiecką policję polityczną NKWD. Miejscowość ta położona jest w odległości 32 km od Tweru, w rejonie kalinińskim, około 200 km na północny zachód od Moskwy.

Ofiary tej zbrodni zostały wzięte do niewoli po agresji Związku Sowieckiego na Polskę w dniu 17 września 1939 roku i przetrzymywane pierwotnie w obozie jenieckim w Ostaszkowie. Byli to oficerowie Wojska Polskiego, funkcjonariusze polskich służb mundurowych – policjanci, pogranicznicy, funkcjonariusze służby więziennej i straży pożarnej, jak również polscy pracownicy sądownictwa i urzędnicy państwowi, łącznie około 6300 osób.

Policjanci z posterunku Podzamcze koło Dubna na Wołyniu (z prawej Józef Banek, pochowany w Miednoje)

Policjanci z posterunku Podzamcze (rejon Dubno) na Wołyniu. Z prawej Józef Banek, pochodził z Żurady koło Olkusza, zamordowany strzałem z pistoletu w potylicę, jego nazwsko figuruje na ukraińskiej liście katyńskiej, pogrzebany prawdopodobnie w Bykowni koło Kijowa, ma symboliczny grób na cmentarzu w Olkuszu.

Wasilij Błochin

Wasilij Błochin

Od 5 kwietnia do 14 maja 1940 roku jeńcy ci byli systematycznie mordowani strzałem w tył głowy w pomieszczeniach piwnicznych więzienia NKWD w Kalininie (obecnie Twer). Egzekucjami kierował, osobiście w nich uczestnicząc, główny kat NKWD, Wasilij Błochin. Zwłoki były następnie wywożone ciężarówkami i wrzucane do masowych dołów w Miednoje.

Miejsce ukrycia zwłok zostało ustalone wiosną 1990 roku. Wówczas to we wsi Miednoje odnaleziono groby jeńców obozu w Ostaszkowie, co zostało potwierdzone przez  rzecznika Ministerstwa Spraw Zagranicznych Związku Sowieckiego.

W latach 1999–2000 z inicjatywy Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Miednoje utworzono  Polski Cmentarz Wojenny. Ma on łączną powierzchnię 1,7 ha i znajduje się na nim 25 zbiorowych mogił, w których pogrzebano  ponad 6300 tysięcy wspomnianych jeńców polskich z obozu w Ostaszkowie.

Odwiedziłem Miednoje latem 2013 roku, o czym już pisałem na moim blogu.

Cmentarz tam znajdujący się jest dostępny dla odwiedzających. Każdy z zamordowanych posiada tabliczkę z imieniem, datą urodzenia, miastem pochodzenia, miejscem pracy lub służby w czasie aresztowania oraz rokiem śmierci – 1940.

Ofiary tej zbrodni są także upamiętnione przez ich rodziny na różnych cmentarzach w Polsce.

Takie upamiętnienia pojawiły się jeszcze w czasach PRL-u, ale informacje te były bardzo lakoniczne, ponieważ o tej zbrodni nie wolno było auni mówić ani pisać. Przykładem tego jest policjant Michał Ptaszkowski, który jest upamiętniony w Miednoje, a takze przez swoją rodzinę na cmentarzu w Oświęcimiu. Na pomniku na grobie jego  żony przez lata znakjdowal jedynie napis: 

„Michał  Ptaszkowski  1900 – 1940  zmarł   w Ostaszkowie”.

Jego syn, lekarz dr n. medycznych Karol Ptaszkowski z Oświęcimia, który urodził się w 1939 r.,  nigdy nie zobaczył swojego ojca. Po latach dowiedział się, że zamordowało go NKWD.

W ubiegłym roku Karol Ptaszkowski ufundował na grobie rodzinnym nowy pomnik, na którym jest już pełna informacja o losach jego ojca, który został zamordowany w Twerze,  mając 39 lat.

Grób żony Michała Ptaszkowskiego w Oświęcimiu

Grób żony Michała Ptaszkowskiego w Oświęcimiu

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

W wolnej Polsce na takich symbolicznych grobach ofiar represji stalinowskich jest już napisana pełna prawda o ich losie. Z takim upamiętnieniem spotkałem się na symbolicznym grobie policjanta Józefa Banka  na cmentarzu w Olkuszu. Nie został on jednak zamordowany w Twerze i nie jest pogrzebany w Miednoje, lecz jego nazwisko figuruje na ukraińskiej liście katyńskiej. Zamordowano go strzałem z pistoletu w potylicę i  prawdopodobnie jego szczątki znajdują się w Bykowni koło Kijowa.

Zdjęcie policjantów z Podzamcza na Wołyniu, na którym jest także Józef Banek, pochodzi ze zbiorów jego rodziny i zostało zamieszczone:  www.ogrodywspomnien.pl

Polski Cmentarz Wojenny w Bykowni na Ukrainie został utworzony w latach 2011–2012 z inicjatywy Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Na cmentarzu w zbiorowych mogiłach spoczywają szczątki 3435 polskich obywateli z ukraińskiej listy katyńskiej, zamordowanych w 1940 r. przez funkcjonariuszy NKWD. Jest czwartym cmentarzem katyńskim, po otwartych w roku 2000 cmentarzach w Lesie Katyńskim, Miednoje i Charkowie.

Zobacz: Polski Cmentarz Wojenny w Kijowie-Bykowni

Przemówienie,  które Prezydent Lech Kaczyński miał wygłosić w Katyniu

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 7 kwietnia 2015 r.

Brak komentarzy

Wielki Piątek w KL Auschwitz 3 kwietnia 1942 r.

Obecnie Wielki Piątek przypada na 3 kwietnia, dokładnie siedemdziesiąt trzy lata temu, w Wielki Piątek, 3 kwietnia 1942 r., w niemieckim obozie koncentracyjnym Auschwitz zginęło 15 jeńców sowieckich oraz 58 więźniów, w tym 11 Polaków, straconych pod Ścianą Straceń na dziedzińcu bloku nr 11. Wśród rozstrzelanych byli m.in. Marian Bieniek (nr 11395), z zawodu prawnik, który pracował w Urzędzie Skarbowym w Nowym Sączu i Bronisław Jaroń (nr 11877). Obydwaj byli absolwentami Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie.

Marian Bieniek

Marian Bieniek

Bronisław Jaroń

Bronisław Jaroń

Wincenty Gawron (nr 11237) po wojnie napisał:

Obozowy akt zgonu Mariana Bieńka

Obozowy akt zgonu Mariana Bieńka

W Wielki Piątek religijnej żałobie niespodziewanie towarzyszyła żałoba po Marianie Bieńku  z Nowego Sącza, który rano został rozstrzelany”.

Wspomniany Bronisław Jaroń był doktorem botaniki i podporucznikiem rezerwy WP. Pracował jako starszy asystent w Ogrodzie Botanicznym Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie pod kierunkiem prof. Władysława Szefera. Był wielce obiecującym naukowcem, autorem pionierskich prac nad prehistorycznymi szczątkami roślin w Biskupinie oraz nad roślinami z wykopalisk średniowiecznych w Gnieźnie.

Wiosną 1941 r. aresztowano go za wojskową działalność konspiracyjną i osadzono w KL Auschwitz, gdzie jako więzień pracował w ogrodzie komendanta obozu Rudolfa Hőssa. Sądził, że odzyska wolność, o czym tak napisał w grypsie, datowanym 1 kwietnia 1942 r.:

Czuję się zupełnie zdrowo i czekam na chwilę, która może zabłyśnie latem lub jesienią, by wrócić do domowych pieleszy.

Dwa dni później został rozstrzelany.  Dr Bronisław Jaroń miał 37 lat.

August Lewkowicz

Augustyn Lewkowicz

Ponadto wraz z nimi stracono w tym dniu dziewięciu innych więźniów. Fotografie obozowe i akty  zgonów wszystkich jedenastu rozstrzelanych zachowały się. Byli to przeważnie ludzie wykształceni oficerowie rezerwy WP. Wśród nich był Augustyn Lewkowicz (nr 11889), uczestnik walk o niepodległość i granice wschodnie II Rzeczypospolitej w latach 1918-1921., zawodowy oficer WP w stopniu kapitana.

Władysław Sobas, urzędnik z Krakowa

Władysław Sobas, ppor. rez., urzędnik z Krakowa

Zdzisław Gdowski, ppor. rez., urzędnik z Krakowa

Zdzisław Gdowski, ppor. rez., urzędnik z Krakowa

Michał Marciniak, ppor. rez., urzędnik z Krakowa

Michał Marciniak, ppor. rez., urzędnik z Krakowa

Zygfryd Młynarczyk, dentysta z Krakowa

Zygfryd Młynarczyk, dentysta z Krakowa

Bogumił Tuss, kelner z Krakowa

Bogumił Tuss, kelner z Krakowa

Franciszek Łopatecki, urzędnik z Warszawy

Franciszek Łopatecki, urzędnik z Warszawy

Jan Murek, urzędnik z Chorzowa

Jan Murek, urzędnik z Chorzowa

 

Stanisław Soboń, cieśla z Młotkowic, pow. Końskie

Stanisław Soboń, cieśla z Młotkowic, pow. Końskie

W  obliczu  śmierci  szczególnie  zachował  się  Jan  Murek (nr 11754), który pochodził  z Chorzowa i był jednym  z założycieli konspiracyjnej organizacji na tamtejszym terenie.

Przed egzekucją w wyjątkowy sposób podkreślał swą polskość i duchowo do końca nie załamał się. Kiedy esesmani wprowadzili skazańców do umywalni w bloku nr 11 i tam polecili im przed śmiercią rozebrać się do naga – Jan Murek zaczął śpiewać polskie piosenki patriotyczne oraz pieśni religijne. Przed samym wyprowadzeniem ich pod Ścianę Śmierci zaintonował „Boże coś Polskę”, za co dotkliwie został pobity. Zginął z okrzykiem: „Jeszcze Polska nie zginęła!”.

Z kolei, w ten sam Wielki Piątek, ks. Piotr Dańkowski (nr 24529)  z Zakopanego usłyszał od kapo: „Dziś będziesz ukrzyżowany jak twój mistrz”.

ks. Piotr Dańkowski

ks. Piotr Dańkowski

Zmuszony był do niesienia na ramionach ciężkiej kłodę, pod którą kilka razy upadał, aż zginął pod ciosami oprawcy. W 1999 r. został beatyfikowany w grupie 108 męczenników drugiej wojny światowej przez papieża Jana Pawła II.

Były więzień, Władysław Siwek po wojnie utrwalił na obrazie, zatytułowanym „Powrót karnej kompanii z pracy”, jeszcze inną bluźnierczą scenę obozową z Wielkiego Piątku 1942 r., kiedy to    w karnej kompanii znęcano się nad polskimi księżmi i Żydami, aby w końcu spośród zmaltretowanych i ledwie żywych więźniów wybrać jednego, któremu wbito na głowę koronę  z drutu kolczastego.

Władysław Siwek "Powrót karnej kompanii z pracy"

Władysław Siwek "Powrót karnej kompanii z pracy"

Do ręki włożono mu łopatę i jego współtowarzyszom polecono procesjonalnie wnieść go do obozu. W ten sposób sadystycznie nawiązano do ewangelicznego opisu męki Chrystusa.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 1 kwietnia 2015 r.

1 komentarz

Projekt uchwały w sprawie nacjonalizmu na Ukrainie

W tekstach na moim blogu zwracałem uwagę na tendencje nacjonalistyczne na Ukrainie, wobec których oficjalne czynniki polskie zachowują całkowite milczenie. Stąd też z uznaniem przyjąłem wiadomość, że posłowie Sojuszu Lewicy Demokratycznej obecnie skierowali w tej sprawie projekt uchwały do marszałka Sejmu Radosława Sikorskiego.

„Gloryfikowanie osób, które ponoszą odpowiedzialność za wymordowanie ok. stu tysięcy obywateli polskich nie może pozostać bez reakcji polskiego parlamentu. Mając w pamięci ofiary ukraińskich nacjonalistów i ukraińskich jednostek wojskowych kolaborujących z Niemcami, Sejm RP wyraża najwyższe zaniepokojenie nasileniem się tendencji nacjonalistycznych na Ukrainie” – taką uchwałę Sejmu proponuje SLD.

Na ten temat ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski na swoim blogu napiał:

Wielkie nieba ! W chwili, gdy zwolennicy tzw. mitu Jerzego Giedroycia i tzw. polityki jagiellońskiej w PO i PiS chowają głowy w piasek, honor polskiego parlamentu ratuje partia lewicowa.

Ks. Tadeusz Isakowicz-Zaleski informuję również o tym, że powstje obecnie film o Wołyniu, którego premiera odbędzie się w przyszłym roku:

Jest to pierwsza produkcja, która pokaże ludobójstwo. Przed realizacją tego filmu, w Radymnie koło Przemyśla odbyła się rekonstrukcja historyczna. Wprowadzeniem do obrazu było pokazanie codziennego życia mieszkańców małej wioski polskiej, którą otaczały sotnie ukraińskie, a hasłem do ataku była zapalona pochodnia. Pierwsi do akcji przystępowali tzw. siekiernicy, czyli chłopi ukraińscy uzbrojeni w siekiery i widły. Druga grupa rabowała dobytek, a trzecia grupa podpalała i niszczyła polskie osady. Tak palono wieś po wsi i stąd określenie „czerwone noce” towarzyszące tragedii.

Nawiązując do wspomnianych niepokojących tendencji na Ukrainie warto chociażby przypomnieć, że ostatnio  prezydent Petro Poroszenko podjął  uchwałę ustanawiającą państwowe obchody rocznicy urodzin Petra Diaczenki, dowódcy ukraińskiej jednostki, biorącej udział w pacyfikacji Powstania Warszawskiego.

Roman Szuchewycz, komendant UPA, fot. 1944 r.

Roman Szuchewycz, komendant UPA, fot. 1944 r.

Ukraińska Rada Najwyższa uczciła natomiast niedawno minutą ciszy rocznicę śmierci Romana Szuchewycza, naczelnego dowódcy UPA, który jest współodpowiedzialnym  za wymordowanie podczas drugiej wojny światowej około 130 tysięcy Polaków na Wołyniu i Kresach Południowo-Wschodnich II RP.

Jego syn, Jurij Szuchewycz, mieszkający obecnie we Lwowie, nie potępia zbrodni swojego ojca, a wręcz odwrotnie gloryfikuje UPA mówiąc:

„Gdyby nie UPA, nie byłoby dziś wolnej Ukrainy. Do czego mamy się odwoływać, jeśli nie do mitu UPA walczącej o niepodległość?”

Jurij Szuchewycz

Jurij Szuchewycz, syn komendanta UPA

Dobrze również pamiętamy, jak to rok temu, podczas swego wystąpienia na kijowskim Majdanie, czego nie można akceptować, Jarosław Kaczyński wymienił z tłumem banderowskie pozdrowienie „Sława Ukrainie – herojam sława”.

Z kolei publicysta „Polityki” Adam Szostkiewicz uważa,  że kult UPA na Ukrainie – czy to się nam w Polsce podoba, czy nie – jest „potrzebny jako jeden z elementów budowania posowieckiej tożsamości narodowej”, a więc o zbrodni wołyńskiej i jej sprawcach zapomnijmy.

Innego zdania są Kresowiacy, jeden z nich Sławomir Tomasz Roch przesłał mi wstrząsający film „Utracone dzieciństwo” i napisał do mnie:

Czerwone noce na Wołyniu na zawsze pozostaną symbolem męczeństwa polskich rodzin kresowych. Od 70 lat kolejne pokolenia Polaków, wciąż stawiają sobie te same pytania, jak to możliwe, że normalni ludzie niamal z dnia na dzień, masowo zamieniali się w pijanych siekierników. Naturalne prawo do obrony własnej, mobilizowało najodważniejszych Polaków do podjęcia działań, przewaga banderowców w tamtych dniach, była jednak miażdżąca, a ponad tym wszystkim złowrogo trzepotała się swastyka. Wybaczyć trzeba, ale zapomnieć tego ludobójstwa niepodobna. Dziś Kresowianie wytrwale walczą o pamięć dla Tych wszystkich, którzy tam na Kresach pozostali, już na wieczną wartę.

Sławomir Tomasz Roch udostępnił mi także wspomnienia Bolesława Sawy z Kolonii Ludmipol, pow. Włodzimierz Wołyński, z których fragment również warto przytoczyć:

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

Pomnik Stepana Bandery we Lwowie

Naturalnie nie jest łatwo wybaczyć, gdy się jest naocznym świadkiem wymordowania własnej rodziny i to jeszcze w tak drastycznych okolicznościach. Straciłem praktycznie wszystkich mi najbliższych, tragedia to wielka i ból serca ogromny, ale zarazem wiem, że przebaczyć trzeba, że to jedyna właściwie droga. Prawdziwe pojednanie wymaga jednak, ujawnienia całej prawdy o tym ludobójstwie, nie może być bowiem tak, że dziś zbrodniarzom stawia się na Ukrainie pomniki czci i chwały, a kości dziesiątków tysięcy ofiar, wciąż nie zostały godnie upamiętnione.

Gloryfikacja banderyzmu na Ukrainie nie przeszkadza jednak dr. Jerzemu Minakowskiemu, urodzonemu po drugiej wojnie światowej, który odmienny i moim zdaniem kontrowersyjny poglad prezentuje w tekście „Kto próbuje nastawiać przeciw sobie Polaków i Ukraińców jest moim wrogiem”:

Jestem po matce Wołyniakiem. Moją rodzinę na Wołyniu wymordowano w 1943 r. aby rozdzielić tych co mówią po polsku od tych, co mówią po rusku (ukraińsku). Byśmy się nienawidzili i nie mogli mieszkać razem. Dlatego biorę na świadków kości moich przodków i oświadczam – ci wszyscy, co teraz próbują zaogniać rany i spory między Polakami a Ukraińcami, sami realizują program morderców. Sami są „banderowcami” i „upowcami” – nawet jeżeli twierdzą że z „banderyzmem” i „UPA” walczą.

Powyższą wypowiedź skomentuję jednym zdaniem, wspierając Ukrainę, nie można zapomnieć o ludobójstwie na Wołyniu, dokonanym przez UPA na Polakach.

Niespodziewanie Rada Najwyższa (parlament) Ukrainy przyjęła 9 kwietnia 2015 r. ustawę, która uznaje prawny status uczestników walk o niezależność kraju w XX wieku, w tym członków Ukraińskiej Armii Powstańczej (UPA). Projekt ustawy wniósł syn komendanta UPA Jurij Szuchewycz. Ustawę przyjęto w dniu wizyty na Ukrainie, prezydenta III RP, Bronisława Komorowskiego.

W kontekście tej ustawy trzeba przypomnieć, że na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w latach 1943-1945 zginęło około 130 tysięcy Polaków, zamordowanych przez oddziały Ukraińskiej Armii Powstańczej i miejscową ludność ukraińską. Sprawcami zbrodni była Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – frakcja Stepana Bandery oraz podporządkowana jej Ukraińska Powstańcza Armia i ludność ukraińska uczestnicząca w rzezi swoich polskich sąsiadów.

„Sam fakt przyjęcia takiej „ustawy” jest kolejną próbą skłócenia Rosji i Ukrainy. Kolejna próba heroizacji UPA jest czymś więcej niż farsą. Wstręt i obrzydzenie – takie uczucia wywołuje to „historyczne” wydarzenie” – twierdzi głowa Donieckiej Republiki Ludowej,  Alaksander Zacharczenko.

„Historyczne, dlatego że dziś oficjalnie zatryumfował na Ukrainie faszyzm. Bardzo szybko większość ludności Ukrainy zrozumie, że tego kraju już nie ma, ukraińskie władze uruchomiły nieodwracalne procesy, które doprowadzą do pełnego rozpadu kraju” – dodaje przywódca separatystów.

Leszek Miller skrytykował polskie władze za brak reakcji na ustawę uznającą UPA za bojowników o wolność Ukrainy, natomiast ukraiński IPN nie widzi problemu w uchwaleniu ustawy gloryfikującej UPA podczas wizyty polskiego prezydenta.

„Mam nadzieję, że polscy politycy w końcu zrozumieją, iż bez wzajemności ze strony Ukrainy nie warto ryzykować bezpieczeństwem Polaków. Jeżeli Kijów, będąc w tragicznym położeniu, poniża partnera, który ponosi ogromne koszty pomocy i angażowania się po jego stronie, to czego można się spodziewać, kiedy sytuacja na Ukrainie się ustabilizuje, a przy władzy pozostaną obecne elity tego państwa?” - skomentował powyższe wydarzenia dr Andrzej Zapałowski.

Na temat uchwalonej ustawy przez parlament ukraiński w polskich mediach jest bardzo dużo krytycznych wypowiedzi,  nieraz bardzo emocjonalnych.

„Ustawy uchwalono w czasie obecności Komorowskiego właśnie po to, by pokazać, że nie są skierowane przeciwko Polakom” - zaprzecza Mirosław Czech, członek Rady Głównej Związku Ukraińców w Polsce, pisząc o przyjęciu przez ukraiński parlament ustawy, w której Ukraińska Powstańcza Armia została uznana za formację walczącą o niepodległość kraju.

Z kolei niemiecki doradca ukraińskiego parlamentu, historyk Andreas Umland,  wzywa prezydenta Petro Poroszenkę do niepodpisywania ustawy gloryfikującej UPA.

Niestety, stało się inacej, bo ustawa ta została podpisana przez Poroszenkę w dniu 15 maja 2015 r.

Zobacz:  Leszek Miller odniósł się do działań ukraińskiego parlamentu …

Parlament w Kijowie wykopał kolejny rów między Ukraińcami a Polakami

Adam Cyra

Oświęcimi, dnia 21 marca 2015 r.

2 komentarzy

Rocznica śmierci Ołeksandra Muzyczki (1962-2014)

Prawie rok temu, w nocy z 24 na 25 marca 2014 r., w Równem na Wołyniu został zastrzelony Ołeksandr Muzyczko, znany jako „Saszko Biłyj”, jeden z liderów Prawego Sektora, który był bardzo aktywny podczas protestów na kijowskim Majdanie Niepodległości.

Ołeksandr Muzyczko po ogłoszeniu niepodległości Ukrainy w 1991 r. tworzył w Równem na Wołyniu struktury organizacji UNA-UNSO (Ukraińskie Zgromadzenie Narodowe-Ukraińska Narodowa Samoobrona). W 1994 r. kierował oddziałem UNA-UNSO uczestniczącym w wojnie czeczeńskiej. Miał być nawet członkiem ochrony prezydenta Czeczenii, generała Dżochara Dudajewa.

Na Ukrainę Muzyczko powrócił w połowie lat dziewięćdziesiątych. W 2013 r. został koordynatorem Prawego Sektora w zachodniej Ukrainie. Kilka dni przed śmiercią Muzyczko twierdził, że władze ukraińskie polują na niego: „Chcą mnie fizycznie zlikwidować, albo porwać i wydać Rosji …”.

Według oficjalnej wersji Ołeksandr Muzyczko zginął podczas próby zatrzymania go przez oddział milicji ukraińskiej do walki z przestępczością zorganizowaną.

W jednej z restauracji w Równem próbowano aresztować kilka osób. Jedną z nich był Muzyczko, który na okrzyki „Stać! Milicja” zareagował otwarciem ognia do funkcjonariuszy. Milicjanci odpowiedzieli strzałami, które okazały się dla niego śmiertelne.

Pogrzeb Ołeksandra Muzyczki w Równem przerodził się w manifestację ukraińskich nacjonalistów. Przybyli oni licznie, aby w nim uczestniczyć, z czerwonymi-czarnymi flagami Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), która podczas drugiej wojny światowej na Wołyniu zamordowała około 60 tysięcy Polaków.

Podczas pogrzebu wznoszono  okrzyki „Sława Ukrainie! – Herojam Sława!” [pol. Chwała Ukrainie, Chwała bohaterom], będące oficjalnym pozdrowieniem Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (banderowcy), ustanowionym w 1940 r.

Zobacz video: Pogrzeb Ołeksandra Muzyczki 26 marca 2014 r.

Ostatni numer „Wołynia i Polesia”

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 17 marca 2015 r.

1 komentarz

Wyrok śmierci za rzekomą „zdradę narodu”

Witold Pilecki, zdjęcie wykonane w więzieniu na Mokotowie, 1947 r.

Witold Pilecki, zdjęcie wykonane w więzieniu na Mokotowie, 1947 r.

W dniu 15 marca 1948 r., sześćdziesiąt siedem lat temu, w „imieniu Rzeczypospolitej Polskiej” ogłoszono wyrok Wojskowego Sądu Rejonowego w Warszawie.

Rotmistrz Witold Pilecki został skazany na karę śmierci oraz dodatkową karę pozbawienia praw publicznych i obywatelskich praw honorowych wraz z przepadkiem całego mienia na rzecz skarbu państwa. Prezydent Bolesław Bierut nie skorzystał z prawa łaski.

Obecnie trwa dyskusja, czy raport na temat jego pobytu w KL Auschwitz, napisany przez bohaterskiego rotmistrza w drugie połowie 1945 r., powinien stać się lekturą szkolną dla młodzieży polskiej.

Wyrok  wykonano w więzieniu na Mokotowie 25 maja 1948 r. Witold Pilecki został zamordowany strzałem w tył głowy. Do dzisiaj nie odnaleziono jego szczątków.

Czytaj więcej …

Zobacz: Jacek Różański,  kat rotmistrza Pileckiego

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 15 marca 2015 r.

Brak komentarzy

Takiego spotkania w Krakowie jeszcze nie było

Spotkanie z Kazimierzem Albinem, więźniem, uciekinierem i egzekutorem przeszło wszelkie oczekiwania jego organizatorów. Odbyło się ono 12 marca 2015 r. w Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego przy ulicy Krupniczej w Krakowie.

Organizatorem tego niezwykłego spotkania było Koło Naukowe Studentów Historii UJ.

Przyszło na nie około trzy tysiące osób, ale tylko połowa chętnych mogła w nim uczestniczyć, ponieważ wspomniana Aula posiada tylko tysiąc dwieście miejsc siedzących.

Takiego spotkania z byłym więźniem KL Auschwitz-Birkenau  w Krakowie jeszcze nie było. Jedna z jego uczestniczek, Magdalena Urbanek, napisała do organizatorów: „Niezapomniane spotkanie z niesamowitym Człowiekiem, ogromnie dziękuję”.

Zebrani studenci w Auditorium Maximum stojąc i owacyjnie przez kila minut bijąc brawa, dziękowali panu Kazimierzowi Albinowi za piękną lekcję historii.

Zobacz: krótki film z przebiegu spotkania

oraz poprzedni mój tekst na blogu

Spotkanie z więźniem, uciekinierem i egzekutorem.

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 14 marca 2015 r.

Brak komentarzy

O nich dzisiaj nie zawsze się pamięta

Po zakończeniu drugiej wojny światowej Państwowe Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu tworzyli  Polacy, którzy podczas okupacji niemieckiej byli  więzieni w  obozie  Auschwitz.  Na ich temat nie ma żadnego monograficznego opracowania i dzisiaj są już  prawie zapomniani.

Do nich należy Władysław Kowanetz, który urodził się w Ujściu Solnym 9 października 1899 r. Po ukończeniu czwartej klasy w Państwowym Gimnazjum im. Króla Kazimierza Wielkiego w Bochni zaciągnął się ochotniczo do 6. pułku piechoty Legionów Polskich, uczestnicząc później również w walkach z Ukraińcami, a potem w wojnie polsko-bolszewickiej w 1920 r.

Władysław Kowanetz z żoną Julią i córką Izabelą

Władysław Kowanetz z żoną Julią i córką Izabelą

Po zakończeniu działań wojennych rozpoczął od dnia 1 kwietnia 1921 r. służbę w Policji Państwowej, pracując kolejno w komisariatach: Nowy Sącz, Kraków, Oświęcim, Biała Krakowska, Wilkowice koło Białej Krakowskiej i powtórnie Nowy Sącz, gdzie do wybuchu wojny mieszkał wraz z żoną Julią i córką Izabelą. Tam został zmobilizowany i walczył we wrześniu 1939 r. w szeregach Wojska Polskiego.

Podczas okupacji niemieckiej działał na terenie Nowego Sącza w konspiracji ZWZ/AK, otrzymując potajemne polecenie, aby wstąpił do Policji Polskiej, utworzonej przez hitlerowców w Generalnym Gubernatorstwie. Jego zadaniem było prowadzenie działalności wywiadowczej i kontrwywiadowczej,  np. niszczenie donosów i anonimów.

Jako policjant granatowy w lutym 1942 r. został aresztowany przez gestapo i osadzony w więzieniu w Nowym Sączu. Stąd w kwietniu tegoż roku przywieziono go do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer obozowy 29638.

Następnie po niecałych dwóch miesiącach przeniesiono został do KL Mauthausen-Gusen na terenie Austrii, gdzie doczekał wyzwolenia 5 maja 1945 r.

Władysław Kowanetz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Władysław Kowanetz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Ponad dwa miesiące przebywał w ośrodku repatriacyjnym dla Polaków w Linzu, skąd powrócił do Kraju 31 lipca 1945 r., gdzie przez rok powracał do zdrowia po przeżyciach obozowych.

Jako były więzień KL Auschwitz podjął pracę w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu, kiedy ono zostało utworzone 14 czerwca 1947 r.

Na stanowisku asystenta pracował w Muzeum oświęcimskim do przejścia na emeryturę w marcu 1965 r. Zmarł 1 kwietnia 1971 r. i jest pochowany na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu.

Jego córka Izabela Smoleń również przez wiele lat pracowała w Muzeum Auschwitz-Birkenau.

Władysław Kowanetz odznaczony był Medalem Dziesięciolecia Odzyskania Niepodległości (8 kwietnia 1929 r.), Krzyżem Legionowym (7 lipca 1929 r.), Medalem Niepodległości (17 marca 1932 r.) i Srebrnym Medalem za Długoletnią Służbę (19 maja 1939 r.).

Zobacz: Jak zakładano Muzeum Auschwitz

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 11 marca 2015 r.

1 komentarz

Premiera filmu „Pilecki” jesienią 2015 r.

Ukończono pracę nad filmem „PILECKI”, który będzie miał premierę we wrześniu 2015 r.  Jest on pełnometrażowym fabularyzowanym dokumentem przedstawiającym dramatyczne losy rotmistrza Witolda Pileckiego, twórcy konspiracji wojskowej w KL Auschwitz.

Film można było zrealizować wyłącznie dzięki prowadzonej przez Stowarzyszenie Auschwitz Memento zbiórce publicznej. Jego powstanie nie wsparła żadna  państowa  instytucja. Budżet filmu stanowiły  darowizny ponad dwóch tysięcy osób oraz dotacja Stowarzyszenia Weteranów Armii Polskiej w Ameryce Okręg nr 2 w Nowym Jorku.

Zobacz: Rozmawiamy o filmie „Pilecki”

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 9 marca 2015 r.

Brak komentarzy

Zacieranie prawdy o ofiarach Wołynia

W numerze 8 (23 lutego-1 marca 2015) tygodnika „wSieci” został opublikowany wywiad z Borysem Tarasiukiem, zatytułowany „Wybiliśmy Rosji zęby”, który przeprowadzili Jacek i Michał Karnowscy. Ich rozmówca był dwukrotnym (1998-2000 i 2005-2007) ministrem spraw zagranicznych Ukrainy oraz uczestniczył w „pomarańczowej rewolucji” i „rewolucji godności”. Obecnie na Ukrainie jest deputowanym z ramienia partii Batkiwszczyna.

Kiedyś Borys Tarasiuk był długoletnim członkiem Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego oraz pracownikiem radzieckich służb dyplomatycznych i instruktorem wydziału spraw zagranicznych KC Komunistycznej Partii Ukrainy.

Warto przypomnieć, że Borys Tarasiuk wzywał w 2007 roku ówczesnego prezydenta Wiktora Juszczenkę do wydania dekretu, uznającego Ukraińską Powstańczą Armię (UPA) za stronę walczącą o niepodległość Ukrainy.

Apel ten sprzed ośmiu lat Tarasiuk wystosował z okazji 65. rocznicy powstania UPA 14 października 1942 r.

W ubiegłym roku Prezydent Ukrainy Petro Poroszenko ogłosił dzień 14 października, czyli dzień w którym powstała UPA, świętem narodowym Ukrainy.

Uznanie UPA za  stronę walczącą w  drugiej wojnie  światowej o niepodległość „nie  jest problemem historycznym,  lecz  problemem  współczesne j polityki  państwowej, przyszłości państwa i narodu oraz  kwestią  bezpieczeństwa  narodowego”  -  twierdził  wtedy  Tarasiuk  i  swój  pogląd  nadal podtrzymuje.

Warto przypomnieć, że UPA od 1943 roku prowadziła przede wszystkim działania zbrojne przeciwko ludności polskiej Wołynia, Polesia i Kresów Południowo-Wschodnich II RP.

Oblicza się, że ludobójcze działania UPA na wspomnianych terenach doprowadziły do wymordowania w bestialski sposób przez nacjonalistów ukraińskich około 130 tys.  Polaków.

Dzisiaj walka z pamięcią o ofiarach Wołynia trwa. Prawda na ten temat jest zacierana nie tylko na Ukrainie, ale również w Polsce, gdzie teksty autorów piszących na ten temat nie są dobrze postrzegane przez elity obecnej władzy.

Zobacz: Pod banderowskim sztandarem

Ukraiński antypolonizm przybiera na sile

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 4 marca 2015 r.

Brak komentarzy

Żołnierze Wyklęci – Dzień Pamięci 1 Marca

 


Żołnierze Wyklęci

także na moim blogu pisałem o nich kilkakrotnie.

Zobacz (kliknij): Dziewczyna Wyklęta

Poniżej zamieszczam tekst o tegorocznych obchodach Dnia Pamięci o Żołnierzach Wyklętych w Północnej Anglii, który otrzymałem od pani Xeni Jacoby z Blackburn.

STAŃCIE DO APELU!

W dzisiejszą niedzielę 1 marca 2015 r. obchodzimy Narodowe Święto Żołnierzy Wyklętych, które zostało ustanowione w 2011 r. jako święto państwowe. „Jest ono wyrazem hołdu dla żołnierzy drugiej konspiracji za świadectwo męstwa, honoru, niezłomnej postawy patriotycznej i przywiązania do tradycji niepodległościowych, za krew przelaną w obronie Ojczyzny” – mówił podczas swej homilii ks. Robert Pytel, proboszcz Parafii p.w. N.M.P. Królowej Polski przy Polskiej Misji Katolickiej w Blackburn, Płn Anglia.

Uroczystości rozpoczęła poranna msza w kościele św. Anny w intencji Żołnierzy Niezłomnych, na którą licznie przybyli wierni z parafii, zastęp harcerzy, zuchów, skrzatów, goście z innych miast oraz kibice Zawiszy Bydgoszcz i ŁKS Łódź.

Dzień 1 Marca stał się dla nas żyjących dziś na emigracji symbolem początków innych działań na rzecz przywracania tym Żołnierzom należnego im miejsca w panteonie narodowej pamięci. Przysługuje Im tytuł Wyklętych, bo wyklęła Ich powojenna władza, a Ich niezłomność docenił Bóg i historia w naszych czasach. Wrzuceni byli do ziemi jak kamienie pod fundament Niepodległej Ojczyzny” – prawił celebrans.Wspólnie modliliśmy się za naszą Ojczyznę, za naszych walecznych przodków i za nas samych. Po Mszy św. ksiądz Robert zapraszał wiernych do przemarszu ulicami miasta ku czci pomordowanych bohaterów.

Tak oto Polski Ośrodek Katolicki Blackburn zorganizował I Marsz ku Czci Żołnierzy Wyklętych, który po mszy wyruszył spod kościoła na cmentarz Pleasington.Na czele pochodu niesiony był sztandar parafialny z wizerunkiem Matki Bożej. Tuż za nim uczestnicy nieśli transparent w postaci flagi państwowej zwzniosłym napisem  w języku polsko-angielskim: „ŻOŁNIERZE WYKLĘCI 1944-1963 POLISH HEROES.” Utworzyła się kolumna marszowa, która dumnie maszerowała ulicami miasta Blackburn. Uczestnicy marszu nieśli ze sobą narodowe symbole – polskie flagi. Swój patriotyzm podkreślili barwami narodowymi, honorując tym samym atmosferę patriotyzmu. Gdzieniegdzie  powiewały niesione  biało-niebieskie flagi maryjne. Podczas marszu skandowane były przez mikrofon hasła na cześć Żołnierzy Niezłomnych i odzew przez uczestników, takie jak: „Narodowe Siły Zbrojne – NSZ!, Żołnierze Wyklęci – Polish Heroes!, Cześć Waszej Pamięci – Żołnierze Wyklęci!” Regularnie, co kilka minut wyjaśniano w języku angielskim przesłanie i przyczynę marszu.

Informacja mogła być szokująca dla mijających nas Brytyjczyków, których wiedza historyczna generalnie jest na bardzo niskim poziomie.  Jako przypadkowi przechodnie z wielkim zdumieniem na twarzach, zatrzymywali się, niektórzy  otwierali usta – obserwując nas idących i skandujących patriotyczne hasła. Jakieś kobiety uśmiechały się do nas przyjaźnie.  Zebrani sportowcy przy klubie sportowym poprzerywali rozmowy, uciszyli się i osłupieni przyglądali się niecodziennej sytuacji. Mijaliśmy stadion piłki nożnej, gdzie gracze zatrzymali piłkę w grze i tak jak ich zaskoczeni kibice byli cicho i w konsternacji gapili się na nasz pochód.

Wtedy zabierający głos głośno mówił przez mikrofon w języku angielskim o morderstwach na naszych polskich patriotach od 1944 r. aż do 1963 r., kiedy byli wyłapywani, torturowani i mordowani przez sowietów w katowniach NKWD. Po reakcjach na twarzy widziałam,  że te informacje były dla gapiów wstrząsające i pierwszy raz w życiu je usłyszeli. To było właśnie naszym celem, aby uświadomić i przypomnieć Brytyjczykom jak nasi heroiczni  bohaterowie wojenni kończyli  życie w obronie naszej Ojczyzny – a nie poddając się komunistom, walczyli z honorem do ostatniej kropli krwi.

Mieliśmy do przebycia 4 km dość szybkim marszem, podczas którego słuchaliśmy nagrań piosenek patriotycznych. Włączaliśmy się do śpiewu. Jedną z tych pięknych w wykonaniu Lecha Makowieckiegobyła „Ostatnia kula” z filmu „Historia Roja.”„Za to, że wolnym chciałem być, Ścigają mnie jak sfora psów. Ostatni nabój – krzyża znak, Burzy się krew – szczęknęła broń. Wybaczcie jeśli coś nie tak. Przez chwilę lufa chłodzi skroń…” – wycisnęła z oczu łzy.

Dotarliśmy na cmentarz i stanęliśmy przy polskich grobach. Odśpiewaliśmy hymn Polski i został złożony na polskim grobie wieniec z biało – czerwonych róż, ozdobiony wstążkami w ojczystych barwach. W czarnym marmurze pomnika grobowego, na którym wygrawerowano oblicze Matki Boskiej Częstochowskiej oraz orła w koronie, wyryty był przejmujący napis w języku angielskim i polskim: „ODDALIŚMY DUSZE BOGU, SERCA POLSCE, CIAŁA ZIEMI ANGIELSKIEJ.”

Tutaj w przemowie przypomniano nam naszych żołnierzy bohaterów, którzy „podjęli walkę z Niemcami i tą walkę wygrali. Ich heroizm nie został doceniony. Stanęli przed wyborem – albo zostać w Anglii, czyli kraju, który zdradził nas wielokrotnie. Który w swej bezczelności nie dopuścił Polaków do defilady kończącej wojnę, którego londyńskie napisały wołały: „Polish go home,” albo wrócić do Ojczyzny okupowanej przez Rosjan, narażając się na szykany, tortury i śmierć. Bez względu jaką decyzję podjęli nie wyrzekli się ideałów, które Ich ukształtowały. Wychowała Ich II Rzeczypospolita w oparciu o tradycję, historię, kulturę, o wartości rodzinne i patriotyczne, gdzie fundament stanowiła religia katolicka. Stanowili elitę naszego kraju wyznając wartości „Bóg Honor i Ojczyzna.” Walczyli z niemieckim zbrodniarzem i sowieckim barbarzyńcą. Ponad 200 tys. osób walczyło z komunistycznym terrorem. Zostali teraz wydobyci z otchłani niepamięci. Wielkie narodowe powstanie umysłów i dusz nowej generacji Polaków jest niezaprzeczalnym faktem.”

Po przemówieniu wezwano nazwiskami poległych cywilnych i wojskowych Przywódców Polskiego Państwa Podziemnego do Apelu Pamięci. „Wzywam Was bohaterscy kapelani oddziałów podziemia antykomunistycznego, księża zamordowani za krzyż, wiarę i wolność! Żołnierze Niezłomni, którzy z bronią w ręku walczyliście o ideały, w których zostaliście wychowani w okresie, gdy Polska cieszyła się wolnością, poszanowaniem wartości chrześcijańskich i pariotycznych – STAŃCIE DO APELU!Na zawsze mieli pozostać na czarnych kartach historii. Dziś możemy ogłosić Ich triumf. Wygrali, bo wygrywa ten, kto jest obecny w pamięci.”

NIECH DOBRY BÓG WYNAGRODZI WASZĄ WALKĘ, A PAMIĘĆ O WAS ZACHOWAJĄ POTOMNI.

Zakończył się Apel Poległych. Stanęliśmy blisko przy sobie do wspólnej fotografii, jak niegdyś uśmiechnięci Niezłomni, ale my trzymaliśmy w rękach zamiast karabinów łopoczące na wietrze flagi – niczym skrzydła husarii. Fani Zawiszy Bydgoszcz i ŁKS Łódź odpalili race w hołdzie Wyklętym i obrońcom naszych i brytyjskich granic, którzy tu w Anglii złożyli swe kości.

Po zakończeniu uroczystości na cmentarzu, zaproszono wszystkich do Polskiego Ośrodka Katolickiego w Blackburn na projekcję filmu o rotmistrzu Witoldzie Pileckim oraz na żołnierską grochówkę. Przed filmem odbył się konkurs wiedzy o Żołnierzach Niezłomnych. Zwycięzcówobdarowano słodkościami.

Na pamiątkę wręczono mi czarno – białe kopie grupowych zdjęć Żołnierzy Wyklętych, którzy wraz z Inką w radosnych uśmiechach pozowali do zdjęć, dzieląc się z nami sobą jak chlebem. Piękni niepokonani zostańcie w naszej pamięci!

ŻOŁNIERZE NIEZŁOMNI – NARÓD WAS NIE ZAPOMNI !

Tekst : Xenia Jacoby

Zdjęcia: Xenia,  Piotr z Wrexham,  R. Wiśniewski

, , ,

1 komentarz

Spotkanie z więźniem, uciekinierem i egzekutorem

Drugie spotkanie z cyklu „Przeżyliśmy Auschwitz…” zostało zaplanowane na 12 marca 2015 roku.  Gościem Instytutu Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie będzie Kazimierz Albin.

Na to niezwykłe spotkanie zaprasza Koło Naukowe Historyków Studentów UJ.

Kazimierz Albin aresztowany został  na początku 1940 roku i wywieziony z więzienia w Tarnowie do KL Auschwitz w pierwszym transporcie polskich więźniów politycznych. W obozie oświęcimskim oznaczono go numerem 118. Więziony był wraz z bratem Mieczysławem (nr obozowy 116), a po jego ucieczce więźniarkami KL Auschwirz stały się również jego matka i siostra, które przywieziono do obozu w odwet za ucieczkę syna i brata.

Siedemdzisiąt dwa lata temu, w  dniu 27 lutego 1943 roku, uciekł wraz z sześcioma innymi więźniami z KL Auschwitz.

Ukrywał się w Krakowie pod zmienionym nazwiskiem i działał w konspiracji Armii Krajowej. Pełnił tam funkcję szefa dywersji bojowej III Odcinka Komendy Obwodu Kraków — Miasto Armii Krajowej.

Spotkanie zostanie połączone z promocją dwóch książek  Kazimierza Albina, zatytułowanych  „List gończy. Historia mojej ucieczki z Oświęcimia i działalności w konspiracji”, Warszawa 1996 oraz „Postscriptum. Losy powojenne i powrót do Auschwitz”, Oświęcim 2013.

Po spotkaniu będzie możliwość zakupienia tych pozycji i zdobycia autografu Autora, który w tym roku ukończy dziewięćdziesiąt trzy lata.  Z tym więźniem i uciekinierem z KL Auschwitz zamierza w Krakowie spotkać się ponad trzy tysiące osób.

W związku z dużą ilością chętnych do uczestnictwa w tym spotkaniu odbędzie się ono nie w Auli Tischnera przy ulicy Gołębiej 13, lecz Auditorium Maximum Uniwersytetu Jagiellońskiego przy ulicy Krupniczej 33.

Kazimierz Albin jest Honorowym Prezesem Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem – Pamięć o KL Auschwitz.  Położył duże zasługi w przypomnieniu i przywróceniu postaci rotmistrza Witolda Pileckiego na karty historii, o którym dzisiaj są nawet śpiewane piosenki.

Ten niezwykły świadek historii w tym roku uczestniczył, zabierając głos,  w obchodach 70. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz  – zobacz video.

————————————————————————————————————————————————

Kazimierz Albin – ur. 30 sierpnia 1922 roku w Krakowie; w styczniu 1940 roku aresztowany na terenie Słowacji przy próbie przedostania się do Wojska Polskiego we Francji.

Więziony m.in. w Muszynie, Nowym Sączu i Tarnowie, skąd przywieziony został do KL Auschwitz 14 czerwca 1940 roku.

 

Zamów:

L i s t

g o ń c z y

 

Czytaj więcej:

Z Kazimierzem Albinem  rozmawia Maciej Foks.

Więzień, uciekinier, egzekutor, Biuletyn IPN Pamięć 2014 nr 2

————————————————————————————————————————————————

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 25 lutego 2015 r.

1 komentarz

Dr Władysław Dering – pobyt w Auschwitz i więzieniu brytyjskim


Władysław Dering, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Władysław Dering, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Po wojnie wielu byłych więźniów KL Auschwitz twierdziło, że zawdzięczają mu życie, inni oskarżali go jako więźnia-lekarza o zbrodniczą działalność. Wysuwano również wobec niego zupełnie bezpodstawne zarzuty  jakoby zabijał więźniów zastrzykami z fenolu w serce oraz brał udział w selekcjach do komór gazowych. Kpt. dr Władysław Dering pozostawił po sobie obszerne wspomnienia, które dotychczas nie zostały opublikowane.

Na jego temat tak wypowiedział się Władysław Bartoszewski (nr obozowy 4427):

Stawał co dzień przed strasznymi dylematami. Kogo ratować? Tego, co cierpi, czy tego, kto ma szansę przeżycia? (…) Wykonać rozkaz esesmana czy odmówić z pobudek moralnych i wydać na siebie wyrok śmierci? Tego nie rozstrzygnie w sposób jednoznaczny żaden ludzki sąd.

Władysław Aleksander Dering urodził się w Iwankowcach koło Berdyczowa 6 marca 1903 roku. Był wychowywany przez rodziców w duchu polskości, co spowodowało, że w 1917 roku, mając czternaście lat wstąpił potajemnie do drużyny harcerskiej w Berdyczowie.

Czytaj więcej:

Adam Cyra, Dr Władysław Dering – pobyt w Auschwitz i więzieniu brytyjskim,

„Biuletyn informacyjny. Miesięcznik Światowego Związku Żołnierzy Armii Krajowej” 2015 nr 2

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 24 lutego 2015 r.

2 komentarzy

Wspomnienie o Rudolfie Czerniaku (1938-2015)

 

Rudolf Czerniak (1938-2015)

Rudolf Czerniak (1938-2015)W

W Oświęcimiu mieszka wielu ludzi, którzy mają dwie Małe Ojczyzny. Do nich należał Rudolf Tadeusz Czerniak, pochodzący z Roztocza na Lubelszczyźnie, który przez wiele lat  mieszkał w Grodzie nad Sołą, gdzie zmarł 11 lutego 2015 r. Jego pogrzeb odbył się trzy dni później w Oświęcimiu. W tym roku ukończyłby siedemdziesiąt siedem lat.

Rudka poznałem jako młodego człowieka na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Pracował wtedy w Oświęcimskich Zakładach Naprawy Samochodów i równocześnie był prezesem Koła Przewodników PTTK przy Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Ponownie odnowiliśmy znajomość po ponad trzydziestu latach. Otrzymałem wtedy od Niego jego książkę, zatytułowaną „Kamyki i ostańce. Opowiadania wierszem i prozą z Roztocza, znad Soły i Bałtyku”, wydaną w Oświęcimiu w 2002 r. Autor zadedykował mi ją:

Adamowi Cyrze na pamiątkę odnowienia przyjaźni – po wielu latach.

Z kart tej urokliwie napisanej prozą i wierszem książki, liczącej ponad trzysta stron, dowiedziałem się, że Rudek jako kilkunastoletni chłopiec we wrześniu 1951 r. opuścił swoją rodzinną miejscowość Długi Kąt, położoną przy starym trakcie z Biłgoraja do Tomaszowa Lubelskiego, aby podjąć naukę w Liceum Ogólnokształcącym w Józefowie koło Biłgoraja.

Po uzyskaniu matury studiował na Akademii Medycznej w Lublinie, gdzie na trzecim roku studiów został wydalony z uczelni, do czego przyczyniło się m. in. napisanie wiersza „Październik 1956 r.”, którego ten fragment chyba szczególnie dotknął funkcjonariuszy Służby Bezpieczeństwa:

Był wiec i padły słowa wzniosłe

wolności balon zawisł w górze

ale wciąż widzisz na ulicach

tych ludzi w ciemnych kapeluszach”.

Powołano go do trzyletniej służby wojskowej w marynarce wojennej na ścigaczach  okrętów  podwodnych,   podczas  której  wyróżnił się w czasie  silnego  zimowego sztormu, uratowaniem załogi tonącego szwedzkiego statku „Vestenhafen”. Zdarzenie to wywołało szerokie zainteresowanie prasy, a jego bohater sam po latach napisał:

„Oprócz odznaczenia za ofiarność i odwagę, byłem wtedy, jako jeden z przedstawicieli załogi, przyjmowany z honorami przez ambasadora Szwecji, na specjalnie z tej okazji wydanym cocktail party. Finał był piękny, ale czas uciekał”.

Po powrocie z wojska podjął pracę jako robotnik w Oświęcimskich Zakładach Naprawy Samochodów. Gród nad Sołą stał się dla Niego drugą Małą Ojczyzną. Mieszkając tutaj zaocznie ukończył studia na Akademii Ekonomicznej w Katowicach, założył rodzinę i w swoim zakładzie pracy awansował na stanowisko dyrektora ekonomicznego.

Już jako emeryt opracował monografię nieistniejącej już dzisiaj firmy OZNS, z którą związał swoje życie zawodowe. Z kolei do miejsca zamieszkania w młodości powrócił w publikacji „Długi Kąt – okruchy historii ludzi i wioski z lat 1910-2010″.  Napisał  również  kilkanaście  legend o Roztoczu,  z których dziewięć  znalazło  się w  książce „W krainie żurawiny i utopców”, Józefów 2012. Jest też Autorem kilku piosenek i sporej ilości wierszy, których wybór został zamieszczony w książce „Notatki niepokornej duszy”, Warszawa 2014.

Zobacz: wiersz „Wolny emeryt” (czyta  Autor)

We wspominanych już „Kamykach i ostańcach” tak napisał:

Początkowo miałem zamiar wyjechać z Oświęcimia, ale zatrzymało mnie Muzeum. Tutaj, poza pracą zawodową, zostałem przewodnikiem po Muzeum i realizowałem zainteresowania historyczne, wzmocnione własnymi przeżyciami z czasów wojny. Miałem wtedy okazję zobaczyć cały ówczesny świat – a właściwie jego przedstawicieli. Tak egzotycznych jak cesarz Etiopii Hajle Sellasje, Iranu Reza Pahlavi lub przywódca Kuby Fidel Castro, czy tak znanych jak de Gaulle, prezydent USA i wielu innych. Przez dwie kadencje wybierano mnie prezesem Koła Przewodników PTTK. (…) Jednak kiedy zaczęły mi się śnić sceny obozowe, zrezygnowałem, oddając się innym pożytecznym zajęciom. Ale w Oświęcimiu miałem już własne mieszkanie, dobrą pracę i przyjaciół, więc zostałem.

Ta odnowiona przeze mnie przyjaźń z Autorem książki „Kamyki i ostańce”, zaowocowała kolejnym Jego wierszem, zatytułowanym „Do Adama Cyry”.

Wiersz ten opublikowany  został  w  książce  ”Notatki niepokornej duszy”,  którego  fragment   pozwolę  sobie  przytoczyć:

Dla potomności słowa prawdy

z szarości, z bytu nieistnienia

wciąż wydobywasz na powierzchnię

i chronisz je przed zapomnieniem

W dorobku Twoim tyle zasług

w tle cichociemnych,  olkuszanie

rotmistrz Pilecki salutując

przed Tobą w niebie kiedyś stanie

Tym ludziom, których dawniej los

gnał poprzez nieszczęść strefę czarną

Ty poświęciłeś czas i życie

ale pamiętaj, nie na darmo

Jubileusze przemijają

czasem bez echa, bez pamięci

ale my życie mamy po to

by nieraz innym je poświęcić”.

Pięknie i dla mnie wzruszająco napisane, dziękuję Rudku z całego serca, pozostaniesz na zawsze w mojej pamięci.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 17 lutego 2015 r.

Brak komentarzy

„Przeżyliśmy Auschwitz …”

W dniu 22 stycznia 2015 roku  w Auli Amfiteatralnej im. ks. Józefa Tischnera w Instytucie Historii Uniwersytetu Jagiellońskiego miało miejsce spotkanie z prof. dr. inż. Zbigniewem Kączkowskim – byłym więźniem hitlerowskich obozów koncentracyjnych: Auschwitz, Buchenwald, Mittelbau-Dora i Ravensbrück, który dzisiaj ma dziewięćdziesiąt trzy lata.

Było ono pierwszym z cyklu „Przeżyliśmy Auschwitz…” i  zostało zainicjowane przez Sekcję Historii Najnowszej Koła Naukowego Historyków Studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego w roku akademickim 2014/2015.

Zobacz:

Prof. Zbigniew Kączkowski,  więzień KL Auschwitz,  opowiada …

Zbigniew Kączkowski urodził się 10 kwietnia 1921 roku w Krakowie. W latach 1931 – 1939 ukończył gimnazjum i liceum matematyczno – fizyczne Towarzystwa Szkoły Średniej w Gdyni. Jesienią 1939 roku został wysiedlony wraz z rodzicami z tego miasta do Generalnego Gubernatorstwa. Początkowo mieszkał koło Kutna, a od wiosny 1940 roku w Warszawie, gdzie zajmował się pracą w samopomocy społecznej, prowadzonej w ramach Rady Głównej Opiekuńczej. Równocześnie działał konspiracyjnie, pełniąc funkcję drużynowego w  Szarych Szeregach.

W 1941 roku musiał opuścić Warszawę, zmieniając nazwisko na Kaczanowski, ponieważ był poszukiwany przez gestapo. Zamieszkał w majątku Marynki koło Warki. Tam wstąpił do ZWZ/AK oraz prowadził tajne nauczanie. Aresztowano go w kwietniu 1943 roku wraz z matką dr n. med. Zofią Kączkowską i obydwoje umieszczeni zostali w więzieniu w Radomiu, skąd w czerwcu 1943 roku przewieziono ich do KL Auschwitz. Zbigniew Kączkowski otrzymał numer obozowy 125727, natomiast jego matkę oznaczono numerem 46442. Zginęła w KL Auschwitz II-Birkenau 13 stycznia 1944 roku.

Podczas spotkania prof. dr inż. Zbigniew Kączkowski najbardziej zaciekawił słuchaczy swoją dramatyczną opowieścią o ucieczce z KL Auschwitz latem 1944 r. W tym czasie pracował jako pielęgniarz w szpitalu więźniarskim w bloku nr 21 na terenie obozu macierzystego w Oświęcimiu. Ze swoich planów ucieczki zwierzył się zaufanym współwięźniom.

O jego zamiarach poinformowany został także Józef Cyrankiewicz, nr obozowy 62933, który również zamierzał tą drogą wydostać się z obozu, lecz w ostatniej chwili zrezygnował z ucieczki, wyznaczając na swoje miejsce skoczka spadochronowego – cichociemnego rtm. Jerzego Sokołowskiego, oznaczonego numerem obozowym 156692. Sposób przeprowadzenia ucieczki opracował Józef Cyrankiewicz i Stanisław Kłodzinski, nr obozowy 20019. Obydwaj byli aktywnymi działaczami obozowej konspiracji.

W dniu 27 lipca 1944 roku Zbigniew Kączkowski wraz z kilkoma innymi więźniami, ciągnąc wóz, tzw. rollwagę, przekroczył bramę z napisem „Arbeit macht frei”. Miał za zadanie przywieźć z apteki obozowej lekarstwa do bloku szpitalnego nr 21, w którym pracował. Pod pretekstem „zorganizowania” wędlin w obozowej rzeźni, oddalił się od kolegów. Zgodnie z planem ukrył się na strychu drewnianego baraku, w którym mieściła się jadalnia dla esesmanów.

Mjr Jerzy Sokołowski

Rtm. Jerzy Sokołowski

Nazajutrz w kryjówce pojawił się Jerzy Sokołowski, który z powodu nieszczęśliwego upadku w ciemnościach uszkodził podłogę na strychu tego baraku. Z tego powodu jeszcze tej nocy byli zmuszeni rozpocząć ucieczkę, chociaż wiedzieli, że intensywne poszukiwania uciekinierów przez esesmanów są prowadzone przez trzy doby. Z różnymi perypetiami udało się im nazajutrz przed południem dotrzeć do podoświęcimskiej miejscowości Grojec, gdzie w ręce ćwiczących w pobliżu żołnierzy niemieckiej artylerii przeciwlotniczej wydał ich napotkany siedmioletni chłopiec o nazwisku Bogdan Mikołajczyk, zbierający jeżyny wraz ze swoim wujem. Obaj byli nasiedlonymi przez Niemców volksdeutschami z Pomorza. Chłopiec ten za swój czyn otrzymał w nagrodę garść cukierków.

Zaraz po ujęciu Zbigniew Kączkowski i Jerzy Sokołowski przez dziesięć dni byli więzieni w bunkrze bloku nr 11 z innym schwytanym uciekinierem z KL Auschwitz. Był nim dwudziestoletni Edek Galiński, nr obozowy 531, pochodzący z Jarosławia, który w przebraniu esesmana i z bronią uciekł z obozu w Brzezince 24 czerwca 1944 roku wraz z belgijską Żydówką, pochodzącą z Polski – Malą Zimetbaum, nr obozowy 19880, więzioną w tym czasie również po ujęciu w jednym z bunkrów bloku nr 11. Niestety po kilkunastu dniach zostali schwytani i 22 sierpnia 1944 roku straceni w KL Auschwitz II-Birkenau.

Edward Galiński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Edward Galiński, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Zbigniew Kączkowski zapamiętał, że Edek Galiński często przy szparze w drzwiach celi, w której byli więzieni, gwizdał jakąś melodię, a Mala mu ją odgwizdywała. W ten sposób, przekazywali sobie wzajemnie wiadomość, że jeszcze żyją. Po wojnie złożył na ten temat relację były więzień Bolesław Staroń, stwierdzając, że tą melodią była znana przedwojenna włoska piosenka Claudio Villa „Serenata messicana”.

Po wojnie Zbigniew Kączkowski poświęcił się pracy naukowej. Nigdy nie był członkiem PZPR ani nie wykorzystał dla własnych korzyści swojej obozowej znajomości z Józefem Cyrankiewiczem, późniejszym długoletnim powojennym komunistycznym premierem w PRL.

Organizatorami spotkania z prof. Zbigniewem Kączkowskim byli: mgr Piotr Świątczak – doktorant na Wydziale Historycznym UJ i starszy przewodnik-edukator w Muzeum Auschwitz-Birkenau  oraz Justyna Gałuszka – prezes zarządu Koła Naukowego Historyków Studentów UJ.

Warto nadmienić, że w Instytucie Historii UJ nigdy wcześniej nie organizowano spotkań z byłymi więźniami KL Auschwitz,  podczas których dzieliliby się oni swoimi wspomnieniami obozowymi ze studentami historii. Toteż spotkanie z prof. Zbigniewem Kączkowskim było wydarzeniem wyjątkowym, chociażby z uwagi na fakt, iż wzięło w nim udział kilkaset osób i to nie tylko studentów historii, bowiem w Auli byli obecni również studenci z innych wydziałów UJ, a nawet innych uczelni Krakowa.

Drugie spotkanie z cyklu „Przeżyliśmy Auschwitz…” zostało zaplanowane na 12 marca 2015 roku. Gościem Instytutu Historii UJ będzie Kazimierz Albin – były więzień KL Auschwitz z pierwszego transportu Polaków, przywiezionych z więzienia w Tarnowie (nr 118), uciekinier z tego obozu i późniejszy żołnierz Armii Krajowej.

To niezwykłe spotkanie zostanie połączone z promocją dwóch książek  Kazimierza Albina, zatytułowanych  „List gończy. Historia mojej ucieczki z Oświęcimia i działalności w konspiracji”, Warszawa 1996 oraz „Postscriptum. Losy powojenne i powrót do Auschwitz”, Oświęcim 2013.

Po spotkaniu będzie możliwość zakupienia tych pozycji i zdobycia autografu Autora, który ma  dziewięćdziesiąt dwa lata.

Kup: List gończy

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 11 lutego 2015 r.

Brak komentarzy

Ludobójca i jego wnuk

W dniu 26 stycznia 2015 r., w przeddzień 70. rocznicy wyzwolenia obozu oświęcimskiego, Muzeum Auschwitz-Birkenau odwiedził Rainer Höss. Jego dziadek Rudolf Höss był założycielem i pierwszym komendantem KL Auschwitz. Wnuk wskazał najlepsze – jego zdaniem – miejsce w całym dawnym niemieckim obozie. Tym miejscem jest szubienica, gdzie powieszono Rudolfa Hössa. - Jego dyktatura zakończyła się właśnie tutaj i już nie wróci - powiedział. Podczas pobytu w Oświęcimiu wnuk komendanta KL Auschwitz odwiedził także willę, w której mieszkał jego dziadek.

Egzekucja Rudolfa Hössa

Egzekucja Rudolfa Hössa

Rainer Höss, 49 lat

Rainer Höss, 49 lat

Zobacz:

rozmowa Rainera Hössa wnuka komendanta KL Auschwitz z reporterem magazynu „Polska i Świat” w dniu 26 stycznia 2015 r.

Na terenie oświęcimskiego Muzeum znajduje się eksponat, który nie pochodzi z czasów istnienia niemieckiego obozu koncentracyjnego.

Jest nim zachowana szubienica, pod którą nikt nie składa nigdy kwiatów i nie zapala zniczy.

Na tej szubienicy prawie sześćdziesiąt osiem lat temu został stracony w dniu 16 kwietnia 1947 r.  założyciel i pierwszy komendant KL Auschwitz.

Franz Ferdinand Hőss urodził się 25 listopada 1900 r. w Baden-Baden. Od szóstego roku życiawychowywał się wraz z dwiema młodszymi siostrami w Mannheim, gdzie ukończył 5 klas gimnazjum humanistycznego.

Dnia 1 sierpnia 1916 r. jako ochotnik został wcielony do oddziału kawalerii niemieckiej. Odkomenderowany wraz z nim do Turcji, która w pierwszej wojnie światowej sprzymierzona była z Niemcami i Austrią, brał udział w walkach na froncie azjatyckim, otrzymując stopień podoficerski i liczne odznaczenia.

Do Niemiec powrócił w 1919 r., gdzie rozpoczął działalność w oddziałach ochotniczych, które zwalczały między innymi powstańców polskich w Wielkopolsce i na Śląsku. W 1922 r. zetknął się z Adolfem Hitlerem, niezwłocznie zgłaszając swój akces do Narodowosocjalistycznej Niemieckiej Partii Robotniczej (Nazionalsozialistische Deutsche Arbeitpartei – w skrócie NSDAP). W tej partii otrzymał numer legitymacji 3240.

Wkrótce wykazał szczególną aktywność w ruchu hitlerowskim, biorąc udział w mordzie kapturowym na osobie nauczyciela Waltera Kadowa w nocy z 31 maja na 1 czerwca 1923 r. Nauczyciel ten miał rzekomo wydać w ręce Francuzów Alberta Schlagetera, który następnie został przez nich rozstrzelany za prowadzenie antyfrancuskiej akcji sabotażowej w Zagłębiu Ruhry.

Mord miał przebieg wyjątkowo okrutny i ohydny. Po uczcie pijackiej, w której uczestniczył między innymi Martin Bormann, przyszły szef kancelarii partyjnej NSDAP, uprowadzono Kadowa do lasu, pobito go i na wpół żywemu poderżnięto gardło, ostatecznie dobijając go dwoma strzałami.

Za współudział w tym zabójstwie Rudolf Hőss został aresztowany i w kilka miesięcy później skazany na dziesięć lat więzienia. Przedterminowo zwolniony na podstawie ustawy amnestyjnej z lipca 1928 r. podjął pracę na roli, początkowo w Brandenburgii, później na Pomorzu, gdzie zawarł związek małżeński z osadniczką Hedwig Hensel. Tamże przyszło na świat ich troje dzieci, czwarte urodziło się już w Dachau, a piąte w Oświęcimiu.

Namówiony przez Reichsführera SS Heinricha Himmlera, z którym znał się z poprzednich lat, wstąpił w 1934 r. do kierowanej przez niego organizacji SS i wkrótce zmienił pracę rolnika na służbę w tej zbrodniczej formacji.

Początkujący esesman okazał się pojętnym uczniem i szybko wdrażał się w „rzemiosło”, którym była śmierć. W 1938 r. został przeniesiony do KL Sachsenhausen, awansując w roku następnym na zastępcę komendanta tego obozu w stopniu kapitana SS.

 Rudolf Hőss

Rudolf Hőss

Wiosną 1940 r. tego wyjątkowo gorliwego esesmana mianowano komendantem KL Auschwitz, w którym początkowo więzieni byli prawie sami Polacy, ponieważ obóz ten miał służyć jako instrument terroru do podbitego narodu polskiego i być miejscem izolacji, a następnie eksterminacji wielu tysięcy polskich patriotów. Stopniowo przekształcił się także w miejsce masowej zagłady Żydów oraz ginęli w nim także Cyganie, jeńcy sowieccy i ludzie innych narodowości.

Rodzina Rudolfa Hőssa mieszkała w piętrowej willi położonej w niewielkiej odległości od małego krematorium i kolczastych obozowych drutów.

Willa Rudolfa Hössa

Willa Rudolfa Hössa

Warunki mieszkaniowe – napisze Rudolf Hőss – były doskonałe: „Dzieci mogły szaleć do woli, żona miała tyle ulubionych kwiatów, że czuła się wśród nich jak w raju”. Sama zaś Hedwig Hőss mawiała: „Tu żyć i tu umierać”.

Kiedy wiosną 1945 r. III Rzesza chyliła się ku upadkowi. Rudolf Hőss przebywający w głębi Niemiec zostawił swoją rodzinę w Holsztynie, sam zaś zameldował się u Reichsführera SS Heinricha Himmlera, który w tym czasie przebywał we Flensburgu. Spotkał histerycznie śmiejącego się człowieka, który swoim podkomendnym wydał rozkaz: „Dajcie nura do armii!”

Były komendant obozu oświęcimskiego ukrywał się pod zmienionym nazwiskiem Franz Lang jako rzekomy bosman, przebywający przez pewien czas w szkole łączności marynarki niemieckiej na wyspie Sylt. Później dostał się do niewoli w brytyjskiej strefie okupacyjnej Niemiec i został przez Anglików zwolniony z jenieckiego punktu zbornego do pracy na roli w gospodarstwie położonym pod Flensburgiem.

Tymczasem trwały intensywne poszukiwania twórcy KL Auschwitz-Birkenau, największego przestępcy w dziejach ludzkości. Akcję poszukiwawczą pod kryptonimem „Stóg siana” prowadził brytyjski prokurator w stopniu pułkownika – Gerald Draper. W końcu Anglicy natknęli się jego na trop. Prowadził on do małej farmy w północnych Niemczech, niedaleko Flensburga, blisko granicy z Danią, gdzie ukrywał się poszukiwany zbrodniarz.

Aresztowano go w nocy z 11 na 12 marca 1946 r. W sumie Rudolf Hőss ukrywał się pod przybranym nazwiskiem blisko rok.

Wkrótce będzie on zeznawał jako świadek obrony przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze, który sądził głównych nazistowskich niemieckich zbrodniarzy wojennych.

Przekazanie Rudolfa Hőssa przez Anglików władzom polskim

Przekazanie Rudolfa Hőssa przez Anglików władzom polskim

Następnie wydano go władzom polskim i przewieziony został samolotem do Warszawy 25 maja 1946 r.

W Polsce na podstawie dekretu z 22 stycznia 1946 r. został utworzony Najwyższy Trybunał Narodowy, który był krajowym odpowiednikiem Międzynarodowego Trybunału Wojskowego w Norymberdze.

Proces Rudolfa Hőssa przed Najwyższym Trybunałem Narodowym w Warszawie toczył się w dniach od 11 do 29 marca 1947 r.

Biorąc pod uwagę ilość ofiar obozu oświęcimskiego, był to jedyny i największy proces o masową eksterminację.

Dotychczas nikt bowiem w dziejach ludzkości nie był oskarżony o spowodowanie śmierci setek tysięcy ludzi.

 Rudolf Hőss podczas pocesu w Warszawie

Rudolf Hőss podczas pocesu w Warszawie

Wyrok śmierci ogłoszony 2 kwietnia 1947 r. były komendant KL Auschwitz przyjął spokojnie, świadom swej winy i przygotowany na taki wynik procesu od samego początku.

W procesie tym zeznawali świadkowie niemal z całej Europy – byli więźniowie KL Auschwitz-Birkenau.

Wydarzenie to odbiło się głośnym echem w prasie polskiej i zagranicznej.

Była to bowiem jedna z największych spraw sadowych w Polsce i na świecie.

Zdjęcie z prywatnych zbiorów Marka Księżarczyka

Egzekucja Rudolfa Hőssa 16.04.1947 r. Zdjęcie z prywatnych zbiorów Marka Księżarczyka

Jeżeli Rudolf Hőss uczynił coś dobrego, zanim zawisł na szubienicy w Oświęcimiu, zdołał to zapewne zrobić przez napisanie w więzieniu polskim swojej autobiografii.

Jej obszerny fragment związany z tragicznymi wydarzeniami tworzenia i funkcjonowania KL Auschwitz zamieszczony jest w publikacji „Oświęcim w oczach SS”. Ta niezwykła pozycja stanowiąca dokument zbrodni była wielokrotnie wznawiana w różnych wersjach językowych przez Wydawnictwo Muzeum Auschwitz-Birkenau.

W całości wspomnienia Rudolfa Hőssa były wydawane również kilkakrotnie w latach 1956-2012. Ostatnie ich wydanie: Wyznanie spod szubienicy. Autobiografia Rudolfa Hóssa komendanta KL Auschwitz. Na podstawie tych wspomnień francuski pisarz Robert Mérle napisał powieść, której przekład ukazał się w języku polskim: Śmierć jest moim rzemiosłem. Warszawa 1956.

Rudolf  Hőss w więzieniu w Wadowicach nawrócił się i poprosił o spowiedź.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 1 lutego 2015 r.

2 komentarzy

Austriaccy naziści i Holocaust

Austriacka gazeta „Heute” w jednym ze swoich ostatnich artykułów wzywa Polskę, aby przyznała się do udziału w Holocauście, czyli zagładzie Żydów – można to uznać za przejaw medialnego szaleństwa wobec którego nie można pozostać obojętnym.

W Polsce zareagowała na nie m.in. „Gazeta Wyborcza” przypominając, że z Austrii, którą w 1938 r. Hitler przyłączył do Rzeszy, pochodziło kilku komendantów obozów koncentracyjnych, jak również obozów zagłady.

Austriakami było aż 40 procent esesmanów, tworzących zbrojne załogi wspomnianych obozów. Również 15-osobowym sztabie SS-Obersturmbannführera Adolfa Eichmanna, który był głównym organizatorem Holocaustu, Austriacy stanowili większość, zaś sam Eichmann wychowywał się w Linzu w Górnej Austrii.

Renesansowy zamek w Hartheim

Renesansowy zamek Hartheim, położony w miejscowości Alkoven (obok Linzu) w Górnej Austrii służył niemieckim i austriackim nazistom w latach 1940-1944 jako ośrodek zagłady osób niepełnosprawnych i chorych umysłowo z terenu Trzeciej Rzeszy oraz więźniów z obozów koncentracyjnych z  Dachau i Mauthausen, wśród których było wielu Polaków.

W Hartheim od maja 1940 do grudnia 1944 r. poniosło śmierć co najmniej trzydzieści tysięcy ludzi, których zamordowano tlenkiem węgla, a ich ciała spalano w specjalnie zbudowanym do tego celu na terenie zamku krematorium, utylizując złote zęby wyrywane ofiarom i w ten sposób wprawiając się do późniejszego eksploatowania ofiar żydowskich w obozach zagłady Trzeciej Rzeszy.

Prowadzona tutaj eksterminacja przebiegała w podobny sposób jak w KL Auschwitz II-Birkenau i innych obozach zagłady. Różnica polegała jedynie na tym, że prowadzono ją w zabytkowych wnętrzach renesansowego zamku, będącego jednym z sześciu „zakładów śmierci”, w których funkcjonowały pierwsze komory gazowe Trzeciej Rzeszy. Zabijano w nich ludzi w ramach nazistowskiej akcji eutanazji, określanej kryptonimem „T4”.

Komendantem Hartheim był Austriak

Zamek w Hartheim działał jednak najdłużej i był największym z nich. Obersturmführer Rudolf Lonauer, komendant Hartheim, był Austriakiem miał trzydzieści dwa lata.

Wspomniany komendant  uważał, że środkami najbardziej przydatnymi do realizacji  „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej” będą zastrzyki z trucizną i gaz. Akcja „T4”, w której uczestniczył, stała się wzorcem dla Holocaustu – zabijanie przy użyciu gazu, po raz pierwszy na skalę przemysłową.

Austriacki nazista Franz Stangl

W 1942 r. Franz Stangl, jeden z dziewięćdziesięciu innych morderców z „T4” został wysłany z zamku Hartheim na wschód, obejmując najpierw funkcję komendanta Bełżca, a następnie inspektora trzech obozów zagłady: Sobiboru, Bełżca i Treblinki.

Wiedza ekspertów od zagłady bardzo przydała się w prowadzone tutaj eksterminacji Żydów, a dotychczasowa ich działalność w Hartheim była udaną próbą przed Holocaustem, podczas której już w sierpniu 1941 r. zabito gazem także pierwszych żydowskich więźniów obozów koncentracyjnych, na kilkanaście miesięcy przedtem, zanim niemieckie obozy zagłady na terenie okupowanej Polski zapoczątkowały ten straszliwy rozdział historii. W ten sposób morderców z Hartheim przygotowano i zaangażowano wkrótce w ludobójstwo Żydów i Cyganów.

W dniu 22 grudnia 1970 r. sąd w Düsseldorfie skazał na karę dożywotniego więzienia  Austriaka, Franza Stangla, jednego z największych zbrodniarzy nazistowskich, który pół roku później zmarł w więzieniu na zawał serca.

Samobójstwo Rudolfa Lonauera

W połowie grudnia 1944 r., kiedy wstrzymano akcję zabijania w zamku Hartheim,  jego komendant, austriacki nazista, Rudolf Lonauer rozpoczął skrupulatne niszczenie dokumentów, stanowiących dowody popełnionej zbrodni.  Z tego powodu prawie żaden z nich nie zachował się. W krótkim czasie doprowadzono również do stanu pierwotnego, przebudowane na potrzeby akcji „T4” wnętrza zabytkowego zamku Hartheim. Kierowano do tej pracy więźniów z Mauthausen, którzy ukończyli ją 23 stycznia 1945 r.

Rudolf Lonauer z żoną

Rudolf Lonauer z żoną

Po jej wykonaniu Lonauer wyjechał do Linzu, aby później wraz z rodziną przenieść się z końcem kwietnia 1945 r. do pobliskiego Gaschwendt, gdzie zaczął się zastanawiać nad skutkami swojego postępowania.

Efektem tych rozmyślań było  podjęcie decyzji o samobójstwie, które wkrótce popełnił wstrzykując sobie śmiertelną dawkę trucizny.

Nim to uczynił, wcześniej zabójczy zastrzyk zdążył zaaplikować swojej żonie i dwom córkom: sześcioletniej Rosemarie i dwuletniej Petrze.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 30 stycznia 2015 r.

Brak komentarzy

Uciekinier z Auschwitz

W dniu 27 stycznia 2015 roku w uroczystościach związanych z 70. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz uczestniczył Kazimierz Piechowski z Gdańska, słynny uciekinier z tego obozu, który w tym roku ukończy dziewięćdziesiąt sześć lat.

Kazimierz Piechowski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Kazimierz Piechowski, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Swoje dramatyczne przeżycia i brawurową ucieczkę z KL Auschwitz opisał w książce „Byłem numerem… świadectwa z Auschwitz”. Później wspomnienia te zostały opublikowane przez Muzeum Auschwitz-Birkenau w języku niemieckim, „Ich war eine Nummer… Geschichten aus Auschwitz”.

Powstał także filmu dokumentalny o Kazimierzu Piechowskim, zatytułowany „Uciekinier” w reżyserii Marka Pawłowskiego. Film ten dotychczas zdobył kilkanaście nagród krajowych i zagranicznych,  zakupiły go m.in. Włochy, Finlandia, Brazylia i Nigeria.

Kazimierz Piechowski od najmłodszych lat związany był z Tczewem, gdzie przed wojną działał w Związku Harcerstwa Polskiego. Jesienią 1939 r. próbował przedostać się na Węgry, aby stamtąd dotrzeć do Francji, gdzie gen. Władysław Sikorski tworzył Wojsko Polskie.

Na granicy schwytał go patrol niemiecki. Został osadzony w więzieniu w Wiśniczu Nowym, skąd 20 czerwca 1940 roku przewieziono go do KL Auschwitz, gdzie otrzymał numer 918.

Dokładnie dwa lata później, 20 czerwca 1942 roku, zdecydował się na ucieczkę z obozu wraz z trzema innymi więźniami. Włamali się do magazynu mundurowego, wykradli samochód esesmański i wyjechali nim z terenu obozowego, porzucając go dopiero w okolicach Makowa Podhalańskiego. Piechowskiemu realizacje śmiałego pomysłu ułatwiło niezwykłe opanowanie i biegła znajomość języka niemieckiego, wyniesiona z domu rodzinnego. Jest to jedna z najbardziej niezwykłych i spektakularnych ucieczek z KL Auschwitz w dziejach tego obozu.

Po ucieczce Piechowski wstąpił do Armii Krajowej, w szeregach której walczył do końca wojny. Po powrocie na Pomorze podjął pracę, ale ktoś doniósł Urzędowi Bezpieczeństwa o jego akowskiej przeszłości. Został skazany na dziesięć lat więzienia, z czego odsiedział siedem.

Zamów: poruszający film,  zatytułowany  „Uciekinier”

Po czterdziestu latach od swojej ucieczki, namówiony przez żonę, po raz pierwszy przyjechał do Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w 1982 roku. Na widok Ściany Straceń, kiedy powróciły w jego pamięci straszne wspomnienia, jak wynosił spod niej ciała rozstrzelanych współwięźniów – stracił przytomność.

Następny raz odwiedził Muzeum dopiero dwadzieścia lat później, namówiony tym razem do przyjazdu przez mieszkającego w Gdańsku, nieżyjącego już dzisiaj Jana Foltyna, który pochodził z Oświęcimia.

Kazimierz Piechowski (fot. 29.01.2015 r.)

Kazimierz Piechowski (fot. 29.01.2015 r.)

Kazimierz Piechowski napisał jeszcze jedną książkę, zatytułowaną „My i Niemcy”, wydaną ze słowem wstępnym prof. Henryka Ćwięka, który na jej temat, co w rocznicę wyzwolenia obozu i miasta Oświęcimia jest szczególnie aktualne, tak wypowiada się:

Książka napisana przez świadka tragicznych wydarzeń w Auschwitz skłania do szczególnej refleksji nad losem zamęczonych tam więźniów. Auschwitz jest nie tylko wyjątkowym miejscem pamięci, lecz także miejscem, skąd słychać apel do ludzkich sumień.

Od 2002 roku Kazimierz Piechowski jest częstym gościem w Oświęcimiu,  gdzie Aula Państwowej Wyższej Szkoły Zawodowej nosi Jego imię.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 29 stycznia 2015 r.

Zobacz: wstrząsające wyznania ocalonych

Brak komentarzy

Urodzona w obozie Auschwitz

W ceremonii w Brzezince uczestniczyło około 300 więźniów KL Auschwitz

W tegorocznych uroczystościach uczestniczyło około 300 byłych więźniów KL Auschwitz-Birkenau

W tegorocznych uroczystościach w Oświęcimiu-Brzezince, związanych z 70. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz przez żołnierzy Armii Czerwonej 27 stycznia 1945 r., ze względu na stan zdrowia nie mogła uczestniczyć Stefania Wernik, zamieszkała w Osieku koło Olkusza. Na poprzednie uroczystości przyjeżdżała zwykle wraz z mężem Janem, pochodzącym z Wołynia, któremu ojca zamordowali nacjonaliści ukraińscy na początku 1945 roku.

Warto przypomnieć jej niezwykłe losy.

Stefania Wernik (z domu Piekarz) urodziła się 8 listopada 1944 roku w KL Auschwitz II-Birkenau. Po przyjściu na świat otrzymała nr obozowy 89136. Przeżyła wraz z matką Anną pobyt w obozie, obecnie pełni społecznie funkcję sekretarza Związku Byłych Więźniów Politycznych Hitlerowskich Więzień i Obozów Koncentracyjnych – Koło Nr 1 w Olkuszu.

Zmarła kilka lat temu Anna Piekarz podczas okupacji hitlerowskiej mieszkała z mężem w Czubrowicach. W maju 1944 r. wybrała się do mamy w Osieku, żeby przynieść trochę żywności. Była wtedy w drugim miesiącu ciąży. Osiek był w Rzeszy, podobnie jak i Olkusz, już poza granicą Generalnego Gubernatorstwa i trzeba było przekroczyć granicę.

Szło wtedy kilkanaście innych kobiet, które szmuglowały żywność. Sądziła, że jak one przejdą, to i jej się uda. Po przekroczeniu granicy cała grupa została zatrzymana przez dwóch Niemców z psami. Przerażone kobiety usłyszały „Halt!” Nie było możliwości ucieczki. Zaprowadzono je na pobliski posterunek graniczny i tam trzymano do wieczora. Rozpętała się w tym czasie straszna burza. Wieczorem zawieziono je do Olkusza i umieszczono w areszcie, w którym przemoczone przesiedziały do rana. Niemcy powiedzieli im, że zostaną wywiezione samochodem do obozu Auschwitz i tak się też stało.

Po przyjeździe do obozu „przywitała” je funkcyjna Niemka

Powiedziała ona do wystraszonych więźniarek:

Wiecie „cugangi” co to jest. Tu jest lager śmierci.

Zaprowadzono je do łaźni i kazano rozebrać się do naga. Potem zostały ogolone na całym ciele, ostrzyżono im głowy i wydano więzienne ubranie oraz drewniaki na nogi. Po tych wszystkich czynnościach umieszczono je w baraku.   Z powodu ciąży Annę Piekarz przed porodem przeniesiono do innego baraku. Poród rozpoczął się w poniedziałek po południu, a urodziła dopiero w środę, 8 listopada 1944 roku. Potem przez dwa tygodnie leżała tak słaba, że nawet Stefanii nie mogła karmić. Stara Rosjanka przynosiła jej dziecko i dostawiała do piersi. Córka, która przyszła na świat, cały czas była przy niej. Jak już wyzdrowiała, wypuszczono ją ze szpitala i umieszczono w innym baraku.  

Zbliżało się wyzwolenie

Kiedy esesmani uciekli przed żołnierzami Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku, wcześniej podpalając część obozowych baraków, Anna Piekarz zawinęła dziecko w koc, znalazła jakiś taboret, włożyła tam córkę i uciekła. Niektórzy więźniowie zabierali żywność z esesmańskich magazynów, a ona zabrała dziecko i samotnie uciekała. Spotkała po drodze jakiegoś Niemca, a że córka wtedy strasznie płakała, to on radził dać jej cukru, żeby się uspokoiła. Bała się, aby ten Niemiec jej nie zatrzymał, ale puścił ją wolno. Szła pieszo i ciągnęła na sznurku obozowy taboret, w którym leżała córka.

Wędrówka do Libiąża i Krzeszowic

Pokonując kilkanaście kilometrów dotarła do Libiąża. Tam zatrzymała się u gospodarzy, którzy ją przygarnęli. To byli zamożni ludzie, mieli sklep w tej miejscowości. Byli dla niej bardzo dobrzy, dawali jej wszystko, czego potrzebowała. Dla dziecka przygotowali kołyskę. Mogła u nich być dłużej, ale ona chciała dostać się jak najszybciej do rodzinnego domu. Mieszkała u nich tylko tydzień.   Potem dotarła do Krzeszowic, gdzie jej brat służył u jednego z gospodarzy. Tam przenocowała, a potem jedna z kobiet pojechała powiadomić jej męża w Czubrowicach, żeby po nią przyjechał. Mąż nie chciał wierzyć, że to prawda, bo myślał, że ona już nie żyje.  

Powrót do Osieka koło Olkusza

Stefania Wernik

Stefania Wernik

W końcu jednak ta wiadomość dotarła do jego świadomości i 8 lutego 1945 roku przywiózł ocalone z Auschwitz do domu swojej teściowej w Osieku.     Mąż Anny Piekarz poszedł do urzędu stanu cywilnego zgłosić fakt narodzin dziecka, ale nie powiedział, że córka urodziła się w obozie Auschwitz. Podał jako miejsce urodzenia Czubrowice. Bał się, żeby nie było jakichś kłopotów. Córka Stefania dopiero po ślubie przeprowadziła sądownie zmianę miejsca urodzenia w swojej metryce.

Stefania Wernik nie może pamiętać tragicznych wydarzeń, których świadkiem była jej matka, wszak w momencie wyzwolenia KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 1945 r. miała zaledwie niecałe trzy miesiące. Do dzisiaj miewa jednak  męczące sny, w których ciągle przed czymś ucieka. Po przebudzeniu jest szczęśliwa, że był to tylko koszmar senny.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 27 stycznia 1945 r.

Brak komentarzy

Czteroletnia więźniarka KL Auschwitz

 

Po raz pierwszy Aleksandra Garbuzova odwiedziła Muzeum Auschwitz-Birkenau w 1990 roku. Powtórnie przyjechała tutaj w 2010 roku na obchody 65. rocznicy wyzwolenia obozu Auschwitz wraz z wnukiem Andrzejem Dmitrenco, mówiącym bardzo dobrze po polsku.

Aleksandra Garbuzowa. Fot. 2010 r.

Aleksandra Garbuzowa. Fot. 2010 r.

Jest ona jedyną byłą więźniarką tego obozu, mieszkającą w Mołdawii, która niepodległość uzyskała w 1991 roku.

W uroczystości związanej z 69. rocznicą wyzwolenia KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 2014 roku uczestniczyła z kolei jej starsza siostra Ludmiła Szerstniewa,  mieszkająca na Białorusi, która rok temu przyjechała do Oświęcimia w 10 osobowej grupie byłych więźniów – dzieci białoruskich, przywiezionych kiedyś do tego obozu.

Aleksandra Garbuzowa po raz trzeci przyjechała do Oświęcimia obecnie. Będzie uczestniczyć w ceremonii, związanej z 70. rocznicą oswobodzenia KL Auschwitz przez żołnierzy Armii Czerwonej.  Zapewne ponownie będzie jej towarzyszył wnuk Andrzej.

Warto zaznaczyć, że około 20 tysięcy Polaków jest rozsianych po całym terytorium Mołdawii.

Wielu z nich mieszka w rodzinnym mieście Aleksandry Garbuzovej w Bielcach, stąd powiązania rodzinne i dobra znajomość języka polskiego jej wnuka Andrzeja, którego ojciec jest Polakiem.

——————————————————————————————————————————————–

Wśród wyzwolonych więźniów KL Auschwitz w dniu 27 stycznia 1945 roku było około 500 dzieci różnych narodowości w wieku do piętnastu lat. Jednym z nich była czteroletnia dziewczynka, która jedynie pamiętała, że ma na imię Szura.

Wraz z innymi więźniami wyszła z obozowych baraków, kiedy w KL Auschwitz II-Birkenau pojawili się żołnierze sowieccy. Na jej widok jeden z nich wyciągnął z chlebaka kostkę cukru i dał jej do lizania. Wyniósł ją z obozu na rękach, a następnie przekazał do polowego szpitala wojskowego.

Razem z oddziałem, w którym służył ten żołnierz, przemieszczała się jako „dziecko pułku” wraz z frontem w głąb Niemiec. Opiekowała się nią pielęgniarka ze wspomnianego szpitala polowego. Pamięta, jak żołnierze jej pułku radośnie świętowali dzień zwycięstwa w maju 1945 roku. Wtedy nadali oni Szurze nazwisko Pabieda (zwycięstwo), ponieważ swojego prawdziwego nie znała.

Przybrani rodzice

Pułk ten po wojnie stacjonował w mieście Bielce na terenie Mołdawii, potem przeniesiono go do Rumunii. Szura, która cały czas była pod opieką żołnierzy tego pułku, nie mogła wraz z nim udać się do Rumunii. Postanowiono ją pod przybranym nazwiskiem Aleksandra Michajłowna Pabieda oddać do miejscowego domu dziecka. Przybrane imię jej ojca była imieniem dowódcy pułku, któremu ciągle towarzyszyła. Był nim Michaił Chozin.

Do wspomnianego domu dziecka trafiła na przełomie lat 1945/1946. Przebywała w nim pół roku. Wkrótce została wzięta na wychowanie przez Tatianę i Siemiona Jarosławskich, którzy stali się jej przybranymi rodzicami. Wychowali Aleksandrę jak własne dziecko i skierowali ją na studia do Instytutu Handlowego w Kiszyniowie. Ciągle nie zdawała sobie sprawy z tego, że kiedyś była więziona w KL Auschwitz-II Birkenau i zupełnie nie orientowała się, kto i z jakiego powodu wytatuował jej na lewej ręce numer 77325.

Odnalezienie matki i siostry

W czasie studiów w Kiszyniowie, mieszkająca wraz z nią w jednym pokoju koleżanka, przyniosła jej gazetę „Literaturnaja Rasija”, w której znajdowało się ogłoszenie, że matka, była więźniarka KL Auschwitz II-Birkenau, oznaczona numerem obozowym 77324, poszukuje swojej córeczki o imieniu Szura. Razem, choć rozdzielone, przebywały w tym obozie, skąd matka została ewakuowana do KL Ravensbrück, gdzie wyzwolono ją wiosną 1945 roku.

W ten sposób Aleksandra (Szura) dowiedziała się, że jej prawdziwa matka żyje i mieszka na Białorusi. Wkrótce uzyskała również informację, że wojnę przeżyła też jej starsza siostra Ludmiła, więziona kiedyś na Majdanku i w obozie dziecięcym w Łodzi. Obydwie mieszkają w Witebsku. Był wtedy rok 1968. Aleksandra miała wówczas dwadzieścia siedem lat.

Doszło do wzruszającego spotkania Aleksandry z jej prawdziwą matką i starszą siostrą. Od rodzonej matki Anastazij Iwanownej Korolijowej, dowiedziała się, że jej ojciec Makar jako partyzant zmarł  na Białorusi w wyniku odnisionych ran w 1943 roku. Niemcy wcześniej spalili wieś Barkową koło Witebska, a jej matkę wraz z trzema córkami przewieźli do więzienia w Witebsku, skąd następnie trafiły na Majdanek.

Najstarsza siostra Ludmiła przebywała później we wspominanym już obozie dziecięcym w Łodzi, a średnia siostra Rima zginęła najprawdopodobniej na Majdanku.

W dniu 14 kwietnia 1944 roku z Majdanka do KL Auschwitz II-Birkenau przywieziono 1239 więźniów. Wśród nich była Aleksandra wraz z matką. Otrzymały wspomniane numery obozowe 77324 i 77325.

Od pierwszego spotkania w 1968 roku Aleksandra utrzymywała kontakty z rodzoną matką i siostrą, lecz nadal pozostała w Bielcach na Mołdawii ze swoimi przybranymi rodzicami. Jej matka Anastazija Iwanowna Korolijowa zmarła  w 1995 roku. Wcześniej, bo w drugiej połowie lat osiemdziesiątych, zmarli też w Bielcach jej przybrani rodzice.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 26 stycznia 2015 r.

Brak komentarzy

Doczekał wyzwolenia KL Auschwitz, wkrótce zmarł

Pracownicy Muzeum Auschwirz-Birkenau na przestrzeni ostatnich lat opracowali i opublikowali bardzo obszerne, kilkunastotomowe Księgi Pamięci, poświęcone polskim transportom mężczyzn, kobiet i dzieci do obozu Auschwitz z dystryktów: warszawskiego (około 26 tys. osób), krakowskiego (około 18 tys. osób), radomskiego (około 16 tys. osób) i lubelskiego (ponad 7 tys. osób).

Ponad rok temu ukazała się już piąta kolejna Księga Pamięci, której Autorem jest Bohdan Piętka, zatytułowana „Księga Pamięci. Transporty Polaków do KL Auschwitz z Wielkopolski, Pomorza, Ciechanowskiego i Białostocczyzny 1940-1944″. Ta trzytomowa publikacja autorstwa wspomnianego historyka Muzeum przedstawia losy 5453 więźniów i więźniarek, których niemieccy naziści deportowali do KL Auschwitz w 84 transportach.

Bohdan Piętka tak wypowiedział się na temat tej publikacji, którą nazwał dziełem swojego życia: Najwięcej z nich, bo 4674 osoby, przywieziono z Kraju Warty w transportach z Łodzi, Poznania, Inowrocławia, Kalisza i Sieradza. Znajdowały się wśród nich znaczące postacie polskiego podziemia, przedstawiciele miejscowych elit oraz członkowie wszystkich warstw ówczesnego społeczeństwa polskiego.

Dla badaczy drugiej wojny światowej wspomniana Księga Pamięci Polaków, opracowana przez Bohdana Piętkę, stanowić będzie równxież cenny materiał źródłowy oraz poznawczy, który został zgromadzony i opracowany dzięki jego żmudnej pracy. Jednocześnie jest ona dowodem na to, iż tragiczne losy polskich więźniów w KL Auschwitz  wprawdzie nie są zapomniane, lecz do losów pojedynczych więźniów ciągle są dopisywane nieznane szczegóły.

Bohdan Piętka w swojej Księdze Pamięci przedstawia m.in. losy 88 więźniów, którzy w dniu 26 września 1943 roku w jednym z tych transportów zostali skierowani do KL Auschwitz przez placówkę gestapo w Łodzi. Spośród nich nieznane są losy 43 więźniów.

Wśród nich na temat Henryka Jerzego Sękowskiego (nr obozowy 152482) z publikacji Bohdana Piętki wiadomo tylko, że urodził się 23 listopada 1889 roku w Rostowie nad Donem, z wykształcenia był prawnikiem i pracował jako urzędnik, później z KL Auschwitz został wywieziony do KL Buchenwald. Dalszy jego los jest nieznany.

Prawie nic nie udało się temu badaczowi ustalić na temat Tadeusza Sękowskiego (nr 152483), który urodził się 14 maja 1924 r.

 

Tadeusz Sękowski (1924-1945)

Tadeusz Sękowski (1924-1945)

Po prawie siedemdziesięciu latach od wyzwolenia KL Auschwitz na jednym z portali internetowych pani Teresa Sękowska-Foukles, która jest córką Henryka Jerzego Sękowskiego ujawniła nieznane dokumenty i szczegóły z życia swojego brata Tadeusza Sękowskiego, który doczekał wyzwolenia w KL Auschwitz przez żołnierzy Armii Czerwonej 27 stycznia 1945 r.

Ciężko chorego jeden z polskich lekarzy przewiózł go do szpitala w Krakowie, skąd wkrótce na kilkanaście dni przed śmiercią napisał list do swojej siostry Teresy, mieszkającej w tym czasie w Milanówku.

List ten, przesłany polską pocztą wojskową, jest dokumentem na temat okoliczności wyzwolenia KL Auschwitz.

Tadeusz Sękowski urodził się w 1924 roku w patriotycznej rodzinie. Był uczniem Gimnazjum Ogólnokształcącego w Łodzi. Podczas okupacji niemieckiej wraz z ojcem i matką działał w konspiracji Armii Krajowej aż do czerwca 1943 roku, kiedy to wszyscy zostali aresztowani przez gestapo w Łodzi i wywiezieni do KL Auschwitz. Tadeusz zmarł po wyzwoleniu obozu w szpitalu w Krakowie w dniu 27 lutego 1945 roku, mając dwadzieścia lat.

Takich więźniów jak Tadeusz Sękowski, którzy zmarli po wyzwoleniu było więcej.

Adam Cyra Oświęcim, dnia 22 stycznia 2015 r.

Brak komentarzy

Nie doczekała 70. rocznicy wyzwolenia KL Auschwitz

W dniu 20 stycznia 2015 roku zmarła Kazimiera Suwała (z domu Sułek). Urodziła się 25 lipca 1927 roku w Brzezince, mieszkała w Oświęcimiu, miała osiemdziesiąt siedem lat. Po wojnie przez pewien czas pracowała w Państwowym Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.

Kazimiera Suwała i Marek Księżarczyk

Kazimiera Suwała i Marek Księżarczyk

Dla Marka Księżarczyka, prezesa Oddziału Miejskiego Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem w Oświęcimiu i pasjonata historii KL Auschwitz-Birkenau, dużym przeżyciem było przyznanie jego cioci, Kazimierze Suwale przez Prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w 2011 roku  Krzyża Kawalerskiego Orderu Odrodzenia Polski. Uhonorowana nim została za niesienie pomocy więźniom obozu Auschwitz, którego więźniem był także jej ojciec Bogumił Sułek (nr 131361).

O swoich przeżyciach wojennych i niesieniu pomocy więźniom – kiedy Marek Księżarczyk odwiedził ją po tej uroczystości w jej oświęcimskim mieszkaniu – tak opowiadała:

Przed wybuchem drugiej wojny światowej oraz w początkowym okresie okupacji mieszkaliśmy w rejonie dworca kolejowego w Oświęcimiu. Naszą sześcioosobową rodzinę utrzymywał nasz ojciec, który z zawodu był malarzem, zajmującym się głównie wykonywaniem fresków w kościołach.

Mieszkaliśmy w domu, stanowiącym własność naszej babci, z którego w związku z rozbudową pobliskiego obozu zostaliśmy wysiedleni przez esesmanów wiosną 1941 roku. Początkowo zmuszono nas do zamieszkania w Piotrowicach, później potajemnie wróciliśmy z powrotem do Oświęcimia, gdzie mieszkaliśmy u naszej ciotki przy bocznej uliczce Berka Joselewicza.

Podczas okupacji zmarł mój dziadek, który był Czechem i mieszkał w Ostrawie. Kiedy nadszedł telegram zawiadamiający o jego śmierci, wybraliśmy się razem z ojcem na pogrzeb dziadka. Ojciec nie zdążył o tym powiadomić niemieckiego kierownictwa swojego zakładu pracy i sądził, że otrzymany telegram będzie wystarczającym wytłumaczeniem jego nieobecności w pracy.

Kiedy jednak po trzech dniach powróciliśmy do Oświęcimia, ojciec został natychmiast aresztowany i umieszczony w KL Auschwitz. Jego osadzenie w obozie nastąpiło pod koniec lipca 1943 roku, gdzie esesmani próbowali go nakłonić, jako osobę mającą pochodzenie czeskie i urodzoną w Czechosłowacji, aby podpisał volkslistę.

Ojciec potajemnie pisał w grypsach do matki, że on tej listy nie podpisze i prosił także matkę, aby do podpisania volkslisty również nie dała się nakłonić. Po kilku miesiącach z obozu został w stanie krańcowego wyczerpania zwolniony.

Kiedy nasz ojciec przebywał za drutami KL Auschwitz, jak również i przed jego aresztowaniem, razem z moją młodszą siostrą Janiną, podrzucałyśmy więźniom z narażeniem życia to, co akurat było w domu, trochę chleba, jakiś tłuszcz do chleba czy wędlinę. Nie znałam nazwisk więźniów, z którymi kontaktowałyśmy się. Oprócz potajemnego dostarczania im żywności, odbierałyśmy od nich nielegalne listy, które następnie wysyłałyśmy na wskazane adresy. Kiedy z kolei nadchodziły odpowiedzi, dostarczaliśmy je więźniom. Pamiętam, że pewnego razu dostałam w podzięce od więźniów sweter, z którego bardzo się ucieszyłam.

Stan zdrowia ojca po jego zwolnieniu z obozu był okropny. Widoczna była opuchlizna całego ciała. Gdy ojciec mył się w ciepłej wodzie, to po naciśnięciu palcem ciała, pozostawało wgłębienie. Rzucała się w oczy bladość jego cery. Matka pytała się go, czy podczas pobytu w obozie był bity. Jak dziś pamiętam zachowanie się ojca podczas zadawania mu takich pytań; po prostu milczał.

Po zwolnieniu z obozu ojciec na nowo podjął pracę. Niestety, jego organizm był zbyt wyczerpany, gdyż niedługo po zakończeniu wojny zmarł na gruźlicę w marcu 1949 roku. W chwili śmierci miał zaledwie czterdzieści dziewięć lat.

Przed kilku laty, podczas rozmowy z ciocią Marek Księżarczyk poinformował ją, co wysłuchała z dużym wzruszeniem, że wśród nazwisk osób, pomagających więźniom, które do tej pory udało się ustalić historykom Muzeum Auschwitz-Birkenau, znajduje się także jej nazwisko. Biogramy tych ludzi zebrał dr Henryk Świebocki w książce „Ludzie dobrej woli”, która ukazała się drukiem w 2005 roku. Publikacja ta później została przetłumaczona na język angielski i niemiecki.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 21 stycznia 2015 r.

Brak komentarzy

Siedemdziesiąt lat temu – bitwa w Przegini koło Olkusza

W dniach od 16 do 19 stycznia 1945 roku przez trzy dni trwała bitwa pomiędzy żołnierzami Armii Czerwonej i żołnierzami Wehrmachtu w Przegini, oddalonej dziesięć kilometrów od Olkusza. Na wieży kościoła pw. Najświętszego Zbawiciela w Przegini usadowił się niemiecki snajper, który zastrzelił wielu żołnierzy sowieckich idących do  ataku. Sam zginął z rąk radzieckiego zwiadowcy, który ubrany na biało podczołgał się pod wieżę kościelną i celnym strzałem pozbawił go życia. Zabity żołnierz niemiecki spadł z wieży i martwy jeszcze długo leżał przed wejściem do przegińskiego kościoła.

Wieża Kościóła Najświętszego Zbawiciela w Przegini, na której miał swoje stanowisko snajper niemiecki

Wieża kościóła Najświętszego Zbawiciela w Przegini, na której usadowił się snajper niemiecki

Wkrótce po zastrzeleniu wyborowego strzelca niemieckiego, w nocy z 19 na 20 stycznia 1945 roku, żołnierze Wehrmachtu opuścili Przeginię. Również już bez walki wycofali się z pobliskiego Olkusza. Nad ranem 20 stycznia 1945 roku do Srebrnego Miasta wkroczyły wojska sowieckie. Dla stolicy Powiatu Olkuskiego oznaczało to koniec niemieckiej okupacji, która zakończyła się siedemdziesiąt lat temu.

Położone pięćdziesiąt kilometrów od Olkusza miasto Oświęcim i KL Auschwitz czerwonoarmiści wyzwolili dopiero tydzień później 27 stycznia 1945 roku.

Czytaj więcej …

W dniu 20 stycznia 2015 roku olkuszanie uczcili siedemdziesiątą rocznicę wyzwolenie swojego miasta przez żołnierzy Armii Czerwonej, składając pod pomnikiem „Poległym i Pomordowanym 1939-1945″ kwiaty oraz wieńce.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 20 stycznia 2015 r.

1 komentarz

Wyzwolenie KL Auschwitz

Kiedy 27 stycznia 1945 roku do obozów Auschwitz-Birkenau-Monowitz wkroczyli żołnierze Armii Czerwonej pozostało w nich tylko około siedem tysięcy chorych i wycieńczonych więźniów (mężczyzn, kobiet i dzieci), którzy przeważnie już nie byli w stanie uczestniczyć w morderczym, pieszym marszu ewakuacyjnym, zwanym Marszem Śmierci, który prowadził głównie do Wodzisławia Śląskiego.

W bezpośrednich działaniach wojennych, mających na celu wyzwolenie KL Auschwitz i miasta Oświęcimia, poległo ponad 230 żołnierzy sowieckich. Pochowani zostali w zbiorowej mogile na cmentarzu parafialnym w Oświęcimiu. Najprawdopodobniej znajdowało się wśród nich także kilku Polaków wcielonych z poboru do Armii Czerwonej. Byli oni sowieckimi żołnierzami 100. Lwowskiej Dywizji Strzeleckiej, wchodzącej w skład 60. Armii 1. Frontu Ukraińskiego, która bezpośrednio brała udział w operacji oświęcimskiej.

Zapewne Polacy to: Włodzimierz Duda ze Lwowa, Piotr Kurelas i Eugeniusz Żuk z okolic tego miasta, a także Józef Mielnik z okolic Drohobycza, Włodzimierz Mielnik z Kamionki Strumiłowej oraz Józef Ataczuk i Józef Rarycki z okolic Kamieńca Podolskiego, którzy zginęli jako żołnierze sowieccy, niosąc ratunek więźniom KL Auschwitz i wyzwalając spod okupacji hitlerowskiej mieszkańców Oświęcimia.

Zbiorowy grób żołnierzy Armii Czerwonej na cmentarzu w Oświęcimiu. Fot. Przemysław Bibik

Obecnie trwają przygotowania do uroczystości upamiętniających 70. rocznicę wyzwolenia KL Auschwitz-Birkenau.

Adam Cyra
Oświęcim, 18 stycznia 2015 r.

Brak komentarzy

Okupacja niemiecka Olkusza w oczach dziecka

Przed siedemdziesiątą rocznicą wyzwolenie Olkusza spod okupacji hitlerowskiej przez żołnierzy Armii Czerwonej w dniu 20 stycznia 1945 roku, Lech Łukasz Klewżyc, obecnie mieszkający w Krakowie, zdążył zakończyć kilkuletnią pracę, związaną ze spisywaniem swoich wspomnień z okresu wojny. Są one zatytułowane „Niemiecka okupacja Olkusza z lat 1939-1945 w oczach dziecka” i liczą około pięćset stron maszynopisu.

Wspomnienia docenta dr. Lecha Łukasza Klewżyca ze względu na objętość zostały podzielone na dwa tomy, które Autor pięknie oprawił i z okazji siedemdziesiątej rocznicy wyzwolenia Srebrnego Grodu ich egzemplarze zamierza przesłać panu Romanowi Piaśnikowi, Burmistrzowi Miasta i Gminy Olkusz oraz panu Pawłowi Piasnemu, Staroście Powiatu Olkuskiego.

Autor, rodowity olkuszanin, emerytowany pracownik naukowy Instytutu Ekonomiki Przemysłu Chemicznego w Warszawie – Oddział w Krakowie, liczył zaledwie dziewięć lat i osiem miesięcy, kiedy rozpoczęła się druga wojna światowa, a w dniu jej zakończenia miał niecałe piętnaście lat. Na kartach swoich wspomnień opisał wydarzenia z tego okresu, które najbardziej utkwiły mu w pamięci i w sposób sugestywny oraz oddziaływujący na wyobraźnię czytelnika przedstawił to, co przeżyli olkuszanie w ciągu 1964 dni niemieckiej okupacji swojego miasta.

Czytaj reszte tego wpisu »

,

Brak komentarzy

„Skazany za pierońskiego Hitlera”

W bramie wjazdowej do głównego budynku więzienia w Wadowicach we wczesnych godzinach rannych 2 grudnia 1949 roku rozpoczęto przygotowania do egzekucji. Zamknięto bramę wjazdową od strony podwórka i drugą od strony dziedzińca wewnętrznego, tworząc w ten sposób małe, wyizolowane pomieszczenie. Nikt nie mógł obserwować egzekucji Anzelma Antona Pilarka, którą za chwilę miało wykonać dwóch katów.

W suficie wspomnianej bramy, zamienianej w zależności od potrzeb na miejsce straceń, znajdował się hak, na którym kaci – przywiezieni z więzienia Montelupich w Krakowie – zawiesili sznur z pętlą. Wkrótce zawisł na nim wspomniany skazaniec, który oczekiwał już kilka tygodni  na wykonanie kary śmierci.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Tragiczna historia i obecny dramat kopalni „Brzeszcze”

Kopalni węgla kamiennego „Brzeszcze”, oddalonej dziesięć kilometrów od Oświęcimia i istniejącej od ponad stu lat,  grozi likwidacja. Dla prawie dwudziestotysięcznej gminy i miasta Brzeszcze, położonej na pograniczu Małopolski i Śląska, będzie to katastrofą, bowiem jest ona największym pracodawcą w rejonie, zatrudniającym ponad  dwa tysiące osób.

W natłoku różnych informacji medialnych, przekazywanych obecnie na powyższy temat, zupełnie zapomina się o tym, że  podczas drugiej wojny światowej kopalnię „Brzeszcze” okupacyjne władze nazistowskie włączyły w skład niemieckiego koncernu Reichswerke Hermann Göring.

Do pracy w niej zostali zmuszeni więźniowie KL Auschwitz, przeniesieni do podobozu „Jawischowitz”, który został utworzony na terenie wsi Jawiszowice, sąsiadującej z Brzeszczami.

W dniu 15 sierpnia 1942 roku umieszczono w tym podobozie pierwszych więźniów. Byli to Żydzi deportowani z Francji – sto pięćdziesiąt osób.

Ze względu na liczbę osadzonych, która w połowie 1944 roku, wynosiła dwa i pół tysiąca więźniów, podobóz „Jawischowitz” należał do największych spośród ponad czterdziestu podobozów KL Auschwitz.

Więzieni w nim byli głównie Żydzi z Francji i innych okupowanych krajów europejskich, którzy w morderczych warunkach niewolniczo pracowali w kopalni „Brzeszcze”. Dwa tysiące z nich zginęło na miejscu lub zostało zamordowanych w komorach gazowych KL Auschwitz II-Birkenau, po uprzednim uznaniu ich za niezdolnych do pracy.

Czytaj reszte tego wpisu »

, ,

Brak komentarzy

Bronić czy potępiać …

Bronić prawa Ukraińców do czczenia obecnie pamięci Stepana Bandery czy im tego odmawiać ? -zastanawiają się różni naukowcy oraz publicyści w swoich tekstach i to nie tylko w Polsce.

Ostatnio rozmawiałem z absolwentem historii, który niedawno ukończył studia na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie – jego zdaniem takie prawo Ukraińcy powinni mieć.

Po rozmowie z  tym młodym polskim historykiem dowiedziałem się, że głos w tej sprawie również zabrał, co było dla mnie dużym zaskoczeniem, czeski prezydent Milosz Zeman, który w liście otwartym zapytał naukowców o to, czy znają wypowiedź Stepana Bandery:

Zabij każdego Polaka w wieku od 16 do 60 lat.

Dalej w swoim liście prezydent Milosz Zeman napisał, że jeśli tych słów Bandery badacze nie znają, to nie mogą uważać się za specjalistów od Ukrainy. Jeśli jednak taka wypowiedź Bandery jest im znana, to powinni odpowiedzieć, czy zgadzają się z nią lub nie.

W rzeczywistości czeski prezydent Milosz Zeman najprawdopodobniej pomylił się przytaczając rzekomy cytat z wypowiedzi Stepana Bandery, bo taki rozkaz miał wydać Dmytro Semenowicz Klaczkiwski,  pseudonim  „Kłym Sawur”.

czytaj więcej …

Zobacz:

Milosz Zeman do Ukraińców: czy znacie rozkaz Bandery …

 

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 9 stycznia 2015 r.

, ,

Brak komentarzy

„Nie pozwolili sobie oczu zawiązywać …”

Na Cmentarzu Osobowickim we Wrocławiu znajdują się liczne groby Polaków zamordowanych w okresie terroru stalinowskiego w Polsce. Na pomniku jednej z mogił można przeczytać: „Śp. Stanisław Dydo, ur. 23.02.1922, zm. 27.11.1948. Spoczywaj w Bogu niezapomniany Stasiu. Rodzina”.

Ostatnio otrzymałem list od pani Anny Wenc ze smutną wiadomością:

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Bajka z Auschwitz dla trzyletniego Felka

Bajkę przesłaną z oświęcimskiego obozu przez Bernarda Świerczynę, przechowywaną obecnie w zbiorach Muzeum Auschwitz-Birkenau,  przyniósł do domu jego żony Adelajdy w Mysłowicach dla ich synka Felicjana  jakiś esesman w 1944 roku.  Bernard Świerczyna zaufał mu i ten nie zdradził. Ryzyko było duże, bo inny esesman , którego Świerczyna obdarzył również zaufaniem, wydał go na śmierć podczas  nieudanej ucieczki  z  obozu  Auschwitz,  o czym pisałem w poprzednim tekście na moim blogu.

W dniu 12 września 1940 roku urodził się syn Bernarda Świerczyny – Felicjan, który mieszka nadal w Mysłowicach. Jego ojciec aresztowany wcześniej i osadzony w więzieniu Montelupich w Krakowie przebywał już w tym czasie  w  KL  Auschwitz,  do którego przywieziono go 18 lipca 1940 roku.

Bernard Świerczyna urodził się w dniu 23 lutego 1914 r. w Chropaczowie koło Świętochłowic. Od najmłodszych lat interesował się literaturą i historią. Pisał nie tylko wiersze, lecz także opowiadania, powieści i utwory dramatyczne. Ukończył Państwowe Gimnazjum Męskie im. Tadeusza Kościuszki w Mysłowicach, uzyskując w 1935 r. świadectwo dojrzałości. Następnie został powołany na kurs podchorążych rezerwy 26. Dywizji Piechoty w Skierniewicach. Po przeniesieniu do rezerwy podjął pracę w Urzędzie Wojewódzkim Śląskim – Wydział Skarbowy – w Katowicach, studiując równocześnie zaocznie prawo na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie.

Jako podporucznik rezerwy został zmobilizowany w sierpniu 1939 roku i brał udział w kampanii wrześniowej. Po jej zakończeniu powrócił do Mysłowic, gdzie mieszkała jego żona Adelajda, z którą zawarł związek małżeński tuż przed wybuchem drugiej wojny światowej. Ponownie podjął pracę w Urzędzie Skarbowym, lecz wkrótce aresztowano go i osadzono w obozie dla jeńców wojennych w Łambinowicach, skąd został zwolniony jako Ślązak 23 grudnia 1939 r. Obawiając się powtórnego zatrzymania, wyjechał do Krakowa, gdzie w roku następnym został aresztowany. Stracono go w KL Auschwitz 30 grudnia 1944 roku.

Kiedy rodzi się Felek, jego ojciec Bernard Świerczyna znajduje się  już za drutami KL Auschwitz. Prawie cztery lata później ojciec zza drutów przesłał mu bajkę „O zajączku, lisie i kogutku”. Jej bohaterem jest zając, którego zły lis przepędził z jego chatki. Wszyscy się go bali  – psy, niedźwiedź i byk – i dopiero, gdy pokrzywdzony zajączek poprosił o pomoc koguta, udało im się wspólnymi siłami pokonać  bezwzględnego przeciwnika. Bajka, tłumaczona z języka czeskiego, zawierała m.in. zdanie: „Tak to łotrom zwykle bywa, gdy cudzego się zachciewa”. Miało to podnieść na duchu oraz upewnić żonę Adelajdę i ich kilkuletniego synka, że wolność już nadchodzi i sprawiedliwość  zwycięży.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Przedsylwestrowy wieczór w KL Auschwitz w 1944 r.

Siedemdziesiąt lat temu, 30 grudnia 1944 roku, w KL Auschwitz powieszono po apelu wieczornym pięciu członków obozowej konspiracji. Na placu przed kuchnią obozową, gdzie ich stracono, za szubienicą była ustawiona choinka, wielki świerk, ozdobiony świeczkami elektrycznymi. Skazańcy przed śmiercią wznosili okrzyki w języku niemieckim i polskim, m.in. „Precz z faszyzmem”, „Niech żyje Polska!”.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , ,

2 komentarzy

Tragiczna potyczka pod Oświęcimiem 3 grudnia 1944 r.

W dniu 3 grudnia 1944 r., siedemdziesiąt lat temu, w Budach-Borze koło Brzeszcz przebywało w domu Zdrowaków czterech partyzantów z oddziału AK „Sosienki”. Byli oni uciekinierami z KL Auschwitz. Zdradzeni przez jednego z esesmanów, z którym prowadzili pertraktacje w sprawie dostarczenia broni, zostali otoczeni przez oddział SS.

Czytaj reszte tego wpisu »

, , , ,

1 komentarz

Jakub z bloku nr 11

Był więźniem KL Auschwitz. Obozowa ślusarnia przygotowała dla niego około dwumetrowy płaskownik z miękkiej stali, którego szerokość wynosiła 12 cm, natomiast grubość około 1,5 cm. W obecności esesmanów w bloku nr 11 wykonał klasyczne przedstawienie cyrkowe, co tak zapamiętał Jan Pilecki (nr obozowy 808), pełniący w tym bloku  funkcję pisarza:

Rycząc i stękając nieludzko, dla dodania sobie siły i stworzenia nastroju,, a trzeba przyznać, że na sprycie życiowym i aktorskich zdolnościach  mu nie zbywało, wyginał przy pomocy rąk, nóg, karku, piersi, i czego tam jeszcze sie dało, to żelastwo na wszystkie strony, aż zrobił z tego płaskownika podwójną spiralę. Zachwyt esesmanów był niekłamany, a produkt Jakubowej siły leżał zawsze na poczesnym miejscu w Blockführerstubie i był przedmiotem powszechnego uznania wszystkich oficerów SS i gestapo odwiedzających blok XI.

Jakub Kozelczuk (Kozalczyk, Kozalczik) urodził się w 1902 r. i został wychowany w żydowskiej rodzinie w okolicach Krynek.  Inni twierdzą, co wydaje się nieprawdopodobne, że urodził się w 1908 r. w Chicago i był jedynym obywatelem amerykańskim więzionym w oświęcimskim obozie. Przebywał w getcie w Krynkach koło Grodna. Przywieziono go do KL Auschwitz w transporcie z getta w Sokółce 26  stycznia 1943 r. i oznaczono numerem obozowym 93830. Był to półanalfabeta o niezwykłej sile fizycznej, który  przed drugą wojną światową występował na arenach cyrkowych. Krążyły nawet pogłoski, które nie znalazły potwierdzenia, że przed wojną był trenerem niemieckiego mistrza w boksie Maxa Schmelinga. Mówił osobliwą mieszaniną języków: jidisz, niemieckiego, polskiego i rosyjskiego. W bloku nr 11 pełnił funkcję Bunkerkalefaktora. Po wojnie wyjechał do Palestyny w 1946 r., gdzie pracował jako artysta uliczny i siłacz.  Zmarł w Izraelu w 1953 r.

Obraz b. więźnia KL Auschwitz, Władysława Siwka "Rozstrzeliwanie pod Ścianą Straceń"

Obraz b. więźnia KL Auschwitz, Władysława Siwka "Rozstrzeliwanie pod Ścianą Straceń"

Jakub Kozelczuk w momencie przywiezienia do obozu zwrócił na siebie uwagę esesmanów swoim wzrostem i atletyczną budową. Mimo że był Żydem, władze obozowe ze względu na jego niezwykłe predyspozycje fizyczne postanowiły mu powierzyć funkcję kalefaktora, pełnioną wcześniej przez przez Niemca – Kurta Pennewitza (nr 3263),  a potem do maja 1943 r. przez Polaka – Hansa-Jana Musioła (nr 5967), który wojnę przeżył. Za nieumyślne spowodowanie śmierci w 1957 r., wspomniany Jan Musioł został skazany na piętnaście lat więzienia. Karę odbywał w zakładzie karnym   w Strzelcach Opolskich.

Kurt Pennewitz przestał być pełnić funkcję kapo bunkra i został zwolniony z KL Auschwitz 19 stycznia 1942 r. W pierwszej połowie 1943 r. został ponownie osadzony, tym razem w podobozie KL Auschwitz w Jaworznie, gdzie również  pomocnikami esesmanów w nadzorowaniu więźniów był aparat funkcyjny w skład, którego wchodzili: kapowie, vorarbeiterzy, blokowi, sztubowi, pisarze itd. Na jego czele stał starszy podobozu. Funkcję tę pełnił w tym podobozie kryminalista niemiecki Bruno Brodniewicz oznaczony numerem 1,  znany z licznych morderstw w KL Auschwitz.

W 1944 r. jego miejsce  zajął Kurt Pennewitz, w który w stosunku do więźniów zachowywał się poprawnie. To stanowisko zajmował on do 7 stycznia  1945 r., tj. do czasu, kiedy zbiegł z podobozu w Jaworznie.

Po ucieczce Kurt Pennewitz został schwytany przez partyzantów. Prawdopodobnie przypisano mu zbrodnicze czyny Bruno Brodniewicza  i został powieszony przez nich przypuszczalnie w okolicach Tenczyna (pow. myślenicki) w styczniu tegoż roku.

Być może stąlo się to na Przełęczy Glisne, a w grupie partyzantów był uciekinier z KL Auschwitz, Tadeusz Uszyński (nr 1880), który miał go podobno osobiście stracić. Bardzo trudno jednak dzisiaj ustalić przebieg tamtych dramatycznych zdarzeń sprzed siedemdziesięciu lat.

Kurt Pennewitz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Kurt Pennewitz, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Hans (Jan) Musioł, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Hans (Jan) Musioł, zdjęcie wykonane przez obozowe gestapo

Areszt obozowy w KL Auschwitz utworzono w podziemiach bloku nr 11 w 1941 r. Jego cele zwane w języku więźniarskim bunkrami spełniały szczególną rolę w systemie terroru i wyniszczania w nim osadzonych. Osługiwany był przez więźnia, którego nazywano kapo lub kalefaktorem bunkra. Więźniów funkcyjnych z obsługi bloku nr 11 było kilku, najczęściej od sześciu do siedmiu. Najważniejszym z nich był zawsze Bunkerkalefaktor, czyli kapo bunkra. Do obowiązków kalefaktora należało utrzymanie czystości w celach aresztu obozowego, wydawanie posiłków w nim osadzonym oraz wynoszenie z bunkrów ciał zmarłych, które składano  koło drzwi prowadzących na parter, skąd zabierali je dokostnicy Leichenträgerzy (nosiciele zwłok) ze szpitala obozowego.

Każdorazowy nadzorca obozowego aresztu  miał także obowiązek wyprowadzać więźniów na rozstrzelanie  pod Ścianę Śmierci na dziedzińcu bloku nr 11. Sam strzał esesmani kierowali zawsze w potylicę i nazywany był przez nich „Genickschuss”.  Wyprowadzani biegiem na egzekucję skazańcy mieli widoczne na wprost okrwawione ciała swoich poprzedników, co tak wspomina były więzień Jan Pilecki: 

Jakaż dziwna przy tym była „delikatność” oprawców, którzy w oczekiwaniu na następna parę skazańców chowali za swoje plecy narzędzia mordu, karabinki.

Te tragiczne zdarzenia mocno utrwaliły się w pamięci Edwarda Kiczmachowskiego (nr obozowy 3414), który wraz z innymi więźniami wybranymi z cel aresztu obozowego na rozstrzelanie został wyprowadzony do umywalni, znajdującej się na parterze bloku nr 11, gdzie oczekiwał na wykonanie wyroku.

Kapo Jakub Kozelczuk, który od końa stycznia do maja 1943 r. był pomocnikiem Hansa-Jana Musioła, a potem został jego następcą, polecił wszystkim rozebrać się do naga, namoczył im piersi wodą, a następnie wypisał więźniom na nich dużymi cyframi numery obozowe. Potem wyprowadzał po dwóch skazańców, trzymając ich za ramiona, na dziedziniec tego bloku, gdzie dwóch esesmanów strzelało ofiarom w tył głowy. Zwłoki zamordowanych Jakub odrzucał pod blok nr 10.

Przebieg egzekucji obserwował szef obozowego gestapo, Maximilian Grabner, stojąc koło stołu, wyniesionego na podwórze, na którym były rozłożone akta więźniów, skazanych w tym dniu na rozstrzelanie Jako ostatni miał być stracony Edward Kiczmachowski. Był on tak osłabiony, że nie mógł iść o własnych siłach i Jakub Kozelczuk musiał nieść go na rękach.  Niedoszły skazaniec zapamiętał:

Kiedy niósł mnie po schodkach na podwórze, sprawdzono jeszcze raz mój numer obozowy (…).  Grabner spytał mnie, skąd znam tak dobrze język niemiecki, na co odpowiedziałem, że urodziłem się  w Niemczech i tam chodziłem do niemieckiej szkoły. Zapytał mnie jeszcze, gdzie są moi rodzice ? – odpowiedziałem, że w Niemczech. (…) Grabner kazał Jakubowi z powrotem zanieść mnie do bunkra.

Do początku 1943 r. rozstrzeliwanym przeważnie  przed śmiercią krępowano ręce wykręcone do tyłu i złożone na krzyż drutem kolczastym, którego kolce wbijały się głęboko w ciało, ponieważ drut ściągano kleszczami.  Później zaniechano krępowania rąk ze względu na nie stawianie oporu i spokojne zachowywanie się skazańców.

Jakub Kozelczuk  zmuszony był wykonywać na więźniach KL Auschwitz egzekucje przez powieszenie.

Blok nr 11

Na dziedzińcu bloku nr 11 stały dwie przenośne szubienice obozowe z zapadniami, które wynoszono na plac apelowy, gdy publicznie wieszano skazańców. Egzekucje te wykonywano również na dziedzińcu bloku nr 11. Pętlę skazańcom zakładał Jakub Kozelczuk. Ofiarami byli głównie schwytani uciekinierzy z obozu.

Znane są wypadki, że niektórzy więźniowie byli wywożeni po „sądzie doraźnym” z bloku nr 11 i wieszani publicznie w różnych miejscowościach, głównie na Podbeskidziu. Egzekucje te miał wykonywać także Jakub Kozelczuk, który w tym celu przywożony był  z bloku nr 11 przez funkcjonariuszy obozowego gestapo.

Ponadto w bloku nr 11, w pierwszej sali na lewo od głównego wejścia, gdzie mieszkał pisarz bloku i odbywały się posiedzenia „sądu doraźnego”, wymierzano więźniom karę chłosty na specjalnym „koźle” do bicia. Doprowadzał ich celem wykonania kary chłosty Jakub Kozelczuk, który również często sam ją wykonywał w asyście esesmanów. W czasie chłosty więzień musiał liczyć uderzenia wymierzane pałką lub pejczem, jeżeli się pomylił, bicie rozpoczynano od nowa.

Z jednej strony Jakub Kozelczuk wykonywał bez sprzeciwu polecenia esesmanów, z drugiej strony starał się pomagać więźniom z bloku nr 11, pośrednicząc chociażby w ich potajemnych kontaktach korespondencyjnych. Pomoc dla więźniów tego bloku z jego strony była możliwa m.in. dzięki temu, że był on w bardzo dobrych kontaktach z innymi więźniami żydowskimi, przede wszystkim pracującymi w magazynach „Kanady” w Birkenau, skąd można było uzyskać wartościowe przedmioty, którymi potem przekupywano esesmanów z bloku nr 11, dzięki czemu, jak oświadczył wspomniany były więzień Jan Pilecki:

Praca samopomocowa na bloku nr 11 mogła być prowadzona bez uszczerbku i pomogła wielu zamkniętym na tym bloku, jak i poszczególnym więźniom z obsługi bloku nr 11. To wszystko czego nie mogli wnieść więźniowie do obozu z zewnątrz, przewoził mały wózek z bloku nr 11, jeżdżący z asystą Blockführera z tegoż bloku po obiad dla esesmanów do SS-kuchni, która była usytuowana na zewnątrz poza ogrodzeniem KL Auschwitz.

Postawy Jakuba Kozelczuka jako więźnia nie można ocenić jednoznacznie. Dla jednych może on uchodzić nawet za działacza obozowego ruchu oporu i bohatera, natomiast dla drugich za przymuszonego i bez sprzeciwu współuczestniczącego w zbrodniach popełnianych przez niemieckich nazistów w KL Auschwitz.

Na kobietach więzionych w bloku nr 11 dokonywane były gwałty przez więźniów funkcyjnych z tego bloku i zmuszane były one do oddawania się esesmanom, o czym można przeczytać we wspomnieniach byłej więźniarki Marii Piecuch (nr obozowy 79850). W gwałtach tych miał również uczestniczyć Jakub Kozelczuk, który jak twierdzi ta więźniarka:

(…) gwałcił młode Polki od 16 lat, przeciętnie blondynki (…).

Ten zarzut wobec Jakuba Kozelczuka nie znajduje jednak potwierdzenia w relacjach innych więźniarek, które przeżyły pobyt w bloku nr 11.

Były więzień KL Auschwitz, Hermann Langbein (nr 60355) w swojej książce „Ludzie w Auschwitz”, Oświecim 1994,  pisze:

Kalefaktor bunkra miał wiele przywilejów. Jakub mieszkał sam w małym pokoiku w bloku 11, mógł „organizować” w obozie, na co miał ochotę – któż bowiem nie chciał być w dobrych stosunkach z „Jakubem z bunkra” ? Mógl nawet nawiązywać intymne kontakty z więzionymi w bunkrze kobietami.

Jakub Kozelcuk. wykorzystując swoją funkcję i obozowe przywileje przychodził także do więźniarek, które przebywały w sąsiednim bloku nr 10, gdzie poddawane były  zbrodniczym eksperymentom sterylizacyjnym.

Hans-Joachim Lang w książce „Kobiety z bloku 10. Eksperymenty medyczne w Auschwitz”, Warszawa 2013, na temat wizyt Jakuba Kozelczuka w tym bloku pisze:

On sam miał dość wpływów, by móc przychodzić do bloku, ale jego wybranka była zwykłą polską kobietą, która spała na górze w ogólnej sali. Mimo to znalazł sposób; szedł z nią do łóżka w środku pełnej sali, a dwie przyjaciólki siadały na skraju posłania, plecami do pary kochanków.

Cytowany już Jan Pilecki w swoich obozowych wspomnieniach, opublikowanych w zbiorowej pracy „Kominy. Oświęcim 1940-1945″, Warszawa 1962, nadmienia, że Jakub Kozelczuk w kontatach z więźniarkami korzystał z życia ile się tylko dało.

Po wojnie wszczęte przeciwko Jakubowi Kozelczukowi postępowanie zostało zawieszone, ponieważ  - jak twierdzi Hermann Langbein w „Ludziach w Auschwitz” –  wpłyneło wiele odciążająch go zeznań.

Prawdopodobnie głowa Jakuba Kozelczuka (z lewej) - cela nr 21 w bloku nr 11

Prawdopodobnie głowa Jakuba Kozelczuka (z lewej) - cela nr 21 w bloku nr 11

Na drzwich celi nr 21 w podziemiach bloku nr 21  skoczek spadochronowy – cichociemny ppor. Stefan Jasieński ps. „Urban” wykonał m.in. rysunek, przedstawiajacy najprawdopodobniej głowę Jakuba Kozelczuka, który miał z nim stały kontakt jako kalefaktor bunkra.

Nie wiadomo, czy w styczniu 1945 r. Jakub był więziony jescze w KL Auschwitz i  pełnił swoją funkcję w bloku nr 11. Jeśli tak, to zapewne mógł znać niewyjaśnione do dzisiaj okoliczności śmierci „Urbana”.

Adam Cyra

Oświęcim, dnia 28 listopada 2014 r.

,

Brak komentarzy

Polonia w północnej Anglii pożegnała ostatniego Hubalczyka

Na moim blogu są zamieszczone dwa wpisy, zatytułowane: „Hubalczycy na pomniku w Olkuszu” i „Odszedł ostatni żołnierz „Hubala”.

Po ich przeczytaniu Pani Xenia Jacoby z północnej Anglii przesłała mi wzruszający opis uroczystości pogrzebowej ostatniego Hubalczyka, który poniżej zamieszczam.

Adam Cyra

Oświęcim,  dnia 17 listopada 2014 r.

————————————————————————————————————————————

Tekst nadesłany z północnej Anglii:

W dniu 24  października 2014 roku Północną Anglię i Polskę obiegła wiadomość o śmierci niezwykłej osoby – Romualda „Romana” Rodziewicza, który należał do grona „najwierniejszych z wiernych” legendarnego majora „Hubala.”

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Uczestnicy bitwy pod Krzywopłotami i więźniowie KL Auschwitz

Sto lat temu na Ziemi Olkuskiej stoczona została bitwa pod Krzywopłotami, Załężem i Bydlinem, rozegrana na tutejszych polach między 17 a 19 listopada 1914 r. Walczyli w niej z wojskami rosyjskimi u boku Austriaków również  żołnierze 1. Brygady Legionów Polskich Józefa Piłsudskiego. Czterdziestu sześciu z nich zginęło. We wspólnej mogile na cmentarzu w Bydlinie pochowano czterdziestu czterech poległych Legionistów.

Mogiła Legionistów w Bydlinie

Mogiła Legionistów w Bydlinie

Jednym z uczestników tych walk był Stanisław Bytnar, który urodził się  31 marca 1897 r. w Ostrowie koło Przeworska. Przed pierwszą wojną światową rozpoczął naukę w Studium Nauczycielskim w Rzeszowie. Po jej wybuchu wstąpił do Strzelca w Krakowie. W listopadzie 1914 r. został ciężko ranny w walkach pod Krzywopłotami.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Upamiętnienie rtm. Witolda Pileckiego w Chorzowie

W dniu 13 listopada 2014 r. w Chorzowie odbyło się w Miejskim Domu Kultury „Batory” seminarium edukacyjne dla uczniów gimnazjum i liceów, w tym klasy o profilu wojskowym, poświecone losom chorzowian w KL Auschwitz. Połączone ono było z uroczystością upamiętniającą Witolda Pileckiego. Zorganizowane zostało przez  Chrześcijańskie Stowarzyszenie Rodzin Oświęcimskich, przy współpracy z Urzędem Miasta Chorzów oraz Fundacją Konrada Adenauera. W okolicznościowym spotkaniu uczestniczył syn Rotmistrza – Andrzej Pilecki.

Grzegorz Rosengarten, prezes ChSRO

Grzegorz Rosengarten, prezes ChSRO

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Pamięć o Rocznicy Odzyskania Niepodległości przez Polskę w listopadzie 1918 r.

Gminne uroczystości z okazji 96. Rocznicy Odzyskania Niepodległości przez Polskę odbyły się  w hali sportowej Gimnazjum Gminnego nr 1 im. mjr. Piotra Szewczyka w Rajsku koło Oświęcimia.

Przemawia Wiktoria , dyrektor gimnazjum w Rajsku

Przemawia Wiktoria Czernicka-Białczyk, dyrektor Gimnazjum Gminnego nr 1 w Rajsku


Czytaj reszte tego wpisu »

,

Brak komentarzy

Pamięć o poległych żołnierzach sowieckich w Olkuszu

W dniu 2 listopada 2014 r., w Zaduszki, na cmentarzu żołnierzy Armii Czerwonej w Olkuszu wykonałem kilka zdjęć.  Świadczą one o stosunku zwykłych ludzi, mieszkańców tego miasta, do poległych  żołnierzy sowieckich podczas walk z żołnierzami niemieckimi w styczniu 1945 r.

Na tym cmentarzu z daleka widoczna jest półkolista kolumnada z napisem „BOHATEROM ARMII RADZIECKIEJ POLEGŁYM O WYZWOLENIE ZIEMI OLKUSKIEJ”. Zbiorowe mogiły ziemne z betonowymi obramowaniami są ułożone w rzędach. Na każdej z tych mogił  znajduje się betonowy blok z numerem grobu i czerwoną gwiazdą.

Czytaj reszte tego wpisu »

Brak komentarzy

Nowy nagrobek Kazimierza Smolenia

W przeddzień Święta Wojska Polskiego, 14 sierpnia 2014 r., zakończono prace związane z budową pomnika na grobie Kazimierza Smolenia na cmentarzu w Chorzowie. Jego fundatorem  była Rada Ochrony Pomników Walki i Męczeństwa w Warszawie, której zmarły był  członkiem. Kazimierz Smoleń był więźniem KL Auschwitz i KL Mauthausen oraz długoletnim dyrektorem Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu i wiceprezydentem Międzynarodowego Komitetu Oświęcimskiego. Jego ojciec Józef Smoleń, powstaniec śląski, zginął w KL Mauthausen w lipcu 1941 r.

Pomnik ufundowany przez Radę Pomników Walki i Męczeństwa w Warszawie

Pomnik ufundowany przez Radę Pomników Walki i Męczeństwa w Warszawie

W dniu 18 sierpnia 2014 r. działacze Towarzystwa Opieki nad Oświęcimiem złożyli wiązankę kwiatów i zapalili znicz na grobie Kazimierza Smolenia na cmentarzu w Chorzowie Starym.

Niespodziewanie wdowa Anna Smoleń, która na zaniedbanym i zapomnianym grobie męża nie umieściła nawet tabliczki z jego nazwiskiem, nagle zażądała  usunięcia z grobu Kazimierza Smolenia co dopiero wybudowanego  pomnika, uznając inicjatywę Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie za działania bezprawne i niemal szargające pamięć  jej męża. Zażądała niezwłocznego demontażu nagrobka. W odpowiedzi  pracownicy Rady wyjaśnili swoje intencje i przypomnieli jej, że dwukrotnie otrzymała informacje o planowanej budowie pomnika wraz z jego projektem  do uzgodnienia.

Niestety pozostała głucha na przedstawione jej argumenty i nakazała rozbiórkę pomnika, obciążając Radę jej kosztami. Stwierdziła również, że czyn Rady uniemożliwił jej wypełnienie ostatniej woli zmarłego Kazimierza Smolenia – jednak nie wyjawiła czego ta wola dotyczyła. Można odnieść wrażenie, że chodzi jej o to, aby Kazimierz Smoleń pozostał niemal anonimowym, bez podania żadnej informacji o jego przeszłości – tak jak na nowym nagrobku?

Nowy pomnik na grobie Kazimierza Smolenia

Nowy nagrobek Kazimierza Smolenia

Wielka szkoda, że Anna Smoleń nie zareagowała równie szybko na wspomniane dwa pisma, które Rada skierowała do niej wcześniej w sprawie budowy pomnika, tak jak zareagowała niespodzianie na fakt jego wzniesienia przez Radę.  Wywołała w ten sposób niepotrzebną awanturę  ze szkodą dla pamięci o Kazimierzu Smoleniu, chociaż jako żona i dysponent grobu, jego posiadacz mogła działać w celu przywrócenia naruszonego posiadania i mogła dokonać demontażu pomnika, wzniesionego przez Radę Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa w Warszawie.

Zobacz więcej …

Patrz  także tekst:   Damnatio memoriae

Adam Cyra
Oświęcim, dnia 1 listopada 2014 r.

, , ,

3 komentarzy

Odszedł ostatni żołnierz „Hubala”

W dniu 24 października 2014 r.  odszedł na wieczną wartę Romuald Rodziewicz „Roman”, ostatni żołnierz majora Henryka Dobrzańskiego ps „Hubal”. Był rezydentem Domu Opieki „Jasna Góra” w Huddersfield  (Wielka Brytania). Zmarł w wieku 101 lat. Uroczystości pogrzebowe  rozpoczną się 6 listopada  w kościele polskim w Huddersfield.  Zmarły pragnął,  aby pochowany został w Anielinie koło Opoczna – w miejscowości, gdzie zginął major  „Hubal”.

Romuald Rodziewicz przeszedł cały bojowy szlak Oddziału Wydzielonego Wojska Polskiego, od Puszczy Augustowskiej aż do Anielina, gdzie 30 kwietnia 1940 r. bohaterska śmierć „Hubala” zakończyła epopeję jego żołnierzy. Ich losy przedstawił po wojnie  Melchior Wańkowicz w głośnej książce,  zatytułowanej „Hubalczycy”.

Przez szeregi tego Oddziału, którym dowodził major Henryk Dobrzański, przeszło kilkuset  żołnierzy i oficerów, którzy w dużej mierze zasili potem szeregi ZWZ/AK, głównie okręg łódzki.

Część żołnierzy oddziału majora „Hubala” po jego rozwiązaniu została potem aresztowana przez hitlerowców, a następnie wywieziona głównie do KL Auschwitz. Tylko część z nich przeżyła pobyt w tym obozie i doczekała wyzwolenia.

Czytaj reszte tego wpisu »

1 komentarz

Tragiczne wydarzenia w KL Auschwitz oraz w Łękach-Zasolu 27 października 1944 r.

Latem 1944 r. więźniowie KL Auschwitz utworzyli konspiracyjną Radę Wojskową Oświęcim, składającą się przeważnie z oficerów różnych narodowości więzionych w obozie. W jej skład wszedł Bernard Świerczyna i za jego pośrednictwem nawiązano kontakt z dowództwem Okręgu Śląskiego Armii Krajowej, informując w grypsach wysyłanych z obozu o nastrojach panujących wśród więźniów i załogi SS. W ten sposób chciano przeciwdziałać groźbie zagłady.

Dla Bernarda Świerczyny działalność konspiracyjna zakończyła się tragicznie. W dniu 27 października 1944 r. zdecydował się on na udział w brawurowej i bardzo niebezpiecznej ucieczce. Uczestniczyło w niej pięciu członków organizacji ruchu oporu, a jej powodzenie i rozgłos świadczyłby o sile obozowej konspiracji oraz miał wpłynąć ujemnie na nastroje wśród esesmańskiej załogi.

W plan ucieczki był wtajemniczony, obok zaufanego esesmana Franka – za dużą opłatą w złocie i dolarach – kierowca SS, Rottenführer Johann Roth. Bernard Świerczyna jako zatrudniony w „Bekleidungskammer”, gdzie sortowano odzież i bieliznę, często wyjeżdżał do pralni w Bielsku. W związku z tym sądził, że po ukryciu się w wyjeżdżającym z obozu z brudną odzieżą samochodzie, łatwo będzie można odzyskać wolność.

Czytaj reszte tego wpisu »

1 komentarz